IndeksIndeks  FAQFAQ  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 [Z] Away in silence [2/2]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: [Z] Away in silence [2/2]   Czw Kwi 21, 2011 12:10 am

Tytuł: Away in silence
Pairing: Kamijo x Kaya (Versailles/solo)
Rodzaj: Angstowo-romantyczne coś
Części: 1/2
Słów: 7153
Ostrzeżenia: PG13
Komentarz: Łaah... Jeśli chodzi o rekordy, to tym razem z całą pewnością pobiłam jeden - na szybkość przepisywania @@ Wyobraźcie sobie tylko, że wersję roboczą skończyłam w niedzielę wieczorem i do dzisiaj nie dość, że przerobiłam ją na ostateczną (przepisując 50 stron z jednego zeszytu do drugiego), to jeszcze przerzuciłam wszystko na kompa! Zależało mi, żeby zdążyć z tym na dzisiaj, ręce mi odpadają, ale udało się.
Fick jest efektem przedawkowania tekstów Yasu i Kayi (niezła psychodela wychodzi, jak się je połączy, serio XD), zlepienia paru innych ficków, które miałam w planach stworzyć oraz tym, że marzec to ogólnie zły miesiąc i musiałam na czymś się wyżyć. Co wyszło - widać. Obiecuję, że w drugiej części już będą dialogi Cute''''
Bardzo zmęczona autobeta, z błędami jak zawsze walić śmiało.

~~
To była wiosna, kiedy zaczęły się ich spotkania, a stało się to tak nagle i niemal przypadkowo, że nie mógłby stwierdzić, jaki impuls do tego doprowadził i w jaki sposób – jakby nie patrzeć, po paru miesiącach całkiem przyjacielskiej znajomości – zawiązała się między nimi ta swoista umowa. Może tak zwyczajnie spytał go, czy tego chce, a może odpowiedź padła jeszcze zanim spytać zdążył. Tego nie pamiętał. Zresztą, nie było to ważne; nikt inny o tym nie wiedział, a i oni praktycznie na ten temat nie rozmawiali. Ich spotkania były nieregularne i spontaniczne, nigdy w ich własnych mieszkaniach, a jednym, niczym nie wyróżniającym się hotelu, z dala od okolicy, w której obrębie zazwyczaj się poruszali i który wybrali tak samo przypadkowo, jak przypadkowa zdawała się być cała reszta ich relacji. Okna pokojów wychodziły na ulicę, po przeciwnej stronie której rosło kilka dużych, starych wiśni. W środku nocy, oświetlone blaskiem latarni, wyglądały wyjątkowo poważnie i milcząco, jak gdyby one również ukrywały przed światem jakąś tajemnicę. Ich piękno miało wówczas w sobie coś upiornego i kiedy Kaya spoglądał czasem w ich stronę, naprawdę mógłby uwierzyć w legendę, że to krew spoczywających pod nimi ludzi barwi ich płatki na różowo. Właśnie po nich pamiętał, że był to początek kwietnia.
Brali pierwszy wolny pokój, nie mając co do niego szczególnych wymagań czy preferencji; zresztą, wszystkie były urządzone niemal jednakowo, bez przepychu, ale wygodnie i jak dla nich w pełni wystarczająco. Zaciągnięte szczelnie zasłony i przekręcony w zamku klucz na kilka godzin były gwarancją całkowitego odosobnienia, cztery ściany w pełni odgradzały od reszty świata. Pościel zazwyczaj była z czerwonej satyny, zawsze chłodny materiał gładko ślizgał się po skórze i szeleścił lekko pod ciężarem ciała. Panującą ciszę zakłócał tylko słaby szum przejeżdżających ulicą samochodów, poza tym nie słyszeli nic prócz własnych przyspieszonych oddechów i szeptów. Wyciszony telewizor dawał jedyne światło, raz jaskrawe, a raz znowu słabe, w jego migotaniu wszystko drżało i falowało, a pokój gubił się we własnych cieniach. Kanał nastawiony był zupełnie przypadkowo; kiedy Kaya czasem spoglądał znad obejmujących go ramion Kamijo w ekran, nie rozumiał nic z przewijających się na nim obrazów, żaden ich sens nie docierał do jego świadomości. Jego umysł był zupełnie pusty, a pustkę tę wypełniało jedynie pożądanie, nie zostawiając już miejsca na nic innego. Zagryzając usta i zamykając oczy, jak najbardziej wciskając się w ramiona Kamijo, podając jego dłoniom każdy fragment swej skóry i własnymi gorączkowo szukając jego ciepła, chciał tylko, żeby trwało to w nieskończoność, by nie musiał już o niczym innym myśleć ani niczego prócz tej rozkoszy nie czuć i w końcu – by samemu zupełnie się w niej rozpłynąć.
Jednak kiedy już niemal osiągał ten stan i na kilka cudownych sekund przyjemność zupełnie pozbawiała go świadomości, zawsze czekał go zawód; wrażenia dobiegały końca nader szybko, a powrót na ziemię był wyjątkowo bolesnym upadkiem, po którym długo leżał bez sił, ogarnięty całkowitym zobojętnieniem i odrętwieniem. Czuł się jak puste naczynie, z którego wszystko wyciekło albo raczej jakby sam był tą pustką, zamkniętą w ciele, bez woli, bez myśli, poruszającą się w nim automatycznie, jakby ktoś pociągał za sznurki. W ten sposób wstawał i chociaż przy każdym kroku uginały się pod nim nogi, wychodził do łazienki. Długo stał pod prysznicem, w strumieniu wody, opierając czoło i dłonie o zimne kafelki i słuchając jej szumu, tego, jak krople spływają po jego skórze i kapią na posadzkę i jak pośród nich bije jego serce, ten obcy mechanizm, nie wiedzieć dlaczego uparcie pracujący w jego wnętrzu. Potem owijał się ręcznikiem, stawał przed dużym, mocno podświetlonym lustrem i wpatrywał się w swoje oczy, jednak mimo starań nie widział w nich nic, żadnego wyrazu, żadnych uczuć. Jego twarz była blada, napięta i tak samo pozbawiona emocji, może tylko nieco zmęczona. Woda zmyła lekki makijaż, a rozmazany tusz do rzęs jeszcze potęgował to wrażenie, spływając pod i tak podkrążone oczy. Ocierał je wierzchem dłoni, bezradnymi, nieprecyzyjnymi ruchami, jeszcze bardziej rozmazując czerń na policzkach i brudząc nią ręce, nim jakiś przebłysk pamięci kazał mu użyć do tego mydła. Mył twarz nad zlewem; od szczypania łzawiły mu oczy, a może wcale nie miało to ze szczypaniem nic wspólnego. Ostatkiem sił wracał do pokoju i wczołgiwał się z powrotem pod pościel, mimo że wciąż był jeszcze nieco mokry – woda kapała z końcówek jego włosów, gdy spuszczał nisko głowę, w dłoniach kurczowo ściskając brzeg ręcznika. Chował się w ramionach Kamijo, bo nie mógł schować się gdzie indziej; było mu zimno, a on był ciepły i żywy, mógł poczuć jego oddech, zapach, bicie serca. Wyciągał ręce i przytulał go do siebie, a Kaya biernie pozwalał mu zdjąć i odrzucić na bok wilgotny ręcznik, zamiast tego otulając go kołdrą. Chował twarz w jego szyi, obejmując go ciasno, kiedy dotykał ustami jego włosów i gładził dłonią plecy, nie przejmując się, że moczy łzami jego skórę. Nie płakał, prawie nawet nie oddychał, ale słone krople nie chciały przestać płynąć, jakby żyły już własnym życiem. Przez cały czas nie zamienili przy tym ze sobą nawet słowa, ich usta pozostawały zamknięte i nieruchome. Żaden z nich nie byłby w stanie udzielić drugiemu jakiejkolwiek odpowiedzi ani o takową nie prosił. Byli jednakowo samotni – i to wszystko, co ich w tej chwili łączyło.
Podczas jednego spotkania kochali się trzy, cztery razy, jeśli tylko mieli siłę się podnieść, wykorzystywali na to całą energię. Rzadko kiedy w międzyczasie rozmawiali, zazwyczaj tylko leżeli, czasem obejmując się, a czasem nie, może zamieniając ledwie kilka pojedynczych zdań. Kamijo palił papierosa, leżąc na plecach i wpatrując się w sufit, Kaya zwijał się w kłębek na sąsiedniej poduszce i obserwował go bez słowa. Coś nostalgicznego było w tym widoku, jego szczupłych palcach trzymających papierosa, przymkniętych oczach i strużkach dymu wydobywających się spomiędzy rozchylonych ust, jasnych włosach opadających na nagie obojczyki. Dym jeszcze długo unosił się w powietrzu, a Kaya odnajdywał jakąś masochistyczną przyjemność we wdychaniu tego znienawidzonego zapachu. Chociaż w pokoju panował zaduch, było mu zimno pod tą śliską kołdrą, stygnący na skórze pot sprawiał, że przechodziły go fale dreszczy, skronie pulsowały tępym bólem, a w usta palił alkohol. W zamówionych na początku drinkach dawno rozpuściły się kostki lodu, resztki płynu były letnie, mocne, nie zaspokajające pragnienia, a jeszcze je wzmagające. Nie wiedział, czy to już ranek czy jeszcze noc, wszystko zlewało mu się w jedno, godzina była minutą, minuta godziną. Czuł się jak w chorobie, jakiejś przeciągającej się gorączce, leżąc tak bezwładnie i oddychając głośno przez usta, czekał tylko, aż starszy mężczyzna znowu go obejmie, chociaż na jakiś czas kojąc jego zmysły i przywracając czucie w zdrętwiałym ciele. Kiedy odrzucał niedopałek papierosa i odwracał się do niego, kładąc dłoń na jego włosach, Kaya unosił się także, przysuwając bliżej niego. Nie patrzył mu w oczy, od razu szukając ustami jego warg, dotyk ciepłej skóry na własnej przynosił mu ulgę. Oplatał go ramionami w talii, wodząc dłońmi po jego plecach, kiedy przeczołgiwał się nad nim, wsuwając kolanami pod jego biodra, całując po szyi, palcami na nowo zaczynając pieścić całe jego ciało. Kaya drżał pod wpływem tego dotyku, mimowolnie wyginając się w łuk, nie mógł stłumić cichego jęku, kiedy unosił jedną z jego nóg, przesuwając językiem po wewnętrznej stronie uda. Doskonale wiedział, czego mu potrzeba i było to wszystko, czego od niego chciał, tylko więcej i więcej takich wrażeń, o które błagał urywanym głosem. Pozwalał mu nie myśleć, nad niczym się nie zastanawiać i o nic nie dbać. Aż do rana ich ciasno splecione ciała były dla niego całym światem, oderwanym od realizmu i jakiejkolwiek autentyczności, ale bezpiecznym.
Poranek był tak samo szary i ciężki jak wszystkie inne. Tylko jakieś zagubione ptaki nie pasowały do ponurej całości i ćwierkały cicho w gałęziach wiśni naprzeciwko okna, oznajmiając, że nadszedł czas wracać do tej niepotrzebnej rzeczywistości, którą z taką odrazą zostawili w tyle. Kayę znowu bolała głowa, nawet zapięcie wszystkich guzików w ubraniu przychodziło mu z trudem. Idąc ciemnym korytarzem między rzędami drzwi, czuł się, jak gdyby unosił się gdzieś ponad swoim ciałem; podłoga wydawała się być o wiele dalej, niż wskazywałby na to jego wzrost. Wszędzie było szaro i cicho, wszyscy goście jeszcze spali i tylko kiwająca się sennie recepcjonistka patrzyła na nich z lekkim zdziwieniem, gdy oddawali klucz na długo przed końcem doby hotelowej. Na zewnątrz witał ich chłód, gdy w milczeniu wychodzili na parking, poranne powietrze kłuło w płuca. Kamijo nie patrzył na niego, gdy proponował, że podwiezie go do domu, jego wzrok cały czas utkwiony był w jezdni. Kaya kiwał potakująco głową, opierając się na łokciu o drzwi i przyciskając dłoń do ust. On również nie był w stanie na niego spojrzeć. Ściskało go w gardle, a obraz za oknem, w który tak uparcie się wpatrywał, zachodził mgłą i rozmazywał mu się przed oczami.
Zanim na dobre wzeszło słońce, był z powrotem w swoim mieszkaniu. Nie miał już wiele czasu na sen i zazwyczaj rezygnował z niego całkowicie, wiedząc, że przynajmniej dzięki temu szybciej zaśnie kolejnej nocy i nie będzie musiał znowu leżeć prawie do rana, dręczony przez swoje myśli i powracające całymi falami wspomnienia. A póki co zostawało mu tylko doprowadzić do porządku swój wygląd, wziąć kolejny prysznic, ubrać się i uczesać. Zmęczenie na twarzy ukrywał pod makijażem i wymuszając na niej swój zwyczajowy uśmiech, brał głęboki oddech i stawał naprzeciw nowemu dniu.
W tym okresie pracował głównie z grupą z Artist Society nad ich wspólnymi występami, więc często po paru godzinach znowu spotykał się z Kamijo. Jednak nikt, nawet uważnie ich obserwując, na pewno nie domyśliłby się, co łączyło ich poza studiem. Ich stosunki na powrót były zupełnie normalne i przyjacielskie. W otoczeniu pozostałych muzyków tak jak oni śmiali się i żartowali, dyskutowali z zapałem i prześcigali w nowych pomysłach. Nawet kiedy zostawali sami, nie było żadnych znaczących spojrzeń czy aluzji, zupełnie tak, jakby cała poprzednia noc była tylko snem. Tamte chwile nie były związane z resztą ich znajomości, a były czymś zupełnie integralnym, istniejącym obok i żyjącym własnym życiem. Nie musieli nawet tego ustalać; obaj o tym wiedzieli i obaj milczeli jak zaklęci.
Ich spotkania ustalane były więc przez krótkie smsy i lakoniczne telefony, nigdy twarzą w twarz, nawet jeśli jeszcze tego samego dnia się widzieli. Aż do przesady dbali o rozgraniczenie tych dwóch przeciwnych stron ich znajomości, to dawało im spokój i poczucie bezpieczeństwa. Kiedy nikt inny nie miał jak się o tym dowiedzieć, oni w każdej chwili mogli przestać i zapomnieć o sprawie. Wiedzieli, że każde ich spotkanie może być tym ostatnim, co jeszcze wzmagało pożądanie między nimi. Kiedy tylko obaj mieli wolny wieczór i czuli potrzebę spędzenia tej nocy razem, po szybkich ustaleniach spotykali się na ławce pod hotelem, po zdawkowym powitaniu brali klucz i dopiero, kiedy ten szczęknął w zamykających się za nimi drzwiach, wpadali sobie w ramiona, przyciskając usta do ust i niecierpliwymi ruchami zdzierając z siebie ubrania. W tym ciemnym pokoju nic nie miało znaczenia, to, kim byli, czego tak naprawdę pragnęli i poszukiwali, jakie wyznawali wartości. Wszystkie te rzeczy były teraz dla nich wyłącznie utrapieniem, a te noce stanowiły ucieczkę od wszystkiego, co ich dręczyło, dawały satysfakcję i rozładowywały tłumione emocje. Jeśli dopuszczali do siebie istnienie jakiejś formy miłości, była ona tylko szelestem pomiętej pościeli, zapachem perfum, migoczącymi światłami telewizora i głośnymi westchnieniami rozbrzmiewającymi wśród głuchej ciszy czterech ścian. Ciałem przy ciele, skórą przy skórze i rozkoszą, wyrażającą się w gwałtownie odrzuconej do tyłu głowie, zaciśniętych z całej siły na ramionach dłoniach i włosach przyklejonych do ust, zagryzionych mocno, by stłumić nagły okrzyk.
A jednak w praktyce nie byli przez to ani mniej samotni ani szczęśliwsi. Jednością były tylko ich ciała, a to, co działo się wewnątrz pozostawało niezmienne. Ta bliskość była tylko iluzją i nawet, kiedy po wszystkim leżeli, obejmując się nawzajem ramionami, opierając czołem o czoło i oddychając tym samym oddechem, coś w sercu Kayi cały czas płakało. Czasem miał ochotę odwrócić się, wtulić twarz w poduszkę i krzyczeć, dopóki nie zabraknie mu powietrza. Szaleństwo uderzało mu do głowy i zdawało się, że tylko ramiona Kamijo, nieustępliwie trzymające go blisko, nie pozwalały mu rozpaść się na kawałki.
Był mu za to wdzięczny. Nawet, jeśli starszy nie mógł nic więcej dla niego zrobić, był przy nim przez cały czas. Jego myśli i uczucia pozostawały przy tym dla Kayi tajemnicą; dlaczego on chciał się z nim spotykać, mógłby się jedynie domyślać, gdyby, rzecz jasna, w ogóle go to bardziej interesowało. Szanował jednak jego prywatność tak samo, jak nie chciał, by on ingerował jakoś w jego uczucia i zmuszał do rozgrzebywania starych, a niekiedy całkiem świeżych ran. W jego tak często zupełnie nieobecnym spojrzeniu dostrzegał takie samo zmęczenie jak we własnych oczach, oglądanych w łazienkowym lustrze, gdy sprawdzał, czy w ogóle jest jeszcze w stanie sobie w oczy spojrzeć, nie odwracając po tym natychmiast wzroku.
Nie miał wyboru. Wiedział, że gdyby nie ich spotkania mógłby zrobić coś o wiele gorszego, przede wszystkim sobie, a kto wie, czy też nie innym. Tracił nad sobą kontrolę, otaczająca go z każdej strony ciemność była zbyt blisko, aż czuł na skórze jej zimny powiew i miał ochotę krzyczeć. Od wczesnej młodości było to stałym elementem jego życia. Zawsze wracało. Nawet, kiedy wszystko już się stabilizowało i mógł powiedzieć, że jest szczęśliwy, będąc otoczony przez bliskich, życzliwych ludzi i realizując swoje marzenia, potem zawsze nadchodził moment, gdy coś znowu w nim pękało. Jakaś strata, zbieg nieprzychylnych zdarzeń, nawet wywołane jakimś bodźcem wspomnienie z przeszłości, które nie chciało z upływem czasu zbladnąć… Mogło to być cokolwiek i w pełni wystarczało, by jego z trudem budowany spokój znowu zawalił się z hukiem. Wracał na dawną drogę, do swego setki razy przeklinanego, dekadenckiego stylu życia, który będąc ucieczką, jeszcze bardziej go pogrążał i wyniszczał, prostą drogą wiódł do autodestrukcji. Długie noce bez chwili snu, gdy wyzbywał się swoich uczuć i wartości, czyjeś ramiona, nie dające ukojenia, nieznane, zachłanne dłonie i usta, na jego własne życzenie obdzierające go z resztek godności i pozostawiające po sobie tylko wstyd. Powtarzające się upokorzenie i wstręt do samego siebie, do swojego ciała i umysłu, nad którym nie umiał zapanować. Zamraczający alkohol, ból, który sam sobie zadawał i tabletki, którymi później go tłumił. Odwieczne przekleństwo artysty, nieprzystosowanego do normalnego życia i nie umiejącego się odnaleźć w problemach zwykłych ludzi, w żaden sposób nie potrafiącego się z nimi pogodzić.
W takim stanie robił różne rzeczy, o których wolałby raz na zawsze zapomnieć, dlatego jego obecne stosunki z Kamijo nie wzbudzały już w nim silniejszych emocji. Tym razem mógł nawet powiedzieć, że całkiem nieźle trafił, skoro już musiał robić to, co robił. Starszy wokalista zawsze był dla niego delikatny i wyrozumiały, nie zrobiłby mu krzywdy ani niczego wbrew jego woli. Widać było, że nie ma na celu go wykorzystać i jeszcze bardziej pogrążyć, zdawał się rozumieć jego uczucia. Kaya mógł mu zaufać na tyle, by mieć pewność, że z nim jest przynajmniej całkowicie bezpieczny. Nawet, jeśli ich bliskość była tylko iluzją, tkwili w niej obaj i obaj jednakowo tego potrzebowali.
Od początku oczywiste było, że to wszystko skończy się dokładnie tak samo, jak się zaczęło. Taki stan nigdy nie trwał długo i w końcu Kaya zawsze jakoś odbijał się od dna i wracał do normalnego życia. Inne zdarzenia wokół niego nie pozwalały mu na dobre pogrążyć się w depresji; jak pory roku miało to swój cykl, mniej lub bardziej regularny, z którym czasem się pogodził. Odwieczne przekleństwo artysty. Emocjonalne rozchwianie nabył po prostu z dobrodziejstwem inwentarza.
Tym razem trwało to w sumie nieco ponad miesiąc, od kwietnia do połowy maja, gdy pracowali razem nad Node of Scherzo. Gdyby miał dokładnie policzyć ich spotkania, wyszłoby ich nieco mniej, niż mogłoby się wydawać… W każdym razie jego przewidywania sprawdziły się i w pewnym momencie wszystko zwyczajnie się skończyło. Nie musieli tego ustalać ani zaznaczać. Po prostu nie było już następnego smsa ani telefonu i w jakiś naturalny sposób wiedzieli, że to się już nie zmieni. Kiedy pewnego dnia Kaya zdał sobie z tego sprawę, miał zamiar gładko wyciąć opcję kolejnej schadzki ze swoich hipotetycznych planów na najbliższe wieczory i zgodnie z cichą umową, o wszystkim zapomnieć.
No właśnie – miał zamiar.
Na początku ciężko było mu to przyznać samemu przed sobą. Bo niby przyjął to jako całkiem oczywiste i naturalne, od początku mając przecież pełną świadomość, że tak właśnie będzie, niby z miejsca całkowicie się z tym pogodził, nawet nie czując jakiegoś głębokiego zawodu, jednak czasem… Czasem wzbierały w nim jakieś dziwne, niedające się nazwać ani wytłumaczyć emocje, niejednokrotnie ze sobą sprzeczne i kruche tak, że znikały, kiedy tylko potrząsał głową i kazał sobie przestać się wygłupiać. Znikały – by wrócić, w coraz to wyraźniejszej formie. Jakaś głupia nadzieja nadal tliła się w jego sercu i jakkolwiek irracjonalne to było, to kiedy spoglądał na swój telefon cały czas po cichu liczył, że może jednak…? I nie chodziło dłużej o ucieczkę od samotności i poszukiwanie rozładowania. Przynajmniej wydawało mu się, że stan jego psychiki zaczął wracać do względnej normy i nie było mu to już takie potrzebne. Coś zupełnie innego ciągnęło go do kolejnego spotkania i patrząc na Kamijo, gdy razem pracowali – ostatnio co prawda rzadziej, ale wciąż względnie regularnie – i gdy rozmawiali, tęsknił za tymi chwilami, kiedy byli tak blisko, kiedy mógł go dotknąć, pocałować, wtulić się w jego ciepłe ramiona i słuchać głosu, rozbrzmiewającego tuż przy uchu – i nieważne, jaki ból nim w tamtych chwilach targał. Potrząsał głową i śmiał się z siebie; to normalne, że brakowało mu czyjegoś ciepła, kiedy skończyły się ich wspólne noce. Może powinien wdać się w kolejny tego typu romans, ale o dziwo, gdy przychodziło co do czego, nie miał ochoty. Niechęć wzbudzał w nim fakt, że miałby teraz sypiać z kimś innym. No tak, stwierdził w końcu z krzywym uśmiechem, nie dało się ukryć, że Kamijo postawił wysoką poprzeczkę swoim potencjonalnym następcom. Należał do tej niezbyt licznej grupy znanych mu mężczyzn, którzy samym swoim spojrzeniem i brzmieniem głosu byli w stanie sprawić, że uginały się pod nim nogi, a po ciele przechodził dreszcz. Kilka wspólnych nocy to było chyba jednak za mało, by zaspokoić to pożądanie, a zamiast tego zdawało się jeszcze je podsycać. Gdyby to zostało w sferze jego wyobrażeń, być może łatwiej dałoby się odgonić, a tak… Zamiast niewyraźnych wizji miał całkiem szczegółowe wspomnienia, które przesuwały mu się przed oczami jak film, kiedy siedział obok i na niego patrzył. Nie mógł zapomnieć jego ciała, wyrazu twarzy, pocałunków i gorącego oddechu na swojej szyi. Sam widok jego dłoni i palców, kiedy coś zapisywał lub gestykulował kojarzył mu się tak jednoznacznie, że musiał spuszczać głowę i pod pretekstem zmęczenia przyciskać ręce do płonących policzków. Co się z nim działo, do cholery?! Z początku nieznaczące nadzieje i nieoczekiwanie ciepłe wspomnienia stawały się coraz bardziej niepokojące, aż prawie nie był w stanie myśleć przy Kamijo o niczym innym. Dopiero teraz ich spotkania zaczęły niekorzystnie odbijać się na pracy całej grupy, bo skupić się na czymkolwiek było mu coraz ciężej, a powód, dla którego do studia przychodził – choć ciężko było mu to przyznać – stawał się dla niego przede wszystkim osobisty. Działo się to zupełnie wbrew jego woli i wpadał w panikę, ilekroć docierało do niego, o czym właściwie myśli, próbował odpychać to od siebie wszystkimi dostępnymi sposobami, od logicznych tłumaczeń po drwinę – a problemy wciąż narastały mu w oczach.
No i właśnie wtedy pojawiła się ona.

