IndeksIndeks  FAQFAQ  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 [M] Walentynki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: [M] Walentynki   Nie Maj 22, 2011 9:24 pm

Tytuł: Walentynki
Pairing: Kamijo x Kaya (Versailles/solo)
Rodzaj: Romans~~
Słów: 4731
Ostrzeżenia: PG
Beta: Oris <3
Komentarz: Bo zastanawiałam się, jakiego święta jeszcze w fickach nie wykorzystałam; sylwester był, Boże Narodzenie było... No i właśnie wtedy tak mi to jakoś wpadło. I pomyślałam, że to napiszę, coś krótszego dla odmiany między jednym tasiemcem a zapowiadającym się kolejnym XD
Właściwie to zaczęłam to pisać dokładnie 3 minuty po postawieniu kropki w poprzednim ficku i parę dni potem już skończyłam, ale później był koncert D i zupełnie nie było szans, żebym się na przepisywaniu skupiła. Dopiero teraz zaczynam powoli dochodzić po koncercie do siebie (bardzo powoli, przebili mi już na laście nawet Versailles, a i tak nie mogę ich wyłączyć D:), więc się udało w końcu. O D też mam już zresztą ficka skończonego, ale to następnym razem, bo przepisywanie idzie mi ostatnio jakoś ciężko tak ogółem ^ ^"
Dobra, koniec gadania. Jeszcze raz dziękuję Oris za zbetowanie, bo to jednak znacznie mi wszystko ułatwiło <33, a pozostałym życzę jak zawsze miłego czytania ^ ^
~~

Kiedy Kaya wrócił do domu po koncercie, zegarek właśnie wskazał dwudziestą drugą trzydzieści. Jak to zwykle bywa w środku lutego, na dworze było koszmarnie zimno, więc z prawdziwą ulgą powitał swoje ciepłe, ciche i przytulne mieszkanie. Z miejsca zrzucił z siebie grubą kurtkę i z szalikiem nadal zwisającym z ramienia, ruszył prosto do kuchni, gdzie nastawił sobie wodę na herbatę. Nie czuł się jeszcze senny, więc trochę kofeiny o tej być może niezbyt rozsądnej porze nie powinna zrobić jego organizmowi większej różnicy. Otaczająca go cisza, zakłócana tylko przez szum czajnika, po chwili stała się nieco irytująca (zwłaszcza w zestawieniu z głośną muzyką i krzykami sali koncertowej, od których nadal jeszcze trochę dzwoniło mu w uszach), więc cofnął się do salonu i włączył telewizor. Przeskoczył przez pierwsze pięć kanałów, bez wyjątku prezentujących słodkie walentynkowe produkcje z rodzaju komedii romantycznych, przy szóstym trafił na jeszcze ciekawszą produkcję z tych, które lecą już tylko po dwudziestej drugiej, więc niemal wcisnął przycisk do wnętrza pilota i dopiero przy kolejnym kanale zatrzymał się, ostatecznie decydując na jakiś dosyć przyjazny program przyrodniczy, prawdopodobnie skierowany głównie do staruszków cierpiących na bezsenność. Westchnął, kręcąc z rezygnacją głową; w drodze do kuchni rzucił w końcu szalik na szafkę, po czym zalał herbatę i minutę później z powrotem zasiadł na kanapie. Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem, ogrzewając zmarznięte dłonie o kubek – po zamknięciu oczu nawet niezłe zastępstwo dla ciepłych rąk drugiej osoby – a potem dłuższą chwilę bez pośpiechu popijał gorący płyn, bezmyślnie oglądając jakieś kolorowe ptaki krążące po całym ekranie.
Organizowanie koncertów w walentynki było strategicznym podejściem, które z powodzeniem stosował już od dłuższego czasu i które znacznie ułatwiało mu przeżycie tego dnia w przyzwoitym stanie, skupiając zdecydowaną większość jego uwagi i z góry gwarantując zajęcie na cały wieczór. Nie, żeby walentynek jakoś specjalnie nie lubił; dostawał całkiem sporo miłych życzeń i drobnych prezentów, szczególnie od fanów, ale… No właśnie. Zawsze było jeszcze to ,,ale”, objawiające się właśnie w takich wieczornych powrotach, gdy prosto ze skandującej jego imię sali nagle zostawał sam z kubkiem herbaty i kolorowymi obrazami na ekranie telewizora. Jakby nie patrzeć, szczególnie tego dnia było to dosyć przykre.
Dopił herbatę do końca i poważnie zastanowił się nad otworzeniem butelki wina, jednak zaraz zrezygnował, stwierdzając, że picie do lustra chyba jeszcze wzmogłoby jego przygnębienie. O wiele lepszym pomysłem była natomiast długa, relaksująca kąpiel – taka z pachnącym płynem, masą piany i świeczką zamiast sztucznego światła. I tak musiał pozbyć się jakoś sporej warstwy scenicznego makijażu i doprowadzić do stanu używalności usztywnione lakierem włosy, więc mógłby połączyć przyjemne z pożytecznym. A zatem kąpiel. Już był w drodze do łazienki, kiedy w pół kroku przerwał mu dzwonek do drzwi.
Zmarszczył brwi, zdezorientowany; kto mógł dobijać się do niego o tej porze? Mimo wszystko poczuł się nawet zainteresowany rozwiązaniem tej zagadki, więc szybko zawrócił w głąb korytarza.
…a gdy otworzył drzwi, aż przytkało go z wrażenia.
Na progu, w samym środku imponującej kałuży roztopionego śniegu, stał Kamijo. Opierał się jedną ręką o framugę i patrzył na niego spod zmrużonym powiek, z lekkim, nieco krzywym uśmiechem. Już na pierwszy rzut oka było widać, że był pijany. Całkowicie, niezaprzeczalnie pijany. Nim Kaya zdążył wydusić choćby słowo na ten dosyć niecodzienny widok, starszy cofnął się o krok i ukłonił przed nim głęboko, choć z pewnym trudem.
- Mogę wejść? – spytał wprost, podnosząc po chwili głowę.
Kaya nie widział powodu, dla którego miałby się nie zgodzić, więc otworzył szerzej drzwi, robiąc mu miejsce w progu. Oparł się o ścianę, z zainteresowaniem obserwując jego zmagania z grubym płaszczem o złośliwie wyślizgujących się spomiędzy palców guzikach, szalikiem uparcie niechcącym dać się odplątać z szyi i w końcu zdecydowanie najciekawsze – z butami. Po paru minutach i one zakończyły się triumfalnym zwycięstwem, a Kamijo całkiem nieźle udając pewny krok ruszył do salonu, gdzie jak gdyby nigdy nic zapadł się w fotelu.
- Ślicznie wyglądasz – stwierdził z uznaniem, kiedy Kaya wszedł za nim, z rosnącym rozbawieniem obserwując rozwój sytuacji.
- Miałem koncert. Coś się stało, że przyszedłeś?
- A dlaczego miało się stać? – spytał, wzruszając ramionami i jeszcze wygodniej rozpierając się w fotelu. – Nie mogę cię czasem odwiedzić?
- O dwudziestej trzeciej na ogół nie przyjmuję już gości.
- Chciałem jechać do domu, ale wydaje mi się, że przez pomyłkę podałem taksówkarzowi twój adres – oznajmił, rozkładając bezradnie ręce. – Nie sądzisz, że to dosyć zabawny… zbieg okoliczności?
Kaya parsknął śmiechem, siadając po turecku na sofie obok.
- Bardzo zabawny. Od kiedy znasz mój adres na pamięć? – zainteresował się, opierając podbródek na dłoni. Mimo wszystko nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.
- Mam dobrą pamięć – oświadczył z dumą. – I na kartce też mam. Mogły mi się pomylić, było ciemno.
- Zatem nie pamiętasz nawet swojego i musisz dawać w taksówce kartki? – spytał Kaya przekornie, jeszcze szerzej się uśmiechając.
Milczał przez chwilę, marszcząc brwi, po czym nagle roześmiał się znowu, kręcąc głową.
- Ty już lepiej nie kombinuj – poradził, żartobliwie grożąc mu palcem.
- Mogę zamówić ci drugą taksówkę, jeśli chcesz. Wyglądasz, jakbyś bardzo potrzebował w tej chwili kilku godzin snu.
Wydął kapryśnie usta.
- Chcesz mnie wyrzucić na mróz? Tak jak psa?
- A co, planujesz tutaj nocować?
- Jeśli o mnie chodzi, to chętnie. Wiesz, mam stąd daleko do domu.
- Są walentynki. Myślałem, że masz parę innych rzeczy do roboty?
- Chyba tyle samo co ty, skoro nie otworzyłeś mi zdyszany i w szlafroku.
Kaya uśmiechnął się nieznacznie.
- Miałem pecha w tym roku, cóż poradzić.
- Dzień się jeszcze nie skończył.
Tym razem roześmiał się na głos, wstając z miejsca.
- Możesz zostać, skoro już przyszedłeś – rzekł wspaniałomyślnie. – Chcesz się jeszcze napić czegoś bezprocentowego, czy mam od razu rozkładać kanapę?
- A nie mogę spać z tobą?
Pokręcił głową z uśmiechem.
- Szkoda. – Kamijo przybrał minę niezadowolonego dziecka. – Ostatnio było fajnie.
- Przyniosę ci ręcznik, możesz jeszcze wziąć prysznic, zawsze to bardziej komfortowo.
- Sam.
- Oczywiście.
- Mimo wszystko chętnie skorzystam. – Skinął głową, ale nie ruszył się z fotela.
- Tylko się nie zabij. – Kaya również zatrzymał się w progu. Nie przepadał za rozmowami z pijanymi ludźmi, kiedy sam był trzeźwy, jednak Kamijo nawet w tym stanie był intrygujący. Nie mógł zaprzeczyć, że ucieszyło go jego przyjście; miło było jeszcze dzisiaj mieć się do kogo odezwać, nawet jeśli nie mógł liczyć na szczególnie sensowną odpowiedź.
- Nie jestem aż tak pijany – stwierdził Kamijo, jakby odgadując jego myśli. – Może tylko trochę ciałem, ale myślę jeszcze całkiem normalnie i do rzeczy.
- Twoje pijaństwo ma jakiś związek z dzisiejszym świętem?
- Świętem. – Wzruszył ramionami. – Nie uważasz, że to w sumie głupi zwyczaj? Coś, co powinno się robić na co dzień i bez okazji, robi się często na siłę. Bo trzeba… By wypada. Ja, kiedy kogoś kocham, nie muszę czekać na walentynki. Zawsze można przecież przynosić prezenty albo zapraszać się nawzajem na kolację…
- Albo zostawiać kwiaty na wycieraczce. – Skinął głową z uśmiechem. – Pewnie masz rację, nawet jeśli język trochę ci się plącze. Walentynki mogą być codziennie, jeśli tylko się chce… A jeśli nie, to chyba nie ma po co wysilać się ten jeden dzień do roku.
- Cieszę się, że myślimy podobnie. – Odwzajemnił uśmiech.
- Ale nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
Potrzebował chwili, by skojarzyć, o czym mówi.
- A! – machnął lekceważąco ręką. – Może ma, może nie. Sam już nie wiem.
- No tak, trzeba było spytać, zanim poszedłeś pić. – Roześmiał się. – Przyniosę tę pościel. – Z rozbawieniem wzruszył lekko ramionami i odwrócił się, zmierzając w stronę sypialni.
Kiedy po chwili wrócił, niosąc prześcieradło, kołdrę i dwie małe poduszki, Kamijo nadal siedział w tym samym miejscu na fotelu, z zainteresowaniem rozglądając się po salonie.
- Dużo kwiatów – stwierdził, wskazując podbródkiem na meble, faktycznie zastawione przez imponującą ilość wazonów z bukietami.
- Od fanów – wyjaśnił Kaya krótko, zabierając się za rozkładanie sofy. – W studiu mam jeszcze drugie tyle i trochę w sypialni.
- Wszystkie od fanów?
- Właściwie tak – potwierdził, nie podnosząc głowy znad rozpostartego w rękach prześcieradła.
- Kto by pomyślał.
- Prawda? – Uśmiechnął się gorzko, spoglądając na niego. Potem znowu skupił się na prześcieradle, klękając na rozłożonej kanapie i zaczynając naciągać na nią jego rogi. – Tak się jakoś ostatnio składa…
- A ja myślałem, że będę musiał się w kolejce pod twoimi drzwiami ustawić.
Roześmiał się.
- Nie ma o co się ustawiać. – W przedziwny sposób nie czuł oporów przed mówieniem takich rzeczy; podejrzewał, że Kamijo i tak nie będzie rano nic z tego pamiętał. – I drzwi zamknięte.
- Niewłaściwy PIN?
Przerwał wygładzanie poduszki, żeby spojrzeć na niego, marszcząc brwi.
- PIN?
- No, nie zablokowałeś nigdy telefonu w ten sposób? Kilka razy nie uda ci się wpisać właściwego i wszystko się przed tobą zamyka.
- Mam rozumieć, że właśnie porównujesz mnie do komórki?
- Mniej więcej. – Uśmiechnął się szeroko.
Kaya prychnął głośno, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Twoja wyobraźnia wręcz kwitnie po pijaku. Ale załóżmy, że to coś w tym stylu.
- Jest jeszcze ten drugi kod, właśnie na takie wypadki. Ale tego to zupełnie nikt nie pamięta i jest już tylko jedna szansa na wpisanie. To smutne, prawda?
- Cóż, zawsze można zamienić wtedy telefon na lepszy model – stwierdził gorzko Kaya, podnosząc się i wyrównując kołdrę. – Taki, który się nie zawiesza, ma więcej opcji i lepszą grafikę… To przecież tylko telefon. No, zrobione.
- Chyba ty też naprawdę potrzebujesz się napić.
Parsknął krótkim śmiechem.
- No widzisz? Mogłeś pomyśleć o tym wcześniej!
- Jeśli nie zaplanujesz koncertu za rok…
Młodszy tym razem tylko pokręcił głową, siadając na brzegu kanapy.
- Idź, weź ten prysznic. – Machnął głową w kierunku łazienki. – Zrobiło się późno.
- Trzymaj za mnie kciuki. – Kamijo bohatersko podniósł się z fotela. Po drobnych komplikacjach złapał równowagę i trzymając asekuracyjnie framugi, powoli obrócił w stronę wyjścia. – Naprawdę nie wypiłem dużo – mruknął. – Nie wiem, dlaczego moje ciało sądzi inaczej.
- Ręcznik i szczoteczka do zębów są na pralce! – zawołał jeszcze za nim Kaya, tłumiąc śmiech. Potem przez dłuższą chwilę siedział, w zamyśleniu wygładzając dłonią poduszkę. Chciał wstać i jeszcze coś zrobić, przynajmniej wyłączyć reklamy na ekranie telewizora, ale jego ciało stało się dziwnie ciężkie. Siedział więc w tym samym miejscu, przez głos młodej kobiety opowiadającej, jak to proszek do prania zmienił jej życie, słuchając lekkich hałasów dobiegających z łazienki. Spadający płyn do kąpieli, jeden, drugi. Znowu zdusił śmiech i z lekkim westchnieniem oparł głowę na poduszce.

Po jakichś dwudziestu minutach minęli się w progu łazienki.
- Dobranoc. – Kaya uśmiechnął się olśniewająco i zamknął za sobą drzwi.
- Nie chce mi się spać – dobiegł go spod nich głos Kamijo. Przez chwilę panowała cisza, nim dodał zalotnie – na pewno nie potrzebujesz pomocy w ściągnięciu czegoś?
- Akurat dzisiaj mam mało problematyczne ubranie.
- Jaka szkoda.
Kaya westchnął z rozbawieniem, otwierając paczkę chusteczek do demakijażu i zabierając się za ścieranie z twarzy misternego dzieła sztabu stylistek. Myślał, że starszy ostatecznie wrócił do pokoju i drgnął lekko, kiedy usłyszał, jak nagle opiera się ciężko o drzwi.
- Opowiedz mi o czymś.
- Niby o czym?
- Nie wiem, o czymkolwiek. – Mógł niemal zobaczyć, jak wzrusza ramionami. – Zazwyczaj tyle przecież mówisz, że trzeba się zgłaszać jak w szkole, żeby coś wtrącić.
Uśmiechnął się do lustra, nie przerywając starannego wycieranie chusteczką jednego oka.
- Zatem może teraz ty się wykażesz?
- Ale ja lubię cię słuchać.
- Jakoś nie mam dzisiaj pomysłu…
- Chyba humoru.
- Też – przyznał, przenosząc się na drugie oko i rozcierając długą smugę tuszu na połowie policzka. – Ale możesz o coś spytać, jeśli chcesz – dodał łaskawie.
- Zabawa w sto pytań?
- Niech będą trzy. Potem idę pod prysznic.
- Dobra. Mogą być osobiste?
- Do pewnego stopnia, powiedzmy.
Kamijo nie myślał specjalnie długo nad tym, o co spytać.
- Kiedy ostatnio byłeś w poważnym związku?
Kaya przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, biorąc świeżą chusteczkę.
- Rok temu, mniej więcej – rzekł w końcu. – Chyba do marca, o ile mnie pamięć nie myli.
- Kto odszedł, ty czy on?
- On.
- Przykro mi. Tęsknisz za nim?
- Czasem tęsknię.
- Wróciłbyś do niego, gdybyś mógł?
- To już czwarte pytanie – zauważył czujnie Kaya, trzecią chusteczką ocierając całą twarz, żeby usunąć resztki podkładu.
- Ostatnie. I tak odpowiadasz krótko.
- Do pewnego momentu wróciłbym, ale teraz już nie.
- Co to był za moment? Coś się stało?
- Łamiesz zasady. Miały być trzy pytania.
- Może poznałeś kogoś innego? – nie ustępował starszy.
- I wypadasz z gry. Koniec, dalej nie odpowiadam.
- To nie fair – nadąsał się. – To ja powinienem zdyskwalifikować ciebie za takie krótkie odpowiedzi.
- Nie uwzględniłeś ich długości w zasadach. Za późno – stwierdził Kaya tonem, ,,och, jak mi przykro”, biorąc z półki szczotkę i od końcówek zaczynając powoli rozczesywać usztywnione włosy.
- Ale jesteś wredny.
- Idź spać, Kamijo. Ja i tak już wchodzę pod prysznic. – Na potwierdzenie tych słów obrócił się i wolną ręką jak najgłośniej rozsunął drzwi kabiny.
- Jutro to ja ciebie nie będę słuchał, zobaczysz.
- Miłych snów, skarbie.
Kamijo westchnął ostentacyjnie, ale po chwili wstał spod drzwi (głośno się od nich przy okazji odbijając) i zaraz dało się słyszeć jego kroki, dosyć powoli oddalające się w kierunku salonu. Kaya poczekał, aż umilkną, po czym do końca rozczesał swoje włosy i dopiero wtedy rozebrał się i wszedł do kabiny. Lekki, nieco gorzki uśmiech jeszcze przez parę minut błąkał się po jego ustach, myśli gnały przed siebie w szaleńczym tempie.

Niosąc świeczkę w dłoni, Kaya wszedł cicho do salonu. Zgodnie z jego przewidywaniami, zastał Kamijo śpiącego snem sprawiedliwego; leżał bardziej na brzuchu niż na boku, jedno zgięte ramię i długie włosy przysłaniały mu większość twarzy, tak, że było widać tylko zamknięte powieki i kawałek policzka. Młodszy wokalista odstawił świeczkę na stół i ostrożnie przysiadł na brzegu kanapy, patrząc na niego. Nie wyglądało na to, by miał się prędko zbudzić; sen po alkoholu bywał naprawdę twardy.
Kaya nie dostąpił tej nocy łaski tak łatwego pogrążenia się w nim. Senny był jeszcze pod prysznicem, oczy kleiły mu się, kiedy owijał się ręcznikiem, jednak kiedy tylko położył się w swoim łóżku, przeszło mu jak ręką odjął. Przez pół godziny przewracał się z boku na bok, zaplątywał w kołdrę jak w kokon albo całkiem ją odrzucał, obracał poduszkę na wszystkie możliwe strony i na wszystkie sposoby ją zginał – wszystko na nic. W końcu wcisnął w nią twarz, krzyknął głucho ze złości, po czym rzucił nią o ścianę i energicznie wstał z łóżka. Zarzucił na ramiona szlafrok i z zapaloną świeczką w dłoni ruszył do salonu.
Przez kilka minut siedział bez ruchu i przyglądał się twarzy Kamijo.
Jedna noc w samym środku trasy, równo trzy miesiące temu. Wtedy również był pijany, obaj byli. Nie wypili co prawda specjalnie dużo, jednak była to dawka w pełni wystarczająca, by rozsądek wyłączył się, a ich ciała uznały, że w związku z powyższym wolno robić im to, co im się podoba. Jak zawsze wracali do swoich pokojów, obaj rozweseleni i rozluźnieni. ,,Ta twoja sukienka – zagaił w pewnym momencie Kamijo – pewnie ciężko się ją zdejmuje?”. Kaya nie myślał długo nad odpowiedzią. Pociągnął go za rękę do swojego pokoju… I cóż, szybko udowodnił mu, że nie było to wcale takie ciężkie, jak mogłoby się wydawać. Na pewno nie bardziej, niż zdjęcie jego skórzanych spodni.
Miło wspominał tamtą noc. Było bardzo przyjemnie, obaj tego chcieli. W ich przyjaźni zawsze było miejsce na pewną fascynację, która nieco poza ramy koleżeństwa wykraczała; od dłuższego czasu krążyli wokół siebie, prawiąc komplementy i flirtując, pod osłoną żartów wysyłając sobie nawzajem dosyć jednoznacznie sygnały. Może nie robili tego z jakimś szczególnym zaangażowaniem, ale i nie bez wyraźnych podstaw. Nadarzyła się okazja w postaci wspólnej trasy, przeszli więc tę drogę do końca. Po spędzonej wspólnie nocy Kamijo został już do rana, chociaż łóżko w jednoosobowym pokoiku było dosyć wąskie, zmieścili się w nim we dwóch całkiem wygodnie, Kaya spokojnie usnął z głową na jego ramieniu. Rano nie zeszli do wszystkich na wspólne śniadanie, zadowalając się stojącymi w koszu na ławie pomarańczami, wypili kawę i obejrzeli poranne wiadomości. Rozmawiali po przyjacielsku, tak, jak zawsze. Nie było czego roztrząsać. Było przyjemnie, obaj tego chcieli.
Od tamtej pory między nimi nic się nie zmieniło.
Kaya westchnął nieznacznie i wyciągnął rękę, dotykając lekko włosów Kamijo. Były miękkie i gładkie, z łatwością przechodziły mu między palcami. Starszy nie drgnął nawet, kiedy niechcąco musnął jego policzek, więc po chwili wrócił tam cofniętą dość gwałtownie dłonią, by zatrzymać opuszki palców tuż nad jego przyciśniętym do twarzy ramieniem. Czuł ciepło jego skóry i ledwo wyczuwalny oddech. Uśmiechnął się lekko do siebie i znowu zabrał dłoń, tylko po to jednak, by szybko zsunąć z ramion szlafrok i odłożywszy go cicho na fotel obok, unieść lekko kołdrę, po czym jak najciszej się dało ułożyć obok niego. Tak jak on miał na sobie bieliznę i podkoszulek, a kanapa po rozłożeniu była dosyć duża, więc miał sporo miejsca dla siebie. Druga z przyniesionych przez niego poduszek także była wolna; Kamijo tylko lekko oparł o nią łokieć, więc bez problemu przysunął ją do siebie i ułożył na niej głowę. Po samą szyję wsunął się pod kołdrę i kolejną długą chwilę patrzył na śpiącego. Jego jasne włosy lśniły lekko w blasku świeczki, przy głowie dawały się już dostrzec lekkie odrosty, ale o dziwo wcale nie wyglądały przez to gorzej – kto wie, czy nawet nie lepiej. Z uwagą, jakby nie chcąc niczego pominąć, oglądał z bliska jego rzęsy i nieznacznie zmarszczone przez sen brwi. Na dłuższą chwilę zatrzymał wzrok na jego prawej dłoni, analizując wszystkie jej szczegóły. Paznokcie, odznaczająca się kość u nadgarstka i równie wyraźnie rysujące się pod skórą nerwy. Unoszące się wraz z miarowym oddechem ramię pachniało jego płynem do kąpieli. Kaya przełknął cicho ślinę i przeniósł wzrok z powrotem na jego twarz. Spał tak samo twardo, jego powieki przez cały czas nawet nie drgnęły, nic nie zakłócało malującego się na twarzy spokoju. On sam również zaczął znowu odczuwać senność, jakby w jakiś sposób udzielił mu się jego sen. Znowu uniósł się ostrożnie, żeby zdmuchnąć stojącą na stole świeczkę, po czym wrócił do poprzedniej pozycji znowu głębiej zagrzebując pod kołdrą. W ciemności jeszcze raz wyciągnął rękę i musnął włosy starszego, jakby upewniając się w jego obecności, po czym z lekkim uśmiechem zwinął ją w pięść pod podbródkiem i zamknął oczy. Wciąż czuł zapach płynu i chociaż ich ciała się nie stykały, emanujące od niego ciepło na swoich udach. Słuchając jego oddechu i jednostajnego tykania zegara, spokojnie zapadł w sen.

Obudził się jak na niego dosyć wcześnie. Leżał na drugim boku niż zasypiał, twarzą do pokoju – było już całkiem jasno, mimo nieciekawej pogody za oknem. O ile dobrze widział, znowu padał śnieg. Było mu przyjemnie ciepło, a źródło tego ciepła zidentyfikował po chwili jako ramię Kamijo, które nie wiadomo kiedy przeniosło się na jego talię. Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo, ale ponieważ starszy również się nie poruszał, w końcu lekko obrócił głowę w jego stronę. Nadal spał. Połowę twarzy znów przysłoniły mu włosy, choć i tak widać było więcej niż poprzedniego wieczora. Wokalista Versailles przesunął się przez sen tak, że jego poduszka została gdzieś z tyłu i przyciskał policzek do prześcieradła, jego usta były nieznacznie rozchylone. Kaya czuł wydobywający się spomiędzy nich oddech na swojej skórze. Znowu przez chwilę tylko na niego patrzył, ale ponieważ nadal leżał do niego plecami, pozycja nie była zbyt wygodna i w końcu uznał, że nadeszła już pora, by wstał. Uniósł delikatnie jego obejmujące go ramię, zgrabnym ruchem podkładając na swe miejsce poduszkę i wysunął się z łóżka tak samo cicho, jak do niego wszedł. Stanął na podłodze i ostrożnie poprawił na Kamijo kołdrę. Chciał jeszcze z powrotem umieścić mu pod głową drugą poduszkę, ale bał się, że na to jednak się obudzi, więc zostawił go tak jak leżał i dosyć szybkim krokiem, na palcach opuścił salon.
Jeszcze na godzinę wrócił do swojego łóżka, jednak tam znowu nie udało mu się już zasnąć. Leżał więc tylko z zamkniętymi oczami, a kiedy zegarek wskazał ósmą trzydzieści, wstał ponownie, tym razem kierując prosto do kuchni. Wstawił wodę na kawę i przysunął sobie krzesło pod okno. Usiadł, podciągając kolana pod brodę i obejmując lekko ramionami swoje nogi, przyglądał się, jak lekkie białe płatki powoli spływają z nieba na ziemię.
Trzaskanie filiżanek w końcu obudziło Kamijo. Wszedł do kuchni akurat, gdy Kaya stawiał je na stole, razem z cukiernicą i kartonem mleka. Odwrócił się w jego stronę, gdy usłyszał kroki i powitał go uśmiechem, bez słowa wskazując podbródkiem na przygotowaną kawę.
- Jesteś aniołem – westchnął starszy nieco zachrypniętym głosem, podchodząc do blatu i opierając o niego lekko. Drugą ręką odgarnął z twarzy potargane włosy, mrugając niezbyt przytomnie, światło wyraźnie raziło go w oczy.
Na to stwierdzenie Kaya zaśmiał się krótko, siadając za stołem.
- Ciężko mi trochę sobie siebie wyobrazić w tej roli, ale skoro chcesz, to mogę być.
Uśmiechnął się także, zajmując miejsce obok niego. Dłuższą chwilę siedział tak, nawet nie sięgając po swoją filiżankę, tylko przecierając dłońmi twarz i oczy w średnio skutecznej próbie doprowadzenia się do stanu przytomności. Potem ciężko oparł się na łokciu, tłumiąc ziewnięcie i patrząc, jak młodszy miesza posłodzoną kawę.
- Na pewno nie jesteś tylko człowiekiem, skoro tak dobrze wyglądasz o tej porze – udało mu się w końcu wyrzec.
- Ja nie piłem. A ty…
- O wiele za dużo – wszedł mu w słowo. Na chwilę poddał się i skrzyżował ramiona na blacie, opadając na nie czołem. – O Boże, jak mnie boli głowa – jęknął głucho. – Słyszę nawet, jak woda krąży w grzejnikach.
Kaya roześmiał się.
- Niby wiesz, że tak będzie, kiedy pijesz, ale potem i tak zawsze jest ten element zaskoczenia, no nie? – Oparł się łokciem o blat, patrząc na niego z rozbawieniem.
- Mam nadzieję, że nie zrobiłem ci wczoraj problemu? – Podniósł głowę znad swoich ramion, także spoglądając w jego stronę.
Potrząsnął głową, obracając łyżeczkę w palcach.
- Pijane towarzystwo lepsze niż żadne – stwierdził optymistycznie, nie odrywając od niej wzroku.
- Mimo wszystko przepraszam. Wydaje mi się, że nie zrobiłem tym razem niczego głupiego, ale tak na wszelki wypadek.
- Jasne, nie martw się. Wszystko było w porządku.
- Dobrze wiedzieć. – Stłumił ziewnięcie. – Póki co czuję się jak zombie, prawdopodobnie jak zombie też wyglądam… I wolałbym, żeby na tym moje problemy na dzisiaj się skończyły.
- Och, jeśli o wygląd chodzi, wcale nie jest tak źle – zaśmiał się znowu Kaya, przyjacielsko klepiąc go w ramię.
Odwzajemnił uśmiech i przez chwilę obaj milczeli. Kaya wrócił do niespiesznego popijania swej kawy, Kamijo do swojej póki co wciąż tylko się przymierzał; walcząc z uciekającą przytomnością, raz po raz przecierał oczy i odgarniał do tyłu włosy. Tylko machinalnie mieszał w swojej filiżance – chociaż nie słodził – i nadal przyglądał się młodszemu z lekkim, choć nieco zmęczonym uśmiechem.
- No, pójdę się ubrać – oznajmił w końcu Kaya, wstając i odnosząc pustą filiżankę do zlewu. – Jak już zmęczysz swoją kawę, to daj znać, wtedy pomyślimy nad jakimś śniadaniem i może nawet znajdę coś na twoją skacowaną głowę. – Uśmiechnął się do niego raz jeszcze, ruszając ku wyjściu z kuchni.
- Prawie słychać szelest skrzydeł. – Kamijo obrócił się za nim, kiedy go mijał, opierając o stół na łokciu i spoglądając na niego z podziwem, jakby naprawdę miał przed sobą istotę z innego świata.
Kaya parsknął głośno na te słowa, obracając na pięcie.
- Prawie słychać, jak alkohol nadal krąży w twojej krwi! – odparł z wyraźnym rozbawieniem. – No już, pij tę kawę, bo będziemy tak do wieczora siedzieć.
- Jak bym mógł, z miłą chęcią, ale skoro tak sobie życzysz… Dobrze, aniołku. – Dopiero teraz wziął w dłonie filiżankę, nie odrywając od niego wzroku i nie przestając się uśmiechać.
Kaya pokręcił głową, ale w końcu machnął ręką i nie mówiąc już nic więcej, zawrócił z powrotem do łazienki.

W końcu Kamijo udało się jakoś zmęczyć swoją kawę i przygotowane przez młodszego wokalistę śniadanie. Po wzięciu tabletki poinformował go o pewnej poprawie, ale nadal wyglądał dosyć marnie. Kaya zasugerował mu powrót do domu i położenie się z powrotem do łóżka. ,,Tylko przespać, nic innego z tym nie zrobisz”, stwierdził, obserwując, jak poprzez porządne rozczesanie i wygładzenie włosów próbuje poprawić swój nieciekawy wizerunek. W końcu przyznał mu rację, wzdychając z rezygnacją i jednym ruchem ręki przywracając fryzurę do naturalnego stanu. Zaraz potem Kaya zamówił mu taksówkę. Starszy podziękował mu za nocleg, jeszcze raz nazywając aniołem. Na to tylko znowu się uśmiechnął. Życząc sobie nawzajem miłego, lub przynajmniej znośnego dnia rozstali się w okolicy dziesiątej.
Kaya przez okno odprowadził taksówkę wzrokiem, po czym wrócił do salonu i opadł na w dalszym ciągu niepościeloną kanapę. Nie mógł zdecydować, czy chce mu się jeszcze spać czy nie, ale coś ciągnęło go przynajmniej do zmiany pozycji na leżącą. Przyszło mu do głowy, że mógłby włączyć telewizor, ale ostatecznie i z tego zrezygnował. Leżał na brzuchu, z twarzą przytuloną do obejmowanej poduszki, machinalnie gładząc ją jedną dłonią. Żałował, że nie ma dzisiaj niczego ważnego do roboty; kiedy mógł sobie na to pozwolić, po koncertach zawsze brał dzień wolny. No nic, trudno, może tak po prostu sobie poleżeć. Poduszka pachniała bardzo znajomo i jego oczy nagle zrobiły się dziwnie mokre. To pewnie przez jasne światło, pomyślał, no i jeszcze ta jaskrawa biel śniegu za oknem… Tak. Przewrócił się na plecy i zasłonił oczy dłońmi. Po chwili pomogło. Odetchnął z ulgą, a kiedy odwrócił głowę, dostrzegł coś, co umknęło jego uwadze rano.
Na fotelu wciąż leżał jego zostawiony w nocy szlafrok, a na prawie pustej ławie wyróżniała do połowy wypalona świeczka.

***
Kiedy postanowił wybrać się do sklepu, było lekko po szesnastej. Uznał, że wypadałoby jednak mieć cokolwiek sensownego na kolację – nieźle nagimnastykował się już przy konieczności przygotowania śniadania dla dwóch osób – a to była chyba ostatnia szansa, by o to zadbać; zimą szybko robiło się ciemno, a szczerze wątpił, by zmrok wpłynął korzystnie na jego mobilizację ku opuszczeniu ciepłego mieszkania. Myśląc o tym, co może sobie przyrządzić, ubrał się, otworzył drzwi – i zamarł w pół kroku.
Na wycieraczce leżała róża. Ciemnoczerwona, ledwo rozwinięta z pąku i wyraźnie świeża, jakby dopiero przed chwilą została wyjęta z wody. Patrzył na nią przez kilka sekund jak oniemiały, nim odważył się w końcu po nią schylić. Podniósł ją ostrożnie i uśmiech nagle rozjaśnił jego twarz; z bijącym sercem delikatnie przesunął palcami po jej gładkich płatkach, by zaraz przymknąć oczy i zbliżyć ją do twarzy, wdychając odurzający zapach, lekko dotknął jej ustami. Cały czas się uśmiechając, choć nie całkiem świadomie, patrzył na nią jeszcze chwilę, odruchowo przechylając na boki głowę. Już chciał z zadowoleniem wycofać się do mieszkania i zastanowić, co wywalić z wazonów, by zrobić jej godne miejsce, jednak wtedy zauważył coś jeszcze. Nieduża, złożona na pół karteczka zlewała się ze wzorami na wycieraczce. Serce znowu zabiło mu szybciej, tym razem bez wahania schylił się po nią i nieco mocniej niż było to konieczne ściskając ją w palcach – tak, jakby ktoś miał to zobaczyć i z nieznanego powodu mu ją odebrać – szybko obrócił się i zamknął za sobą drzwi. Dopiero za nimi znowu na nią spojrzał; była bardziej kremowa niż biała, przez papier niewyraźnie przebijały się na drugą stronę jakieś znaki. Oparł się plecami o drzwi; w grubej kurtce zrobiło mu się gorąco, jedną dłonią rozwiązał szalik, nie odrywając przy tym wzroku od drugiej, lekko drżącej, w której wciąż ściskał różę i liścik. W końcu odetchnął i przygryzając lekko w napięciu dolną wargę, rozłożył go. Zamknął oczy i otworzył je, od razu wbijając wzrok w treść. Wiadomość nie była długa, składała się zaledwie z kilku zdań, napisanych odręcznie ładnym charakterem pisma. Między znakami na pierwszy rzut oka odznaczało się kilka cyfr układających w godzinę, na samym końcu kształtny znak zapytania, niżej pojedyncza litera zamiast podpisu. Przeczytał całość szybko, tak szybko, jak biło jego serce, mimowolnie wybiegając wzrokiem do końca linijki. Potem zamknął na chwilę oczy i odetchnął głośno raz jeszcze, opierając głowę o drzwi za sobą. Nogi lekko pod nim drżały, więc przykucnął na chwilę na podłodze, kiedy czytał całość drugi raz, tym razem w normalnym tempie. I trzeci, powoli, słowo za słowem, uważnie śledząc wzrokiem każdy znak, każdą kreskę. Z każdym kolejnym jego twarz rozjaśniała się coraz bardziej, choć nawet nie był tego świadomy, uśmiech promieniował z ust na oczy, nagle błyszczące i nieznacznie zaszklone. W końcu złożył kartkę na pół, tak jak ją znalazł, ostrożnie, nie chcąc jej pogiąć. Tylko na chwilę przycisnął ją jeszcze odruchowo do siebie, gestem zarezerwowanym chyba wyłącznie dla zakochanych nastolatek otrzymujących pierwszą w życiu walentynkę, do miejsca tuż nad sercem. Wciąż biło mocno, gdy wstawał i odkładał liścik wraz z różą na szafkę. Cofnął się o krok i patrzył na nie przez chwilę, nim w końcu zdecydowanie skinął głową i zaczął zdejmować kurtkę i buty. Zapomniał zupełnie o zakupach – musiał się przecież przygotować.
Jeszcze nie dzisiaj, ale za to jutro, już jutro… Wiele znaków wskazywało na to, że jutro znowu będą walentynki.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Nie Cze 05, 2011 11:15 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Rei-chan
J-legenda


Liczba postów : 2010
Join date : 04/01/2011
Age : 20
Skąd : Z piekła...

PisanieTemat: Re: [M] Walentynki   Pon Maj 23, 2011 12:13 am

Shadow...
Czy to jest koniec...? Proszę, powiedz, że to nie jest koniec...
Bo jeśli naprawdę jest, to muszę przyznać, że... uch, to nie jest jedno z twoich najlepszych dzieł. To ostatnie zdanie, jest naprawdę licznym zakończeniem, takim klimatycznym i tajemniczym, ale raczej jako zakończenie rozdziału. Każdy twój fik pozostawia pewien niedosyt, bo człowiek chciałby czytać cię godzinami, bez przerwy i bez końca, ale to jest taki zdrowy niedosyt, taki drobny, żeby z niecierpliwością czekać dalszej twórczości. A niedosyt, jaki pozostawił po sobie ten fik, jest, przynajmniej w moim odczuciu, zbyt duży... Ja odebrałam to jak coś urwanego, jakby autorowi skończył się tusz w długopisie i nie mógł dokończyć historii w wielkim stylu.
Sama powinnaś doskonale wiedzieć, jakim darzę cię szacunkiem i uwielbieniem, jak chwalę twoje fiki, jak je kocham i jaką radość mi dają, dlatego mam nadzieję, że zrozumiesz, że nie piszę tego z przyjemnością. Nie jest mi miło krytykować cię jako autorkę, krytykować twoje teksty, ale pisząc, że podobało mi się tak, jak wszystkie inne, że jest super, po prostu bym skłamała, a chyba nie o to nam chodzi.

Nadal z niecierpliwością czekam na każde kolejne teksty twojego autorstwa, nie zniechęcam się, nie ma mowy. Po prostu to nie jest szczyt twoich możliwości. Według mnie, cieszyłabym się, gdyby inni mieli inną opinię.

Wena,
Rei
Powrót do góry Go down
pucchan
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 96
Join date : 07/08/2010
Age : 22
Skąd : Warszawa

PisanieTemat: Re: [M] Walentynki   Pon Maj 23, 2011 12:37 am

Puchate. Chyba. Nie wiem, czy to najlepsze określenie. Ale na pewno było to miłe. Zwłaszcza ostatnia scena. Romantycznie. Odniosłam jakieś dziwne wrażenie, jakby ten fick się jakoś różnił od reszty Twoich prac. Może to fakt, że jest więcej dialogów, a mniej opisów? Ale może tylko mnie się tak wydaje. [edit]Po komentarzu Rei-chan, która jak zwykle mnie ubiegła i napisała w momencie, kiedy ja jeszcze myślałam, co napisać, już chyba wiem, o co chodzi.
A tak skoro już przy dialogach jesteśmy, to mały cytat:

- Świętem. – Wzruszył ramionami. – Nie uważasz, że to w sumie głupi zwyczaj? Coś, co powinno się robić na co dzień i bez okazji, robi się często na siłę. Bo trzeba… Bo wypada. Ja, kiedy kogoś kocham, nie muszę czekać na walentynki. Zawsze można przecież przynosić prezenty albo zapraszać się nawzajem na kolację…
- Albo zostawiać kwiaty na wycieraczce. – Skinął głową z uśmiechem. – Pewnie masz rację, nawet jeśli język trochę ci się plącze. Walentynki mogą być codziennie, jeśli tylko się chce… A jeśli nie, to chyba nie ma po co wysilać się ten jeden dzień do roku.


Podobało mi się to. Chyba wreszcie pojęłam, dlaczego walentynki mają tylu antyfanów. Pojęłam też, że w herbacie jest kofeina, bo nie wiedziałam i aż sprawdziłam.

PS. Jedna literówka, nawet jest tu w cytacie, tylko po wklejeniu pozwoliłam sobie poprawić.
Powrót do góry Go down
http://lastfm.pl/user/pucchans
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [M] Walentynki   Wto Maj 24, 2011 11:07 pm

Rei-chan - nie ma sprawy, przecież się nie obrażę ^ ^ W sumie miałabym pomysł na ciąg dalszy tej historii i nie przeczę, że być może go zrealizuję, jeśli uda mi się go rozwinąć i nie będę miała w głowie ciekawszych projektów. Nawet teraz nad tym myślałam, że ostatecznie uznałam, że póki co zostawię to tak; zdawałam sobie sprawę, że pewien niedosyt może po tym zostać, ale poniekąd chciałam napisać coś właśnie w tym stylu, co by nie było do końca rozwiązane i zamknięte. Tak dla odmiany, choćby i po to, żeby nie pisać po raz 57357 podobnych do siebie scen, gdzie wszystko cudownie się układa ^ ^" Tak czy inaczej, nie zamykam tego ostatecznie, może pociągnę dalej, ale jak mówiłam, wszystko zależy od tego czy 'poczuję powołanie', więc nie będę obiecywać póki co. Ale uwzględnię Twój komentarz, jeśli będę nad tym myśleć ^ ^

pucchan - dziękuję, miło mi <3
pucchan napisał:
Odniosłam jakieś dziwne wrażenie, jakby ten fick się jakoś różnił od reszty Twoich prac. Może to fakt, że jest więcej dialogów, a mniej opisów? Ale może tylko mnie się tak wydaje.
Prawdopodobnie to prawda XD Musiałam chyba odreagować po poprzednim, gdzie opisów było aż za dużo; w ogóle często wychodzi mi tak, że piszę ficki na zasadzie kontrastu, jeśli była komedia, to następny będzie poważny, jeśli był długi, to następny spróbuje być krótki (z naciskiem na 'spróbuje' ""), jeśli było PG, to potem będzie lemon... Tak mi to jakoś samo wychodzi, chyba żebym się nie zmęczyła za bardzo XD

pucchan napisał:
Pojęłam też, że w herbacie jest kofeina, bo nie wiedziałam i aż sprawdziłam.
Niestety jest i to jest właśnie jedna z przyczyn tego, że nad fickami siedzę do 2 XDD

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Oreiteia
Yuki-chan


Liczba postów : 1262
Join date : 30/01/2011
Age : 22
Skąd : Lidzbark Warmiński

PisanieTemat: Re: [M] Walentynki   Wto Maj 31, 2011 10:36 pm

Trochę się zbierałam by coś konstruktywnego napisać. U mnie nadal są z tym problemy, chociaż za moje wypracowanie na religię dostałam 5+..
W każdym komentarzu u Ciebie piszę to samo, Shadow.. Nie jest to dla Ciebie nudne ciągłe czytanie podobnych opinii od mojej osoby?
Chciałabym zobaczyć rozwinięcie tego ficka, naprawdę. Znając Ciebie, będzie warto na to czekać. A jak się nie pojawi to trudno, pozostawisz nam pewien niedosyt i to na swój dziwny sposób jest dobre ^ ^
Świetnie przedstawiłaś to podejście do walentynek. Jest logiczne i nawet wielcy fani tego "święta" nie mogliby znaleźć kontrargumentu.
Jak zwykle mi się bardzo podobało, jak zwykle czekam z niecierpliwością na kolejne Twoje dzieło. Masz zamiar wydać kiedyś książkę? To mogłoby być ciekawym doświadczeniem...
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [M] Walentynki   Czw Cze 02, 2011 10:57 pm

Dziękuję pięknie! <33
Yuki napisał:
W każdym komentarzu u Ciebie piszę to samo, Shadow.. Nie jest to dla Ciebie nudne ciągłe czytanie podobnych opinii od mojej osoby?
Absolutnie! <3 Z każdej tak samo się cieszę Cute
Yuki napisał:
Jak zwykle mi się bardzo podobało, jak zwykle czekam z niecierpliwością na kolejne Twoje dzieło.
Jestem już prawie dwa ficki do tyłu, jeśli o przepisywanie chodzi, bo sporo czasu spędziłam ostatnio nad tworzeniem street teamu Versailles, ale już skończyłam, więc może w weekend do tego siądę i coś się w końcu pojawi XD
Yuki napisał:
Masz zamiar wydać kiedyś książkę? To mogłoby być ciekawym doświadczeniem...
Bardzo bym chciała, oczywiście. Ale to raczej odległe plany, póki co trenuję XD

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [M] Walentynki   Today at 11:47 am

Powrót do góry Go down
 
[M] Walentynki
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
J-slash :: FanFiction :: G-
Skocz do: