IndeksIndeks  FAQFAQ  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 [Z] Return to forever [3/3]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: [Z] Return to forever [3/3]   Pią Lip 08, 2011 11:57 pm

Tytuł: Return to forever
Pairing: Kamijo x Kaya (Versailles/solo)
Rodzaj: Romans
Części: 1/3
Słów: 7 364 w tej części .^.
Ostrzeżenia: NC17
Beta: Hiroki
Komentarz: Tytuł owego ficka to tym razem amerykański zespół jazzrockowy! Pomińmy, ostatnio cały czas szukam inspiracji w wyszukiwarce utworów, a to mi akurat pasowało XDD"
To szczery cud, że w ogóle skończyłam tego ficka, serio... Zaczęłam go rok temu i zaraz rzuciłam dla świątecznego, potem wróciłam do niego na początku maja i znowu rzucałam przy każdej okazji, gdy wpadło mi coś do głowy, tworząc jeszcze trzy inne, zanim w końcu tego udało się do końca dociągnąć. Uff, zawzięłam się ostatnio, mam na palcu piękny odcisk od długopisu, ale udało się. Będzie rekord długości. Ale aż dziwie się, że przez ten czas udało mi się nie zapomnieć, o czym miał właściwie być... XDD""
Blablabla, co tu jeszcze... Aa! Tekst, który przytaczam niżej to 'Love will be born again' Versailles (piękny utwór, polecam wpisać w yt, jeśli ktoś nie zna <3), pojawił się, jak już miałam skończoną wersję roboczą tego ff i szczerze ucieszyła mnie swoista telepatia z Kamijo, bo pasuje mi tutaj idealnie XDD I aż musiałam go załączyć. No... To miłego czytania wszystkim życzę, a sama idę się pakować, moje drogie morze, nadchodzę! ^.~
~~

The time is crying in your little heart
It will stop our time and my dreams
Can you see the tears flowing from your eyes
When your soul leaves your body
So you’re outside by this time

Many times
Love will be born again
It always comes back from the sorrow depth inside
Until you’ll face the truth
And slowly walk with me on usual way

I’ll be with you
I’ve never loved anyone like this before
Any time, every time
I want to stay with you
I don’t want to say goodbye
I’m afraid of losing your love
I could never live without you
But my time doesn’t forgive it

I couldn’t understand why my heart felt so tight
And you couldn’t leave my soul
Your love stayed the same
Feeling the voice echoing from the future
You’ll cry with a sense of pathos
I hold this love and you by all means

Every time
Love will be born again
It always comes back from the sorrow far away
Until you’ll face the truth
And slowly walk you with me on usual time

I’ll be with you
No matter how much goes by, I love you
Any time, every time
I want to be with you
I don’t want to say goodbye
I’m afraid of losing your love
I could never live without you
Forever

I need your love
I’ve never loved anyone like this before
Your smile, your soul, please once again!
I couldn’t say I love you
The pain of losing a loved one
I would never forget usual way with you
Time goes by...



Jak to się stało, że robił to co robił, Kamijo nie wiedział w połowie drogi wciąż tak samo, jak na jej początku. Nie miał w końcu najmniejszych wątpliwości, że zaprotestować powinien od razu, kiedy po skończonej próbie – pierwszej od powrotu z trasy – Hizaki wcisnął mu w rękę wyrwaną z notesu kartkę. Kayi, dla kota, zaniesiesz, ja nie mogę – z trzeźwością umysłu, która nadal przekraczała jego zdolności pojmowania, spytał tylko tępo, od kiedy Kaya ma kota. Na to Hizaki przybrał minę zawodowego pokerzysty i odparł, że nie wie i jeśli Kamijo to interesuje, akurat będzie miał świetną okazję, by spytać. Po czym, nie czekając, aż wokalista przetrawi jakoś jego słowa i wydobędzie z siebie jakąkolwiek odpowiedź, odwrócił się i niemal wybiegł z sali, zostawiając go na jej środku z co najmniej głupim wyrazem twarzy i nieszczęsnym skrawkiem papieru w dłoni.
W autobusie przeczytał kartkę jeszcze raz, ale nie znalazł niczego nowego czy ciekawego. Telefon do weterynarza, informacje o szczepieniach, rodzajach karmy czy częstotliwości kąpieli i parę innych praktycznych rad z pierwszej ręki. No, a czego miał się niby spodziewać, szyfru?! Nie było niczego podejrzanego w tym, że Kaya zwrócił się o coś takiego właśnie do Hizakiego; wszyscy wiedzieli przecież, że jego kotka jest prawdziwym okazem zdrowia i naprawdę zna się on na rzeczy. Jedyne, co do czego Kamijo miał potężne wątpliwości, to to, że naprawdę nie dało się tego załatwić bez angażowania w to jego osoby. Czuł się jak jakiś cholerny listonosz. Ba! Żeby tylko! Aż nazbyt doskonale wiedział przecież, dlaczego gitarzysta wciągnął w to akurat jego i jaki niewątpliwie szlachetny cel mu przyświecał. Na samą myśl o tym miał ochotę palnąć się w ten najwyraźniej słusznie ufarbowany na blond łeb, że nie skojarzył faktów od razu i nie wepchnął Hizakiemu kartki z powrotem do dłoni, kiedy tylko padło imię młodszego wokalisty. Doprawdy, idiotą trzeba było być, żeby dać się tak podejść!
Westchnął ciężko, opierając skroń o chłodną szybę.
Z Kayą rozmawiał ostatnio całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, kiedy – tak, jak dwa dni wcześniej starszy mężczyzna – zadzwonił do niego z życzeniami. Były to dwie bardzo podobne rozmowy i bardzo podobne życzenia. Serdeczne, przyjacielskie. Normalne. I nawet głos mu nie zadrżał, kiedy mówił o szczęściu w miłości. A ponieważ przez dwa dni nie wydarzyło się nic, co mogłoby przeciągnąć rozmowę, rozłączył się zaraz po podziękowaniach, przekazując jeszcze pozdrowienia dla reszty zespołu. Kamijo miał ochotę wyrżnąć głową w siedzenie przed sobą; kiedy, na Boga, do tego doszło?...
A zresztą, to nie był czas ani miejsce, by się nad tym – kolejny raz zresztą – zastanawiać. Wyszedł z autobusu, wyrzucił do mijanego kosza pustą butelkę po wodzie i szybkim krokiem skierował się w stronę znajomego apartamentowca. Po prostu odda mu tę kartkę i zapomni o sprawie. Niech sobie Hizaki nie myśli, że może ot tak manipulować jego życiem.

Chłód klatki schodowej przynosił cudowną ulgę po dłuższym przebywaniu w panującym na zewnątrz skwarze. W windzie oparł się o ścianę i kontemplował swoje odbicie w lustrze, próbując dać sobie chociaż chwilę na oczyszczenie głowy ze wszelkich myśli i pchających się do niej na siłę wspomnień. Szóste piętro, długi korytarz aż do ostatnich drzwi. Mógłby pokonywać tę drogę z zamkniętymi oczami.
A może nie będzie go w domu? Wtedy wrzuci tę kartkę do skrzynki na listy i sobie pójdzie, jak na dobrego listonosza przystało albo po prostu odda ją Hizakiemu bez możliwości zwrotu. Jak teraz o tym myślał, to czy gitarzysta nie wspominał czegoś przypadkiem o jakimś przeziębieniu? Uwzględniając to, sytuacja była odrobinę bardziej logiczna. Wiedział w końcu, że Kaya wyjątkowo łatwo się przeziębia. W ogóle źle reaguje na chłód, na mrozie natychmiast dostaje kataru, a od wiatru boli go głowa. Wychodząc do studia zapomina szalika i gubi parasol w metrze. Było to tylko kilka z tych mniej lub bardziej istotnych rzeczy, jakie składały się na jego osobę… Jak dodał potępiająco w myślach, wystarczająco widać oryginalną, by przeziębić się także pod koniec lipca, gdy temperatura od tygodnia nie schodziła poniżej trzydziestu stopni.
I tak niespiesznym krokiem dotarł pod same drzwi. Tu zawahał się jeszcze na chwilę, obracając kartkę w palcach. Denerwował się? Ależ skąd, przecież wszystko w porządku, miał być cholernym listonoszem, więc cholernym listonoszem do końca będzie. To daje mu prawo, by potraktować go jak całkiem obcą osobę. Uśmiechnął się gorzko do siebie, zdecydowanie naciskając dzwonek.
Przez jakieś pół minuty nikt nie odpowiadał. Dopiero po dłuższej chwili po drugiej stronie dały się słyszeć kroki, a zaraz potem zgrzytnął przekręcany w zamku klucz. Niespodziewanie serce podeszło Kamijo do gardła; może ta skrzynka na listy wcale nie byłaby takim złym pomysłem?... Cóż, w tej chwili było już na to za późno.
Do tej części klatki schodowej nie docierało już zbyt wiele światła, a to pochodzące z wnętrza mieszkania skupiało się nieco dalej, ale w półmroku dało się dostrzec drobną sylwetkę, niespodziewanie zastygłą bez ruchu na progu. Kaya milczał, patrząc na niego bez uśmiechu, z dłonią na klamce, jakby zupełnie zapomniał, jak wita się – tak to nazwijmy – starych znajomych. Tylko czyste zaskoczenie, nic więcej. Czyli naprawdę nie wiedział, kto mu tę kartkę przyniesie.
,,Brawo, Hii-chan, cóż za znakomity plan!”.
Nim Kamijo otworzył usta i wyrzucił z siebie jakieś usprawiedliwienie swojej nagłej wizyty, młodszy zdążył już jednak nieco otrzeźwieć. Cofnął się niemal odruchowo, robiąc mu miejsce w progu, a on niemal odruchowo z tego skorzystał. No bo co innego mu zostało?...
- Cześć, Kaya – rzekł, machając w powietrzu kartką i siląc się na uśmiech, by chociaż odrobinę rozładować i tak napiętą atmosferę… lub całkiem nie stracić twarzy. Przecież od dawna było mu już wszystko jedno. – Hizaki prosił, żebym ci to przyniósł. Nie mógł zjawić się osobiście, coś ważnego mu wypadło i… Kaya-chan? Wszystko w porządku? – Przerwał w pół zdania, bo dopiero teraz mógł do dobrze zobaczyć.
A to wcale nie był miły widok. W o trzy rozmiary za dużym podkoszulku, w którym wyglądał na jeszcze szczuplejszego i drobniejszego niż zazwyczaj i z potarganymi włosami wiszącymi smętnie wokół pobladłej twarzy, opierał się o ścianę, widocznie niezbyt pewny, czy uda mu się ustać na własnych nogach. Patrzył na niego zamglonymi, mocno podkrążonymi oczami, jakby dopiero co ktoś go obudził, wyraźną trudność sprawiało mu samo skupienie na nim wzroku. Ogółem sprawiał tak łudzące wrażenie kogoś, kto właśnie szykuje się, by zemdleć, aż Kamijo przygotował się odruchowo, by w razie czego go złapać. ,,Zwykłe przeziębienie”, mówił Hizaki z miną niewiniątka. Niech no go tylko dorwie w swoje ręce!
- Nic mi nie jest – oświadczył tymczasem Kaya niespodziewanie twardym głosem, bohatersko prostując się i, puściwszy ścianę, wyciągając dłoń po kartkę. – Jestem tylko trochę chory, ale to nic wielkiego. Podziękuj ode mnie Hizakiemu.
,,Co za wredna, uparta, głupia cholera!”.
- Nic wielkiego? – prychnął Kamijo, nim zdążył ugryźć się w język i złapał go za nadgarstek, zanim ten zdążył cofnąć rękę. – Przecież ty się ledwo trzymasz na nogach! Jesteś tutaj sam?
Nie odpowiedział, tylko zacisnął zęby, patrząc na niego wyzywająco i nerwowo zaciskając w pięść dłoń trzymanej przez niego ręki. Mimo dzielącego ich dystansu nie ruszył się z miejsca, nie dając się przyciągnąć bliżej, ale i nie wyrywając i nie cofając. Po chwili Kamijo sam go puścił, wzdychając z rezygnacją i zasłaniając twarz dłonią. Czuł, że został najzwyczajniej w świecie postawiony pod ścianą. Powinien był bardziej docenić Hizakiego; od początku do końca wszystko przewidział i zaplanował, a on dał się w to wrobić z naiwnością godną pięciolatka. Czyż nie wiedzieli obaj, jak zachowa się w takiej sytuacji? Chwila wahania i już był na straconej pozycji.
- Posłuchaj, jeśli potrzebujesz pomocy, wystarczy, że powiesz – rzekł, schodząc nieco z tonu i siląc się na spokój. Jego godność osobista właśnie obróciła się na pięcie i wyszła z mieszkania, trzaskając drzwiami, ale zlekceważył to, choć z pewnym trudem. – To naprawdę żaden problem, jeśli o to chodzi, mam dziś wolne.
- Ale mi naprawdę nic nie jest – zaprotestował uparcie Kaya, jakby od niechcenia opierając się znowu o ścianę i jedną ręką ocierając załzawione oczy. Widać było, że czuł się źle, drżały mu dłonie, a głowa prawdopodobnie pękała z bólu, jednak jego upór miał się widać o wiele lepiej i nie dawał się tak łatwo złamać. – Dam sobie radę – dodał równie twardo, patrząc bardziej w podłogę niż w niego. – Nie musisz się nade mną litować.
- To nie ma nic wspólnego z litością. – Kamijo pokręcił beznadziejnie głową. – Nie mam zamiaru ci się narzucać, ale ktoś powinien się tobą zająć, wiesz. Nie chcę, żebyś zrobił sobie krzywdę, jeśli przypadkiem upadniesz albo…
- No nie! Ciekawy jestem, od kiedy cię to tak obchodzi? – spytał Kaya ironicznie, spoglądając w końcu w jego stronę, jednak widząc spojrzenie starszego, zaraz urwał, speszony i znowu spuścił głowę. – Przepraszam – dodał ciszej.
Kamijo nie kontynuował tematu.
- Poczekam tylko, aż zejdzie ci gorączka – powiedział, łagodnie kładąc mu dłonie na ramionach i obracając w miejscu, by popchnąć go lekko w stronę sypialni. – Zaraz przyniosę termometr, herbatę też zrobię, musisz uzupełniać płyny. Masz jakieś leki?
- To grypa – powiedział Kaya z rezygnacją, nie mając widocznie siły dalej protestować i nieco chwiejnym krokiem idąc posłusznie w głąb korytarza. – Powinien mi jeszcze zostać antybiotyk… Z ostatniego razu…

Pięć minut później Kamijo stał na progu kuchni, ponurym wzrokiem kontemplując panujący w niej bałagan. Naczynia radośnie taplały się w zlewie, jak gdyby Kaya żywił nadzieję, że to, co powinno zejdzie z nich samo po odpowiednio długim moczeniu, stół zawalały do połowy puste butelki z wodą, odstawione tam w niewiadomym celu talerze i kilka gazet, a stos nieznanego pochodzenia pudełek układał się w piramidę pod ścianą, podpierając opakowanie karmy dla kotów. Sam kot, w rzeczy samej, był także. Nieduży, czarny jak węgiel dachowiec, miał duże zielonkawe oczy i sterczące komicznie do góry uszy przywodzące na myśl nietoperza. Zajmował jedno z poodsuwanych w chaotycznej konfiguracji od stołu krzeseł i mył się, nie zwracając nawet najmniejszej uwagi na Kamijo. Jakkolwiek bezsensowne to było, wokalista zastanawiał się przez chwilę, czy to właściciel zdążył już tak zwierzaka wyszkolić.
- Tak, mi też miło poznać – rzucił ironicznie, nie zaprzątając sobie głowy tym, jak głupio musiało to wyglądać z boku, po czym, odpłacając się kotu równie lekceważącą postawą, zajął się parzeniem herbaty. Jednej, sam nie sądził, by coś przeszło mu przez gardło. Czekając, aż czajnik raczy zagwizdać, wyciągnął całą zawartość szafki z lekami i rozłożył ją na stole, niedbale zgarniając wcześniej na bok zaścielające go przedmioty. Przysunął sobie krzesło i przerzucając kolejne pudełka, zaczął rozważać, jaki specyfik władować w Kayę najpierw. W sumie było tu tego tyle, że mógłby wybierać poprzez losowanie. Tabletki takie i takie, na to i na tamto… Cholerny lekoman! I antybiotyk też znalazł się bez problemu, w opakowaniu było go jeszcze wystarczająco dużo. Gorzej było już natomiast z jakąś osłoną, co szybko zdyskwalifikowało go jako środek pierwszej kolejności; mimo wszystko nie miał za co tak się mścić, żeby byłemu kochankowi od razu żołądek rozwalać. Westchnął z rezygnacją, odkładając kilka pudełek, a resztę zgarnął i upchnął z powrotem do szafki, nie zaprzątając sobie głowy porządkiem – i tak wszystko z niej wypadało.
Jeszcze większym wyzwaniem okazało się znalezienie w tym chaosie termometru. Zanim, sypiąc przekleństwami, wyłowił jakiś z dna szuflady wypełnionej po brzegi różnymi mało użytecznymi przedmiotami (po co mu ten wałek, na Boga?! Przecież on nie ma najmniejszego pojęcia o pieczeniu!), woda zdążyła się już zagotować, a przestraszony gwizdem kot zeskoczył z krzesła i w paru susach opuścił kuchnię. Z parującym kubkiem w jednej ręce, paroma pudełkami w drugiej i termometrem w zębach, Kamijo ruszył w stronę sypialni.
Kaya nie próbował już nawet udawać, że dobrze się trzyma. Leżał dalej tak, jak go parę minut temu zostawił, oczy miał zamknięte i oddychał ciężko przez usta. Starszy bezceremonialnie usunął na podłogę stos zawalających szafkę nocną papierów, w zamian zastawiając ją przyniesionym asortymentem.
- Brałeś już coś dzisiaj? – spytał, siadając na brzegu łóżka.
Kaya otworzył oczy, patrząc na niego niezbyt przytomnie.
- No, o lekach mówię – sprecyzował, przykładając dłoń do jego czoła. – O Boże, jesteś cały rozpalony!
Potrząsnął głową, krzywiąc się lekko.
- Nie miałem czasu.
- Siły, mówisz. – Pokiwał potępiająco głową, potrząsając termometrem, a kiedy młodszy otworzył usta, by zaprotestować, błyskawicznie wetknął mu go między wargi. Uciszony w ten sposób, tylko popatrzył na niego z wyrzutem. – Daj spokój, przecież wiem, jak było. Trochę tych twoich chorób mieliśmy, co? Dlatego zostałem od razu. Komplikacje po niedoleczonej grypie raczej nie przeszłyby ci tak szybko jak sama grypa.
Wzruszył krótko ramionami, z termometrem w ustach mrucząc coś w stylu ,,to nie twój problem”, po czym obrócił się na bok, ponownie zamykając oczy. Kamijo przez chwilę patrzył na niego w milczeniu, ale Kaya nawet nie drgnął, więc pokręcił z rezygnacją głową i zsunął się z łóżka na podłogę, by zająć się studiowaniem ulotki z jednego z opakowań tabletek.
- No dobra – odezwał się znowu za chwilę. – Pokaż mi to, już chyba wystarczy.
Agonalnym ruchem Kaya wyjął termometr z ust i podał mu, nie otwierając oczu.
- No ślicznie, ślicznie, trzydzieści dziewięć i pół! – Kamijo obrzucił go spojrzeniem. – Kiedy cię to złapało?
Wzruszył ramionami.
- Chyba wczoraj zacząłem się gorzej czuć. – Urwał, kaszląc głośno, by po chwili dodać ochrypłym głosem – położyłem się spać, no i dzisiaj…
- Rozumiem. – Starszy skinął głową. Potem westchnął nieznacznie i otworzył trzymane przez cały czas w jednej dłoni pudełko. – No nic, to zaczynamy się leczyć – oznajmił, siląc się na radosny ton i lekceważąc wrażenie, że wypadło to co najmniej żałośnie. – Paracetamol powinien zbić gorączkę… Boli cię głowa?
- Spytaj lepiej, co mnie nie boli – odparł, krzywiąc usta. Potem znowu zamknął oczy, potrząsając lekko głową, ni to z dezaprobatą, ni z rezygnacją.
Kamijo nie odpowiedział na to, w skupieniu wyłuskując tabletki i układając je na półce obok kubka herbaty.
- Tyle powinno wystarczyć na początek – stwierdził. – Musisz się podnieść. Dasz radę?
Skinął głową i odepchnął się ręką od materaca, dźwigając do siadu, choć wcale nie przyszło mu to łatwo. Kamijo podtrzymał go lekko ramieniem, podając mu kubek do jednej dłoni i leki do drugiej. Nie wyglądał na zachwyconego, ale przełknął je bez słowa, nie patrząc na niego. Tylko przy herbacie skrzywił się lekko.
- Gorąca.
- Dopiero zaparzona. – Widząc, jak jego dłoń drży pod ciężarem kubka, podparł lekko jego spód własną, pomagając mu znowu unieść go do ust. Czuł jego zażenowanie całą sytuacją, samemu też było mu dosyć niezręcznie i wbił wzrok gdzieś w kąt pokoju.
Kaya wypił zawartość do połowy, po czym potrząsnął głową, odsuwając jego dłoń.
- Już nie mogę.
Blondyn bez słowa odstawił kubek z powrotem na szafkę, podczas gdy młodszy znowu opadł bezwładnie na poduszkę, ocierając załzawione oczy. Drugi wokalista wstał i zasłonił żaluzje w oknach, domyślając się, że musi razić go jasne światło.
- Dziękuję – rzekł na to słabo, obracając się na brzuch i zagrzebując pod kołdrą.
- Spróbuj zasnąć. – Tylko taka rada przyszła Kamijo do głowy. Po chwili usiadł z powrotem na dywanie. – Teraz możemy już tylko czekać.

Reszta dnia nie okazała się dla Kamijo ani trochę łatwiejsza, niż dla Kayi. Młodszy wokalista zasypiał i budził się mniej więcej co godzinę lub dwie, dręczony bólem gardła, atakami kaszlu i gorączką, która mimo leków jakoś nie planowała spaść. Skarżył się na dreszcze i łamanie w kościach, nie dał wmusić w siebie ani obiadu, ani kolacji i równie stanowczo odmówił przyjęcia leku w postaci płynnej, argumentując to jego ,,obrzydliwym smakiem, no sam wpierw spróbuj, co ty mi dajesz!”. Kamijo tylko kręcił głową, odliczając godziny między kolejnymi dawkami tabletek i parząc herbatę za herbatą, które wlewał w niego przy przebudzeniach, powtarzając coś o konieczności uzupełniania płynów. I czekał. Siedział na przytaszczonym z salonu fotelu i czuwał nad jego snem, w międzyczasie przejrzał też wszystkie ulotki z opakowań leków (nie pomijając nawet ich składu, choć nawet nie udawał sam przed sobą, że skomplikowane chemiczne nazwy cokolwiek mu mówią) oraz kilka artykułów o leczeniu grypy, korzystając z Internetu w swoim telefonie. Musiał czymś się zająć w tych niezbyt licznych momentach, kiedy sen uniemożliwiał Kayi narzekanie. Herbata cały czas była dla niego za zimna lub za gorąca – ewentualnie jeszcze wzmagała ból w gardle – tabletki nie działały ani trochę, a uwagi starszego o tym, że zamiast tłuc się po łóżku, przerzucając poduszkami i kołdrą i wzdychając z bólem, mógłby leżeć w miejscu, kwitował wrogim spojrzeniem. Chociaż z drugiej strony może trafniej byłoby powiedzieć, że prawie cały czas właśnie tak na niego patrzył; każda wymiana zdań między nimi szybko zmieniała się w mniejszą lub większą słowną utarczkę, a Kamijo czuł się tym coraz bardziej zmęczony.
- Musisz traktować mnie jak dzieciaka? – pytał Kaya, wyraźnie zirytowany nawet z pozoru niewinną propozycją, że przekroi mu co by nie mówić dużą tabletkę na pół, żeby było mu łatwiej ją połknąć. – Mam już trzydzieści lat, jeśli jeszcze nie zauważyłeś.
- Ciężko zauważyć, skoro zachowujesz się, jakbyś miał pięć w porywach do sześciu – odparował Kamijo niewiele myśląc.
Odpowiedzią było urażone milczenie.
- I mógłbyś po prostu się zaszczepić, to byś nie chorował – dorzucił po chwili bezlitośnie. – Przez swój tryb życia jesteś w grupie wzmożonego ryzyka, jeśli o grypę chodzi.
- Ty przez papierosy jesteś w grupie wzmożonego ryzyka, jeśli chodzi o raka płuc, a nie zanosi się, żebyś miał zamiar rzucić – padała równie szybka riposta.
- Na wszystko masz tylko jeden argument. – Kamijo przewrócił oczami.
- Po prostu się o ciebie martwiłem. A ty miałeś to gdzieś i nadal inhalowałeś się tym paskudnym dymem.
- To nie jest dobry moment na wylewanie z siebie takich żali.
- Żaden nigdy nie był dobry.
- Lepiej będzie, jeśli wyjdę. – Kamijo energicznie wstał i zgodnie z zapowiedzią opuścił pokój.
Może najlepiej byłoby, gdyby zostawił go i wrócił do siebie, jednak poczucie obowiązku, które zawsze miał dosyć silnie wykształcone, i tym razem było silniejsze. W swoim sumieniu nie miał innego wyjścia, jak tylko ochłonąć nieco i znowu wrócić do pokoju – i najlepiej w ogóle przestać się do Kayi odzywać, skoro każde wypowiedziane przez niego zdanie wyraźnie działało mu na nerwy. Jego własny charakter jednak wcale mu tego zadania nie ułatwiał; widząc jego niechęć w odpowiedzi na swój altruizm, krew znowu go zalewała i nie mógł nic na to poradzić.
- Wcale nie muszę się tobą zajmować – rzekł w końcu ze zdenerwowaniem i chwycił jego leżący na szafce nocnej telefon, potrząsając nim w dłoni. – Powiedz tylko, do kogo mam zadzwonić, żeby mnie zmienił, a zrobię to z szaleńczą ochotą.
Na te słowa jednak Kaya nie odpowiedział, prawie przegryzając trzymany w ustach termometr i z zaciętym wyrazem twarzy obracając się do ściany. Znieruchomiał tak i dłuższą chwilę milczał. Kamijo stłumił więc westchnienie i wrócił do studiowania kolejnej ulotki – choć jego myśli były od niej bardzo odległe.
Kaya, którego znał, nie był kłótliwy. Była to nawet jedna z ostatnich cech, jakie kiedykolwiek mógłby do niego dopasować, zawsze przecież tak delikatnego i łagodnego… Coś obcego było w nim teraz, coś zdecydowanie nie takiego w tej drobnej postaci, wciąż gniewnie marszczącej brwi, krzywiącej z niechęcią usta albo wywracającą z dezaprobatą oczami, nim odwracał od niego wzrok… I było to dla niego co najmniej bolesne. Czy to on sprawił, że tak się zmienił?...
Odrzucał od siebie tę myśl, ale wracała nieustannie, wywołując ucisk w sercu i z zaskakującą siłą wytrącając go z równowagi, tak, że miał ochotę zerwać się i wybiec z pokoju, z tego domu, wybiec jak najdalej od niego – i być może też od samego siebie.
Nie zrobił tego.
Nawet nie wiedział, kiedy zapadła noc. Godzina za godziną upływały na tych samych czynnościach i tylko światło wpadające między żaluzjami w końcu zastąpiła mała nocna lampka, odwrócona do ściany tak, żeby nie raziła Kayi w oczy. Za oknem było cicho i ciemno; kiedy Kamijo uchylił je, by wpuścić nieco świeżego powietrza do dusznego wnętrza, dobiegło go tylko cykanie świerszczy. Godzina wciąż upływała za godziną.
- Która jest? – spytał Kaya słabo w którymś momencie. Starszy wokalista był pewny, że znowu zasnął i sam przysypiał na fotelu, mimo bez porównania lepszego stanu zdrowia udręczony chyba nie mniej niż on, więc drgnął lekko na te słowa, otwierając oczy.
- Trzecia – odparł cicho, spoglądając na zegarek.
- Chyba słyszałem już ptaki… Gdzieś daleko za oknem.
Kamijo nie odpowiedział, przechylając się przez brzeg fotela, żeby zdjąć mu z czoła ciepły już okład – kolejna desperacka próba zbicia temperatury – i zamoczyć go w stojącej obok misce z wodą.
- Ta gorączka w ogóle ci nie spada – stwierdził tym samym tonem, przykładając dłoń do jego czoła, zanim znowu ułożył na nim wilgotną chusteczkę. Od jakiegoś czasu Kaya nie miał już siły nawet narzekać; leżał w tej samej pozycji, nie ruszając nawet bezwładnie spoczywającymi na kołdrze rękoma, oczy miał przymknięte, a jego spierzchnięte usta z trudem łowiły powietrze. Kamijo z zaskoczeniem zauważył pojedynczą łzę, która nagle spłynęła po jego zaczerwienionym od gorączki policzku. – Cały czas cię boli? – spytał jeszcze ciszej. – Może przyniosę ci drugą tabletkę?
- To nic nie da. – Pokręcił głową, nie otwierając oczu.
- Spróbuj zasnąć.
- Nie mogę.
Starszy westchnął, z rezygnacją wracając z powrotem na fotel. Przez parę minut panowało milczenie, nim Kaya znowu się odezwał, niemal bezdźwięcznie:
- Kamijo… - Nie patrzył na niego i brzmiało to trochę tak, jakby mówił przez sen, więc blondyn nie zareagował, tylko spoglądając na niego bez słowa. On jednak zaraz znowu dodał, podobnym tonem – Kamijo, tak strasznie mi przykro…
Na to starszy drgnął już, prostując się na fotelu. Przesunął się na jego brzeg i opierając na łokciu o kolana, drugą ręką najdelikatniej jak się dało starł mokry ślad z jego policzka.
- Przecież nic się nie stało – rzekł cicho, choć wcale nie był pewny tego, co mówi.
Kaya jakby w ogóle nie dosłyszał jego słów.
- Ja naprawdę nigdy nie chciałem… Wiesz? Jest mi tak strasznie, strasznie przykro…
- Masz gorączkę i majaczysz. – Odgarnął mu włosy z twarzy i przewrócił okład na chłodniejszą stronę. – Nie mów już nic więcej, po prostu śpij. – Jego serce biło jakoś szybciej i, ogarnięty potrzebą zrobienia czegokolwiek bardziej zdecydowanego, co zniwelowałoby nieco drżenie jego rąk, dodał zaraz – albo poczekaj, podam ci wodę.
Energicznie zsunął się z fotela i podniósł szklankę z szafki nocnej, przenosząc się na brzeg łóżka, żeby unieść młodszego lekko jedną ręką, drugą podsuwając mu ją pod usta. Nie protestował, wypił łapczywie całą zawartość, a kiedy Kamijo wypuścił go ostrożnie z powrotem na poduszkę i chciał odstawić pustą już szklankę z powrotem na miejsce, niespodziewanie mocno złapał go za rękaw, zatrzymując w miejscu. Patrzył na niego nieprzytomnie spod opadających powiek, płytko i szybko łowiąc oddech.
- Naprawdę… Bardzo cię przepraszam…
- Już w porządku, wszystko będzie dobrze – odparł uspokajająco blondyn, dłonią unieruchomionej przez niego ręki głaszcząc go lekko po ramieniu, dopóki uścisk nie zelżał.
Kaya nie powiedział już nic więcej, jego oczy znowu zamknęły się, ale oddychał spokojniej. Dopiero po dłuższej chwili Kamijo odsunął się ostrożnie, wracając na fotel. Odetchnął bezgłośnie, odgarniając włosy z twarzy i zapadając się ciężko w oparciu. Ptaki dosyć głośno ćwierkały teraz za oknem, ale on zupełnie nie czuł się już senny.

Nie wiedział, kiedy zasnął, ale obudził się w tym samym miejscu na fotelu, bardziej wisząc przez jego brzeg niż siedząc. Pozycja nie była ani trochę wygodna i sen opuścił go szybko, kiedy sycząc cicho z bólu siadał znowu prosto. Lampka wciąż się paliła, ale w pokoju było już więcej wpadającego między żaluzjami naturalnego światła dnia niż tego żarówki. Spod kołdry wyglądała ku niemu para dużych, ciemnobrązowych oczu.
- O, nie śpisz już. – Uśmiechnął się lekko, przechylając z trudem, żeby wyłączyć lampkę. Ogarnął wzrokiem bałagan wokół łóżka; tak jak poprzedniej nocy, walały się pod nim opakowania leków, w misce z wodą pływała przeznaczona na okłady chusteczka, a szafkę zastawiały puste szklanki i kubki, termometr i inne tego typu chorobowe akcesoria. Zegarek wskazywał dziewiątą. – Jak się czujesz?
- Mniej więcej tak samo – odparł Kaya ze znużeniem i jakby na potwierdzenie tych słów znowu zaczął kaszleć. Potrząsnął głową i otarł oczy dłonią. Faktycznie nie wyglądał lepiej i Kamijo bez wahania sięgnął znowu po leki. – Dlaczego nie możesz mi dać antybiotyku? – spytał, widząc, jak wyjmuje znowu te same tabletki.
- Nie leczy się grypy antybiotykiem. Doczytałem wczoraj w Internecie… Antybiotyk niszczy bakterie, nie wirusy.
- Ale działał – stwierdził Kaya z pretensją.
- Nie wolno i już. Grypę leczy się wyłącznie objawowo.
- Zatem będę tutaj leżał przez tydzień.
- I tak może być. – Skinął bezlitośnie głową. – Idę po herbatę.
Tak też zrobił, a kiedy po paru minutach wrócił, Kaya nie był już w łóżku sam. Niewidoczny od wczorajszego popołudnia kot jakby tylko czekał, kiedy Kamijo wyjdzie z pokoju i już siedział w pościeli, z zadowoleniem unosząc łepek i ocierając się o głaszczącą go dłoń młodszego wokalisty.
- Zrobimy tak – rzekł blondyn, stawiając kubek z powrotem na szafce, obok przygotowanych tabletek. – Zostawię cię na jakieś dwie lub trzy godziny… Wstąpię do domu, odwołam próbę, zrobię jakieś zakupy, ta twoja lodówka naprawdę woła o pomstę do nieba… Potem może zamówię jeszcze jakiś obiad na wynos i najpóźniej o dwunastej powinienem być z powrotem. Poradzisz sobie przez ten czas?
Skinął głową, podnosząc się do siadu i sięgając po kubek.
- Zmierz sobie temperaturę. Spytam w aptece, może polecą mi coś skuteczniejszego na gorączkę - dodał Kamijo.
Już zmierzał do wyjścia, kiedy zatrzymał go jego głos:
- Dlaczego to robisz?
Odwrócił się. Kaya siedział na łóżku z parującym kubkiem w dłoniach, chwilowo pozbawiony uwagi kot właśnie układał się wygodniej na jego kolanach.
- Co robię?
- Siedzisz tutaj ze mną, opiekujesz się mną… Przecież wcale nie musisz.
- Jesteś chory. Zrobiłbyś to samo na moim miejscu. Poza tym… - Wzruszył ramionami. – Dlaczego to miałby być problem?
Milczał, patrząc na niego przez chwilę, nim powoli skinął głową, jakby nadal przetrawiając jego słowa.
- Pamiętaj tylko, żeby nie wstawać z łóżka, jeśli nie musisz – przypomniał jeszcze Kamijo na odchodnym. – Jedzenie dla twojego kota zostawię w kuchni.
- Dziękuję.
Skinął mu głową z uśmiechem i odwrócił się, zmierzając prosto do kuchni. Dopiero tam pozwolił sobie westchnąć; zapowiadał się naprawdę długi dzień.

Było wpół do dwunastej, kiedy Kamijo zgodnie z zapowiedzią z powrotem ruszył do mieszkania Kayi. W swoim własnym spędził w sumie nie więcej niż pół godziny, ograniczając się do wzięcia szybkiego prysznica i przebrania w suche ubrania, trochę dłużej zeszło mu natomiast na zakupach. W sprawie odwołania próby postanowił zadzwonić do Yukiego – z Hizakim póki co wolał nie mieć do czynienia, a perkusista z entuzjazmem i bez zbędnych pytań przystał na jego propozycję zrobienia sobie tygodniowej przerwy od pracy, jako że ,,należał im się odpoczynek po powrocie z tak długiej trasy”. Swoje plany na owy ,,odpoczynek” przemilczał, wykręcając się jakoś od wspólnego wyjścia na piwo i możliwie szybko kończąc rozmowę.
Ponieważ wziął drugi klucz, sam otworzył sobie drzwi do mieszkania Kayi. W środku panowała cisza. Wszedł prosto do kuchni, porozkładał zakupy po szafkach – niemal automatycznie, robił to w końcu nie raz – po czym wziął szklankę wody, nowe opakowanie tabletek i ruszył do sypialni.
Kaya nadal leżał w łóżku, na brzuchu i bez ruchu, tak, że spod kołdry widać było tylko jedno szczupłe białe ramię obejmujące poduszkę i ciemnobrązowe włosy przysłaniające większość twarzy. Kamijo podszedł cicho, odstawił wodę i leki na szafkę i przyklęknął obok, żeby delikatnie odgarnąć opadające na jego powieki kosmyki, zakładając mu je za ucho. Na to Kaya otworzył oczy; wszystko wskazywało na to, że nie spał, nie wyglądał bowiem na zaskoczonego czy zaspanego, choć był wyraźnie bardzo zmęczony. Nie podniósł głowy ani nie poruszył się, tylko patrzył na niego przez chwilę wzrokiem bez wyrazu.
- Zero poprawy – bardziej stwierdził niż zapytał Kamijo.
- Zero – przyznał słabym głosem. – Tak strasznie chce mi się spać – dodał po chwili jeszcze ciszej, znowu zamykając oczy – ale nie mogę przez ból gardła.
- Przyniosłem ci jakieś inne tabletki, może będą skuteczniejsze. – Kamijo potrząsnął pudełkiem. – Ale tak czy inaczej swoje trzy czy cztery dni musisz odchorować.
- Mam nadzieję, że cię nie zarażę. – Uśmiechnął się niewyraźnie.
- O to się nie martw. – Odwzajemnił uśmiech, wyjmując z opakowania jeden listek tabletek.
W tej sposób następny dzień minął niemal zupełnie tak samo, jak poprzedni. Na zmianę leki, herbata i mierzenie temperatury, znów kolejne godziny wlokły się jedna za drugą. Kaya przysypiał, co raz za razem przerywały mu ataki kaszlu, w międzyczasie prawie nie rozmawiali. Nawet kiedy podał mu kolację, popatrzył na nią trochę tak, jakby zaserwował mu smażoną żabę, ale tym razem zjadł bez dalszych protestów. Jego postawa z oporu i złości przeszła w niemal zupełną obojętność. Kamijo siedział w fotelu, to patrząc na niego, to wyglądając przez okno albo wodząc wzrokiem po sprzętach w pokoju.
Niewiele zmieniło się, odkąd był tutaj ostatni raz. Inne kwiatki w doniczkach (wizja poprzednich, całkowicie uschniętych przez brak podlewania od razu stanęła mu przed oczami; upór Kayi był godny podziwu, ale naprawdę bał się o losy jego nowego kota. Co by nie mówić, było to żywe stworzenie), nowy budzik, inaczej rozmieszczone obrazki na ścianach. Kilka drobiazgów zniknęło, a zamiast nich pojawiło się kilka nowych, wciąż jednak była to dokładnie ta sama, znajoma sypialnia, gdzie spędzili dziesiątki długich, w większości bezsennych nocy. Już ponad rok musiał minąć od ostatniej, jakkolwiek wciąż wydawało mu się to nierealne.
Od początku do końca wszystko działo się szybko.
Kaya zjawił się w jego życiu nagle, jako jeden z bardzo licznej grupy muzyków, z którymi Kamijo miał okazję współpracować. Wszyscy byli osobami niewątpliwie barwnymi i na swój sposób wyjątkowymi, on jednak od początku wyróżniał się na ich tle i to nie tylko za sprawą swojego nieziemskiego głosu. Z każdym spotkaniem Kamijo był nim zafascynowany coraz bardziej. Intrygowała go jego uroda; piękne, duże oczy, wspaniały uśmiech, w który tak często układały się pełne usta, szczupłe ciało w nęcący sposób rysujące się pod ubraniem i pełne gracji ruchy. Poza tym miał w sobie oczywiście coś poza samą urodą, czego Kamijo nie potrafił nazwać, a co silnie go do niego przyciągało. Nigdy wcześniej nie spotkał kogoś takiego jak on; wywierał na innych wrażenia tak silne, że już po pierwszym spotkaniu nie dało się go zapomnieć, a przy tym wychodziło mu to zupełnie samoczynnie i bez wysiłku. Wystarczał jego głos, sposób mówienia i gesty. Była w nim naturalna delikatność, swobodność i otwartość, a przy tym otaczała go aura jakiegoś tajemniczego erotyzmu, której Kamijo szybko pozwolił w pełni nad sobą zawładnąć. Wyobraźnia podsuwała mu różne wizje, nie pozostawiające wątpliwości co do charakteru tego zauroczenia, jednak nie śpieszył się z wcielaniem ich w życie, póki co tylko krok po kroku się do niego zbliżając. Szukał jego towarzystwa, nie mogąc powstrzymać swojego wzroku automatycznie uciekającego w jego stronę, kiedy spędzali czas w większej grupie, zawsze wychwytywał też z rozmów brzmienie jego głosu i z uwagą wsłuchiwał się w jego słowa. Bezpieczny, czysto przyjacielski dystans, który Kaya zawsze wśród nich zachowywał, w stosunku do Kamijo również stopniowo się zmniejszał; on także kręcił się wokół niego, na spotkaniach zawsze siadał obok, a ich ciała coraz częściej stykały się ze sobą, nieznacznie jeszcze i jakby przypadkowo, ale z obustronną aprobatą.
Czas płynął szybko, dzień za dniem, aż nadeszła ich wspólna trasa. Któryś z kolei koncert i niespodziewanie problemy techniczne; Kaya był zdenerwowany jak nigdy, stojąc w towarzystwie Kamijo przy wyjściu na scenę i czekając, aż będzie mógł zacząć, wytrącony ze swej zwykłej równowagi nie tylko przez opóźnienia, ale i fakt, że istniała realna szansa, że podczas jego występu znowu coś wysiądzie. Techniczny z klubu rozkładał bezradnie ręce, widząc jego rozpaczliwe gesty, kiedy zza sceny wskazywał na sprzęt porozstawiany tak, że mógł znacznie ograniczyć kroki występujących z nim tancerzy, a ktoś inny już podpowiadał, by szykował się do wyjścia. ,,Nie, ja tego nie wytrzymam!’’, irytował się Kaya jeszcze bardziej, w ogóle nie słuchając próbującego go uspokoić Kamijo i głośnym, drżącym ze zdenerwowania szeptem wyrzucał z siebie potok oskarżeń pod adresem obsługi klubu, akcentowanych dodatkowo dosyć gwałtownymi gestami. Już mieli zaczynać; umilkła lecąca z głośników muzyka, natychmiast zastąpiona głośnym krzykiem fanów, światła przygasły, jednak Kaya nadal wyglądał, jakby miał zamiar wyskoczyć na scenę i ciskając w mikrofon przekleństwami kopnięciami porozsuwać przeszkadzające głośniki. Przy tym wciąż stał zwrócony w stronę Kamijo, plecami do sceny. Gest starszego był całkiem spontaniczny; przerywając mu w połowie osiągającą szczyt irytacji tyradę – jakby przed wyjściem po prostu musiał to z siebie wyrzucić – i nie zwracając uwagi na otaczających ich ludzi, chwycił jego twarz w dłonie i pocałował go w usta.
Te kilka sekund okazało się skuteczniejsze niż wszystkie jego poprzednie argumenty i próby uspokojenia, momentalnie Kayę uciszając. Poczuł jego ręce zaciskające się na własnych i to, jak jego spięte ciało rozluźnia się, nie stawiając żadnego oporu. Nie mieli dużo czasu, już zaczynał się pierwszy utwór, więc po krótkiej chwili odsunęli się od siebie. Patrzył na niego nieprzytomnie, jak gdyby widział go pierwszy raz w życiu, a kiedy Kamijo uśmiechnął się, szepcząc niemal bezdźwięcznie ,,będzie dobrze”, nagle rozpromienił się także, wspaniałym, najjaśniejszym z możliwych uśmiechów. Potem odwrócił się i wybiegł na scenę, poganiany gestami wszystkich wokół, z rozbawieniem obserwujących całą scenę.
Kamijo został na tym samym miejscu, oglądając stamtąd niemal cały jego koncert. Kaya co jakiś czas odwracał się na sekundę i spoglądał w jego stronę, zachowując łączącą ich nić porozumienia, a kiedy sprzęt rzeczywiście znowu zaczął sprawiać problemy, gładko przeszedł ze śpiewania w to, co zaraz po nim wychodziło mu najlepiej i zaczął zagadywać publiczność tak, że prawdopodobnie nikt nie zauważył nawet, że coś poszło niezgodnie z planem.
Po koncercie było tak jak zawsze, tłum ludzi i przyjacielskie rozmowy w całej ich grupie, nic nie wskazywało na to, by coś się zmieniło. Kaya nawet specjalnie nie patrzył w jego stronę, w busie usiadł gdzie indziej i myślał nad czymś całą drogę do hotelu, opierając się skronią o szybę i wpatrując w światła miasta za oknem. Kamijo był nieco zdeprymowany, ale postanowił nie naciskać. W hotelu rozeszli się po pokojach, wszyscy mocno zmęczeni. On też planował po prostu pójść spać, ale nie czuł się senny, więc tylko siedział na łóżku przy włączonej lampie, bezmyślnie gapiąc się na kwiaty w wazonie.
Minęła godzina, nim Kaya się pojawił. Jego drobna postać wahała się dłuższą chwilę w progu, opierając o framugę, z jedną dłonią zastygłą na klamce i wpatrując się w niego z półmroku. Kamijo nie powiedział ani słowa, tylko przesunął się, robiąc mu miejsce obok siebie na łóżku. Nie wycofał się, w końcu cicho zamknął za sobą drzwi na klucz i podszedł do niego, równie cicho siadając obok. Starszy uśmiechnął się nieznacznie i objął go, przytulając lekko, na co on zamknął oczy i oparł głowę na jego ramieniu, tuż przy szyi, na drugim zaciskając palce jednej ręki. Było to czymś zupełnie naturalnym. Trwali tak dłuższą chwilę, Kamijo gładził dłonią jego plecy, nim w końcu lekkim, pozbawionym nachalności ruchem położył go na poduszce. Kaya nie odrywał od niego wzroku, śledząc uważnie każdy jego ruch, ale jego twarz wyrażała spokój. Jedną rękę przyciskał do siebie, drugą wodził delikatnie po jego przedramieniu, na którym się nad nim opierał, na chwilę wtulając twarz w jego szyję. Był odurzony zapachem jego skóry i włosów, ich gładkością oraz ciepłem, którym emanował. ,,Zaufaj mi”, powiedział w końcu, podnosząc głowę i łapiąc go za obie dłonie, by spleść z nimi palce. Na to młodszy tylko uśmiechnął się tajemniczo i przyciągnął go znowu bliżej, pozwalając mu wsunąć ręce pod jego plecy i przytulić mocniej, odpowiadając na pocałunki, które zaczął składać na jego ustach. Wciąż był spokojny, cichy i delikatny, choć dosyć mocno oplatał go ramionami, jakby nie chcąc puścić, a jego dłonie chaotycznymi ruchami błądziły po plecach i włosach starszego.
Wszystko działo się naturalnie, jakby ktoś z góry to zaplanował, nie musieli nawet rozmawiać. Kaya ze zmęczonym uśmiechem na ustach zasnął później w jego ramionach, rano już go nie było, ale kolejnego wieczora, gdy wszyscy już się rozeszli, przyszedł znowu, tym razem tylko na chwilę zatrzymując się w progu. Następnej nocy też było podobnie. Kamijo poprosił go, by został do rana i został. Mówił jak na niego mało, głównie tylko się uśmiechał, od razu wsuwając się w jego ramiona, jakby cały dzień tylko na to czekał. Kamijo też długo milczał, nie chcąc przypadkiem go spłoszyć, stawiając jakiekolwiek wymagania. Całował go w czoło i włosy, brał za dłonie i przyciskał do swoich ust, pocierał policzkiem o jego policzek. Było to coś większego niż samo pożądanie i wiedział, że on czuje to samo, widząc jego ciepły uśmiech i blask w jego oczach. Nie dbał o to, co będzie dalej. ,,Wyjdź za mnie”, westchnął tylko z rozmarzeniem którejś z kolei nocy, kiedy leżeli, uspokajając oddech, z uśmiechem gładząc palcami jednej dłoni jego biodro. Roześmiał się, ciaśniej oplatając go rękoma w pasie i pocałował w szyję, nim odpowiedział jednym słowem - ,,tak”. I wiedzieli już chyba wszystko, co chcieli wiedzieć, wszystko, co na ten czas było im potrzebne.
I kiedy spotykali się później, też było podobnie. Uczucia wykwitały z drobnych gestów, drobnych słów, wymienianych uśmiechów, gdy nawet przypadkiem skrzyżowały się ich spojrzenia. Zamykały się we wzajemnej trosce, telefonach odbieranych od razu po pierwszym sygnale, spontanicznych zmianach w napiętym planie dnia. W pocałunkach wymienianych przy byle okazji, gdy ich twarze akurat znajdowały się bliżej siebie, pieszczotach namiętnych, ale nie egoistycznych i nachalnych i ciszy, która nigdy nie była niezręczna. Nie należeli do par, które spędzały razem każdą wolną chwilę, ale nie czuli, by było to coś złego. W dużym stopniu mieli własne życie i własne sprawy, jednak o tym wszystkim zawsze mogli ze sobą porozmawiać. Bywało, że bez większej przyczyny nie kontaktowali się przez tydzień, jednak wystarczał jeden sms, jedno ,,tęsknię”, by Kamijo pojawił się na progu Kayi choćby w samym środku nocy. Jeśli tylko istniała taka możliwość, rzuciłby wszystko, żeby go zobaczyć, tak samo jak on był w stanie nie spać do drugiej, by poczekać, aż wróci ze studia lub z trasy i przynajmniej się przed zaśnięciem do niego przytulić, gdy nie mieli już siły na więcej niż wymienienie kilku słów. Że jeszcze nigdy mu miłości nie wyznał, Kamijo uświadomił sobie nagle, jakoś zawsze było to dla niego czymś oczywistym, zawieszonym w powietrzu, którym obaj oddychali, tak samo jak ich związek, o który żaden z nich nigdy nie musiał pytać. A jednak Kaya cieszył się, kiedy to zrobił, podnosząc głowę, by na niego spojrzeć i uśmiechając się najpiękniejszym uśmiechem pod słońcem, potem jeszcze długo nie chciał wypuścić go z objęć. I od tamtej pory powtarzał mu to często, szeptał raz za razem, wprost do ucha, gdy leżeli przytuleni, wyciszając się i uspokajając.
Był jak sama wiosna, jak promień słońca i jak najwspanialsza melodia, która mogłaby komukolwiek przyjść do głowy, nieuchwytna, a wydobywająca się tylko z jego słów, z samego brzmienia jego głosu. Sam BYŁ muzyką, jak żaden inny ze znanych Kamijo artystów, czuło się w nim muzykę, każdy jego krok czy gest zdawał się być jej podporządkowany. Zawsze piękny, jasny, uśmiechnięty, życie przy nim upływało szybko, dzień za dniem, noc za nocą, miesiąc za miesiącem. On, który potrafił uśmiechać się na tysiąc różnych sposobów, wybuchać śmiechem pod wpływem własnych myśli, godzinami mówić niestrudzenie o wszystkim, tak, że Kamijo chcąc nie chcąc w końcu wyłączał się, tylko z lekkim uśmiechem słuchając samego brzmienia jego głosu, pięknego, ciepłego i melodyjnego, którego nigdy nie miał dosyć. On, który wyrywał go z tego stanu szturchnięciem, przybierał obrażoną minę i milkł na parę minut, dając się jednak przeprosić pierwszym pocałunkiem, znowu rozpromieniając w uśmiechu i gładko przechodząc do kolejnego tematu. Słuchacze byli mu chyba potrzebni bardziej niż rozmówcy, zawsze miał coś do powiedzenia, coś do podzielenia się z resztą świata, jednak jego gadatliwość nie była ani trochę męcząca, a tylko dodawała mu uroku. Prawie nigdy nie wyglądał na zmęczonego lub złego, emanował energią od rana do wieczora, a nawet, kiedy coś go zdenerwowało, szybko znowu ożywiał się pod wpływem rozmowy czy żartu, zarażał entuzjazmem wszystkich wokół, kiedy tylko pojawiał się ze swoim promiennym uśmiechem i blaskiem w oczach. Kamijo żałował, że nie może pracować z nim na stałe, pewnie codziennie leciałby wtedy do studia jak na skrzydłach – choć wątpił też, by w jego towarzystwie był w stanie na czymkolwiek się skupić. Kiedy był przy nim, nie opuszczała go ochota, by go dotknąć, pocałować, przysunąć do siebie jak najbliżej i choćby po prostu na niego patrzeć. Nie było żadnego ,,nie mogę”, ,,muszę” czy ,,powinienem”, a tylko on, jego piękny profil, gładkie włosy i ciepłe dłonie. Ciemne oczy z czułością spoglądające na niego spod długich rzęs, w równie czuły uśmiech układające się usta i znajomy zapach skóry. Znał wszystkie perfumy, których używał i które odurzały go, gdy całował go w szyję, bezbłędnie rozpoznawał jego kroki, kiedy nawet w najcichszy sposób wracał nocą do domu albo wychodził rano, wyczuwał wszystkie emocje w jego głosie, nawet, gdy słyszał go tylko przez telefon. A jednak czasem orientował się, ze tak naprawdę mało o nim wie. Kiedy patrzył na niego, leżącego spokojnie w jego ramionach z zamkniętymi oczami i nieznacznym uśmiechem na ustach, zdawał sobie sprawę, że mówiąc tak dużo, tak szybko i bez zastanowienia, Kaya nigdy nie powiedział mu prawie niczego o samym sobie. O swoim poprzednim życiu, o tym, ilu przed Kamijo przytulało go tak jak on, być może mówiąc nawet te same słowa… Ani o tym, dlaczego już ich nie było. Kiedy i dlaczego odeszli? Ćwierć wieku jego życia, nie licząc drobiazgów takich jak to, że nie cierpiał w liceum fizyki, a śnieg po raz pierwszy zobaczył dopiero po przeprowadzce do Tokio, pozostawała dla Kamijo tajemnicą.
Część tej tajemnicy rozwiała się dopiero pewnego długiego wieczora pod koniec zimy, a powodem tego okazało się kilka wąskich linii, tylko w mocnym świetle lampki wyraźnie bielszych niż reszta skóry na jego lewym nadgarstku. Kamijo patrzył na te ślady przez kilka długich sekund, mocno ściskając jego rękę i niemal nie dostrzegając tego, jak bezskutecznie próbuje mu ją wyrwać, gwałtownie szarpiąc i tłukąc go pięścią drugiej dłoni w ramię. Kiedy w końcu go puścił, odskoczył od niego, natychmiast naciągając rękaw z powrotem na nadgarstek i z całej siły przyciskając go do siebie, był blady jak ściana i patrzył na niego strasznymi oczami, jego pierś unosiła się i opadała wraz z ciężkim oddechem. Kamijo nigdy nie widział go wcześniej w takim stanie, w ogóle nie wyglądał jak on – patrzył na niego niemal z nienawiścią. W tej chwili naprawdę się go przestraszył, a on może dostrzegł ten strach w jego oczach, bo zaraz jakby coś w nim pękło i odwrócił się, chcąc wybiec z pokoju – jednak wtedy starszy zdążył już oprzytomnieć i zerwał się, ruszając z nim. Dopadł do niego w paru krokach i chwycił go wpół, oplatając mocno ramionami i zatrzymując w miejscu. Przycisnął go plecami do siebie, nie pozwalając się ruszyć i z głową przy jego głowie zaczął gorączkowym szeptem powtarzać jakieś uspokajające słowa. Przez kilka sekund był jak skamieniały, jednak potem opuścił głowę, zaciskając dłonie na jego dłoniach i Kamijo poczuł nagły spazm, który przeszył jego ciało. Nie stawiał już oporu, kiedy odwrócił go przodem do siebie, pozwalając mu wtulić twarz w jego szyję. To był pierwszy raz, kiedy widział, jak płacze.
Nie spali już tej nocy. Kaya znowu dużo mówił, ale tym razem inaczej, szybko i trochę jakby na czas, wciąż walcząc z drżeniem głosu i prawie nie patrząc na starszego, tylko przytulając się coraz mocniej, kiedy leżeli obok siebie w ciemności. A Kamijo słuchał, słuchał każdego słowa, nie odpowiadając inaczej, niż tylko trzymając go przy sobie tak blisko, jak tylko się dało, głaszcząc go po włosach, po twarzy, szyi i ramionach, całując i ściskając jego dłonie. I z każdym słowem kochał go nawet bardziej, choć jednocześnie wzrastała też liczba osób, których równie silnie nienawidził, mimo że nigdy ich nie spotkał.
Czuwał nad nim, kiedy nad ranem w końcu zasnął, nad tym co usłyszał myślał jeszcze bardzo długo. A kiedy potem Kaya się zbudził, w świetle nowego dnia uśmiechając się do niego nieco niepewnie, mimo wyraźnego zmęczenia na twarzy był dla niego jeszcze piękniejszy niż kiedykolwiek wcześniej i jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – był jego.
Od tamtej pory patrzył na niego inaczej, wiele więcej rozumiał lub przeciwnie, wiele w nim go zadziwiało. Ich relacja weszła na trochę inny tor, starał się nim opiekować najlepiej jak potrafił i jeszcze bardziej zasłużyć na jego zaufanie. Wiedział już, co kryło się za jego uśmiechem, jak kruche i złudne było to wszystko, cała aura, która go otaczała – choć na pierwszy rzut oka między nimi wiele się nie zmieniło. Trochę częściej całował go w lewy nadgarstek, co zawsze nieco go peszyło i trochę więcej sekretów dochodziło raz na jakiś czas do obrazu jego osoby, wyjawianych zawsze nieco niechętnie, ale z pełnym zaufaniem… A poza tym chyba nie mieli nic więcej do dodania. Tak jak dawniej spotykali się i w podobny sposób spędzali razem czas. Kaya nie mówił mniej niż zwykle ani mniej się nie śmiał. Miesiąc za miesiącem i wciąż miesiąc za miesiącem. Wpuszczenie go do kuchni nadal groziło katastrofą ekologiczną, nadal wylewał rano ze śmiechu kawę na kołdrę i nadal chował Kamijo papierosy, obrażając się jeszcze, że wcale nie jest tym zachwycony.
Kochał go. Nigdy, przenigdy nie zaprzeczyłby, że kochał. I tylko jednej rzeczy wciąż nie potrafił zrozumieć – dlaczego w takim razie odszedł?

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Sro Sie 24, 2011 10:41 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Oreiteia
Yuki-chan


Liczba postów : 1262
Join date : 30/01/2011
Age : 22
Skąd : Lidzbark Warmiński

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Sob Lip 09, 2011 9:49 pm

Podziwiam Cię, Shadow. Napisałaś już tyle ficków o tym paringu, ale wciąż zaskakujesz. Wymyślasz nowe scenariusze, które nigdzie się nie powtarzają. Ja sama mam problemy z wymyśleniem normalnego ficka, bo wszystko już było.
Nie wiem skąd czerpiesz pomysły, ale oby to źródełko nie wygasło. Świat bez Twoich opowiadań byłby nudny.
*wyobraża sobie co by było gdyby Shadow nie pisała*
O matko... Pisz, pisz....

Samo opowiadanie jest piękne. Zachwyca (przynajmniej mnie...).
Postacie przedstawiasz tak swojsko.. Naprawdę można uwierzyć, że Kaya jest takim roztrzepanym człowiekiem i tylko dzięki Kamijo jest w stanie jakoś wszystko porządnie zrobić. Bo Kamijo nad nim stoi i poprawia jakby coś było nie tak. Taki anioł stróż.
Mam nadzieję, ze opowiadanie się skończy dobrze... Tak budujesz emocje, że u ludzi, którzy mają słabą psychikę (ja...) lekarze zaczną masowo przypisywać psychotropy..

I chciałam pogratulować Hiro.. Może błędów w fickach Shadow nie ma wielu, ale nieźle się spisujesz wyłapując je. To musi być ciężka praca dopatrzeć się czegoś w czym tego teoretycznie nie ma.
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Sob Lip 16, 2011 11:52 pm

Dziękuję Ci ślicznie, Yuki! <33
Yuki napisał:

Podziwiam Cię, Shadow. Napisałaś już tyle ficków o tym paringu, ale wciąż zaskakujesz. Wymyślasz nowe scenariusze, które nigdzie się nie powtarzają. Ja sama mam problemy z wymyśleniem normalnego ficka, bo wszystko już było.
Och, nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy! Bo miewam już wrażenie, że mi się wszystko powtarza, i schemat fabuły, i motywy, i zakończenie (mówiłam już, jakie to czasem męczące pisać kilkunaste podobne tak, żeby nie było zbyt podobne? Aż czasem mam ochotę ich dla odmiany skrzywdzić, ale ostatecznie nigdy nie mam serca XD)... Aż czasem muszę kartkować stare ficki, żeby sprawdzić, czy czegoś prawie identycznego już kiedyś nie było. Cieszę się, że mimo moich wątpliwości tak tego nie widać ^ ^"
Yuki napisał:
Nie wiem skąd czerpiesz pomysły, ale oby to źródełko nie wygasło. Świat bez Twoich opowiadań byłby nudny.
Tak jak mój świat bez owego 'źródełka'... Które, podejrzewam, bardzo radośnie szczerzy się w tej chwili do monitora (pozdrowienia, Kochanie!) XDD
Yuki napisał:
I chciałam pogratulować Hiro.. Może błędów w fickach Shadow nie ma wielu, ale nieźle się spisujesz wyłapując je. To musi być ciężka praca dopatrzeć się czegoś w czym tego teoretycznie nie ma.
Oj, wiesz mi, Hiro ma naprawdę sporo roboty ze mną i z moimi tworami XD Głównie dlatego, że odkąd mi betuje, strasznie się rozleniwiłam i nie sprawdzam wszystkiego tak jak kiedyś, lecąc raczej przez fick na zasadzie 'a, dobra, zostawię to tak, a jak jest błąd/literówka/powtórzenie/znów nie wiadomo o kogo chodzi, to przecież mój żon poprawi!'... Także ja jej współczuję XD I gratuluję, bo naprawdę radzi sobie świetnie <3

Także następna część będzie, jak Hiro wróci z wakacji, czyli za jakiś tydzień może. Bo jak mówiłam, jestem leniem i naprawdę nie chce mi się już tego betować samej, dość, że muszę to jeszcze przepisać, kolejne 50 stron... ^ ^''

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Hiroki
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 72
Join date : 26/06/2011
Skąd : Kyoto

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Nie Lip 24, 2011 4:37 pm

YAAAAY~! *pisk docenionej bety*
Hiro wrócił, Hiro wrócił ~~~~~~ kiedy może betować?
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Czw Lip 28, 2011 11:22 pm

Części: 2/3
Słów: 7306 w tej części
Beta: Hiroki <3
Komentarz: W bólach przepisywane i w bólach betowane przez mojego biednego żona, który nie raz musiał się domyślać, o co mi właściwie chodziło - ale jest XDD Druga część, która w zasadzie powinna być już dawno... Ale miałam za dużo na głowie i nie wyszło. Mniejsza~
Mam nadzieję, że ostatnia część pojawi się nieco szybciej, a do tego czasu ta wszystkich usatysfakcjonuje ^-^
~~

- Nie wiem, co jeszcze mogę zrobić, żeby ta temperatura w końcu spadła – wyszeptał Kamijo cicho.
Kaya nie odpowiedział. Leżał na plecach na materacu, z odrzuconą na bok kołdrą, oddychając przez usta głośno i płytko. Gorączka zaróżowiła jego policzki, podczas gdy reszta twarzy była blada i wyraźnie wyróżniały się na niej tylko łowiące powietrze wargi, czerwone i spierzchnięte. Na czole, pod grzywką wilgotnych włosów widoczne były drobne kropelki potu, takie same lśniły też na jego białych ramionach. Palce lekko wpijały się w prześcieradło, nerwowo skubiąc je i miętosząc, jako jedyne świadcząc o tym, że był przytomny.
Znów było bardzo późno, dochodziła druga w nocy. Kaya nie spał jednak już od paru godzin, a wraz z nim Kamijo, którego z drzemki na fotelu wyrwał jego cichy, nieudolnie tłumiony szloch, nie tyle żalu, co bólu i złości, bowiem znowu bolało go wszystko, co tylko boleć przy grypie mogło. Druga dawka leków, którą starszy w tej sytuacji był zmuszony podać mu nieco przed czasem, nie pomogła prawie wcale; termometr nadal wskazywał niemal czterdzieści stopni, a przyłożony do jego czoła okład już prawie parował. Podawał mu wodę do picia i zraszał nią jego twarz, ale ulga i tym razem była tylko chwilowa.
- Potrzebujemy więcej wody – stwierdził w końcu Kamijo zdecydowanie. – Musisz wstać.
To było jedyne wyjście, jakie przychodziło mu do głowy. Nim zdążył zrezygnować, zsunął się zatem z fotela i przyklęknął na brzegu łóżka, żeby podnieść też Kayę. Młodszy otworzył oczy, patrząc na niego półprzytomnie i zaraz znowu je zamknął, ale posłusznie zrobił, co mógł, z jego pomocą podnosząc się do pionu. Kamijo prawie siłą zwlókł go z łóżka, stawiając na podłodze; nogi natychmiast się pod nim ugięły i oparł się na nim ciężko, cały był mokry od potu i rozgrzany do tego stopnia, że w kontakcie z jego ciałem starszemu również od razu zrobiło się gorąco – wolał myśleć, że to wyłącznie przez jego podwyższoną temperaturę. Przerzucił sobie jedno jego ramię przez szyję i drugim własnym mocno obejmując go pasie, pociągnął go w stronę łazienki.
- Co robisz? – wychrypiał Kaya, kiedy starszy otwierał drzwi.
- Chłodny prysznic może pomóc – odpowiedział. – Na pewno trochę ci ulży po leżeniu w rozgrzanym łóżku i może uda ci się zasnąć.
Pomysł wydawał się całkiem rozsądny i był absolutnie ostatnią rzeczą, jaka przychodziła Kamijo do głowy. Absolutnie ostatnią, której realizację brał pod uwagę, mając na względzie jeden drobny acz strategiczny szczegół wcielenia jej w życie – musiał w tym celu Kayę rozebrać. I chociaż wiedział, że w tej sytuacji nie ma innego wyjścia, wcale nie zmniejszało to stopnia jego zażenowania.
Nie, żeby nagość młodszego krępowała go sama w sobie. Byłoby to co najmniej idiotyczne, biorąc pod uwagę fakt, że przez półtora roku byli kochankami, zdążył poznać jego ciało chyba tak samo dobrze jak własne i zawsze z ochotą podchodził do możliwości ściągnięcia z niego ubrań – ale właśnie ten czas przeszły sprawiał teraz, że oddałby wiele, by był to obojętnie kto inny spośród jego znajomych, którego byłby zmuszony zamiast niego rozebrać. Wtedy mógłby przynajmniej podejść do tego zadania względnie obojętnie.
Tylko parę minut i będzie po wszystkim, powiedział sobie zdecydowanie. Byle tylko nie okazywać zdenerwowania. Byle tylko nie widzieć więcej, niż było to konieczne... Jakże łatwo było to mówić!
Dobrze, że chociaż Kaya nie był do końca przytomny. Z przymkniętymi oczami, opierając się ciężko o pralkę, biernie pozwolił mu zdjąć z niego podkoszulek, a gdy przyklęknął przed nim, szybkim i wcale-nie-nerwowym ruchem także bieliznę. Starał się przy tym skupić wzrok wyłącznie na kostkach u jego stóp (,,nóżki jak u jelonka Bambie”, żartował z niego wielokrotnie, a Kaya dusił śmiech i patrzył na niego ze źle udawanym urażeniem). Bez mrugnięcia okiem wrzucił jego ubranie do kosza na pranie i błyskawicznie ściągnął własny podkoszulek, woląc jednak doszczętnie zmoczyć spodnie, niż ich też się pozbyć. Starając się podejść do sprawy jak najbardziej obojętnie, złapał Kayę pod ramię i pomógł mu wejść do kabiny, pozwalając oprzeć się jedną ręką o ścianę, trochę tyłem, a trochę bokiem do niego. Nisko spuszczona głowa, włosy opadające na twarz, zamknięte oczy i zaczerwienione policzki – on też był skrępowany, to oczywiste, że był. Kamijo szybko odwrócił wzrok, stając na brzegu brodzika i sięgając po słuchawkę prysznica.
Chyba nikt nigdy wcześniej nie przyglądał się temu przedmiotowi tak dokładnie i uparcie jak on teraz. Wszystko, byle tylko nie patrzeć na drobne ciało przed nim; krople wody strumykami płynące w dół po białej skórze, mokrej i błyszczącej w świetle lampy, jeszcze bardziej podkreślające każdy rysujący się pod nią kształt kości i mięśni, kontrastujące z tą bladością ciemnobrązowe włosy klejące się do szyi i karku, niżej gładkie plecy z wystającymi łopatkami, zawsze był taki szczupły, a teraz zeszczuplał jakby jeszcze bardziej? Unosząca się wraz z nieco niespokojnym oddechem klatka piersiowa i płaski brzuch z mocniejszym zarysem kości biodrowych, po których także ściekała woda, ale gdzie, już nie odważył się spojrzeć. Palce jednej ręki nerwowo wbijały się w udo, tworząc w gładkim ciele drobne zagłębienia. Kamijo było duszno, jakby sam dostał gorączki; miał ochotę skierować sobie strumień wody prosto w twarz. Właśnie, miał patrzeć w słuchawkę, do cholery! A gdzie uciekał jego wzrok, najlepiej wiedziało już jego własne ciało, a w szczególności wiele na ten temat mogłyby opowiedzieć jego spodnie, w żenujący sposób stając się niebezpiecznie ciasne. Dłoń drgnęła mu, kiedy jeszcze raz zlewał letnim strumieniem ciało młodszego, zbyt pospiesznie, cała beznamiętność poszła w niepamięć. Wolał nie sprawdzać, jakiż to ciekawy kolor przybrała jego twarz, ale ledwo widział na oczy, potrzebował też nieco większej ilości tlenu niż normalnie. Myśląc o jak najszybszym wyjściu na balkon i wypaleniu jednego, dwóch czy też od razu pięciu papierosów, wyłączył wodę, odwiesił słuchawkę i jak najszybciej się dało zarzucił na Kayę duży (największy jaki był w zasięgu ręki), biały ręcznik. Młodszy otulił się nim szczelnie natychmiast i z nieznaczną pomocą Kamijo opuścił kabinę.
Zdecydowanie zeszczuplał, jego i tak drobne ciało w jaskrawym świetle łazienkowych lamp wydawało się delikatne i kruche jak z porcelany. Starszy nie pomógł mu się wytrzeć, zamiast tego odwracając się i zdejmując z wieszaka świeże ubrania. Podtrzymując go asekuracyjnie, gdy je zakładał, hipnotyzował wzrokiem kosmyk włosów opadający mu na czoło, potem szybko założył z powrotem własny podkoszulek i wziąwszy Kayę znowu pod rękę, wyprowadził go z łazienki. Chłodne powietrze na zewnątrz uświadomiło mu, jak bardzo paliły go policzki, jednak młodszy przez cały czas ani razu nie spojrzał mu w twarz, ani zresztą w jakąkolwiek inną część jego ciała. Jeśli nie zamykał oczu, odwracał głowę w bok. Było w tym coś straszliwie smutnego, czuł się wręcz przytłoczony, kiedy wrócili do sypialni, miał niemal ochotę się rozpłakać.
Tak czy inaczej, cały zabieg przyniósł oczekiwany skutek. Pościel przy okazji również nieco ostygła i kiedy Kaya ułożył się w niej – w suchym, nie klejącym się do ciała podkoszulku – zamknął oczy i już ich drugi raz nie otworzył, a jego oddech po krótkiej chwili stał się lżejszy i bardziej miarowy. Oczekiwany chłód wyraźnie przyniósł mu ulgę i wraz z wyczerpaniem, które musiał czuć, szybko ukołysał do snu.
Kamijo wziął z fotela koc i cicho zgasił lampkę, wycofując się do salonu, gdzie położył się na sofie i naciągnął ów koc na głowę. Przed oczami wciąż miał te same, natarczywe obrazy – drobna naga sylwetka stojąca pod prysznicem, mokra skóra i powieki zaciśnięte mocno wraz z odwróceniem głowy. Wiedział, że wiele godzin upłynie do rana, nim uda mu się tego widoku pozbyć.

Rano wciąż ciężko było zmusić się do uśmiechu, ale żaden z nich nie dał sobie poznać, ze stało się cokolwiek niemiłego czy krępującego.
- Jest już trochę lepiej – stwierdził Kaya, kiedy Kamijo postawił na szafce przy jego łóżku kubek ze świeżo zaparzoną herbatą.
- Cieszę się. – Skinął głową, układając koło kubka równy rządek tabletek. Nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby dodać, więc zaraz zawrócił w stronę drzwi. – Pójdę zrobić śniadanie. – Uśmiechnął się jeszcze przez ramię i z nadzieją, że tym razem naprawdę wyglądało to jak uśmiech, a nie jakiś groteskowy grymas, ruszył do kuchni.
Tego dnia okazała się ona dla niego miejscem wyjątkowo zajmującym. Po śniadaniu przyszła pora na zmywanie, potem trochę posprzątał, dokładnie wycierając gąbką wszystkie blaty (łącznie z tymi, których przy szykowaniu śniadania nie używał), bez pośpiechu poukładał też garnki w szafkach w kolejności co do ich rozmiaru, a niedługo potem uznał, że w sumie może już zacząć przymierzać się do obiadu, więc wyciągnął je znowu. Posiłek przygotowywał w skupieniu, na jakie rzadko względem czegokolwiek było go stać, powoli wszystko krojąc i mieszając, a w międzyczasie krążąc w kółko od okna do kuchenki, raz po raz zaglądając bez większego celu to do garnka, to na zewnątrz przez szybę. Po obiedzie znowu pozmywał i znowu wszystko poukładał. Przez cały ten czas tylko na kilka chwil odwiedził sypialnię, sprawdzając, czy Kaya nie poczuł się gorzej i czy przypadkiem niczego mu nie potrzeba… I raz za razem z pewną irytacją spoglądał na zegarek. Wskazówki przesuwały się nienormalnie wręcz powoli.
Co za chora sytuacja.
Nie wiedział, co właściwie udawało mu się robić aż do siedemnastej – tyle uwagi nie poświęcił chyba nigdy wcześniej pracom nawet w swoim własnym mieszkaniu – ale o tej porze jego zakres zajęć gwałtownie się urwał. Nie było już dosłownie nic, czym mógłby zająć ręce. Czując się jak skończony idiota, zapadł się w fotelu i przez parę minut tępo wodził oczami po sprzętach w salonie, mimowolnie analizując, co zmieniło się, odkąd był tutaj ostatni raz. Myślał, że jego zażenowanie osiągnęło już szczyt, jednak jak miał okazję się po chwili przekonać, do tego zostało mu jeszcze kilka stopni do przebycia; jak ostatni kretyn poczuł się dopiero, gdy Kaya nagle stanął w progu pokoju. Na ramiona miał zarzucony koc, który wisiał na nim niemal do ziemi i patrzył na starszego niezbyt przytomnie. Kamijo już miał szukać usprawiedliwienia dla tego, że siedzi tak i gapi się w jego nowy dywan, jednak ten stan rzeczy chyba specjalnie młodszego nie obszedł.
- Gdzie jest mój kot? – spytał nieco ochrypłym głosem.
- Na balkonie. – Nie żeby Kamijo się za zwierzakiem jakoś specjalnie rozglądał, ale akurat chwilę wcześniej był na etapie wpatrywania się w uchylone drzwi i widział go, wygrzewającego się w resztkach popołudniowego słońca. – Przynieść ci go? – Korzystając z okazji energicznie podniósł się z fotela.
Kaya skinął głową, siadając na sofie i przecierając dłońmi oczy. Koc ułożył sobie na kolanach, przykrywając nim swoje szczupłe nogi; wyglądało na to, że dopiero przed chwilą obudził się ze snu, w który zapadł wkrótce po obiedzie.
Kamijo wyszedł więc na balkon i z nieco powątpiewającym wyrazem twarzy zbliżył się do wylegującego się kota. Spodziewał się, że zaraz poczuje ostre pazury zatapiające się w jego przedramieniu, ale o dziwo zwierzak nie zgłaszał protestów, kiedy wziął go na ręce, z cichym miauknięciem wczepiając się tylko w jego podkoszulek. Oderwał go od siebie z pewnym trudem, zaraz układając na kolanach Kayi i siadając obok. Młodszy wokalista uśmiechał się, zaczynając głaskać kota obiema dłońmi.
- Skąd go w ogóle masz? – zainteresował się Kamijo po chwili milczenia.
- Znalazłem – odparł. – Chodził po ulicy… A to przecież jeszcze dziecko, prawda? Weterynarz powiedział, że ma tylko kilka miesięcy. Był taki biedny, całkiem sam w ogromnym mieście, wszyscy tylko go omijali… Zrobiło mi się go żal i pomyślałem, że właściwie nawet wiem, jak musi się czuć. Ja też, kiedy przeprowadziłem się do Tokio, byłem w tym tłumie całkiem sam. Dlatego zabrałem go i przyniosłem tutaj na przechowanie. – Wzruszył ramionami. – No i tak jakoś wyszło, że został. Dla mnie to też zawsze milej, mieć jakieś towarzystwo. Może jest dosyć mało rozmowny, ale naprawdę straszliwie uroczy.
Dopiero kiedy skończył mówić, Kamijo zorientował się, że od dłuższej chwili głaszcze kota razem z nim, niemal machinalnie przesuwając dłonią po jego łepku i grzbiecie. Zwierzak wyglądał na zadowolonego; ocierał się o ich ręce, mrucząc wręcz zaskakująco głośno i przymykając oczy.
- Jest podobny do ciebie – stwierdził w końcu starszy. – Chudy, nieduży, z wielkimi oczami i do wszystkich się łasi.
- Wcale nie do wszystkich. – Pierwszy raz od przyjścia do pokoju uniósł głowę i spojrzał na niego z lekkim uśmiechem. – Lubi cię.
- Nie wyglądało na to na początku – zauważył Kamijo, wspominając, jak zlekceważony został tuż po przybyciu.
- A wiesz, że ja na początku też wcale cię nie lubiłem? – zamyślił się Kaya, nie przerywając głaskania kota (tym razem pod brodą, wywołując jeszcze głośniejsze mruczenie) i bezwiednie opierając głowę na ramieniu Kamijo. – Na samym początku, jak tylko się poznaliśmy… Nie obraź się, ale delikatnie mówiąc, wydawałeś mi się strasznie niedostępnym człowiekiem, z rodzaju tych, których zdecydowanie nie lubię. Takim wyniosłym i patrzącym na wszystkich z góry, wręcz zbyt pewnym siebie i nawet trochę zarozumiałym. Wcale nie chciałem z tobą współpracować. Na co mi to było? Ale pomyślałem, że wytrzymam te kilka występów, skoro się zgodziłem, zaśpiewam swoje, a potem… Cóż, już mnie prędko znowu nie zobaczysz. – Zaśmiał się krótko. – Przepraszam. Chyba nie muszę mówić, jak bardzo mylne było to pierwsze wrażenie i jak beznadziejnie niedługo potem się w tobie zakochałem?
- No proszę, i pomyśleć, że ja od początku cię lubiłem! – wykrzyknął Kamijo z nieco kiepsko udawanym oburzeniem. Potem także się roześmiał. – Nie no, przecież nie będę się o to gniewać.
- Byłeś zbyt atrakcyjny. Fizycznie podobałeś mi się od początku i to było frustrujące, w zestawieniu z twoją dumną postawą strasznie mnie złościło.
- Ale to zabawne… Po trzech latach wciąż możesz dowiedzieć się czegoś całkiem nowego.
Kaya pokiwał z uśmiechem głową i kolejną chwilę milczeli. W międzyczasie rozanielony pieszczotami tylu rąk kot chyba zasnął na kolanach swego właściciela, bo nawet mruczenie umilkło; ciszę zakłócał tylko lekki uliczny szum gdzieś zza okna. Promienie coraz niżej schodzącego słońca kładły na dywanie ostatnie pomarańczowe smugi światła.
- Żałujesz? – spytał w końcu Kamijo, nie odwracając głowy, tylko nadal patrząc gdzieś przed siebie.
- Czego?
- Nie wiem. Dużo tego w sumie…
Wzruszył nieznacznie ramionami.
- Nie wiem – powtórzył. – Na pewno nie żałuję, że wtedy faktycznie nie odszedłem po paru występach, jeśli o to pytasz.
Kamijo skinął głową, uśmiechając się blado do siebie i znowu zapadła cisza. Miałby więcej, dużo więcej pytań, ale ostatecznie żadne nie przeszło mu przez gardło.
- O nie! – jęknął nagle Kaya, zauważając uśpionego kota. – No to jestem unieruchomiony!
- Nie masz serca go zrzucić?
- No właśnie, nie mam.
Kamijo uśmiechnął się szerzej. Wiedział coś i o tym; trochę jego planów na wieczór, gdy przed położeniem się spać chciał jeszcze zrobić coś bardziej konstruktywnego, musiało zostać anulowane, gdy akurat Kaya postanowił zasnąć bardziej na nim niż obok. Poza tym lubił patrzeć na niego, gdy spał, a okazji ku temu wcale nie miał wiele.
- Kici-kici, kotku – mruknął młodszy, drapiąc uśpionego zwierzaka za uchem. – Może jednak się obudzi…
- Nie myślałeś nad tym, by dać mu jakieś imię? – spytał Kamijo z rozbawieniem, odwracając głowę, by na niego spojrzeć. – Byłoby prościej.
Po raz pierwszy roześmiał się całkiem głośno i szczerze.
- Och, pracuję nad tym! Mam za dużo pomysłów, czekam, aż wyklaruje mi się jakiś konkretny.
- Zostaje tylko się cieszyć, że nie mieliśmy szans spłodzić dzieci… Po roku nadal byłoby tylko ,,chodź, dziecko” i ,,jedz, dziecko”.
Na to Kaya roześmiał się jeszcze głośniej, ledwo hamując, by nie zgiąć się przy tym wpół, choć i tak wystarczyło to, by z powodzeniem kota obudzić. Zerwał się i zeskoczył z jego kolan, w dwóch susach przemieszczając się na przeciwny kąt sofy.
- No i widzisz, co zrobiłeś? – Kayę jeszcze bardziej ten widok rozbawił. – Ja tu chciałem tak subtelnie, a nie…
- Ważne, że podziałało. – Kamijo wyszczerzył się do niego radośnie. – Jesteś wolny, może powinieneś się z powrotem położyć? – dodał, przykładając dłoń do jego czoła. – Gorączka faktycznie jakby trochę ci spadła, no ale…
- Mam dosyć leżenia w jednym miejscu. Posiedzę tutaj…
- Zatem włączę telewizor. – Kamijo skinął głową.
W ten sposób spędzili resztę dnia i większość wieczora. Obejrzeli jakiś przypadkowo wybrany film – bo jako jedyny się właśnie teraz zaczynał – pół kolejnego, który jednak okazał się dosyć nudny, więc po zmianie kanału bezmyślnie gapili się w następny. Ostatecznie Kaya zasnął jeszcze przed jego zakończeniem, a Kamijo złapał się na tym, że zamiast w ekran, patrzy na niego, uśmiechając się niemal mimowolnie. Kiedyś spędzali tak całe wieczory i nawet nie zauważał, kiedy młodszy odpływał, zawsze potem rano pytając, jak się dany film skończył. Machinalnie pogłaskał go po włosach, ale zaraz zabrał dłoń, potrząsając z rezygnacją głową. Dopiero po dłuższej chwili wahania zdecydował się przenieść go do sypialni, tak jak robił to zawsze w podobnych sytuacjach. Był przyjemnie ciepły i jak zwykle zaskakująco lekki, nawet nie otworzył oczu, kiedy Kamijo go podniósł i tylko wymruczał coś niewyraźnie, opierając mu głowę na ramieniu. Starszy niemal na wyczucie przeszedł z nim przez korytarz i zaraz potem położył go w jego łóżku, wygodnie układając jego nogi i ręce i przykrywając go kołdrą pod samą szyję. Głupia myśl przyszła mu do głowy, kiedy spojrzał na sąsiednią poduszkę, ale jeszcze gwałtowniej potrząsnął głową i zawrócił, z powrotem na sofę w salonie. Zakrywając się znowu kocem, starannie policzył w myślach te nieco zlewające się ze sobą dni, które spędził w tym mieszkaniu, opiekując się młodszym wokalistą. Pięć; właśnie teraz mijał piąty. O ile dobrze pamiętał z artykułu w Internecie, na tym kończył się najbardziej intensywny okres choroby. Wszystko wskazywało na to, że Kaya nie będzie potrzebował dłużej jego pomocy. Może więc wracać? Decyzję postanowił odłożyć jednak do jutra. Wszystko zależało w końcu od tego, jak będzie czuł się młodszy.

Jego przypuszczenia sprawdziły się niemal od razu, kiedy rano otworzył oczy. Obudziły go kroki i cichy trzask stawianego na stole kubka, a pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, były oczy Kayi, pochylającego się nad nim z lekkim uśmiechem. Nie był jeszcze całkiem zdrowy i nie dało się tego nie zauważyć, ale trzymał się całkiem nieźle.
- W ramach rewanżu teraz ja tobie zrobiłem kawę – poinformował, otulając się szczelniej szlafrokiem i siadając obok na brzegu fotela. – Sobie też i wziąłem już leki. Jest nie najgorzej.
- Widzisz, obeszło się bez antybiotyku. – Kamijo odwzajemnił uśmiech, podnosząc się i sięgając po kubek. – Twój organizm będzie ci za to wdzięczny.
- Raczej tobie. W przeciwieństwie do twojego własnego… Chyba nie za bardzo się tutaj wyspałeś.
Wzruszył ramionami, upijając łyk kawy.
- Nie jest źle. Tak często sypiam w studiu z głową na najbliższym blacie, że doceniam samą możliwość położenia się – stwierdził optymistycznie, po czym dodał – dajesz sobie radę, nic cię nie boli?
- Już nie tak mocno.
- I na pewno możesz już chodzić? Żeby nie było tak, jak ostatnim razem.
Obaj pamiętali, co było ostatnim razem. To też była grypa; Kamijo tylko na dwadzieścia minut zostawił Kayę, żeby wziąć szybki prysznic, jednak dla młodszego okazało się to czasem w pełni wystarczającym, by z czterdziestostopniową gorączką wyprawić się do kuchni po szklankę wody i zemdleć gdzieś w momencie wyciągania po nią reki, uderzając głową w podłogę i wprawiając ukochanego w niemal śmiertelne przerażenie. Kiedy w szlafroku zarzuconym niedbale na mokre ciało Kamijo niósł go na rękach z powrotem do sypialni, Kaya zapewniał go co prawda, że nic go nie boli, ale było to raczej efektem szoku. Guz na głowie wyrósł mu całkiem okazały, a chodzenie jeszcze przez parę dni było dosyć bolesne, choć z wdziękiem starał się to ukrywać. Może właśnie tamten incydent przyczynił się do tego, że Kamijo nawet teraz uparł się go pilnować. Istniało realne prawdopodobieństwo, ze z podłogą spotkałby się ponownie (choć mógłby to być też na przykład brzeg wanny czy zlewu), a starszy nawet nie chciał sobie wyobrażać tego, co by było, gdyby znajdował się wówczas w domu sam.
Teraz jednak Kaya tylko uśmiechnął się lekko.
- Nie mam już dłużej gorączki – oświadczył. – Sam możesz sprawdzić.
Kamijo tym razem uwierzył mu na słowo; jakby nie patrzeć, wyglądał już dużo lepiej.
Decyzję o swoich dalszych poczynaniach ostatecznie podjął wkrótce potem, gdy Kaya wyszedł do łazienki. Słyszał szum prysznica i nagle znajome obrazy znowu stanęły mu przed oczami z porażającą dokładnością; szczupła sylwetka w strumieniu wody i chmurach pary, mokra biała skóra i ciemne włosy klejące się do zarumienionej twarzy, uderzające falą ciepło i intensywny zapach kwiatowych płynów.
Wracał. Tak szybko, jak tylko się dało, wracał.

Trzy lata mogłyby się wydawać całkiem sporym okresem czasu, ale kiedy Kamijo patrzył na nie ze swojej obecnej perspektywy, miał wrażenie, że były to najwyżej trzy miesiące. Od początku do końca wszystko działo się szybko i tak szybko, jak się zaczęło, równie prędko się skończyło. Zanim zdążył zrobić cokolwiek, by temu zapobiec, więcej – zanim w ogóle zdążył się zorientować.
Jego związek z Kayą trwał w sumie półtora roku, choć jego końcowa granica wcale nie była taka jasna, jak mogłoby się wydawać. Bo właściwie nic się nie stało; nie pamiętał, żeby się pokłócili czy żeby ich stosunki uległy jakiemuś nagłemu czy też nawet czasowemu ochłodzeniu. Może było jakieś drobne nieporozumienie, którego przyczyn za nic by już sobie nie przypomniał i które normalnie z miejsca poszłoby w zapomnienie, tak, jak wszystkie inne podobne… Tak czy inaczej, wszystko się skończyło. Zawsze mieli dużo pracy, więc organizacja spotkań wymagała od nich pewnego wysiłku, a tym razem żadnego takowego nie podjął. Kamijo zdał sobie z tego sprawę zupełnie nagle; w nawale zajęć nie wiadomo kiedy trzy tygodnie upłynęły im bez najmniejszego kontaktu. Z początku uznał to za nieistotne, bo w końcu praca i cała reszta pilnych spraw, mogło się tak ułożyć… Ale kiedy w ten sam sposób minęły dwa kolejne, zrozumiał, ze coś poszło nie tak. Nie wiedział kiedy, nie wiedział dlaczego, ale wyglądało na to, że Kaya nie odzywał się, bo po prostu nie chciał. I dopiero po paru dniach przykrej konsternacji doszedł do jego świadomości jeszcze gorszy fakt – przez cały ten czas on sam ani razu nawet nie wybrał w telefonie jego numeru.
I nie zrobił nic, żeby to zmienić.
I znowu miesiąc mijał za miesiącem; od domu do pracy, od pracy do domu, studio, koncert, sesja, wywiad. Powtarzał sobie ,,pójdę do niego jutro”, bo to przecież wcale nie mogło tak być, powtarzał sobie – tydzień za tygodniem. Bo zawsze było coś ważniejszego, coś pilniejszego, zły humor i zmęczenie, nawet obojętność, no bo cholera, czy to był tylko jego związek?! Kto powiedział, że to zawsze on miał rękę do zgody wyciągać? Jakiej zgody zresztą, skoro nawet się nie pokłócili… A skoro Kaya ot tak z niczego nie miał zamiaru z nim rozmawiać, to Kamijo nie będzie się przed nim płaszczył. Złość ogarniała go za każdym razem, gdy spoglądał w wyświetlacz telefonu i nie znajdował na nim żadnej wiadomości od młodszego wokalisty i jeszcze bardziej zacinał się w postanowieniu, że sam do niego nie napisze. Tylko czasem… Czasem był całą sytuacją tak okropnie zmęczony, że nie miał ochoty już dosłownie na nic i tak, byłby skłonny choćby paść przed nim na kolana, byle tylko było tak, jak wcześniej. Rozbity czuł się szczególnie wieczorami, w tych nielicznych momentach w ciągu doby, gdy zostawał całkiem sam, nie było przy kim się zrelaksować, zapomnieć o wszystkich pilnych sprawach albo porozmawiać o nich tak, jak rozmawiał tylko z nim, nie było nawet kogo przytulić. Nocami tęsknota była koszmarna, jak niczego innego na świecie brakowało mu jego obecności, ciepła, dotyku, jego głosu i śmiechu. I znowu myślał, że koniecznie musi coś z tym zrobić, że może jeszcze nie jest za późno, by stanąć na jego progu z bukietem róż i przeprosić – za cokolwiek, co najwyraźniej zrobił źle.
Jednak rano po raz kolejny to wszystko wydawało mu się głupie i pojawiało się jeszcze coś, poza złością i żalem – strach. Bo co, jeśli wcale nie miał już do czego wracać? Gdyby faktycznie poszedł do Kayi i okazało się, że zrobił to tylko po to, by dowiedzieć się, że on ma już kogoś innego, że naprawdę było już dla nich za późno? Może to dlatego ich kontakt urwał się w taki sposób i młodszy po prostu już się nie odezwał? Musiał mieć kogoś innego. Po tym wszystkim, co ich łączyło!
Na samą myśl złość wybuchała w Kamijo na nowo jeszcze gwałtowniej, tłumiąc wszystko inne – i tak koło się zamykało. Oprócz tego miał też inne sprawy i problemy, które odwracały jego uwagę od sypiącego się lub już całkiem zniszczonego związku. Przejście z Versailles na major wiązało się ze sporą dawką nerwów, pracowali od rana do późnej nocy, a te trzy godziny, które mu w międzyczasie zostawały, wykorzystywał na sen w pierwszym dostępnym miejscu, nie mając już zwyczajnie siły o czymkolwiek myśleć. Jeden tydzień gładko przechodził w kolejny, nie zostawiając czasu, by choćby obejrzeć się za siebie i policzyć, od kiedy właściwie znowu może nazywać się singlem… I wtedy było mu to już zupełnie obojętne.
Nie wiadomo kiedy przyszedł sierpień i nagle cały świat runął. Kiedy Jasmine przez wzgląd na swoje pogarszające się zdrowie był zmuszony zrobić sobie przerwę w działalności z zespołem, mimo lęku o niego nikt nie chciał nawet dopuszczać do siebie myśli o najgorszym – i chociaż z rosnącą rozpaczą obserwowali, jak basista z dnia na dzień słabnie, jego odejście było najcięższym szokiem, jaki kiedykolwiek przeżyli. Na długi czas ich życie stało się koszmarnym snem, rozpoczynającym się na nowo z każdym przebudzeniem bez możliwości ucieczki i jeśli cokolwiek miało kiedykolwiek jakieś znaczenie, właśnie wtedy je utraciło. Został tylko potworny ból i pustka bez dna, ciemność bez odrobiny światła czy nadziei na przyszłość.
Do Kamijo nie docierało wtedy zupełnie nic z zewnętrznego świata, więc kiedy pierwszy raz od dłuższego czasu zobaczył Kayę, nawet nic w związku z tym nie poczuł. Ledwo był potem w stanie go sobie przypomnieć; wyglądał chyba tak samo źle jak on, blady jak ściana, z podkrążonymi, zaczerwienionymi od płaczu oczami i drżącymi wargami. Jego policzki były mokre od łez, gdy przyciskając pięść do ust, z bezbrzeżną rozpaczą śledził wzrokiem białą strużkę dymku, unoszącą się powoli do nieba. Czy starszy żałował, że wtedy do niego nie podszedł, choćby tylko po to, by położyć mu dłoń na ramieniu i dać znak, że nie jest w tym bólu sam? Wiedział, że prawdopodobnie nawet nie byłby w stanie. Ledwo trzymał się na nogach, był prawie nieprzytomny.
Dużo czasu minęło, nim doszli do siebie na tyle, by podjąć decyzję, co robić dalej i wrócić do pracy – nieporzucanie wspólnych marzeń i kontynuowanie działalności było w końcu wszystkim, co mogli dla Jasmine zrobić. Pustka po nim na zawsze została jednak wśród nich. Nie byli już tymi samymi ludźmi, ale nie mogli też cofnąć czasu. Uczyli się żyć od nowa, jakkolwiek ciężko to bywało, nie mieli innego wyjścia. Przychodziły kolejne występy, sesje i teledyski, z których każdy długo jeszcze był nowym ciosem, kiedy byli tylko we czterech. Kolejne warstwy makijażu zasłaniały zmęczenie odbite na ich twarzach, misterne zabiegi sztabu stylistek pod toną podkładu i pudru zakopywały emocje. Łzy nie wydostawały się dłużej spod zasłon sztucznych rzęs i zmieniających spojrzenia soczewek, dobrze służyły zaczesywane na twarz włosy, a to, co zostawało, wpadało w ręce faceta od retuszu. Nie było to już zabawą; pierwszy raz w życiu, otoczony przez tłum ludzi na wszelkie dostępne sposoby przywracający jego wygląd do wyjściowego stanu, Kamijo czuł się jak lalka. Każdego ranka zmuszał się, żeby wstać z łóżka i wyjść z domu, niejednokrotnie ze łzami w oczach – dopiero po jakimś czasie przychodziło mu to już raczej automatycznie. Dzień mijał za dniem i jakoś ciągnęli wszystko dalej.
Czuł się pogodzony z wieloma niegdyś trudnymi sprawami. Kaya nie wrócił, a on uznał ich związek za część poprzedniego życia, które już się za nim nieodwracalnie zamknęło. Tęsknił za młodszym, owszem, ale tęsknił też za wieloma innymi rzeczami, do których nie dało się już wrócić. Przestał myśleć, że mógłby spróbować to naprawić. Cóż, nawet bez wiosny i bez słońca widać dało się żyć.
Nie związał się już z nikim innym. W pewien sposób go to odpychało; cała jego chęć do romansów nagle wyparowała, a jeśli już musiał na czymkolwiek się skupić, bezpieczniej, jeżeli była to praca.
Następne spotkanie z Kayą przytrafiło mu się dopiero w styczniu, na koncercie poświęconym pamięci Jasmine, gdzie i on miał gościnnie wystąpić. To był wyjątkowo ciężki dzień dla nich wszystkich, jednak Kaya znowu zdawał się wyglądać i zachowywać zupełnie tak, jak zawsze. Podczas swojego występu mówił nie mniej niż zwykle, kilka razy udało mu się nawet doprowadzić salę do śmiechu. Kamijo czuł do niego żal w związku z tym faktem; jak ktokolwiek mógł się w takiej chwili śmiać?! On sam przypominał raczej gradową chmurę przetaczającą się po backstage i unikał rozmowy czy jakiegokolwiek bliższego kontaktu z młodszym wokalistą. Dopiero długo później zrozumiał, że Jasmine prawdopodobnie chciałby, by nawet tego dnia się śmiali i by wspominali go wyłącznie z uśmiechem… A jeśli chodziło o Kayę, powinien widzieć, jak dobrze potrafił on ukrywać przed resztą świata swoje prawdziwe emocje.
Potem również widywali się już tylko jako znajomi muzycy, przy okazji innych wspólnych występów i tego typu wydarzeń. Według oficjalnej wersji dla swoich znajomych, którzy o ich związku wiedzieli, rozstali się w przyjaźni (bo przecież nie w gniewie) i było tak, jakby