Nazywała się Yoshimi. Była to kobieta raczej drobna, całkiem szczupła i nawet zgrabna, młoda, wiekiem zbliżona bardziej do Kayi niż Kamijo – na pewno brakowało jej jeszcze trochę do przekroczenia trzydziestu lat. Obdarzona była naturalną, typowo japońską urodą; miała ciemne migdałowe oczy, drobne usta i nosek, a jej symetryczną twarz okalały czarne, gładkie, równo przycięte włosy sięgające idealnie do ramion. Ich właściwie przypadkowe spotkanie – bo tylko na chwilę przyszła wtedy po coś do Kamijo do studia – wywołało lawinę, która dosłownie wyrwała Kayi grunt spod nóg.
Kiedy potem to wspominał, nie mógł sobie przypomnieć prawie niczego ze swoich pierwszych myśli po tym, jak słowa ,,moja dziewczyna” dotarły do jego świadomości. Całkiem dobrze pamiętał natomiast swoje emocje; wstrząs, który przeżył był ogromny, oddech i bicie serca zdawały się zatrzymać, a jedyne, co czuł, to trawiący go ogień i zarazem kompletną pustkę, tak, jakby ktoś nagle zatopił go pod wodą. Od tego momentu wszystko przestało do niego docierać i tylko ten nagły ból wciąż żarzył się i pulsował, stając się niemal fizycznym i ściskając jego żołądek we mdłościach. Chociaż później ta reakcja szczerze go przerażała, w nagłym impulsie zerwał się i wybiegł z sali, jeszcze zanim tamta kobieta pożegnała się z grupą, prawie potykając się o własne nogi dopadł do małej, studyjnej łazienki i zatrzasnąwszy drzwi, prawie natychmiast osunął się po jej ścianie na podłogę. Podciągając kolana pod brodę i wpijając palcami w swoje włosy, siedział tak bez ruchu chyba przez dwadzieścia minut.
W tej jednej chwili wiedział wszystko, a zarazem nie wiedział nic. Miał ochotę zrobić coś bardzo gwałtownego, zerwać się i z całej siły uderzyć pięściami w ścianę, a przy tym nie mógł zmusić swojego ciała do ruchu. Nawet podniesienie głowy było ponad jego siły. Było mu niedobrze, w uszach coś głośno dzwoniło. Nie wiedział, kiedy ostatnio czuł się tak pusty. Chciałby rozpłynąć się w powietrzu.
W tej pozycji zastał go Hizaki, który przyszedł za nim, zaniepokojony jego przedłużającą się nieobecnością i gdy nikt nie odpowiedział mu na pukanie, wkroczył do łazienki. Kaya jak przez mgłę pamiętał, jak klękał przed nim, widocznie przestraszony, potrząsając za ramię i mówiąc coś, czego znaczenia nie rozumiał. Niemal siłą oderwał jego dłonie od głowy i zmusił do podniesienia twarzy, jednak to, co zobaczył, wprawiło go wyraźnie w jeszcze większe przerażenie. Znowu coś mówił, zadawał jakieś szybkie, zlewające się ze sobą pytania, ale jedyne, co Kayi udało się zrobić, to potwierdzić słabo, że tak, chyba źle się czuje. W drzwiach już tłoczyło się parę innych osób, zaglądając do środka z zaniepokojeniem, do Hizakiego zaraz dołączył Juka i obaj podnieśli go z podłogi, stawiając na nogi. Wyprowadzany z łazienki, zdążył tylko przelotem zobaczyć w lustrze swoją twarz, półprzytomną i białą jak papier, z błędnym spojrzeniem w ciemnych oczach.
Ktoś odwiózł go do domu, ale to znowu niezbyt dobrze pamiętał. Tylko żar lipcowego popołudnia, niebieskie niebo, po którym raz po raz przelatywało po kilka ptaków, jednostajny szum zalanego słońcem miasta – i ciemność, znowu ta sama ciemność, zapierająca dech i przyćmiewająca wszystko przed jego oczami.

Do studia wrócił dopiero po trzech dniach. Wyłgał się chorobą. Jeszcze przez jakiś czas patrzyli na niego z zaniepokojeniem, ale ponieważ znowu zachowywał się normalnie, w końcu jakby odetchnęli. Wszyscy wrócili do swoich zajęć i zapomnieli o sprawie. Nie wyglądało na to, by ktokolwiek skojarzył jego nagłą niedyspozycję z tym, co oznajmił im Kamijo.
Chociaż to działało na jego korzyść.
Kiedy po tej drobnej przerwie wrócił do studia, był już nadzwyczaj spokojny i zdeterminowany. Mógł przynajmniej powiedzieć, że w końcu wszystko, z czym ostatnio walczył i co go niepokoiło, wreszcie stało się dla niego jasne i klarowne. Jakkolwiek mogło się to wydawać ironią losu w najczystszej postaci, był zakochany w Kamijo. Nie chodziło już wyłącznie o pożądanie, był tego w stu procentach pewny. Chciał z nim być. Myślał o tym zupełnie poważnie, a na jego drodze stała tylko jedna, jedyna przeszkoda. W sytuacji, w której się znalazł, bynajmniej nie miał jednak zamiaru zaszyć się w kącie i płakać nad swoim losem, a negatywne uczucia, którego od długiego czasu obijały się po jego głowie i sercu, teraz znalazły jeden, jasno sprecyzowany obiekt, w pełni się na nim koncentrując. Kiedy następnym razem Yoshimi zjawiła się w studiu – zaproszona przez wyraźnie zainteresowaną jej osobą grupę – na sam jej widok wybuchła w nim nienawiść tak gwałtowna, że byłaby w stanie zmieść z powierzchni ziemi małe miasteczko.
Najpierw dał sobie jednak czas na rozeznanie w sytuacji. Tego dnia nie mówił ani słowa, tylko siedział, wnikliwie obserwując parę i słuchając wymuszonej na nich przez resztę grupy opowieści z cyklu ,,jak to się stało”. Zgodnie z nią Yoshimi była po prostu kelnerką w kawiarni, w której Kamijo często bywał, przez jakiś czas zamieniali tam po parę zdań, aż w końcu spotkali się na prywatnym gruncie i dalej wszystko potoczyło się naturalnie. Nic specjalnego. Kayę uderzyło tylko to, że ukrywał ją przed nimi przez ponad dwa miesiące… A zresztą, czy musiał od razu ukrywać? Odkąd spotykali się nieco rzadziej, mieli tyle innych spraw do omówienia, że nikt nie wnikał jakoś specjalnie w kwestie ich prywatnego życia, zwyczajnie nie mieli na to czasu. No a skoro on sam nie uznał jej wcześniej za kogoś wartego przedstawienia swoim znajomym… Cóż, to też mogło wiele na ten temat powiedzieć. Kaya uśmiechnął się do siebie z satysfakcją.
Przez całe spotkanie to Kamijo o wszystkim opowiadał, podczas gdy Yoshimi siedziała w miejscu, uśmiechając się lekko, choć nieco nerwowo, jakby krępowało ją to, że wszyscy na nią patrzą i tylko w ostateczności wyduszając z siebie jakieś potwierdzenie lub dodając parę słów, gdy zachęcał ją do tego ukochany. Kaya dosłownie palił wzrokiem jej ramię oparte o jego i myślał tylko o jednym: co on w niej takiego widział? Nie dało się ukryć, że była nawet ładna – ale to wszystko. Jej twarz nie miała żadnego szczególnego wyrazu, głos nie zostawał na dłużej w pamięci, a w całej powierzchowności nie było niczego ani trochę zajmującego. Gdyby mijał ją na ulicy, równie dobrze mógłby minąć słup telegraficzny, nawet nie zatrzymałby na niej wzroku. Kiedy na nią patrzył i próbował dostrzec w niej cokolwiek więcej, jakikolwiek punkt odniesienia, wciąż widział tylko prostą zieloną sukienkę do kolan, białą opaskę na lśniących włosach, na palcu jednej dłoni pojedynczy pierścionek i małe srebrne kolczyki w uszach. Rzęsy posklejane tuszem (och, nawet on potrafił się lepiej umalować!) i pociągnięte błyszczykiem usta, nie wyrażające prawie żadnych uczyć, tylko wyginające się w uśmiechu, który zdawał się namalowany. Jak lalka na półce. Kaya miał ochotę ukłuć ją w ramię tylko po to, by sprawdzić, czy chociaż wtedy jej wyraz twarzy stanie się bardziej ekspresyjny, a spod skóry pójdzie krew, czy tylko wata.
Kolejne spotkania z nią nie odmieniły jego pierwszego wrażenia, a jeszcze bardziej go w tej opinii utwierdziły – a na brak okazji do uzasadnienia tego bynajmniej narzekać nie mógł. Reszta Versailles i Juka gorąco zachęcali parę, by częściej zjawiała się w studiu razem - ,,i tak macie tak mało czasu dla siebie!’’ –a oni korzystali z tego przyzwolenia nader chętnie. Na dużej części ich zebrań Kamijo zaczął zatem zjawiać się z wybranką uczepioną rękawa, ewentualnie przychodzącą do nich nieco później, po pracy i się do tego rękawa przyczepiającą. Nikomu prócz Kayi jej towarzystwo nie przeszkadzało, była miła i niewymagająca, choć ich stosunek do niej można byłoby chyba prędzej nazwać neutralnym niż jakimś szczególnie ciepłym. Była, nie była – im nie robiło to różnicy, a skoro mogli zrobić tym Kamijo przysługę, przy okazji czyniąc go nieco mniej drażliwym i bardziej zrelaksowanym, ostatecznie wychodziło to na korzyść całości.
Sama Yoshimi cały czas zachowywała się mniej więcej tak samo, jak na ich spotkaniu zapoznawczym. Mało mówiła, a jeśli nawet, to nigdy nie było to niczym godnym zapamiętania. Rzadko żartowała, głównie ograniczając się do śmiania z wygłupów reszty. Integrowała się tak naprawdę tylko z Kamijo i tylko on naprawdę ją w tym wszystkim interesował. Do bólu zwyczajna, do bólu typowa, do bólu nudna, wyliczał Kaya w myślach. Żadnych specjalnych pasji czy uzdolnień (no, może oprócz parzenia ukochanemu kawy, jak któregoś dnia złośliwie stwierdził), taka sama młoda kobieta, jakie codziennie chodziły po ulicy tuzinami. To, że związała się ze znanym muzykiem zdawało się być zupełnym przypadkiem. Wpadła do ich świata tak, jak czasem liść wpada do pokoju przez otwarte okno, a jej zadaniem było tylko siedzieć i ładnie wyglądać, tworzyć uroczy kontrast ze zjawiskową urodą i ekscentrycznym wizerunkiem Kamijo. Przypominała Kayi monotonny, czarno-biały obraz – żadnych kolorów. Równie dobrze starszy wokalista mógłby oprawić ją sobie w ramkę i powiesić na ścianie, nie byłoby z niej wtedy ani mniej ani więcej pożytku.
I że też naprawdę nie miała nic innego do roboty aż do tego stopnia, żeby cały czas tutaj przychodzić! Że też nie nudziło jej to wszystko, co robili i o czym rozmawiali! Przecież ona zupełnie nie miała pojęcia o muzyce! Kaya szczerze wątpił, czy wiedziała, po co im głośniki, skoro ćwiczą w tak małej sali, o tajemnej sztuce odróżnienia gitary elektrycznej od basowej nawet nie wspominając. To, co robiła, ograniczało się głównie do siedzenia z nogą założoną na nogę i przyglądania ich próbom, od czasu do czasu urozmaiconym poprawianiem makijażu w niewielkim lusterku – oczywiście to, o ile Kamijo był zajęty. W innym wypadku cel jej wizyt był jasno określony i sprowadzał się do ogólnie pojętego klejenia do jego osoby, uwieszania mu na ramieniu, słodkiego uśmiechania i trzepotania rzęsami, czym nieodmiennie wywoływała u Kayi gwałtowne skoki ciśnienia. Na sam widok takich scenek jego dłonie automatycznie zaciskały się w pięści i zanosił wszystkim siłom wyższym żarliwe prośby, by schody, po których Yoshimi chodziła okazały się trochę bardziej śliskie, a wysokie obcasy zdradzieckie. Jeśli chodziło o dotyczące jej ,,co by było, gdyby” jego wyobraźnia okazała się nadzwyczaj produktywna; z miłą chęcią sam pomógłby jej w szybszym pokonaniu owych schodów, chociaż miał też w zanadrzu kilka innych, bardziej oryginalnych opcji. Wyobrażał sobie na przykład, że mógłby zamknąć ją w jakiejś piwnicy i upozorować nagły wyjazd połączony z zerwaniem związku z Kamijo… Albo naprawdę wysłać w jakąś podróż na Kamczatkę z biletem w jedną stronę. Snucie kolejnych, coraz dalej idących wizji, sprawiało mu niewysłowioną satysfakcję.
Zresztą, na wizjach wcale się nie kończyło. Jej obecność w studiu dawała mu w końcu całkiem spore pole do popisu, którego żal byłoby nie wykorzystać. Kaya był zdeterminowany i skupiony tylko na jednym – udowodnić Kamijo, kto z ich dwojga jest dla niego lepszym partnerem, uświadomić mu jego błąd i raz na zawsze uwolnić od tej zwykłej, nudnej, pozbawionej wyobraźni kobiety. Rozpoczęła się próba sił.
Ponieważ Kamijo był jedynym ogniwem łączącym Yoshimi z tą dziedziną sztuki, jaką jest muzyka, bardzo często musiał tłumaczyć jej wszystko, czego nie rozumiała w ich rozmowach i poczynaniach. Wtedy do akcji mógł wkroczyć Kaya, sumiennie wykorzystujący w swych działaniach przede wszystkim tę przewagę, jaką dawał mu ich wspólny fach; z niewinnym uśmiechem, niby to nie rozumiejąc, co robi, narzucał takie tempo dyskusji i szpikował ją taką ilością profesjonalnych terminów, by Yoshimi zwyczajnie nie nadążała z zadawaniem pytań i tylko siedziała, bezmyślnie słuchając. Wykorzystywał każdą okazję, by wciągać Kamijo w rozmowy, zagadywać go i żartować, a ponieważ poczucie humoru mieli bardzo zbliżone, szybko skutkowało to obustronnymi wybuchami śmiechu i konsternacją zostawionej sobie samej dziewczyny. Kiedy tylko ta skupiała na sobie uwagę Kamijo, Kaya natychmiast ją odwracał, o coś go pytając bądź prosząc, mówiąc wszystko, co tylko przyszło mu na myśl, byle to na niego, a nie na nią patrzył. Ona z czułością poprawiała mu włosy – on przechodził obok, niby przypadkiem ocierając się o niego ramieniem. Siadała mu na kolanach i próbowała pocałować – Kaya poświęcał się i wylewał na siebie kawę, tylko po to, by Kamijo zostawił ukochaną i poderwał się, zaniepokojony jego ewentualnym poparzeniem. Gubił kartki z nutami, nieproporcjonalną co do tego paniką angażując całą grupę w poszukiwania. Odłączał ukradkiem kable, by przenikliwe piski zakłóceń przerywały zakochanym rozmowę. Przypadkowo zamykał drzwi do sali na klucz, jeśli Yoshimi miała przyjść do niej nieco później i nieustannie potykał się na prostej drodze, by zderzyć akurat z przechodzącym Kamijo. W konkurencji bycia totalną ofiarą przebijał nawet Teru, jednak wszystko, co robił, było dokładnie obmyślone, zaplanowane i podporządkowane jednemu celowi. Wiedział, że robi to po mistrzowsku, w końcu nie pierwszy raz w ten sposób zdobywał ukochanych. Nikt nie mógł mu nic zarzucić, kiedy śmiał się i za wszystko przepraszał, tłumacząc rozkojarzeniem, nie uwodził też Kamijo otwarcie – żadnych przeciągłych spojrzeń czy zbyt czułych gestów. Jego zachowanie zdawało się być zupełnie naturalne; w końcu zawsze był duszą towarzystwa, emanował urokiem i wesołością, skupiał na sobie uwagę innych i chętnie okazywał im sympatię. Jego zachowanie grupa kwitowała śmiechem i wzruszeniem ramion, całkiem już do tego przyzwyczajona, a wrogie spojrzenia Yoshimi (na które rzecz jasna w żaden sposób nie odpowiadał, nie chcąc wtykać jej w ręce broni), jeszcze utwierdzało go w tym, że szło mu doskonale.
A największy triumf przynosiły mu wspólne występy. Kiedy tylko Versailles przeprowadzało próbę, Kaya natychmiast brał drugi mikrofon i przyłączał się do nich, dodając chórki lub śpiewając z Kamijo całe utwory. Bawili się wtedy świetnie, obaj w swoim żywiole i rzadko byli w stanie dłużej ustać w miejscu, szybko zmieniając ćwiczenia w mały koncert dla kilkuosobowej publiki. W jego trakcie tak jak na prawdziwej scenie często wymieniali spojrzenia i uśmiechy, czasem obejmowali się nawzajem lub chwytali za ręce. Wtedy należeli tylko do siebie i nie miało znaczenia, że Yoshimi siedziała obok i na nich patrzyła. Kaya szczerze wierzył w więź, która rodziła się między nimi, gdy łączyła ich muzyka, a której ona nie potrafiłaby zrozumieć. Wszystko, co mogła zrobić, to tylko uśmiechnąć się tępo i pogratulować im wspaniałego występu.
Co za ironia losu, że to właśnie ona zawsze wychodziła potem z Kamijo ze studia, otoczona jego ramieniem. Okrutna pomyłka! Zupełnie nie rozumiał, dlaczego tak się dzieje. On zasługiwał przecież na kogoś lepszego. Kogoś z charakterem, z wizją, z ambicją i możliwością zrozumienia tego, co było dla niego ważne. Kto znał jego świat i dzielił z nim te same uczucia. Nie przyklejonego do ramienia obserwatora, chodzącej laleczki z pustym uśmiechem na upudrowanej buzi! Gdyby nie ona, mogliby być tacy szczęśliwi… Możliwe, ze ich miłość rozwinęłaby się od początku całkiem naturalnie, gdyby tamten okres, kiedy się poznali i zaczęli razem pracować nie był dla obu tak ciężki i ponury. Cały czas dało się to nadrobić… I zrobiliby to, gdyby nie zjawiła się ona i nie pochwyciła go w swoje szpony!
Przez długi czas tak właśnie uważał. Zaślepiony miłością do Kamijo i pogrążony w niej coraz bardziej, idealizował ich relację do rangi wręcz nieziemskiej i z każdym dniem silniej nienawidził Yoshimi. Była dla niego przeszkodą, którą dla ich dobra należało usunąć i systematycznie do tego dążył. Komentował w myślach każdy jej gest czy słowo, jeszcze bardziej nakręcał swoją pogardą i złością i robił wszystko, by w subtelny, acz skuteczny sposób uprzykrzyć jej życie, po trochu przeciągając Kamijo na swoją stronę i sprawiając, że coraz częściej siedziała sama, nie odzywając się do nikogo albo w ogóle do studia nie przychodziła.
Miał jednak nadejść dzień, który gwałtownym szarpnięciem sprowadził go na ziemię.

Była to połowa sierpnia, pora spokojna, słoneczna i wciąż jeszcze bardzo ciepła. Ich grupa miała już całkiem nowe plany na dalszą wspólną działalność, przygotowania do wydania we współpracy nowych płyt i kolejnego przedstawienia Node of Scherzo znowu silniej związały ich ze sobą. Prace ruszyły pełną parą, więc popołudniami tak jak zawsze spotykali się w studiu. Tego dnia Kaya przyszedł wcześniej, chcąc jeszcze uporządkować swoje teksty, nuty i niedawno napisany szkic roli do owego występu, które zupełnie pomieszały mu się przy ostatnich próbach. W sali prawie nikogo jeszcze nie było, tylko Hizaki siedział w kącie i stroił gitarę, a Juka gawędził w kuchni ze swoim basistą. Bez organizacyjnego zebrania nad kubkami kofeiny próba nie była dla nich próbą, a przy takiej liczbie osób zaparzenie jej zajmowało zawsze trochę czasu i zgodnie z niepisaną umową, było rolą pierwszych, którzy danego dnia się w studiu stawiali.
Kaya był spokojny i zrelaksowany. Ułożywszy wszystkie kartki we właściwym porządku, kręcił się po sali, analizując po cichu, jakie możliwości realizacji jego małego planu stwarza mu nowa rola i próby całego przedstawienia. Miał zamiar przeforsować jeszcze kilka pomysłów co do jego szczegółów i był bardo zadowolony z tego, co udało mu się wymyślić. W całym przedsięwzięciu tkwił niewątpliwie spory potencjał, by znacząco przyczyniło się to do osiągnięcia przez niego wymarzonego celu, na tym etapie z pewnością było to już tylko kwestią czasu. Rozmyślając w ten sposób, chodząc po sali i wszystko planując, w pewnym momencie znalazł się przy oknie, a gdy jego wzrok bezwiednie powędrował w dół – nagle zamarł w pół kroku.
Byli tam, oboje. Zajmowali ławkę pod drzewem, na niewielkim skwerze koło budynku, w którym znajdowało się ich studio i nawet z pewnej odległości rzucali się w oczy. Nie mogło być mowy o pomyłce; długie blond włosy Kamijo były zbyt charakterystyczne (a już szczególnie Kaya poznałby je przecież na drugim końcu świata), a i ta czarna grzywka siedzącej na jego kolanach dziewczyny wyglądała znajomo. Mówił jej coś do ucha, a ona chichotała, obejmując go ramionami i spuszczając nieco wstydliwie głowę. Szczęście biło z ich twarzy, z przymkniętych oczu i układających się w identycznych uśmiechach ust, wręcz emanowali zadowoleniem, spokojem i radością. Kaya mógłby sfrunąć z tego okna wprost przed nich, a i tak nie zwróciliby uwagi, tak byli sobą zajęci.
Młodszy wokalista stał za szybą przy parapecie jak wrośnięty w podłogę i zupełnie nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nie dawał rady się ruszyć ani oderwać wzroku od pary na ławce, ramion Kamijo z czułością obejmujących szczupłą talię Yoshimi, jej dłoni wplatających się w jego włosy, głów pochylonych do pocałunku. Jego serce kołatało w piersi z trudem, jakby zaraz miało się zatrzymać, a w wypełniającej go pustce głuchym echem odbijała się tylko jedna myśl – on ją kochał.
To był początek i zarazem koniec wszystkiego. Kochał ją i nie liczyło się, co Kaya myślał i próbował z tym zrobić. W jednej chwili pojął wszystko. Mógł mieć przewagę w studiu, kiedy razem tworzyli, ćwiczyli i rozmawiali o swoich sprawach, przewagę jako ceniony muzyk i utalentowany wokalista, z którym Versailles współpracowało, którego wszyscy lubili i chętnie dzielili z nim swoją pasję – ale to wszystko. W prawdziwym życiu od początku przegrywał. Mógł okazywać mu miłość na tysiąc różnych sposobów, mógł poświęcić dla niego wszystko, ale on i tak od początku wolał ją, cały czas wolał ją, tylko dlatego, że była. Właśnie dlatego ani przez chwilę nie miał z nią szans i właśnie dlatego stał teraz tutaj sam, oddzielony okienną szybą jak barykadą od ich świata, do którego w tak żałosny sposób bezskutecznie próbował wtargnąć.
Jeśli jego serce nigdy wcześniej nie miało jeszcze wystarczającego powodu, by pęknąć, z całą pewnością stało się to właśnie w tej chwili. Jego dłoń, bezwiednie oparta o szybę obsunęła się po niej i stuknęła głucho o parapet, kiedy gwałtownie zacisnął ją w pięść, wszystkie siły skupiając na tym, by się nie rozpłakać. A jednak po chwili z zaskoczeniem stwierdził, że nawet gdyby chciał, chyba by nie mógł; był całkowicie zablokowany i ten przelotny odruch zanikł prawie natychmiast. Nagle nie czuł już zupełnie nic, tylko kompletną obojętność. Nie miało już znaczenia, co się teraz stanie, co w ogóle będzie dalej, a oni… Oni niech nadal idą swoją drogą. Wszystko, czego pragnął, to nie musieć dłużej na to patrzeć.
Odwrócił się i wyszedł z sali, nie dosłyszawszy nawet wołającego go Hizakiego. Nic do niego nie docierało, o niczym nie myślał ani niczego nie czuł. Był tylko trochę zmęczony; kiedy wsiadł do metra, gdzie jakoś automatycznie poprowadziły go jego stopy, stwierdził, że strasznie chce mu się spać, wrócił więc prosto do domu, a tam zamknął drzwi na klucz i nie patrząc na nic innego, ruszył prosto do sypialni. Była dopiero osiemnasta, ale dla niego równie dobrze mogła to być każda inna godzina. Rozebrał się do bielizny i wślizgnął pod kołdrę, zasłaniając jednym ramieniem głowę przed promieniami zachodzącego słońca, które zalewało jego pokój. Czuł w niej lekkie zawroty, ale poza tym ogarnęło go coś w rodzaju ulgi. Tak jakby coś w jednej chwili odebrało mu zupełnie wszystkie siły, nie wiedział nawet, w którym momencie zasnął.
Obudził się o pierwszej trzydzieści, z krzykiem siadając na łóżku. Nie pamiętał, co mu się śniło, ale był zlany potem, a jego serce tłukło w piersi, jakby miało wyskoczyć. Opadł z powrotem na poduszki, zasłaniając twarz dłońmi i próbując się uspokoić. Kiedy po chwili opuścił ręce, pozwalając im bezwładnie opaść na kołdrę, nie czuł już senności. Przez kilka minut leżał na plecach, wpatrując się w ciemność nad sobą, słuchając własnego ciężkiego oddechu i tykania zegara, wyraźnie rozbrzmiewającego wśród głuchej ciszy jego mieszkania.
Pierwsza łza, która spłynęła mu po policzku, wywołała z początku lekkie zaskoczenie, niewyraźnie przebijające się przez jego otępienie. Instynktownie otarł ją wierzchem dłoni, jednak po chwili jej śladem ruszyła druga i trzecia. Czuł, że coś tkwi w jego piersi i teraz wzbiera w niej gwałtownie, jakby chciało ją rozsadzić, wędruje w górę i dławi go w gardle. Chciał złapać oddech. Przeszedł w zduszony szloch. Ze złością uderzył pięścią w kołdrę, ale nie dał już rady tego zatrzymać. Przyciskając dłoń do ust i gwałtownie odwracając twarz do poduszki, zaczął płakać histerycznie, bez kontroli. Cały się trząsł i nie mógł uspokoić. Jego ciało zdawało się być skupione tylko na tym, jakby była to funkcja równa z oddychaniem czy pompowaniem krwi. W ten sposób minęła godzina, potem druga, ale nie czuł upływającego czasu. O niczym wyraźnym nie myślał, a jeśli towarzyszyły mu jakieś uczucia, nie umiałby ich nazwać. Tylko płakał i płakał. To było wszystko, co mógł dla siebie zrobić.

Nie wiedział, czy tej nocy spał jeszcze chociaż przez parę minut. Tak naprawdę cała była jak sen, wydawało mu się, że budzi się raz za razem, nie zasypiając. Jedyną czynnością, jakiej był względnie świadomy, było przewracanie się z boku na bok. Trwało to wieki, nim na zewnątrz zaczęły śpiewać ptaki, obwieszczając, że zbliża się poranek.
W tej chwili, zawieszonej między nocą a dniem, był jeszcze bardziej zmęczony niż ubiegłego wieczora, wręcz wyczerpany samym sobą. Od płaczu bolało go gardło i oczy, głowa dosłownie pękała, a nawet samo oddychanie przychodziło z trudem i wywoływało kłucie w piersi. Cała poduszka była mokra od jego łez i palił go od niej policzek, chociaż odwracał ją na drugą stronę kilkakrotnie, instynktownie szukając jeszcze suchego miejsca. W rozgrzanej pościeli oplątanej wokół jego talii i nóg żadna pozycja nie była wygodna, czuł każdy szew wbijający się w skórę, a uwierać go zdawały się nawet jego własne kości. Zimny pot spływał mu po plecach, całe ciało drżało ze zdenerwowania, jednak nie mógł ruszyć się z miejsca. Marzył, by znowu zasnąć, ale żadnym sposobem nie potrafił tego stanu osiągnąć. Zaciskając dłonie na poduszce i przez opuchnięte oczy patrząc, jak niebieska poświata poranka powoli wypełnia cały pokój, pragnął tylko jednego – by ten nowy dzień w ogóle nie nadchodził. W takim zawieszeniu i ciemności był przynajmniej bezpieczny. Gdyby to nadal trwało, nie musiałby już nigdy do nikogo się odzywać ani nikomu patrzeć w oczy. Teraz sama myśl o powrocie do studia, do grupy i towarzystwa Kamijo wprawiała go w rozpacz, aż miał ochotę krzyczeć i tłuc pięściami w materac.
Do tej pory, chociaż budził się sam, zawsze towarzyszyła mu nadzieja. Miał cel, by podnieść się z łóżka, iść do studia i pracować. Była wiara, mobilizacja, nawet optymizm, że jego działania w końcu przyniosą oczekiwany efekt. Że nadejdzie taki poranek, gdy już nigdy nie będzie budził się w swoim łóżku sam. Nakręcała go ta codzienna walka i wszystkie małe zwycięstwa, które w niej odnosił. Teraz nie zostało po tym nawet śladu, a to, co wcześniej dodawało mu sił, nagle stało się odpychające. Bycie przy Kamijo, patrzenie na niego, słuchanie jego głosu, zły wzrok Yoshimi i śmiech reszty zespołu – wszystko było już tylko kolejnym powodem, by nie wstawać z łóżka. Po tych tygodniach, kiedy to, co robił miało jakiś cel i w co szczerze wierzył, okazało się być tylko iluzją. W tej chwili nie miał już zupełnie nic. Co tak naprawdę zrobił? Niczego nie dokonał, niczego nie zmienił, a tylko się przed nimi ośmieszył. Na samo wspomnienie ogarniał go wstyd tak palący, że nie wyobrażał sobie, by kiedykolwiek mógł jeszcze spojrzeć któremuś z nich w twarz.
W ten sposób, w zaledwie kilka fatalnych minut jednego popołudnia, wszystko wróciło do tego samego, tak dobrze znanego mu stanu, z którego dopiero niedawno zaczął się wygrzebywać.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Pon Maj 16, 2011 11:51 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Rei-chan
J-legenda


Liczba postów : 2010
Join date : 04/01/2011
Age : 20
Skąd : Z piekła...

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Czw Kwi 21, 2011 12:49 am

*biega z zacieszem w kółko i śpiewa*
Shadow coś napisała! Shadow coś napisała!
*siada i zaczyna szybko czytać*

Cudowny fik!
Shadow, powiedz, jak ty to robisz, że tekst, w którym nie występują dialogi może mnie aż tak zainteresować, żebym go przeczytała za jednym zamachem w całości?
Zawsze unikam takich tekstów, ale uznałam, że tym razem również mnie nie zawiedziesz i się nie przeliczyłam^^

Bardzo przyjemnie się to czyta, szybko i łatwo, ten brak dialogów był niezauważalny. Każdy opis w twoim wykonaniu jest tak plastyczny, żywy, przepełniony emocjami albo akcją, że dialogi stają się jedynie możliwym elementem, bez którego tekst wcale nie musi być mniej wartościowy.

Potrafię napisać tylko tyle, że nie mogę się doczekać kolejnej części^^
Wena!
Powrót do góry Go down
pucchan
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 96
Join date : 07/08/2010
Age : 22
Skąd : Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Czw Kwi 21, 2011 1:12 am

Po pierwsze, wspaniałe. Po drugie, czyt. punkt pierwszy, po trzecie - jak wcześniej. Shadow, Shadow, pytanie Ciebie, jak Ty to robisz nie ma najmniejszego sensu, bo na pewno słyszałaś to z milion razy, jak dla mnie - niektórzy po prostu się z talentem rodzą, jesteś jedną z nich i to by było na tyle.
W notce autorskiej wspomniałaś o tym, że w drugiej części będą już dialogi. Ale wiesz, bez nich i tak bardzo dobrze Ci idzie. To, co piszesz, nie jest zwykłym nawałem tekstu, laniem wody, z przyjemnością skupiłam się na czytaniu i wyobrażaniu poszczególnych scen i absolutnie, ani raz nie pomyślałam o tym, żeby przewinąć któryś fragment, nie chciałam ominąć ani kawałka.
Ponadto, moje szczegółolubne podniebienie jest co najmniej zachwycone. Bardzo chciałabym w tym miejscu coś przytoczyć, ale nie mogę, bo bym musiała wkleić większość Twojego tekstu, a ten biedny kursor i tak już taki cieniutki jest, aż mi go szkoda normalnie. Szczególnie jednak upodobałam sobie jeden z ostatnich fragmentów, ten, gdzie Kaya wraca do domu i daje upust emocjom, no po prostu ja już nie wiem, co tu powiedzieć.
Znalazłam tylko jedną małą literówkę - "bardo" zamiast "bardzo". Aha, no i "nostalgicznego". Nostalgia, jak mówiła mi kiedyś polonistka, to tęsknota za ojczyzną, nie można tego mylić z melancholią, a wydaje mi się, że właśnie to słowo pasuje w miejsce tego Twojego nostalgicznego widoku. Ostatnia rzecz dzieląca fick od ideału to akapity. Jak już mówiłam, czytało mi się wspaniale, ale mogłoby być lepiej, gdyby po każdym enterze nowy akapit zaczynały ze dwie, trzy spacje. To w sumie tak na przyszłość, bo mnie na Twoim miejscu by się nie chciało drugi raz lecieć przez tekst, żeby powstawiać durne spacje xD
KONIEC. xD
Powrót do góry Go down
http://lastfm.pl/user/pucchans
Oreiteia
Yuki-chan


Liczba postów : 1262
Join date : 30/01/2011
Age : 22
Skąd : Lidzbark Warmiński

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Czw Kwi 21, 2011 10:47 am

Cholera... To jest piękne. Naprawdę wspaniale budujesz emocje, człowiek ma wrażenie jakby znajdował się na miejscu bohatera. I błagam o to żeby druga część zakończyła się szczęśliwie, bo nie wiem czy dałabym radę potem podnieść się z łóżka.
I jesteś prawdziwym przykładem na to, że bez dialogów też da się stworzyć genialny i długi, przedewszystkim, tekst. Zawarte jest w nim wszystko co potrzebne jest by zadowolić czytelnika. Nawet bez rozmów wyjaśniających czasami sytuację, nie da się w Twoim tekście pogubić. Wszystko jest spójne, jasne i logiczne.
I cholernie smutne...
Powrót do góry Go down
Anya
Złośliwiec | Kyo Owner


Liczba postów : 3098
Join date : 08/01/2010
Age : 22
Skąd : Kyoto

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Pią Kwi 22, 2011 1:46 am

o łał.
(to było w trakcie czytania)

niesamowite
(to było pod koniec czytania)

(a to będzie kilka godzin po czytaniu)
o bogowie. właśnie kolejny raz potwierdziłaś swoją pozycję wśród moich ulubionych autorów. cierpię na niedosyt dobrego fanfiction ostatnimi czasy i to było niczym działka dla ćpuna. ukojenie.
po prostu... łał. naprawdę, ja słów nie mam. jestem pod cholernie wielkim wrażeniem. tego, jakie emocje przekazujesz i w jaki sposób je przekazujesz. bo tu teraz nie chodzi tylko o ten styl, o to, jak cudowne, plastyczne opisy tworzysz i jak bardzo ja czuję to, co on - tu chodzi o samo to, co opisujesz. tego nie znajdę w każdym ficku. ani w co drugim. ani w co dziesiątym, myślę. opis człowieka w jakiś sposób szalonego, zagubionego w pustce, który potem wraca do życia, by nagle poddać się emocjom, o których wcześniej nawet nie pomyślał. to, że uświadamia sobie prawdę dopiero po bolesnym bodźcu. to, że ma nadzieję, że jest wręcz narcystycznie pewien, że mu się uda, a potem... ta beznadzieja. bo nie ma szans i prawda boli i kole w oczy. jakie to prawdziwe. łał.

ze strony technicznej, najpierw o błędach: chyba widziałam dwie zjedzone literki, ale nie mam przy tym tekście głowy, żeby ich szukać.
wiesz, za co cię podziwiam? za długość. mi dopiero od niedawna udaje się napisać coś dłuższego niż dwie strony i idzie mi to strasznie opornie, a twoje teksty, mimo długości, nie nużą, nie męczą i człowiek chce więcej! jak sobie uświadomiłam, że zbliżam się do końca to zaczęłam wolniej czytać, bo nie chciałam, żeby już się kończyło.
jestem pod mega wrażeniem twojego pióra. i 'bogactwa językowego' (takie ładne wyrażenie podłapane z angielskiego). nie powtarzasz się. i wspaniale oddajesz emocje, uczucia, zdarzenia, sytuacje. kiedy on rozmazywał ten tusz, ja doskonale widziałam te smugi na skórze. i wręcz czułam tę mokrą skórę pod pościelą. widziałam ten hotel, ławeczkę w skwerku, miniwystępy na próbach. niesamowite.

mogłabym tak jeszcze długo chyba wychwalać pod niebiosa ten tekst, ale to byłoby tylko wykręcanie się od zakończenia komentarza. nigdy nie potrafiłam kończyć komentarzy, zawsze tak brutalnie to wychodziło. więc tu zakończę prosto:
chcę więcej.
chcę drugą część.
teraz zaraz aaaaaaaaa!

bo jak doszłam do końca tej, to siedziałam ze smutną miną przed laptopem, zawiedziona, bo przecież ja chcę dalej!
i też mam nadzieję na szczęśliwe zakończenie. może nie w stu procentach szczęśliwe, ale jednak. bo myślę, że szczęśliwe zakończenie jest tu trudniejsze do wymyślenia.

kłaniająca się po pas
Any

_________________

i'm unclean a libertine
and every time you vent your spleen
I seem to lose the power of speech
you're slipping slowly from my reach


fbl | last.fm | tumblr

Powrót do góry Go down
http://faint-drella.tumblr.com/
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Pon Kwi 25, 2011 11:05 pm

Wiecie co, ja po takich pięknych komentarzach będę się teraz bała drugą część dodać, żeby niczyich oczekiwań nie zawieść, jeśli się gorsza okaże ^^" Normalnie je sobie wszystkie wydrukuję i będę czytać, jak mi weny zabraknie, bo tak strasznie się z nich cieszę i to jest takie mobilizujące, że nawet w drodze do rodziny na święta w samochodzie pisałam, chociaż na naszych drogach to wyczyn kaskaderski niemal... Bardzo, baaaardzo dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, nie wiem już jakimi słowami mam dziękować, ale jestem cholernie szczęśliwa i staram się jak mogę, żeby druga część jednak nie była gorsza *^^*
Jestem w trakcie przepisywania, postaram się wyrobić w tym tygodniu, choć to oczywiście zależy od tego, ile czasu przy komputerze będę miała.

Rei-chan napisał:
Zawsze unikam takich tekstów, ale uznałam, że tym razem również mnie nie zawiedziesz i się nie przeliczyłam^^
Ja też zawsze wątpię, jak widzę tak długość bez dialogów i też zazwyczaj takich tekstów unikam, także w ogóle podziwiam wszystkich za sam fakt zabrania się do tego XDD
pucchan napisał:
Aha, no i "nostalgicznego". Nostalgia, jak mówiła mi kiedyś polonistka, to tęsknota za ojczyzną, nie można tego mylić z melancholią, a wydaje mi się, że właśnie to słowo pasuje w miejsce tego Twojego nostalgicznego widoku.
Aż wpisałam w google (swojej polonistki pytać nie będę, zwątpiłam, kiedy się ostatnio zastanawiała, czy 'naprawdę' pisze się razem czy oddzielnie) i oto, co mówi Ciotka Wikipedia (wiem, że wiarygodne źródło, ale nie chce mi się już szukać głębiej'''): "potocznie, doskwierająca tęsknota za ojczyzną (krajem ojczystym), a także, tęsknota za czymś przeszłym, co utrwaliło się w pamięci lub do czegoś, co wyobrażono sobie w marzeniach." Także czy ja wiem... Pomyślę nad tym najwyżej, kiedy będę chciała znowu gdzieś to słowo wcisnąć ^^"
pucchan napisał:
Ostatnia rzecz dzieląca fick od ideału to akapity. Jak już mówiłam, czytało mi się wspaniale, ale mogłoby być lepiej, gdyby po każdym enterze nowy akapit zaczynały ze dwie, trzy spacje.
Akapity to jest to coś, o czego istnieniu zawsze zapominam, i w pisaniu ręcznym i na komputerze ^^" Ale przyjęłam do wiadomości, następnym razem się o nie postaram XD

Any - <333

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Pon Maj 02, 2011 4:15 pm

Części: 2/2
Słów: 11 799 w tej części... Co daje 18 952 w całości, znowu rekord, szlag! D:
Ostrzeżenia: PG13
Komentarz: Powiem szczerze, że mam już tego ficka serdecznie dosyć x__x Zdecydowanie za długo już nad nim siedzę, a wczorajsze dwugodzinne betowanie, po którym nadal nie wszystko mi gra i po którym nawet zdania z tego tekstu nie chce mi się już czytać, dosłownie mnie dobiło. Na pewno to jeden z moich cięższych tworów... Zdaję sobie sprawę, że jeszcze parę rzeczy mogłabym poprawić, ale prędzej się poryczę niż to zrobię Cute" Są fragmenty, z których jestem zadowolona bardziej lub mniej, ogółem... Nie wiem. Będę polegać na Waszych opiniach, powiedzmy XD A tymczasem wracam do kontemplowania (drugiego!) autografu Kayi i przynajmniej na razie mam już wszystko gdzieś <333
~~

Jak wspominał, było to ich ostatnie spotkanie w hotelu, kiedy Kamijo zapytał go, czy naprawdę nie chciałby zakochać się na poważnie. Leżał obok z policzkiem podpartym na dłoni, patrząc na niego spod przymkniętych powiek z czymś w rodzaju zainteresowania. Kaya dłuższą chwilę myślał nad odpowiedzią, z nieznacznym, nieco gorzkim uśmiechem skubiąc brzeg poduszki.
- Od dawna nie mam tak dużych oczekiwań - powiedział w końcu, wzruszając lekko ramionami. - Myślę, że chciałbym z kimś być, ale to raczej kwestia tego, żeby po prostu... Ja wiem, nie wracać na przykład do pustego mieszkania. – Umilknął na chwilę i dopiero potem podjął znowu, nie patrząc na niego, a mówiąc jakby trochę do siebie. - Żeby był tam ktoś, to mnie przywita, do kogo można się wieczorem odezwać i kto będzie spał obok, kiedy się w nocy obudzę. Tego typu zwykłe, codzienne rzeczy same w sobie. Jak przytulenie i kawa podana do łóżka. Do tego nie muszę być poważnie zakochany. Może to nawet lepiej, kiedy nie jestem... Przecież i tak wiem, że to nie będzie trwało długo.
Kamijo pokiwał głową ze zrozumieniem, choć równie dobrze mogło to też być współczucie.
- Chodzi po prostu o to, żeby nie być samemu.
- Właśnie.
- Tak naprawdę wszyscy tylko do tego dążą - podsumował, kończąc w ten sposób jedyną podczas ich spotkań poważną rozmowę.
Ciekawe, czy już wtedy myślał o związku z nią?
Kaya był wściekły na siebie, że nie pojął od razu i nie wbił sobie raz na zawsze do głowy roli, jaką odegrał w jego życiu - czy też może tej, której zdecydowanie nie odegrał. Podczas, gdy jego miłość kwitła, dla niego przez cały czas był tylko nieistotnym epizodem na drodze do czegoś innego. Przygodą, może odmianą. Przespał się z nim parę razy, skoro akurat się nawinął, trochę alkoholu i nawet drugi mężczyzna lepszy niż nic, a skoro chętnie był na dole, wyraźnie nie robiło mu to aż takiej różnicy. Może chciał po prostu zaspokoić ciekawość? Potem mu się znudziło, bo w końcu co fascynującego mógł widzieć w nim na dłużej niż kilka spotkań. Miał wiele innych osób do wyboru, wiele kobiet. Ktoś taki jak on mógł mieć chyba każdą, no i w końcu pojawiła się ona, ta wyjątkowa. Musiał widzieć w niej coś, co tak bardzo mu się spodobało, a że Kaya w żaden sposób nie mógł zrozumieć, co to jest... Cóż, jego orientacja w końcu z czymś się wiązała. Że Kamijo wolał kobiety przecież zawsze wiedział i chyba właśnie to najbardziej go bolało – już z gruntu nie miał z Yoshimi żadnych szans. Co innego przygodny seks, a co innego związek na dłużej. Sprawa między nimi od początku była postawiona jasno, nie mieli wobec siebie żadnych zobowiązań. Kiedy przestali się spotykać, ten rozdział powinien być dla obu definitywnie zamknięty. Jak to się stało, że o tym nie pamiętał i skąd w ogóle przyszło mu do głowy, że mógłby być dla niego lepszy od niej? Po prostu żałosne. A pomyślałby kto, że po tylu podobnych sytuacjach powinien się w końcu czegokolwiek nauczyć, wyciągnąć jakiekolwiek wnioski na przyszłość! Zamiast tego jego głupie nadzieje i złudzenia znowu zepchnęły go na dno, tak, jak działo się to wiele razy wcześniej.
Nie wiedział, jakim cudem udało mu się zmusić, żeby wrócić do studia. Kosztowało go to wiele, ale wiedział, że nie ma wyboru – nie mógł teraz tak po prostu zerwać ich zobowiązań i wspólnych planów (w które przecież, chcąc być jak najbliżej Kamijo, naumyślnie tak silnie się wmieszał) tylko ze względu na nieszczęśliwą miłość do drugiego wokalisty. Wszystko było już oficjalnie ogłoszone, prace trwały… A nawet, gdyby mimo to zdecydował się to zrobić, nie sądził, by było mu łatwo po prostu wytłumaczyć się z przyczyn swej nagłej decyzji, nie ujawniając przy tym jej prawdziwego powodu. Był skazany na to, by jakoś ciągnąć to wszystko dalej i dlatego starał się pracować normalnie. Przynajmniej pracować, bo cała reszta uległa gwałtownej zmianie; za nic nie byłby w stanie zachowywać się tak, jak dawniej, o ile sztukę udawania i ukrywania emocji opanował niemal do perfekcji, to teraz było to ponad jego siły. Towarzystwo Kamijo doprowadzało go do obłędu, a oglądanie go razem z Yoshimi, gdy czasem w przerwach siedzieli na parapecie i rozmawiali półgłosem, obejmując się nawzajem, wręcz rozdzierało mu serce. Jego uczucia do niego wciąż były tak samo silne i nie chciały dać się stłumić logicznym tłumaczeniem tego, jak głupie i pozbawione przyszłości były, a ciągłe hamowanie od gwałtownego okazywania emocji dosłownie go wykańczało. Przez większość czasu siedział ze spuszczoną głową, udając zaaferowanie swoimi nutami i starając kompletnie wyłączyć, nawet nie słyszeć głosu Kamijo ani prowadzonych za jego plecami rozmów reszty grupy. ,,Skończył trzydzieści dwa lata, to wspaniale, że wreszcie ułoży sobie życie”, mówili, a w Kayi za każdym razem coś pękało. W studiu spędzał więc minimum czasu, a po próbach znikał, nawet nie dając sobie zaproponować jakiegoś wspólnego wyjścia. Prawie z nikim nie rozmawiał, do dyskusji włączał się tylko, jeśli sprawa dotyczyła go bezpośrednio i kiedy ktoś sam się do niego o coś zwracał. Nawet jego uśmiech, pojawiający się jeszcze bezwiednie w reakcji na żarty i wygłupy zespołu, zamierał prawie natychmiast, kiedy słyszał śmiech Kamijo i Yoshimi; coś jakby mroziło go wtedy od wewnątrz. Przestał żartować, przestał przyłączać się do prób Versailles, a swoje ograniczał do minimum, bo palił go wzrok przyglądającej się im pary. Odwracał spojrzenie, kiedy Kamijo na niego patrzył, a na to, jak go czasem zagadywał odpowiadał tak lakonicznie i niepodobnie do siebie, że pozostali spoglądali po sobie z zaskoczeniem. W końcu i on dał sobie spokój, rozumiejąc, że widocznie nie chce z nim rozmawiać. Ciężko było stwierdzić, czy był tym urażony czy nie, nie mógł wiedzieć, jaki był powód jego nagłego odsunięcia się od grupy – a przynajmniej Kaya miał szczerą nadzieję, że nie wiedział. Ich kontakt, wcześniej bardzo dobry nawet mimo potajemnych spotkań, ograniczał się teraz tylko do tego, czego wymagała od nich praca i coraz częściej zdarzało się, że siedzieli obok siebie w ponurym milczeniu, nawet na siebie nie patrząc. Reszta grupy była wyraźnie zdezorientowana i nieco zagubiona w tej sytuacji, ale starali się robić dobrą minę do złej gry i jakoś ratować ich wzajemne kontakty. Przyjmowali niezbyt przekonujące tłumaczenia Kayi o jego zmęczeniu i kiepskim nastroju, rzucając banały w stylu ,,powinieneś więcej spać” i nie drążąc tematu, zostawiając go w spokoju i po prostu nie zaczepiając. Z Kamijo ogólny kontakt był całkiem normalny, wszyscy jak zwykle śmiali się i żartowali i tylko przy Kayi nieco cichli, jakby nie chcieli go dodatkowo drażnić. Młodszy wokalista szybko zauważył, że chodzą koło niego na palcach, a rozmowy prowadzą w sposób tak ostrożny, jakby naprawdę się go bali. Trochę go to denerwowało i trochę smuciło, ale z drugiej strony było całkiem na rękę. W tej sytuacji nie dało się zrobić nic innego, a przecież im mniej będzie się angażował w ich spotkania, tym lepiej dla niego. W tej kwestii prześcignęła go zresztą już nawet Yoshimi, która po nagłym zakończeniu ich cichej rywalizacji stała się bez porównania bardziej rozmowna i bez dalszych utrudnień wisiała na ramieniu Kamijo, kiedy tylko miała ku temu okazję.
Same prace szły w całkowicie normalnym tempie. Pasja Kayi co prawda zdecydowanie osłabła i ciężko było doszukać się w nim większego entuzjazmu, ale był wyjątkowo skupiony i robił to, co do niego należało bardzo dokładnie. Może tylko ćwiczenie roli do przedstawienia szło mu słabo, bo dosyć beznamiętnie recytował swoje kwestie, ale pozostali przymykali na to oko. Być może liczyli, że samo mu to przejdzie i trzeba było po prostu ten stan przeczekać. Kaya udawał, że się z tym zgadza i nadal powtarzał tępo teksty o zmęczeniu. W ten sposób wszystko zdawało się działać bez zarzutu, opierając się na zgodnie budowanych przez całą grupę pozorach.
A jednak pewnego dnia ktoś przerwał to błędne koło i poznał prawdę. Był to nie kto inny jak Hizaki.

Może stało się to dlatego, że pracowali razem nad jego nowym utworem i spędzali więcej czasu tylko we dwóch, a może po prostu od początku obserwował go uważniej niż inni i lepiej łączył ze sobą poszczególne fakty. Tak czy inaczej, stało się. Nie mógł nic na to poradzić.
Zbliżał się już wrzesień. Tego dnia zostali w studiu dłużej, by dopracować ostatnie szczegóły swojego wspólnego utworu. Nie zajęło im to wiele czasu, prace nad płytą wreszcie były na wykończeniu. Właśnie mieli szykować się do wyjścia, ale przez chwilę siedzieli jeszcze naprzeciwko siebie przy stole. Kaya zbierał z blatu swoje kartki i z początku nie zauważył, że Hizaki patrzy na niego nader uważnie, nieco nerwowo wyłamując sobie palce u obu dłoni.
- Kaya-chan? – zagaił w końcu niepewnie i zawiesił głos.
- Hm? – Uniósł głowę, patrząc na niego pytająco. Wyraz jego twarzy lekko go zaniepokoił, jednak nim zdążył domyślić się, o co chodzi, gitarzysta wyrzucił z siebie jednym tchem:
- Kochasz Kamijo, prawda?
Przez kilka długich sekund patrzyli na siebie w milczeniu tak doskonałym, że było słychać, jak wiatr trzęsie lekko okiennicą i w tak kompletnym bezruchu, jakby ktoś w górze włączył na chwilę pauzę. A potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko; nim Kaya zdążył powiedzieć cokolwiek, nieważne czy potwierdzić czy zaprzeczyć, w wyrazie jego twarzy gitarzysta już i tak znalazł odpowiedź na swoje pytanie, już wiedział wszystko, co chciał wiedzieć. Musiał się tego spodziewać, ale mimo to aż zbladł z wrażenia; jego oczy rozszerzyły się w wyrazie niedowierzania, wstrzymał na chwilę oddech – po czym niespodziewanie załamał ręce i patrząc na niego z żalem tak głębokim, że aż przytłaczającym, niemal wykrzyknął:
- Och, Kaya-chan, tak strasznie mi przykro!
- Nie, daj spokój – przerwał mu wokalista dosyć ostro, choć niewspółmiernie do tego słabym głosem, urywając prawie natychmiast i machając w nerwowym geście dłonią. Nagle zrobiło mu się bardzo niedobrze, jakby miał za chwilę zemdleć. W pierwszym odruchu ślepej paniki miał ochotę zerwać się i wybiec z sali, jednak powstrzymał się przed tym, tylko opierając się na łokciu na stole i mocno przycisnął dłoń do ust, odwracając głowę w bok i zamykając oczy. Głęboki oddech. Musiał nad sobą panować.
Hizaki milczał posłusznie, prawdopodobnie nie wiedząc nawet, co w tej chwili powiedzieć. Wszystkie słowa pocieszenia wydawały się kompletnie idiotyczne. Tylko nadal patrzył na niego w ten sam sposób, z tym samym rozdzierającym współczuciem.
- Bardzo to po mnie widać? – spytał Kaya po dłuższej chwili milczenia bezbarwnym tonem, nie odrywając dłoni od ust, tylko po paru sekundach zwracając wzrok w jego stronę.
Wzruszył ramionami, nieznacznie przechylając głowę na boki.
- Nie aż tak, to znaczy… Nikt inny chyba nie patrzył na to wszystko pod takim kątem – dodał usłużnie ze smutnym uśmiechem.
- W takim razie nikomu o tym nie mów, dobrze? – wyrzekł Kaya z trudem. Wszystkie uczucia, które tak długo w sobie dusił, pod wpływem tej rozmowy wzbierały w nim na nowo, gotowe by wybuchnąć z całą siłą i bał się, że za chwilę zrobi coś gwałtownego. Jego oddech stawał się ciężki i urywany. – Ja… On nie może się dowiedzieć. – Spojrzał w przestraszone oczy gitarzysty ze śmiertelną powagą. – Choćby nie wiem co, nie możesz mu o niczym powiedzieć.
- Nie powiem. – Uniósł dłonie w uspokajającym geście i zamarł tak na chwilę, nie przestając wpatrywać się w niego ze straszliwym smutkiem, aż Kaya musiał odwrócić wzrok. Milczeli przez chwilę. – On z nią zerwie – rzekł w końcu Hizaki cicho z wyraźną desperacją, ale i nie bez przekonania. – Jestem pewien, że zerwie. Znam go od lat, to od razu widać… Nie ma szans, żeby to się na dłuższą metę udało.
- Nie, Hizaki. – Kaya zwrócił się znowu do niego, opuszczając ręce na stół i zdecydowanie pokręcił głową. – Niczego nie rozumiesz. To nie ma żadnego znaczenia. Uwierz mi, że nawet jeśli się rozejdą… To niczego nie zmieni. Nie będziemy razem.
- Ale dlaczego? – spytał z tym samym tonem. – Wszystko mogłoby się ułożyć. A wy… Wy naprawdę do siebie pasujecie!
- Tylko ci się wydaje, że to jest takie proste. – Kaya ponownie pokręcił ponuro głową. – Nie wiesz wielu rzeczy… Ja wiem i on też wie. To wystarcza. Wszystko inne jest bez znaczenia.
Hizaki tylko westchnął ciężko i spuścił nieco głowę, tym razem chyba rezygnując. Kolejna minuta lub dwie upłynęły w milczeniu.
- Jeśli mogę coś dla ciebie zrobić… - przerwał je w końcu gitarzysta ponownie, ale Kaya tylko zaśmiał się gorzko.
- Może to ja powinienem po prostu zostać kelnerem w jakiejś kawiarni… Nie, nie, nie słuchaj. Już sam nie wiem, co mówię. – Popatrzył na niego przepraszająco. – Dziękuję za wsparcie, ale chyba nie da się nic zrobić. Poradzę sobie. Nie rozmawiajmy o tym więcej, dobrze?
Hizaki skinął głową.
- Naprawdę okropnie mi przykro – powtórzył jeszcze raz.
- Wiem. – Westchnął, zbierając wszystko pozostawione na blacie kartki do teczki. – Pójdę już chyba do domu…
- Ja też. – Hizaki wstał, energicznie zarzucając sobie na ramię pokrowiec z gitarą. – Jutro mamy wolne, może chociaż trochę odpoczniesz. Gdybyś jednak czegoś potrzebował, dzwoń śmiało.
- Dziękuję.
W milczeniu ruszyli do wieszaka przy drzwiach i zaczęli zakładać płaszcze – na dworze było akurat dosyć chłodno – przez chwilę nie patrząc na siebie i skupiając tylko na tej czynności.
- Będzie ci ciężko… Kiedy pojedziemy razem w trasę – zauważył jeszcze Hizaki nieco niepewnie, przerywając zawiązywanie na szyi chustki.
- Będzie. Jakoś wytrzymam, ale potem… Chyba nie będę już tak blisko z wami współpracował. Naprawdę bym chciał, ale…
- Jasne, rozumiem. Nie musisz się tłumaczyć. – Uśmiechnął się pokrzepiająco, choć smutek i współczucie na jego twarzy chyba jeszcze się wzmogły.
- Tylko pamiętaj, żeby nikomu nic nie mówić. Dobrze? – Wyciągnął rękę i zacisnął ją na jego ramieniu, z powagą spoglądając mu w oczy, kiedy powtórzył z naciskiem – choćby nie wiem, co się działo, nikt poza tobą nie może się o tym dowiedzieć.
Skinął głową, na znak porozumienia odwzajemniając uścisk na jego przedramieniu.
- Masz moje słowo.
Kaya cofnął rękę i chciał jeszcze raz mu podziękować, po czym jak najszybciej opuścić salę – uczucia znowu niebezpiecznie w nim wzbierały – jednak wtedy nagle drzwi, obok których stali otworzyły się gwałtownie i do środka – czysta ironia losu – wpadł Kamijo. Wyraźnie nie spodziewał się, że kogoś tu jeszcze zastanie, bo zatrzymał się w pół kroku, prawie na nich wpadając.
- O proszę – odezwał się, mimo wszystko chyba bardziej zaskoczony nie tyle ich obecnością, co tym, jak ich zastał, stojących naprzeciwko siebie i wyraźnie mocno przestraszonych jego wtargnięciem. Od razu widać było, że przerwał im jakąś potajemną rozmowę. Kiedy wszedł, Hizaki nabrał ze świstem powietrza, a Kaya drgnął gwałtownie i cofnął się o krok, stając jak skamieniały ze spuszczoną nisko głową i zaciśniętymi dłońmi. Kamijo popatrzył to na jednego to na drugiego z zaniepokojeniem. – Coś się stało?
Na to gitarzysta odchrząknął i uśmiechnął się, potrząsając głową. Miał chyba zamiar coś powiedzieć i jakoś rozładować napięcie, jednak gdy właśnie otwierał w tym celu usta, Kaya już nie wytrzymał. Kiedy tylko po kilku sekundach odzyskał oddech, panika tym razem zwyciężyła i w gwałtownych odruchu wypadł z sali dosłownie w dwóch krokach, potrącając po drodze Kamijo i prawie zabijając się o próg. Zupełnie nie myślał nad tym, co robi, jak gdyby ktoś go stamtąd wypchnął i nie oglądając się za siebie zaczął biec po schodach, byle szybciej, byle dalej. Jego serce znowu tłukło jak oszalałe, tak, że gdyby był w stanie logicznie myśleć pewnie poważnie zastanowiłby się czy można mieć zawał jeszcze przed trzydziestką i dopiero, kiedy wypadł z budynku, w ogóle dotarło do niego, co przed chwilą zrobił. Nogi ugięły się pod nim i chwiejnym krokiem dowlókł się do najbliższej ławki (zaledwie dwie dalej od tej, na której tamtego przeklętego dnia ujrzał Kamijo z Yoshimi), opadł na nią ciężko i ukrył twarz w dłoniach. Sytuacja coraz bardziej wymykała mu się spod kontroli i działo się to, czego najbardziej się obawiał – nawet nad swoimi emocjami przestawał już panować. Kolejne dni rysowały mu się w coraz ciemniejszych kolorach, zlewając w jedną czarną dziurę… I co najgorsze, żadnym sposobem nie mógł się z tej dziury wyrwać. Był w nią wchłonięty całkowicie bez możliwości odwrotu.

Kiedy dzień później jak zwykle wrócił do studia, pierwszą rzeczą, jaką zrobił było odszukanie wzrokiem Hizakiego. Mimo jego obietnicy zachowania wszystkiego dla siebie trochę bał się, jak zakończyło się tamto spotkanie po jego nagłym wybiegnięciu, ale kiedy gitarzysta dostrzegł jego pytające spojrzenie, uśmiechnął się pokrzepiająco i uspokajająco skinął mu głową. Kaya odetchnął z ulgą; przynajmniej tutaj nie miał dodatkowego problemu, wyglądało na to, że tym razem jakoś mu się udało. Co prawda Kamijo zdawał się patrzeć na niego jakoś dłużej i bardziej uważnie, ale nie powiedział ani słowa, więc młodszy przełknął to jakoś i jak zwykle zasiadł z nimi do rozpoczynającej próbę kawy.
Później także nic się nie zmieniło. Hizaki zgodnie z obietnicą nie wracał do tematu, tylko często patrzył na niego z takim samym jak tamtego dnia współczuciem i smutkiem, zwłaszcza wtedy, kiedy Yoshimi odwiedzała Kamijo w studiu. Kaya nie odpowiadał na to w żaden sposób, starając się zlekceważyć nieprzyjemną świadomość, że ktoś poza nim wie o jego uczuciach. Już i tak było mu wystarczająco żal samego siebie, by miał jeszcze znosić współczucie i litość ze strony innych.
Poza studiem, gdy nie musiał utrzymywać dłużej żadnych pozorów, jego życie ciężko było właściwie nazwać życiem. Od tamtego codziennie przeklinanego popołudnia przypominało raczej zmechanizowaną egzystencję, skupioną na tym, by jakoś przejść z jednego dnia w kolejny, od momentu, gdy rano zmuszał się, by wstać, do tego najbardziej wyczekiwanego, gdy mógł z powrotem położyć się spać. Nie zawsze było to łatwe; po całym dniu tłumione uczucia i myśli wybuchały w nim nocami ze zdwojoną siłą, zawsze, kiedy tylko kładł głowę na poduszce i nie było już niczego, czym mógłby dłużej odwracać od nich swoją uwagę. Przez to nawet największe zmęczenie często nie ułatwiało mu pogrążenia się w upragnionym śnie, a godziny upływały na przewracaniu się z boku na bok, niejednokrotnie w jeszcze gorszej męce niż ta, którą przechodził w czasie wizyt w studiu. W żaden sposób nie był w stanie uwolnić się od wspomnień tamtych spędzonych z Kamijo nocy, wszystko wracało i wydawało się jeszcze wyraźniejsze niż wcześniej. Nawet jego myśli przemawiały do niego jego głosem. Kiedy leżał tak w ciszy i ciemności, pod zaciśniętymi powiekami wciąż miał obraz jego twarzy i szczegóły nagiego ciała, słyszał w uszach jego szept, pamiętał każde miejsce, którego dotykał i wciąż niemal czuł tam jego dłonie. Nie chciał cały czas sobie tego przypominać, ale było to wyryte w jego umyśle tak głęboko, że samo wracało, raz za razem, nieodmiennie wywołując nagły dreszcz. Często zasypiał i budził się z jego imieniem na ustach, niewyraźną myślą o nim tłukącą się w głowie, chociaż nie wiedział, co mu się śniło i dlaczego poduszka znowu jest mokra od łez. W końcu zaczął pomagać sobie tabletkami na sen, które jako jedyne dawały mu te kilka godzin całkowitego, upragnionego spokoju. Budził się po nich z jeszcze większym trudem niż zwykle i długo chodził zupełnie otępiały, więc obiecywał sobie, że przestanie je brać, jednak potem, po tak długim leżeniu z głową zakrytą poduszką i twarzą wciśniętą w swoje ramię, by stłumić wyrywający się z ust szloch, i tak kończyło się na tym, że wstawał i w ciemności pokonywał tę samą drogę do kuchni, do szafki z lekami. Zawsze brał tylko jedną, choć czasem wysypywał ich na dłoń więcej i uważnie oglądał w świetle lampy. Wystarczało kilka sekund na włożenie ich do ust i zalanie wodą, by mógł zasnąć na o wiele dłużej. To byłoby idealne rozwiązanie, tak po prostu zapaść w sen, niczego nie czując, o niczym nie myśląc i najlepiej w ogóle nie będąc świadomym tego, co się dzieje. Gdyby nie musiał jeszcze do tego podejmować żadnych decyzji i nie miał czasu, by się przestraszyć i, co byłoby najgorsze, pożałować tego, gdy będzie już za późno… Bardziej niż samej śmierci, bał się oczekiwania na nią. Zawsze, kiedy o tym myślał – a wracało to już od wielu lat – ostatecznie dochodził do wniosku, że nie mógłby zdobyć się, by samemu zrobić ten krok i przekroczyć granicę, do której czasem już niebezpiecznie się zbliżał. Bez względu na to, co się z nim działo, było coś, co cały czas go powstrzymywało. Jakaś pragnąca życia cząstka, choćby i najmniejsza, nie pozwalała reszcie osunąć się w nicość i zmuszała go do trwania w tym zawieszeniu, gdy nie chciał tak naprawdę ani umierać, ani nadal żyć, nie widząc przed sobą niczego, tylko ciemność. Może czasem to tylko wizje smutnych twarzy jego rodziny, znajomych i fanów tak silnie go trzymały; mimo wszystko cały czas byli ludzie, którzy by po nim płakali. Czuł się beznadziejny, że przywiązuje do tego aż tak wielką wagę – czy potem i tak nie byłoby mu wszystko jedno? – i że dopóki oni istnieją, chyba nigdy nie będzie zdolny podjąć ostatecznej decyzji.
Zamiast tego kolejny raz staczał się na dno. Znów były noce, gdy nie wracał do domu, alkohol wywołujący mdłości i zawroty głowy, ludzie bez twarzy, bez imion, ich podtrzymujące go ramiona, w które osuwał się całkiem bezwolnie. Histeryczny śmiech, którego nie był świadomy, słowa, które wypowiadał bez zrozumienia ich sensu i kompletne zobojętnienie, w którym pozwalał im robić ze sobą wszystko, co tylko im się podobało. Tylko przed pocałunkami w usta bronił się jeszcze instynktownie, odwracając głowę, ale akurat o to nikt specjalnie nie zabiegał. Rzadko kiedy ktoś bawił się w delikatność, ale ból sprawiał mu większą satysfakcję niż przyjemność. Zaciskał mocno oczy, a twarz Kamijo w końcu zacierała się w jego wspomnieniach. To w niczym nie przypominało ich spotkań, ten zupełnie mechaniczny akt ze swoją obrzydliwą oprawą. On był daleko, w zupełnie innym świecie, którego nie mógłby dosięgnąć. Na jego skórze nie zostało już nawet śladu po jego dotyku.
Tłumaczył sobie, że tak jest dla niego lepiej.
Obiektywnie rzecz biorąc, podczas tych nocy mogło się wydarzyć wszystko. Gdyby ktoś chciał, naprawdę mógłby dotkliwie go skrzywdzić, a on w tym stanie nie miałby szans się obronić, nawet, gdyby bezpośrednie zagrożenie obudziło w nim w końcu jakąś wolę życia. Wtedy było mu jednak zupełnie obojętne, co się wydarzy. Nie bał się nawet, że zostanie przez kogoś rozpoznany; wśród tych ludzi nie był już muzykiem, a tylko kolejnym człowiekiem bez twarzy i imienia. Jego tożsamość nikogo nie obchodziła. Aż do rana w ogóle nie miał czegoś takiego. Może właśnie ta bierność i brak jakichkolwiek emocji w oczach w jakiś sposób go chroniły i zawsze wychodził z sytuacji bez większych szkód.
Dopiero wraz z nadejściem nowego dnia jego świadomość rozjaśniała się i tak naprawdę docierało do niego to, co działo się tej nocy. Wracając do domu ledwo trzymał się na nogach, było mu raz zimno raz gorąco, za gardło ściskały mdłości. W autobusie siadał na samym tyle, ze spuszczoną nisko głową, by ukryć pobladłą twarz z mokrymi policzkami i podkrążonymi oczami i bezwładnie obijając się na zakrętach ramieniem o szybę. Po przyjeździe przychodził czas na ocenę strat. Siniak nad kolanem, kilka zadrapań, urwany guzik i plama rozlanego alkoholu na ubraniu. Włosy pachnące papierosowym dymem, utrzymujący się lekki ból przy chodzeniu i w nieostrożnie wykręconym przez kogoś nadgarstku… Jednak o wiele dotkliwsze było to, co czuł w środku. Nawet po tylu latach takie noce całkiem wytrącały go z równowagi i siały spustoszenie w jego sercu. Czuł się brudny, własne ciało, naznaczone przez obce ręce i usta, napawało go obrzydzeniem i głęboką nienawiścią przede wszystkim do samego siebie. Deptał własne wartości, ze swojego ciała robił przedmiot. Z odrazą patrzył na tamtych ludzi, a dobrowolnie stawał się dla nich pożywką, o ile już nie był dokładnie taki sam. Wszystko było tak, jak dawniej – upokorzenie i wstręt.
Blisko godzinę spędzał pod prysznicem, jakby to wszystko dało się po prostu zmyć. Nie czuł jednak żadnego efektu, nadal był tak samo brudny, wręcz nie mógł na siebie patrzeć. Chociaż był sam, czuł się tak, jakby ktoś cały czas na niego patrzył, jakby nawet we własnym mieszkaniu nie był już dłużej bezpieczny. Wspomnienia tego, co się wydarzało wciąż pozostawały wyraźne, wywoływały nieprzyjemny dreszcz przechodzący po plecach i po raz kolejny ściskające tępym bólem mdłości. Czyjś głośny śmiech, niewybredne komplementy i szyderstwa. Bezwstydnie pożerające go wzrokiem oczy, pogardliwie wydęte usta dmuchające mu papierosowym dymem w twarz i dłonie, parodiującym czułość gestem mierzwiące włosy. Zionący alkoholem oddech na szyi i paznokcie wbijające się w uda. Pamiętał szczegóły, ale nie mógł przywołać całości, pewnie nie rozpoznałby tego mężczyzny na ulicy. Miał szczerą nadzieję, że działało to w obie strony. To było wszystko, co mogło go pocieszyć, choć było to też przy tym o wiele za mało, by powstrzymać łzy. Nie mógł nawet ustać na nogach i długo siedział skulony w jednym miejscu pod strumieniem gorącej wody, przyciskając pięść do ust i starając się nie krzyczeć z ogarniającego go obłędu.
Kiedy w końcu udawało mu się zebrać w sobie na tyle siły, by wyjść z kabiny i dowlec się jakoś do pokoju, zazwyczaj szybko zasypiał z wycieńczenia. Jeśli nie miał wolnego dnia, chociaż na kilka godzin, do południa. Kiedy wstawał i wychodził na spotkanie z grupą, to, co się stało było już nieco bardziej odległe i mógł nawet udawać, że wszystko było po prostu koszmarnym snem. Tylko poplamione ubranie, siniaki i zadrapania świadczyły o tym, że stało się to naprawdę.
W studiu coraz bardziej czuł się jak przypadkowy przybysz z innego świata. Ludzie, których niedawno nazywał przyjaciółmi zdawali się obcy i odlegli, ich znajome twarze niczego mu nie mówiły. Uśmiechali się i wypowiadali słowa bez znaczenia. Hizaki patrzył ze współczuciem, Yoshimi z zadowoloną miną opierała głowę na ramieniu Kamijo. Z jego twarzy i oczu również nie dało się wyczytać żadnych emocji. Uśmiechał się do niej i mówił takim samym tonem jak zawsze, ale Kaya miał wrażenie, że czegoś w tym wszystkim brakowało. A zresztą, równie dobrze mogło mu się wydawać, a jeśli nawet miał rację, to i tak nie miało to najmniejszego znaczenia. Ich spojrzenia krzyżowały się całkiem bezmyślnie. Nie było między nimi żadnego przekazu.

A jednak pewnego dnia Yoshimi nie pojawiła się w studiu. Było to już właściwie kilka spotkań bez niej, kiedy zwrócili na to uwagę; tego dnia Kamijo wyglądał na wyjątkowo zdenerwowanego. Rzucił im krótkie przywitanie i energicznie usiadł za stołem, potem przez kilka minut milczał. Patrzyli na niego niepewnie i w końcu ktoś zapytał – jakby od niechcenia, bardziej po to, by zacząć jakąkolwiek rozmowę niż z autentycznego zainteresowania – czy Yoshimi dzisiaj przyjdzie.
- Nie przyjdzie – odparł nadspodziewanie twardo. – Już nie jesteśmy razem.
Na te słowa Hizaki szturchnął Kayę w ramię tak energicznie, że aż go zabolało, jednak wokalista prawie tego nie zauważył i bez pomocy gitarzysty sam natychmiast podniósł głowę, wbijając w starszego wzrok. Był to jakiś odruchowy przebłysk nadziei, który jednak zanikł prawie natychmiast i opuścił ją z powrotem równie szybko. Kamijo nie patrzył na niego, z zaciśniętymi ustami i drżącymi ze zdenerwowania dłońmi zapalał właśnie papierosa.
- Zerwaliście? – spytał Hizaki z całkiem nieźle udawanym zaskoczeniem.
Skinął krótko głową, zaciągając się papierosem i nadal nawet nie zwracając wzroku w ich stronę.
- Zdarza się – stwierdził cierpko po chwili, strącając popiół do popielniczki i nim ktokolwiek zdążył spytać o coś jeszcze, odwrócił się do zespołu. – Możemy już zaczynać?
W ten sposób jasno dał im do zrozumienia, że nie ma ochoty o tym rozmawiać, a ponieważ nikt nie chciał jeszcze bardziej go denerwować, odpuścili i jak gdyby nigdy nic przeszli do próby.
- To nie było chyba pokojowe rozstanie – stwierdził Hizaki, pod pretekstem zebrania szklanek po kawie pochylając się nad stołem tuż obok Kayi. Obrócił się na chwilę, patrząc na Kamijo, z nadnaturalnym skupieniem układającego przy mikrofonie nuty, nim dodał jeszcze ciszej – urażona duma i takie tam… Ale to mu przejdzie. Przecież mówiłem, że tak to się skończy. – Uśmiechnął się pokrzepiająco i poklepał go po ramieniu. – Kto wie, może jeszcze nie wszystko stracone.
Kaya tylko pokręcił beznadziejnie głową, wzdychając ze znużeniem i opierając się łokciami na blacie.
Cokolwiek Hizaki mówił i jakkolwiek dobrze mógł Kamijo znać, zupełnie nie wierzył, by tym razem jego przewidywania mogły się sprawdzić. To fakt, że z Yoshimi nie byli zbyt dobrze dopasowani, ale w praktyce ich rozstanie niczego nie zmieniało. Tylko tyle, że Kamijo będzie przychodził do studia bez dodatkowego towarzystwa i może chociaż odciąży go to od oglądania takich scen jak do tej pory. Przynajmniej na jakiś czas… Bo nie wątpił w to, że skoro nie wyszło mu z tą, z całą pewnością wkrótce znajdzie sobie inną. Jego wybór zmniejszył się zaledwie o jedną, niezbyt ciekawą osobę.
Miał więc spokój z Yoshimi, ale za to teraz Hizaki prawdopodobnie zacznie go jeszcze bardziej męczyć. Bilans wychodził na zero, a wizyty w studiu nie stały się ani bardziej ani mniej odpychające.

W ten sposób dotrwał do jesieni.
Był już bardzo zmęczony, czuł to zmęczenie właściwie przez cały czas, ale w pewien sposób się do tej sytuacji przyzwyczaił. Codziennie wykonywał automatycznie te same czynności, spotykał się ze znajomymi, pracował, chodził do studia i na próby. Czasem usypiał się tabletkami, a czasem w ogóle nie wracał na noc do domu. Płakał, złorzeczył, ciskał przedmiotami, a potem znowu popadał w apatię i godzinami leżał bez ruchu. Czasem budziły go nieprzyjemne sny, a czasem te przyjemne okazywały się jeszcze cięższe do zniesienia. Pisał teksty i darł je po skończeniu, wiedząc, że przy Kamijo nie przeszłyby mu przez gardło. Nawet w tych starych, które dobrze znał i które raczej nie wzbudzały już w nim silniejszym emocji zaczął znajdować coś, co przypominało mu ich sytuację i śpiewał, wpatrzony w kartkę, ze spuszczoną nisko głową. Profil jego twarzy, spojrzenie i brzmienie głosu nadal przenikały go do szpiku kości i zapierały dech w piersi, chociaż starał się na niego nie patrzeć i od dawna nie zamienił z nim więcej niż parę krótkich, wymuszonych słów. Po rozstaniu z Yoshimi starszy wokalista zaczął trochę więcej palić i łatwiej denerwował się, kiedy wygłupy w ich grupie przeważały nad pracą, ale poza tym zachowywał się raczej normalnie. Jak na razie nie pojawiła się jeszcze żadna nowa dziewczyna, a przynajmniej o żadnej nie wiedzieli. Hizaki z napięciem patrzył to na Kayę, to na Kamijo, ale milczał jak zaklęty. Kaya również jego próbował w miarę możliwości unikać i w ten sposób cała trójka jakąś funkcjonowała. Gdy otaczał ich śmiech i gwar reszty grupy – najwyraźniej nadal niewtajemniczonej w całą sprawę – i nie musieli rozmawiać o niczym tylko we trzech, nie było to aż tak trudne.
Czas dłużył się Kayi potwornie. Prawie miesiąc został do ich kolejnego wspólnego występu, na przygotowaniach do którego byli teraz skupieni, a zaraz po nim czekała ich jeszcze wspólna trasa. Zupełnie nie mógł sobie tego wyobrazić i przerażała go sama myśl o tak długim czasie dzielonym z Kamijo, dzień w dzień, o spaniu w tych samych hotelach, podróżowaniu tym samym busem, wspólnym jedzeniu, koncertowaniu, spędzaniu każdej wolnej chwili jeśli nie razem, to przynajmniej bardzo blisko siebie. Przez trzy tygodnie cały czas będzie gdzieś obok, mówiąc, śmiejąc się, patrząc na niego, po prostu będąc. Nie miał pojęcia, jak to wytrzyma, skoro nawet te kilka godzin w studiu kosztowało go tyle, że przez cały dzień przed spotkaniem było mu niedobrze, a wchodząc po schodach do sali dosłownie zbierało mu się na płacz.
Byłoby mu dużo łatwiej, gdyby nie trzymały go te wspólne plany, gdyby mógł na przykład gdzieś wyjechać i całkowicie się od całej sprawy odciąć, wrócić do rodzinnego domu i chociaż na jakiś czas zająć się innymi rzeczami. Niestety, prawie do końca listopada miał związane ręce. Musiał zostać w Tokio i dalej ciągnąć to wszystko, chociaż jakikolwiek urok straciło to dla niego już dawno. Dzień za dniem gromadziło się w nim tylko coraz więcej i więcej negatywnych emocji i pojawiało się coraz silniejsze pragnienie, by chociaż część z nich uwolnić, pozwalając im wypłynąć przez kilka wąskich cięć w swoim białym nadgarstku. To tylko trochę mniej krwi w jego ciele, w zamian za kilka chwil nieocenionej ulgi. Wiedział, że nic złego by się nie stało. Myślał o tym prawie za każdym razem, kiedy wchodził do łazienki i bywało, że był już naprawdę blisko, by w ten sposób sobie pomóc, ale ostatecznie wycofywał się tak samo jak wtedy, kiedy wsypywał tabletki z wnętrza dłoni z powrotem do pudełka. Sama wizja tego czynu przywoływała aż nazbyt wyraźne wspomnienia z młodości, a poza tym bał się, że ktoś mógłby dostrzec ślady na jego nadgarstku. Tłumaczenie się z nich było zdecydowanie ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę.
Cóż, dobrze wiedzieć, że przynajmniej zachował jeszcze jakieś przebłyski logicznego myślenia.
Próbował przypomnieć sobie, kiedy właściwie był ostatnio w poważnym związku. Jak wiele czasu już minęło… Wydawało mu się, że całe wieki dzieliły go od tamtych chwil. Możliwe, że nie pamiętał już nawet, jak to jest i że nie umiałby się już w tym odnaleźć. Może to i lepiej dla Kamijo, że ich relacja skończyła się na niezobowiązującym seksie. Na co innego mógłby się mu zdać? Wziął od niego to, co najlepszego miał mu do zaoferowania. To, czym nie mógł go zawieść, zranić i pociągnąć za sobą w dół, gdzie nieuchronnie się staczał. Tylko na tyle było go stać, jeśli o związki chodzi; nadszedł czas, by powiedzieć to sobie wprost. Jeśli kiedykolwiek coś trzymało przy nim kogoś na dłużej, to tylko jego ciało, z którego umiał zrobić dobry użytek w zamian za pozory uczucia, w które udawał, że wierzy. Był nieszczęśliwie zakochany przez większość swojego życia. Najwyższa pora, by się do tego przyzwyczaił i nauczył z tym faktem żyć, a przynajmniej normalnie funkcjonować.
Widział to wszystko doskonale, wbijał sobie do głowy codziennie – a jednak nie pomagało mu to ani trochę.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Pon Maj 16, 2011 11:53 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Pon Maj 02, 2011 4:17 pm

(w tym momencie spotkałam się z radosną wiadomością 'The posted message is too long' (tak! XD), zatem chcąc nie chcąc, reszta w nowym poście'''').


Był drugi tydzień października. Nie zauważył nawet, kiedy tegoroczna jesień zaczęła się na dobre i słońce przestało już dłużej pojawiać się na niebie, a z parków wypłynął na ulicę czerwony potok liści, szeleszczących pod stopami i tonących w kałużach. Ostatni w tym roku ogrom kolorów, zanim na długo wszystko miało pogrążyć się w szarości…
W parku było wyjątkowo cicho. Niebo szybko skryło się za chmurami, wkrótce potem zaczął padać lekki, zimny deszcz. Kaya patrzył, jak pod kroplami marszczy się tafla wody w fontannie, nie wiadomo dlaczego nadal pełnej, choć już wyłączonej. Gęsto pływały w niej liście, miejscami całkowicie przysłaniając powierzchnię. Na przeciwnej stronie brzegu przysiadła na chwilę pojedyncza wrona i patrzyła na niego, obracając na boki głowę, jakby mimo swych pozbawionych wyrazu oczu nad czymś się zastanawiała. Kaya siedział bokiem na murku, prawie bez ruchu, opierając jedną rękę i podbródek na kolanie, a palcami drugiej bezmyślnie brodząc w lodowatej wodzie. Nie miał parasola, ale deszcz mu nie przeszkadzał. Nawet ulewa pewnie nie zmusiłaby go wstania z miejsca.
Od jakiegoś czasu przychodził tutaj dosyć często. Jakby automatycznie i bez zastanowienia kierował się prosto do fontanny i jeśli nie było przy niej zbyt wielu ludzi, siadał na jej brzegu tak jak teraz. Park znajdował się niedaleko studia, w którym pracowali, czasem wracali przez niego do domu… I raz zaszli tu razem z Kamijo, kiedy po całonocnej próbie odprowadzał go na przystanek pod pretekstem złapania odrobiny świeżego powietrza. Był czerwcowy poranek, idąc tak ramię w ramię i rozmawiając o jakichś lekkich, pozbawionych większego znaczenia sprawach, zatrzymali się właśnie w tym miejscu, przy fontannie. Usiedli na jej brzegu, nieco zmęczeni brakiem snu, z klejącymi się oczami, ale uśmiechnięci i zadowoleni z efektów, jakie tej nocy wypracowali. Nie przerywając rozmowy, Kaya machał ręką w wodzie, przecinając brzegiem dłoni falującą w świetle słońca taflę albo bawiąc się jednym z umieszczonych przy jej brzegu natrysków, który raz po raz zatykał palcem. W pewnym momencie, tknięty nagle jakimś figlarnym przebłyskiem, popatrzył na Kamijo i niespodziewanie przesunął palec tak, że wąski strumyk wody skręcił prosto w jego stronę. Efekt przeszedł jego najśmielsze oczekiwania i aż zamarł na sekundę, zachwycony – jego towarzysz został trafiony niemal idealnie w twarz i krzyknął, zginając się wpół i zasłaniając rękoma. Kiedy opuścił je, ocierając oczy i policzki i patrząc na niego ze złowieszczym błyskiem w oczach, młodszy nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Nie trwał on jednak długo, bo Kamijo nie zamierzał pozostać mu dłużny i poderwał się z miejsca, po czym, nie bawiąc się w zmienianie biegu natrysków fontanny i od razu odpłacając się mu pięknym za nadobne, chlusnął na niego całą garścią wody. Jego okrzyk musiał mu się spodobać, bo śmiał się także, uciekając na przeciwną stronę murku, gdy Kaya zeskoczył za nim, prawie na oślep machając ręką w fontannie i próbując jeszcze bardziej go oblać. Przez parę minut krążyli tak wokół niej, biegając to w jedną, to w drugą stronę i ochlapując nawzajem na tyle, na ile tylko im się udawało, głośnym śmiechem i okrzykami zwracając uwagę wszystkich przypadkowych przechodniów. W końcu Kamijo poddał się i zaczął prosić go o litość, osłaniając dłońmi w obronnym geście. Nadal trząsł się ze śmiechu, bardziej mokry niż suchy, opadając ciężko na brzeg fontanny. Kaya nie wyglądał lepiej i był nie mniej zdyszany, ale uznał swoje zwycięstwo i odpuścił, także siadając obok. Patrzył na niego, jak potrząsając z rozbawieniem głową ociera twarz z wody i zakłada za ucho mokry kosmyk włosów, na jego zamoczone prawie do łokci rękawy koszuli, klejące się do szczupłych przedramion, szczery uśmiech na ustach i ciemne, lśniące oczy. Czuł w sercu jakąś dziwną lekkość, a zarazem coś ściskało go za gardło, coś, co nie miało jeszcze nazwy ani wyraźnego kształtu. Bał się o tym myśleć i bał się to stracić, więc bez ostrzeżenia znowu zamoczył dłoń i z dziecięcą radością na twarzy odbił ją na nielicznym zachowanym fragmencie suchego materiału na jego plecach. Kamijo krzyknął jego imię w proteście, znowu zrywając się z miejsca, by złapać go za oba nadgarstki i przechylić nad brzegiem fontanny, udając, że chce go do niej wrzucić. Chwytając się jego rękawów i ze śmiechem potrząsając głową, nie mógł wydusić słowa. Opadając głową na jego ramię, kiedy go puścił i zaciskając palce na drugim, kiedy żartobliwie zmierzwił mu mokrą dłonią włosy, wiedział tylko, że z pewnością był w tej chwili w stu procentach szczęśliwy.
Gdyby miał wskazać moment, w którym się w nim zakochał lub przynajmniej podświadomie poczuł, że to właśnie jego mógłby pokochać na poważnie, wskazałby właśnie ten. Nie wiedział jeszcze wtedy, że miał dziewczynę, że ich uczucia tak okrutnie się ze sobą miną i co czeka go przez to w najbliższych miesiącach. Wtedy był dla niego idealny. On tamtej pory zawsze, kiedy na niego patrzył, czy tego chciał czy nie, zachwycał się nim wciąż na nowo. Nie zamieniłby tego dnia na nic innego.
Dlatego był teraz tutaj. W samotności siedział w tym samym miejscu co wtedy, na tym samym fragmencie kamiennego murku i wodził palcem w tej samej tafli wody, teraz szarej od odbijającego się w niej nieba i czerwono-pomarańczowej od liści.
Jego włosy zaczęły nasiąkać mżącym nieustannie deszczem, ale nie wiedział, od czego wilgotne były też policzki. Mogła minąć godzina, odkąd tu przyszedł, może więcej. Wrona dawno odleciała, uznawszy widocznie, że nie ma na co tak uważnie patrzeć – siedziało przed nią zwykłe, ludzkie nieszczęście. Westchnął ciężko i zamknął oczy, opierając podbródek na splecionych na kolanach ramionach.
Kiedy usłyszał kroki, początkowo nie zwrócił na nie większej uwagi. Dopiero, kiedy zaczęły rozbrzmiewać w stosunkowo bliskiej odległości i przyspieszyły nieco, jakby się zbudził i podniósł głowę. Zamarł.
Z naprzeciwka zmierzał w jego stronę smukły mężczyzna z dużym parasolem trzymanym w jednej ręce. Ubrany był w długi czarny płaszcz, który powiewał za nim, kiedy zaczął niemal biec w stronę Kayi, długie włosy były w kolorze blond, wiatr efektownie rozwiewał je na wszystkie strony, czyniąc wyraźnymi nawet z o wiele większej odległości. Kaya poznałby tę sylwetkę w największym tłumie na drugim końcu świata. Wstał jak nieprzytomny, zupełnie nieświadomy tego, co robi i rzucił się przed siebie, chwiejąc lekko na zdrętwiałych nogach – i jeszcze zanim jego serce odzyskało utracony rytm, już był przy nim. Nie myślał o tym, co się teraz stanie, musiał to zrobić i choćby miał potem już zawsze tę chwilę przeklinać, teraz było mu wszystko jedno. Potrzeba ta była silniejsza niż wszystko inne. Przylgnął do niego, obejmując go mocno i zaciskając obie dłonie na jego ramiona, twarz wciskając w kołnierz jego płaszcza. Pachniał dobrymi perfumami, papierosami i deszczem, aż pod Kaya prawie ugięły się nogi. Oczy chyba znowu zaszły mu łzami, bo jego pole widzenia zamgliło się gwałtownie, kiedy je otworzył – przed sobą ujrzał tylko gładkie jasne włosy. Drgnął i zesztywniał nagle, kiedy poczuł, że Kamijo odwzajemnia uścisk, oplatając rękoma jego ramiona i talię, a jedną dłoń w uspokajającym geście kładzie mu na włosach, zatrzymując go przy sobie. Ucho owiał mu jego ciepły oddech, kiedy powiedział cicho znajomym, lekko ochrypłym głosem:
- Jak dobrze, że cię tutaj znalazłem… Hizaki powiedział, że wyszedłeś już dawno i nie wiedziałem, dokąd mogłeś pójść.
Na dźwięk imienia gitarzysty Kaya odsunął się gwałtownie, wysuwając z jego objęć i odchodząc krok w tył, by spojrzeć na niego z przestrachem.
- Powiedział ci? – spytał ostro, mimowolnie przyjmując pozycję niemalże obronną.
- Nie, to nie tak – zaprotestował, potrząsając krótko głową. Przez sekundę patrzył na niego tak, jakby widział go pierwszy raz w życiu, nim dodał łagodniej, uspokajającym tonem – jesteś straszliwie zdenerwowany… Poczekaj chwilę, zaraz wszystko ci wyjaśnię.
- Nie rozumiem – wyszeptał tylko Kaya, cofając się, żeby usiąść z powrotem na brzegu fontanny. Jak odkrył, wcale nie musiał cofać się daleko; byli o wiele bliżej niej, niż mu się wydawało, a w wodzie pływał wśród liści upuszczony przez Kamijo parasol. Kiedy indziej pewnie by go ten widok rozbawił, ale teraz niezbyt to do niego dotarło. Nadal musiał patrzeć na starszego w ten sam sposób, bo położył mu dłonie na ramionach, kiedy ostrożnie siadał obok, jakby bał się, że zaraz znowu zrobi coś gwałtownego.
- Rozumiem, dlaczego się boisz, ale musisz mi dać szansę wszystko wytłumaczyć.
- Powiedział ci? Mówiłem mu, żeby nie…
- Nie, nie powiedział. To ja z nim rozmawiałem.
Kaya nie odpowiadał przez chwilę, wbijając wzrok w swoje zaciśnięte dłonie. Jego serce nadal biło jak oszalałe, dopiero zaraz jakoś udało mu się spytać:
- O czym?... – Miał wrażenie, że zaraz zemdleje. Nie mógł znowu na niego spojrzeć.
- Spytałem go po prostu… Czy wie, skoro spędza z tobą więcej czasu i być może rozmawialiście poważnie, czy mógłbym jeszcze zrobić coś, żebyś przynajmniej przestał mnie unikać i odwracać głowę, kiedy na ciebie patrzę. Powiedział, że mam jak najszybciej cię znaleźć i z tobą porozmawiać.
- To wszystko? – spytał Kaya po kolejnej chwili ciszy, nie podnosząc głowy. Starał się brzmieć jak najbardziej obojętnie, ale głos mu drżał i nie wiedział, jak bardzo było to słyszalne.
- Nie do końca – przyznał, opierając lekko dłoń na jego kolanie i machinalnie gładząc kciukiem wierzch jego palców. – Ale nie chcę mówić ci wszystkiego, tylko streszczając rozmowę z Hizakim.
Kaya milczał. On również długą chwilę nic nie mówił, tak jak on tylko patrząc na ich lekko złączone dłonie. Jego twarz spoważniała, a nawet nieco posmutniała. Westchnął ciężko, zamykając oczy.
- Wszystko spieprzyliśmy, prawda? – zaczął zaraz, zwracając się znowu w jego stronę. Kaya nie podniósł głowy, ale dostrzegł to kątem oka i jeszcze bardziej skupił się na swoich kolanach. Przede wszystkim starał się nie zapomnieć o oddychaniu. – Wiem, że tak było… Wszystko od początku do końca i na całej linii spieprzyliśmy. Zaczęliśmy od zupełnie nieodpowiedniej strony i w nieodpowiednim czasie, a potem… Potem mogło być już tylko gorzej. A może gdyby nie to… Może nasza znajomość mogłaby się ułożyć całkiem inaczej.
Kaya właściwie nie planował cały czas siedzieć bez ruchu i słuchać, co mówił, ale chociaż próbował, nie mógł wymyślić, co powiedzieć. Z każdym słowem Kamijo pytania piętrzyły się w jego głowie i nie wiedział, które z nich zadać – o ile w ogóle powinien zadać jakiekolwiek. Wszystkie brzmiały beznadziejnie głupio, a odpowiedzi po prostu się bał. Znowu budziła się w nim zapomniana nadzieja, ale strach nie pozwalał jej dojść do głosu. Nie chciał dalej słuchać, chciałby, żeby czas zatrzymał się na tej chwili, a przy tym w napięciu oczekiwał kontynuacji. Nie mógł zrobić nic innego; coś musiało się teraz stać i cokolwiek to było, czuł się z tym pogodzony. Ogarnęło go dziwne wrażenie nieuchronności. Chciał wykrzesać z siebie chociaż jakieś potwierdzenie, że zgadza się z tym, co Kamijo mówi, że to prawda, ale tak szczerze nie czuł się do tego ustosunkowany. Mógłby stwierdzić cokolwiek. Nie był pewien, do czego zmierza. Nawet dotyk jego dłoni na własnej – pod którym słabł, ilekroć go sobie uświadamiał – niczego jednoznacznie mu nie mówił.
- Zrobiłem coś bardzo złego – mówił tymczasem Kamijo poważnym tonem, jeszcze bliżej przysuwając twarz do jego głowy. Kiedy usłyszał jego głos tak blisko swojego ucha, dreszcz przeszedł mu po plecach i zaklął w duchu, zażenowany tymi mimowolnymi reakcjami własnego ciała nawet w tak nieodpowiednich momentach jak ten. – Prawdopodobnie nawet wiele złych rzeczy, z których jedna ciągnęła za sobą kolejną. Nie będę się teraz tłumaczyć… Nawet gdybym być może umiał teraz logicznie to poukładać, to może wcale nie mieć związku z tym, jak było naprawdę. Tylko przypuszczam, a to bez znaczenia. Tak czy inaczej, spieprzyliśmy wszystko… I zrozumiałem to dopiero, kiedy przestałeś się uśmiechać i na mnie patrzeć. I dopiero wtedy zrozumiałem też, jak bardzo tego twojego uśmiechu potrzebuję. Brakowało mi ciebie, kiedy tak codziennie tylko się mijaliśmy. – Urwał na chwilę, by zaraz dodać niemal bezgłośnie – powiedz coś…
Kaya bał się odwrócić w jego stronę. Od jego słów było mu coraz bardziej słabo; z jednej strony tak jednoznaczne zdawały się być dla jego wypełnionego beznadziejnym uczuciem umysłu, coraz bardziej rozbudzając w nim nadzieję, a z drugiej – czy naprawdę to, o czym Kamijo mówił, w jakikolwiek sposób wykraczało poza ramy przyjaźni? Mógł wcale nie mieć na myśli niczego więcej. Mógł nie wiedzieć, dlaczego tak naprawdę się od niego odsunął, że nie miało to większego związku z ich potajemnymi spotkaniami (czy to właśnie z nich cały czas się tłumaczył i w nich dopatrywał przyczyn obecnego stanu rzeczy?), mógł w ogóle nie mieć pojęcia o tym, że Kaya czuł do niego coś więcej. Młodszy nie miał pojęcia, na czym właściwie stoi, a zdradzić mogło go jedno źle dobrane słowo czy gest. Jeśli naprawdę o niczym nie wiedział, jego reakcji na tak gwałtowne uświadomienie nawet nie chciał sobie wyobrażać.
- Mi ciebie też brakowało – udało mu się w końcu powiedzieć, choć znowu nie panował nad drżeniem głosu. Potem znowu zamilknął; na tym skończył się dla niego zasób względnie bezpiecznych słów. Jego umysł pracował za to na pełnych obrotach, analizując przebieg całego zajścia i szukając jakichkolwiek wskazówek, co czynić dalej. Właściwie wszystko sprowadzało się do tego, co powiedział Kamijo Hizaki, a tego w żaden sposób dowiedzieć się nie mógł. Miał ochotę rąbnąć głową w murek; chyba tylko nagła utrata przytomności jakoś wybawiłaby go z opresji.
Tymczasem Kamijo wrócił do swej przemowy.
- Nie mam siły dłużej tego ciągnąć – mówił zmęczonym głosem, trochę jakby do siebie. – Minęło już tyle czasu… Liczyłem, że to wszystko jakoś samo mi się rozjaśni i poukłada, ale nadal tak jakby… Wciskam wszystkie elementy na siłę. Może tylko wydaje mi się, że rozumiem o co chodzi, że dorobiłem sobie do tego wszystkiego jakąś błędną interpretację, bo tak bardzo chciałem to zrozumieć i że nie powinienem cię teraz niepokoić. Ale mimo to musiałem do ciebie przyjść. Po prostu nie mam innego wyjścia. – Uśmiechnął się blado, gdy dodał – pewnie nie rozumiesz, o czym mówię.
- Nie całkiem – wyrzucił z siebie Kaya na wydechu. Wydawało mu się, że rozumie coraz więcej na korzyść swojej upragnionej interpretacji całej rozmowy, ale cały czas hamował go strach, że może to być tylko jego niezdrowa wyobraźnia. On wciąż mógł myśleć o czymś zupełnie odmiennym. Tłumaczył to sobie po każdym wypowiadanym przez starszego zdaniu, ale nijak wpływało to przystopowująco na przyspieszone bicie jego serca. Przeklęta nadzieja żyła już własnym życiem.
Kamijo znowu uśmiechnął się kącikiem ust.
- No to chyba jednak będę musiał zacząć całkiem od początku - stwierdził z lekkim westchnieniem. – W porządku. – Milczał przez kilka sekund, trochę nerwowym gestem odgarniając do tyłu włosy. – To był ciężki czas, kiedy zaczęliśmy się spotykać – zaczął w końcu, opuszczając rękę i ponownie zwracając się w jego stronę, chociaż nie patrzył mu prosto w oczy. – Sam rozumiesz najlepiej, jak było… Nie uważam, że to co zrobiliśmy było godne pochwały, ale nie sądzę też, by było czymś specjalnie złym czy gorszącym. Jakby nie patrzeć, nikogo nie skrzywdziliśmy. Dopiero potem wszystko zaczęło się przez to komplikować. – Znowu na chwilę urwał jakby nad czymś głęboko myśląc, nim podjął powoli, starannie ważąc każde słowo – kiedy poznałem Yoshimi, naprawdę miałem nadzieję, że uda mi się w końcu poukładać sobie wszystko we właściwy sposób. To była dla mnie szansa, żeby zacząć coś całkiem od nowa. Rozumiesz, o czym mówię? Brakowało mi spokoju, a ona miała go w sobie tak dużo. Była normalna, niewinna, mówiła mi o takich zwykłych, codziennych sprawach, nigdy o problemach. Kiedy raz spytałem ją, czy nigdy nie było w jej życiu czegoś, co nią wstrząsnęło i na dłużej rozbiło, czy nie straciła na przykład nikogo bliskiego, przypomniała sobie tylko o śmierci psa w dzieciństwie. Niczego nie żałowała, nad niczym nie płakała. Podobało mi się to… Myślałem, że może będzie miała na mnie jakiś dobry wpływ, że czegoś się od niej nauczę. Nie myśl, że jestem egoistą – dodał nagle, potrząsając głową. – Nie aż takim. Nie chciałem jej zawieść, widząc, że naprawdę jej na mnie zależy, że naprawdę chce się ze mną spotykać i pomyślałem… Z drugiej strony to też nie było tak, że podszedłem do tego jakoś obojętnie! Przecież ja też wierzyłem i chciałem, żeby nam się udało. – Westchnął ciężko, zamykając oczy, jakby cała ta przemowa naprawdę go męczyła. Kaya miał ochotę go objąć, ale nie odważył się; jego słowa nadal trzymały go w miejscu. – To było strasznie głupie z mojej strony, kiedy teraz o tym myślę – rzekł po chwili, nie podnosząc wzroku. – Zaczęliśmy być razem… Na początku było dobrze, naprawdę. Ona była szczęśliwa, powtarzała to cały czas i to we mnie też wzbudzało entuzjazm, ja też wierzyłem, że jestem szczęśliwy, że mogę być. Na początku… Właściwie nie wiem, co sobie myślałem. To był lekki, przyjemny związek, jakbyśmy znowu byli nastolatkami. Spotykaliśmy się niemal codziennie, ona odwiedzała mnie w studiu, ja ją w pracy. Wieczorami chodziliśmy na randki, na spacery po parku i banalne filmy w kinie. Rozmawialiśmy o bzdurach, sypialiśmy ze sobą, kiedy tylko mieliśmy ochotę i nie planowaliśmy niczego na dalej niż miesiąc do przodu. Żyliśmy z dnia na dzień, nie myśląc o przyszłości. Zero problemów, zero tęsknoty. Nawet się nie kłóciliśmy, wyobrażasz to sobie? Nadal podobała mi się jej prostota, nieznikający z twarzy uśmiech i to, jak nie zastanawiała się nad niczym, co nie było ładne i przyjemne. Jednak czasem… Czasem czułem, jakbym znalazł się przy niej jakoś przypadkiem, jakby nie powinno mnie być w tych wszystkich miejscach, w które razem chodziliśmy, a ona… Była mi bliska, zależało mi na niej i lubiłem po prostu przebywać w jej towarzystwa, jednak czasem, kiedy na nią patrzyłem, wydawało mi się, jakbym tak naprawdę nie wiedział, kim jest i skąd się przy mnie wzięła. – Podniósł głowę, spoglądając na Kayę poważnym wzrokiem. – Jakby była dla mnie zupełnie obcą osobą.
Młodszy milczał, patrząc na niego z napięciem w oczach.
- Od początku wydawało mi się – powiedział w końcu po chwili przeciągającej się ciszy – że między wami nie wszystko jest tak dobrze, jak powinno.
- Tak naprawdę nic nie było dobrze. – Uśmiechnął się gorzko. – Być może jestem podły, ale to zupełnie nie byłem ja. Robiłem wszystko bezmyślnie, mechanicznie. Nawet miłość wyznawałem jej tak, jakbym recytował kwestię w filmie. To do mnie zupełnie nie docierało. To szczęście nie było moje.
- Strasznie mi przykro…
- To nie koniec. – Pokręcił głową, po czym nagle zsunął się z murka fontanny, na którym obaj siedzieli i przyklęknął przed Kayą, opierając się dłońmi o jego kolana. Jakiś nowy ogień wstąpił w jego oczy, aż młodszemu na chwilę zaparło dech. Ta zmiana pozycji przy okazji niemal zupełnie odbierała mu możliwość patrzenia gdzie indziej, ich twarze znalazły się dokładnie naprzeciwko siebie. – Będąc z nią, robiłem jeszcze coś znacznie gorszego, o czym nigdy bym jej nie powiedział, nawet teraz. Nie wiem, kiedy zacząłem, nie wiem, dlaczego i dlaczego tak długo to trwało, ale – myślałem o tobie. – Zamilknął na sekundę lub dwie, po czym nagle zaczął mówić szybciej, opuszczając głowę i pochylając niżej nad jego kolanami, o które nadal się opierał. – Każdego dnia i każdej nocy, kiedy byłem przy niej, kiedy przytulałem ją i powtarzałem, że ją kocham, myślałem o tobie. Wspominałem te noce, kiedy byliśmy razem i wyobrażałem sobie, jakby to było, gdybyś to ty był ze mną zamiast niej. Zawsze, w każdym miejscu, w które razem chodziliśmy, jakby dla porównania zastępowałem ją tobą. Moje myśli jakoś samoczynnie szły w tę stronę. Najpierw nie całkiem zdawałem sobie z tego sprawę, później lekceważyłem, ale potem nie mogłem już przestać. Przychodziłem do studia, żeby na ciebie patrzeć i słuchać, jak śpiewasz, przychodziłem z nią i cieszyłem się, w najgorszy z możliwych sposobów cieszyłem się, że tak jawnie okazujesz jej niechęć, a przy tym cały czas próbujesz być blisko mnie. Dopiero wtedy zaczęliśmy się z Yoshimi kłócić, ona chciała, żebym coś z tym zrobił, żebym porozmawiał z tobą, dlaczego tak ją traktujesz. Była bardzo zła, a ja uspokajałem ją, ale nic nie zrobiłem… Wiedziałem, że powinienem to przerwać, że nie mogę postępować z nią w ten sposób, ale mimo to… Nie chciałem, żebyś przestał. Chciałem was oboje, jakkolwiek to brzmi. Mogę szczerze ci to wyznać, że nie do końca świadomie nie chciałem zrezygnować z żadnego z was. Z jednej strony była ona, z którą byłem związany, z którą łączyło mnie coraz więcej wspólnych wspomnień i nigdy nie wyprę się, że mimo wszystko naprawdę mi na niej zależało… A z drugiej strony ty, o którym myślałem coraz częściej, którego w jakiś sposób zawsze przecież pragnąłem, mój piękny i fascynujący. Nie wiem, co się ze mną działo… Dlaczego przez cały czas udawałem, że nic złego się nie dzieje i nic złego z tego nie wyniknie, że może ta sytuacja jest przejściowa i sama się zakończy. Muszę ci też wyznać, że liczyłem, że rozwiąże się na jej korzyść. Byłem z nią i nie chciałem tego zniszczyć, po części ze względu na nią, a po części dlatego, że po prostu nie chciałem opuszczać tego bezpiecznego świata, który mi stworzyła, na rzecz… Nie wiem, czego. Związek z nią był prosty, miły, lekki. Niewiele ode mnie wymagał. Może nie było fajerwerków, ale miałem spokój, którego przecież poszukiwałem. Po prostu nie miałem wtedy siły, żeby to zostawić i próbować porywać się na coś, co być może będzie mnie wiele kosztować, co być może w ogóle nie ma szans się udać przy tym, jacy obaj jesteśmy. Tak, jestem egoistą… Po prostu nie chciałem utrudniać sobie życia. Tak bardzo starałem się ją kochać, tak bardzo starałem się być z nią szczęśliwy, analizowałem każdy odruch serca, by wypadał na jej korzyść i czułem ulgę, kiedy w końcu dochodziłem do wniosku, że tak, właśnie ją kocham, to na niej mi zależy. Liczyłem, że wszystko inne przyjdzie z czasem i tak jakoś ciągnąłem wszystko dalej… Ale kiedy nagle ty z dnia na dzień przestałeś się do kogokolwiek odzywać, przestałeś się śmiać i jak ognia unikałeś mojego wzroku… Wtedy zrozumiałem, że wszystko zniszczyłem. Że to przeze mnie cały czas chodzisz taki przybity i zmęczony, że wyrządziłem ci krzywdę, której pewnie nie będę mógł już naprawić. Pamiętałem cię w takich chwilach, kiedy spotykaliśmy się w hotelu, tyle razy widziałem, jak płaczesz i nie mogłem ci pomóc, a teraz wiedziałem, że to wszystko znowu się powtórzy, wyłącznie z mojej winy, przez mój egoizm, moją bezmyślność. Wkrótce potem zerwałem z Yoshimi… Nie mogłem się już odnaleźć w związku z nią, w jej radosnym, beztroskim świecie, wiedziałem, że jej nie kocham i jedyne, co robię, ciągnąc to wszystko, to krzywdzę ją jeszcze bardziej. Że w końcu mogę złamać ją tak, jak złamałem ciebie… I chciałem być już tylko sam. – Odetchnął ciężko i milczał przez chwilę, nie podnosząc głowy. – Tamtego dnia pierwszy raz widziałem ją, jak płacze, mówiła okropne rzeczy, a ja tylko słuchałem, nawet nie mogłem zaprzeczyć… Należało mi się to. Nie mogę wynagrodzić jej czasu, który przy mnie zmarnowała, a najlepsze, co mogłem zrobić, to pozwolić jej wyrzucić z siebie to wszystko i zostawić w spokoju. Ona zasługuje na kogoś lepszego niż ja… Ty pewnie też, ale cóż. – Uśmiechnął się gorzko, rozkładając bezradnie ręce, zaraz jednak znowu spoważniał. – Naprawdę chciałem dla ciebie kogoś lepszego. Powinieneś zapomnieć o mnie jak najszybciej… I może dlatego jeszcze tak długo dalej bezczynnie patrzyłem, jak się męczysz. A ja… Nie wiedziałem, czy po tym wszystkim powinienem zbliżać się do kogokolwiek, bez względu na to, jak bardzo bym tego chciał. Nic już nie wiedziałem, nie wiedziałem nawet, kim jestem. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że byłbym w stanie zrobić coś takiego, to zburzyło wszystko, cały obraz tego, jak chciałem sam siebie postrzegać. Przeze mnie cierpią dwie osoby, i to ostatnie, którym kiedykolwiek życzyłbym złego. I bez względu na to, ile rzeczy mi to uświadomiło, nie wiedziałem, co miałbym ci powiedzieć po tym wszystkim. Jakie miałem prawo, by do ciebie przychodzić i jeszcze czegoś od ciebie wymagać, jeszcze bardziej mieszać ci w życiu. Nie mam nawet nic, co by mnie mogło usprawiedliwić. Nie powiem, że zwyczajnie nie bałem się związku z tobą, więc na co ci teraz moje uczucia? W jakim świetle możesz mnie teraz widzieć i za co mi zaufać? Nie, to zupełnie nie ma sensu. Ale nawet, jeśli to już teraz niczego nie zmieni… Nie wiem, czy mnie nienawidzisz czy nie, naprawdę nic już nie wiem, ale jeśli kocham teraz kogokolwiek, to właśnie ciebie, tylko ciebie. Nie powinienem się do ciebie zbliżać, wiem, że to z mojej strony szczyt bezczelności… Ale to cały czas trwa i nie mogę już wytrzymać. – Uniósł głowę, pierwszy raz patrząc mu prosto w oczy. – Nie mogę o tobie nie myśleć i wytłumaczyć sobie, że pewnie nie jestem odpowiednim mężczyzną dla ciebie. – Nagle znowu przysunął się bliżej, obejmując go lekko w pasie i opierając czoło o jego ramię, wyrzucając z siebie szybko – musiałem ci to powiedzieć, chociaż nie wiem, czy to wszystko nie jest z mojej strony jedną wielką pomyłką i czy naprawdę chodziło ci o mnie, kiedy się od wszystkich odsunąłeś. Równie dobrze mogłeś mieć zupełnie inny problem, a to tylko ja tak bardzo chciałem wierzyć, że ci na mnie zależy… Może się teraz wygłupiłem, ale mimo wszystko nie mogłem dłużej siedzieć i czekać.
- Hizaki… Naprawdę nic ci nie powiedział? – wydusił Kaya przez ściśnięte gardło po kilku sekundach ciszy.
Roześmiał się gorzko, nie podnosząc głowy, chociaż jego dłonie drgnęły lekko na jego talii, jakby chciał się odsunąć, ale w ostatniej chwili zrezygnował.
- Tylko tyle, że sam musisz mi wszystko powiedzieć.
- I chcesz, żebym to zrobił?
Dopiero teraz cofnął ręce i uniósł głowę, patrząc na niego z przykrym uśmiechem i spojrzeniem kogoś, kto nie ma już nic do stracenia.
- Proszę, mów.
Na to Kaya pochylił się nagle i zarzucił mu ramiona na szyję, przyciągając go z powrotem do siebie, najbliżej, jak tylko umożliwiała im to pozycja i przytulając mocno, z całej siły. Jedną dłoń wplótł w jego włosy, zatrzymując go w miejscu i przysunął czoło do jego skroni, gdy z ustami tuż przy jego uchu zaczął mówić, silnie akcentując słowa:
- Kochałem cię przez cały czas, odkąd tylko znowu zacząłem być zdolny pokochać kogokolwiek, od początku do końca. Byłem zazdrosny o każde twoje spojrzenie, które nie było przeznaczone dla mnie, każde słowo skierowane do kogoś innego, każdy uśmiech, który nie ja wywołałem. Chciałem, żebyś był mój i tylko mój, chciałem jej ciebie odebrać i zamknąć nas gdzieś daleko, tylko ciebie i mnie, żeby nikt oprócz mnie nie mógł cię dotknąć ani na ciebie patrzeć. Nienawidziłem jej tylko za to, że mogła być bliżej ciebie niż ja, myślałem o niej rzeczy, które nigdy nie przeszłyby mi przez usta. Kochałem… I cały czas kocham cię tak samo. Nie chcę nikogo innego.
Sam był oszołomiony tym, że udało mu się to z siebie wyrzucić i urwał na bezdechu, jeszcze bardziej wtulając twarz w jego włosy. Z zamkniętymi oczami wodził po nich jedną dłonią, jakby badając ich fakturę, palcami przesunął po brzegu jego ucha i zatrzymał rękę na czole. Kamijo przez chwilę trwał nieruchomo, obejmując go w pasie i opierając podbródek na jego ramieniu, po czym, nie zwalniając uścisku, ostrożnie podniósł się i wstał, ciągnąc młodszego za sobą. Był wyższy, więc Kaya tylko na palcach utrzymał się na podłożu, kiedy przytulił go do siebie jeszcze mocniej i bliżej, obracając z nim w miejscu. Przylgnął do niego całym ciałem, z trudem utrzymując równowagę i palcami mocno chwytając się jego ramion, a kiedy po chwili podniósł głowę, żeby odetchnąć, poczuł jego usta na swoich. To było coś zupełnie innego niż to, co pamiętał z ich spotkań; czuł, że się uśmiecha, jedną dłonią jeszcze trochę unosząc jego podbródek i składając na wargach krótkie, delikatnie pocałunki, czuł jego oddech i zapach jego włosów. Ostatni z pocałunków był dłuższy, po czym, nie wypuszczając go z objęć, cofnął nieco głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
- Kochanie… - szepnął, ale nie dodał nic więcej, bo Kaya jeszcze wyżej wspiął się na palce, znowu sięgając do jego ust. Pocałował go ponownie, tym razem bardziej pożądliwie, ponownie przyciągając bliżej siebie, jednym ramieniem mocno obejmując w pasie, a drugą dłoń zostawiając na jego policzku, rozgrzewając chłodną skórę jej ciepłem. Nogi drżały pod Kayą, kiedy czuł w ustach jego język, ledwie się na nich utrzymał. Jego ręce chaotycznie wędrowały po jego plecach i wplątywały się we włosy, nie chciał go puścić i kiedy przerwali pocałunek w poszukiwaniu powietrza, pociągnął go lekko za sobą, tak, że znowu usiedli na brzegu fontanny – on nadal objęty jego ramieniem i z palcami w jego włosach. Z cichym, niemal mimowolnym westchnieniem oparł się na jego piersi, dopiero po chwili zsuwając ręce po jego plecach niżej, żeby objąć go w pasie, podczas gdy on nadal gładził go lekko po policzku, teraz gorącym i lekko zarumienionym. Pochylił się, żeby pocałować go jeszcze raz w ucho.
- Przepraszam, kochanie – powiedział cicho Kamijo. – Jestem skończonym idiotą. – Przesunął dłoń, wplatając ją w jego włosy i powtarzając pocałunek na czole, nim dodał tym samym tonem - zawsze byłeś dla mnie ważny… Tak naprawdę już podczas tych spotkań łapałem się na tym, że zaczyna mi zależeć na tobie coraz bardziej, a mimo to…
- Nie mam ci niczego za złe. – Kaya odsunął się na trochę, żeby oprzeć dłonie na jego ramionach i na niego spojrzeć. – Może nawet dobrze, że tak się stało, ostatecznie… Jeśli ja również muszę ci coś wyznać, to to, że pewnie gdyby nie ta sytuacja nie byłbym w stanie zrozumieć, że cię kocham. Nawet gdybyś bardzo się starał, ja i tak bałbym się związać z kimkolwiek… Na pewno zdajesz sobie sprawę z mojej emocjonalnej niestabilności. – Uśmiechnął się blado. – Nie jestem taki jak ona, ani nawet taki jak ty. To nie jest tylko kwestia wygody… Jest wiele rzeczy, których żałuję i nawet nie są specjalnie odległe. I nawet gdybym być może już jakoś doszedł, że naprawdę chciałbym spróbować z tobą być, nie chciałbym po prostu pewnego dnia okazać się dla ciebie tylko ciężarem. Nawet nie pamiętam już chyba, jak to jest być w poważnym związku. I czy w ogóle potrafię.
- Ale chyba teraz już tak nie myślisz…?
Roześmiał się cicho, znowu przysuwając bliżej i chwytając go za obie dłonie.
- Przecież już się nie wycofam – wymruczał, ocierając się policzkiem o jego szyję. – Nie po tym wszystkim i zwłaszcza nie teraz. Wygląda na to, że po prostu nie mamy wyjścia… Nieważne, co się stanie. Musimy być razem.
Na to Kamijo uśmiechnął się i ponownie przyciągnął go bliżej siebie, przytulając z czułością. Kaya splótł ręce za jego plecami, opierając głowę na jego ramieniu i przymykając z zadowoleniem oczy, kiedy znowu usłyszał przy uchu jego głos:
- Zatem od teraz koniec z hotelami – mówił cicho z uśmiechem. – Chcę pójść z tobą prosto do domu, do własnej sypialni i własnego łóżka, zamknąć drzwi na klucz i wyłączyć telefon. Znowu się z tobą kochać i przynajmniej do jutra ani przez chwilę nie myśleć o niczym innym, tylko o nas dwóch. Mamy tak dużo do nadrobienia…
Kaya nie odpowiedział, tylko uniósł lekko głowę i otarł się nosem o jego szyję, ciesząc się znajomym, tyle razy wywoływanym z pamięci ciepłem, zapachem perfum i jego dłońmi, które gładziły jego włosy, przeczesując je lekko i zakładając mu za ucho. Czuł przy nim jego oddech i irytowała go bariera ubrań, przez którą nie mógł równie dobrze poczuć kształtu i ciepła jego ciała, ale i nie śpieszył się specjalnie, by się jej pozbyć. Nie zamieniłby tej chwili na nic innego na świecie; cały czas trzymał go mocno, jakby podświadomie bojąc się, że jednak coś się stanie i zniknie, albo on zbudzi się i po raz kolejny okaże się to tylko jego snem. Ale trwało, cały czas trwało. Zapomniałby nawet o mżącym przez cały czas ich rozmowy deszczu, gdyby jasne włosy pod jego dłonią nie były lekko wilgotne, a czubek nosa, który teraz otarł się lekko o jego policzek, zimny. Czuł, że patrzy na niego, nie przerywając gładzenia po włosach, jakby czekał, kiedy zechce podnieść się i zgodnie z zapowiedzą pójść z nim, ale i do tego nie ponaglając.
- Pocałuj mnie jeszcze raz. – Nie otwierając oczu, Kaya uniósł głowę i otarł się lekko nosem o jego nos. – Tak mi tego brakowało…
Nie musiał prosić drugi raz. Zaraz poczuł na ustach jego oddech i lekkie muśnięcie warg, które dopiero po chwili przerodziło się w dłuższy pocałunek. Odgarnął mu włosy z twarzy, wplatając w nie jedną dłoń, a palcami drugiej gładząc odsłoniętą szyję, podczas gdy językiem delikatnie pieścił wnętrze jego ust, ponownie wprawiając go w niekontrolowane drżenie. Zakończył pocałunek w ten sam sposób, jeszcze raz przytulając wargi do jego warg i zatrzymując tak na parę sekund. Dopiero po chwili, gdy odsunęli się od siebie Kaya uniósł powieki, patrząc na niego nieco nieprzytomnie i uśmiechając lekko, widząc, że i on się uśmiecha.
- Więcej w domu – powiedział, ujmując jego dłoń i pociągając za sobą, by wstał. Zaraz przypomniał sobie jednak o swoim w dalszym ciągu pływającym spokojnie w fontannie parasolu; z rozbawieniem pokręcił głową, wyciągając go i próbując strącić z niego wodę i przyklejone liście, by zaraz rozłożyć nad nimi, choć bez większego przekonania. – Wyglądalibyśmy głupio, idąc bez – stwierdził.
- I tak wyglądamy – Kaya zgrabnie wsunął się z powrotem w jego ramiona, potrząsając głową, kiedy kropla wody spod parasola spadła mu na nos. – Jakbyśmy szli pod dziurawym.
Parsknął z rozbawieniem, zakładając za ucho kosmyk mokrych włosów. Nagle wyglądał zupełnie tak, jak tamtego dnia w tym samym miejscu, z tym samym uśmiechem na ustach – jakby te tak ciężkie dla nich obu miesiące w ogóle nie istniały, w jakiś sposób zapadły się w czasie, niwelując wszystkie błędy, a oni zostali tylko z tym, co było dobre. Mogło tak być. Kaya chwycił go pod rękę, jak najbliżej przytulając do jego ramienia i przez chwilę szli w milczeniu obok siebie pod parasolem, tak jakby po długim postoju z tego samego miejsca po prostu kontynuowali rozpoczętą wówczas wędrówkę.
- I naprawdę nie przeszkadza ci – spytał po paru minutach, unosząc głowę, żeby na niego spojrzeć – że już ze sobą sypialiśmy?
- A dlaczego miałoby mi przeszkadzać?
- No wiesz, skoro dopiero teraz jesteśmy ze sobą na poważnie… To był swego rodzaju falstart.
Roześmiał się.
- Falstart! Nie no, zawsze możesz jeszcze spojrzeć na to pod kątem ,,przymierz, zanim kupisz”.
- Kamijo!
- Żartuję, żartuję! – Przechylił się nad nim i pocałował go w skroń. – Tak dawno nie miałem okazji, że nie mogłem się powstrzymać. Tak serio, to nie robi mi to specjalnej różnicy w sensie jakimś… symbolicznym czy emocjonalnym? No wiesz. To na niczym nie zaważa, że zrobiliśmy to, nie będąc razem. Taka była sytuacja, tak myślę… Czekasz na tę noc mniej, bo to nie będzie pierwszy raz ze mną?
Kaya myślał nad tym przez kilka sekund.
- Bardziej – stwierdził w końcu szczerze, na co starszy znowu się roześmiał.
- To była właśnie prawidłowa odpowiedź! To znaczy, że wszystko jest w porządku.

I było w porządku. Bardziej w porządku, niż Kaya kiedykolwiek mógłby się spodziewać, do tego stopnia, że cały świat wywrócił się do góry nogami i chyba tylko ramiona Kamijo w ogóle go w jego granicach utrzymały. Było to czymś zupełnie różnym od jego poprzednich doświadczeń zwłaszcza z ostatnich miesięcy, wliczając w to nawet poprzednie noce, które razem spędzili. Znali już swoje ciała, więc nie było między nimi niepotrzebnego skrępowania ani niepewności w ich ruchach, a przy tym było tak, jakby dopiero teraz kochali się po raz pierwszy, złączeni już nie tylko ciałem, ale tak samo silnie umysłem, czując tę więź w każdym wspólnym oddechu i drżeniu. Nie pamiętał już, że potrafi kochać kogoś w ten sposób i tak emocjonalnie podchodzić do zbliżeń, że może być w nich dla niego coś więcej poza samym pożądaniem i przyjemnością, a wprost cudownie było znowu to odkryć, przypomnieć sobie, jak spotęgować wrażenia potrafi sam głos ukochanej osoby, szeptane do ucha słowa i blask w oczach. Jego twarz płonęła pod jego ustami, pod pocałunkami i gorącym oddechem, kiedy szukał dłońmi jego dłoni, splatał palce z jego palcami. Jego ciało było zupełnie odmienione przez ten dotyk. Namiętność między nimi idealnie łączyła się z czułością, dotykając się raz za razem wymieniali pocałunki, uśmiechy i spojrzenia. Nie spieszyli się, dając sobie dużo czasu na powolne budowanie przyjemności – powoli, krok za krokiem – i na to, by pokazać sobie nawzajem, jak bardzo się kochają, udowadniając to w każdej sekundzie i utwierdzając w tym jeszcze bardziej. Pokazać, że to wszystko co się działo nie poszło na marne, że było na co czekać i nic między nimi nie zostało bezpowrotnie zniszczone. Szczytowali po raz pierwszy prawie jednocześnie i nie wypuszczając się z objęć nawet na chwilę, długo leżeli spleceni ciasno w pomiętej pościeli, jednakowo zmęczeni i szczęśliwi, z nieświadomym uśmiechem szukając znowu swoich ust, przyciskając policzek do policzka i delikatnie przeczesując palcami potargane włosy.
Na dworze deszcz zacinał w szybę, co parę minut błyskało i przetaczał się po niebie jeszcze odległy grzmot, sypialnię oświetlał ciepły blask świec.
Już od kilkunastu minut leżeli w ciszy, przytuleni do siebie pod kołdrą. Tak naprawdę Kaya chyba nadal do końca nie wierzył, że Kamijo z nim jest; wciąż było mu tej bliskości mało, jeszcze bardziej wtulał się więc w jego ramiona i zaciskał palce na jego dłoni, za nic nie chcąc jej puścić. Starszy uśmiechał się, czując to, delikatnie całował go za uchem, ocierał nosem o jego ramię i chuchał mu we włosy, niezliczonymi gestami zamiast słów zapewniając o swoim uczuciu. To go uspokajało; w końcu zaczął już nieco przysypiać, jednak kiedy w pewnym momencie poczuł jego dłoń wsuwającą się pod policzek i usta na drugim, znowu drgnął i obrócił się lekko, w odpowiedzi ocierając się czubkiem nosa o jego twarz.
- Mogę cię o coś poprosić? – spytał Kamijo cicho.
- O co tylko chcesz – odparł bez wahania, otwierając oczy, żeby spojrzeć na niego z uśmiechem.
Odwzajemnił uśmiech i pocałował go lekko w kącik ust
- Chciałbym, żebyś napisał dla mnie tekst… Ale nie taki jak inne – powiedział, obejmując go jednym ramieniem, a drugą ręką nadal trzymając za dłoń, to rozdzielając to splatając ich palce. – Nie musisz się z tym śpieszyć, może na następny twój singiel, może na jeszcze kolejny… Ale nie chciałbym po prostu, żebyś zawsze śpiewał tylko o takich smutnych rzeczach. Żebyś chociaż jeden utwór miał z takim stuprocentowym szczęśliwym zakończeniem… Myślisz, że mógłbyś to dla mnie zrobić?
Kaya zastanawiał się krótką chwilę, po czym uśmiechnął się ponownie i pocałował go w nos.
- Co prawda nigdy nie próbowałem, ale mogę się podjąć – powiedział. – Dla ciebie, skoro tego chcesz.
Rozpromienił się.
- Byłoby wspaniale. Bardzo chciałbym usłyszeć, jak śpiewasz o szczęśliwej miłości.
- Obiecuję więc, że usłyszysz.
Z zadowoleniem pocałował go w dłoń i nie mówiąc już nic więcej, znowu ułożył się wygodniej przy nim, oplatając go wolną ręką w pasie i opierając czoło o jego ramię, zamknął oczy. Kaya przez parę minut leżał, gładząc go jedną dłonią po włosach, nim wtulając w nie nos, dodał ciszej, niepewny, czy już nie zasnął:
- Może nawet całkiem niedługo usłyszysz… Tak. Obiecuję, że to zrobię.
W tej chwili był w stu procentach pewien, że potrafi.


_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Pon Maj 16, 2011 11:53 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Rei-chan
J-legenda


Liczba postów : 2010
Join date : 04/01/2011
Age : 20
Skąd : Z piekła...

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Pon Maj 02, 2011 8:25 pm

Shadow...
*siedzi przed kompem, nadal ryczy i nie wie co napisać*
Niewiele jest fików, które potrafią sprawić, bym tak bardzo płakała... Dodatkowo słuchałam Silvery Dark przy czytaniu i... Mam całą mokrą twarz, pewnie wyglądam jak panda, bo miałam pomalowane rzęsy, w dodatku nie mam zielonego pojęcia co Ci napisać, bo czuję się dziwnie klecąc jakieś mało składne zdania pod tym, co napisałaś Ty. Ale mogę spróbować, żeby nie było...

Były w tekście literówki, mam je wypisane, zaraz wymienię, i troszkę przeszkadzały przy czytaniu, ale doskonale rozumiem to co napisałaś na początku. Dlatego się nie czepiam, jeśli je poprawisz, to jak dla mnie tekst będzie bezbłędny, absolutnie genialny i niesamowity. Zdecydowanie nie zawiodłaś oczekiwań, przynajmniej moich. Chociaż myślę, że nikt nie będzie się czuł tym rozczarowany...
Jestem pod naprawdę ogromnym wrażeniem tego jak piszesz i po prostu za każdym razem, kiedy zaczynam czytać cokolwiek od Ciebie, czy byłby to fik, czy zwykły post, to czuję się, jakbym czytała coś naprawdę wartego uwagi, dojrzałego, mądrego i autorstwa osoby, do której czuję przede wszystkim szacunek. Za takie teksty mogę Ci tylko podziękować...

Literówki i błędy ewidentnie wynikające z niedopatrzenia, czy zmęczenia, mało istotne w odniesieniu do tego dzieła:
Cytat :
Kaya patrzył jak pod kroplami marszy się tafla wody
Cytat :
Czyjś głośny śmiech, niewybredny komplementy i szyderstwa
Cytat :
że ich uczucia tak okrutnie się ze sobą miną i co czego go przez to w najbliższych miesiącach.
Cytat :
z jednej strony tak jednoznaczne zdawały się być dla jego wypełnionego beznadziejnym uczuciem umysłu, coraz bardziej rozbudzając w nim nadzieję, a z drugiej – czy naprawdę to, o czym Kamijo mówił, w jakikolwiek sposób wykraczało poza ramy przyjaźni?
Cytat :
Nie powiem, że zwyczajnie nie bałem się związku z tobą
Cytat :
Starzy uśmiechnął się, czując to
Wiem, że było coś jeszcze przed nimi, ale za Chiny ludowe nie mogę znaleźć.

I jeszcze jedno... Shadow, proszę, nie rób tak więcej, nie dziel posta! xD Myślałam po pierwszym poście, że to koniec i trochę inaczej podeszłam do jego końcówki... Myślałam, że będzie złe zakończenie i już się miałam zastanawiać, jak mogłaś nam to zrobić ;D

Weny, Shadow,
Rei
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Pon Maj 02, 2011 10:40 pm

Jeju, Rei, strasznie strasznie dziękuję! <33 Odetchnęłam z ulgą po Twoim komentarzu, bo sama nie byłam do tego do końca przekonana (jak się coś czyta w kółko przez miesiąc i jeszcze szuka błędów, każde zdanie zaczyna brzmieć głupio), ale teraz strasznie się cieszę i może nawet jeszcze raz to na spokojnie przeczytam ^^
Błędów jest od cholery, bo betowałam to z myślą 'japierdolę, ile jeszcze do końca?', z na w pół zamkniętymi oczami leżąc na fotelu, można tu już urządzić jakieś polowanie na nie... XD" No, ale to mnie przekonało, żeby zatrudnić w końcu betę, która zresztą już nad tym tekstem pracuje, także wkrótce wrzucę wersję poprawioną ^^ Tylko czekaj, bo chyba mi się już myślenie wyłącza, ale co jest nie tak w tych dwóch zdaniach?
Cytat :
z jednej strony tak jednoznaczne zdawały się być dla jego wypełnionego beznadziejnym uczuciem umysłu, coraz bardziej rozbudzając w nim nadzieję, a z drugiej – czy naprawdę to, o czym Kamijo mówił, w jakikolwiek sposób wykraczało poza ramy przyjaźni?
Cytat :
Nie powiem, że zwyczajnie nie bałem się związku z tobą
? ^^"

Cytat :
I jeszcze jedno... Shadow, proszę, nie rób tak więcej, nie dziel posta! xD Myślałam po pierwszym poście, że to koniec i trochę inaczej podeszłam do jego końcówki... Myślałam, że będzie złe zakończenie i już się miałam zastanawiać, jak mogłaś nam to zrobić ;D
Ale tutaj to i tak pół biedy, na innym forum nie dość, że musiałam dzielić, to jeszcze prosić koleżankę (aka moją żonę aka betę <3), żeby dodała posta-przerywnik, bo nie mogłam dawać dwóch pod rząd, to dopiero musiało zaskoczyć publiczność XDD
Nie mogłabym zrobić tego chyba sobie przede wszystkim, w pewnym momencie mnie kusiło, ale się złamałam, za bardzo ich kocham chyba'''

Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję! <3

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Rei-chan
J-legenda


Liczba postów : 2010
Join date : 04/01/2011
Age : 20
Skąd : Z piekła...

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Pon Maj 02, 2011 11:41 pm

Znam to, przerabiałam, nie przy tak długim tekście, ale byłam wtedy chora i wszystko było pięć razy bardziej męczące, więc doskonale rozumiem powód dla którego są błędy - ludzka rzecz^^

Ojej, Shadow, to pierwsze zdanie musiałam źle przeczytać, bo inaczej je zrozumiałam i mi chyba słowa brakowało, ale to jest jednak okej^^''
To drugie to razem z kontekstem trzeba przerobić, bo albo ja coś źle zrozumiałam, albo tam powinno być bez tego 'nie'... Ale wiesz co... teraz tak to czytam i myślę... Dobra, musiałam mieć jakiś zastój wtedy, dobrze jest, nie słuchaj mnie xD

No właśnie strasznie się zdziwiłam, kiedy pomyślałam, że miałabyś zrobić z nimi złe zakończenie, skoro nawet mnie by to tak bolało, to co dopiero ty! xD
Powrót do góry Go down
Oreiteia
Yuki-chan


Liczba postów : 1262
Join date : 30/01/2011
Age : 22
Skąd : Lidzbark Warmiński

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Nie Maj 15, 2011 11:57 pm

Przepraszam, mój umysł błędów nie wyłapuje, więc żadnych poprawem z mojej strony proszę się nie spodziewać...
Shadow, ja Cię ładnie proszę o Twoje zdjęcie z autografem, wywieszę je sobie gdzieś nad biurkiem, albo zrobię Ci ołtarzyk. Jak wcześniej pisałam, że nie mam ulubionego autora tak Ty pokazałaś w jak wielkim błędzie jestem >.<
Mnie ten przerywnik nie przeszkadza, popatrzie z jakim opóźnieniem piszę, ale jestem ślepa jak kret.
Cudny tekst, nieważne że długi i tak wywołał u mnie pewien niedosyt, i chcę jeszcze..
Przez pewien czas chciałam wrzeszczeć z rozpaczy bo było smutnie i miałam wrażenie, ze skończy się źle.. Ale dziękuję Ci, że nie postanowiłaś sprawdzić swoich możliwości w ponurych fickach. Jestem pewna, że gdybyś coś takiego napisała i umieściła na jakiejś często odwiedzanej stronie to liczba samobójstw w Polsce wzrosła by dwukrotnie. Ale to znowu nie na temat... Em... No to życzę weny i proszę o to zdjęcie z autografem najlepiej w formacie A3 ^ ^
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Wto Maj 17, 2011 12:00 am

Yuki, dziękuję! ^///^ Strasznie mnie to cieszy i może w końcu znajdę trochę mobilizacji, żeby przepisać następnego ficka, który od dwóch tygodni leży skończony, właśnie tego mi było trzeba <33
W ogóle dopiero teraz dodaję wersję poprawioną, moja debiutująca beta miała ciężki orzech do zgryzienia przy tym tekście, ale jakoś jej się udało, mam nadzieję, że już teraz wszystko jest okej Cute

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [Z] Away in silence [2/2]   Today at 12:37 pm

Powrót do góry Go down
 
[Z] Away in silence [2/2]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
J-slash :: FanFiction :: PG-15-
Skocz do: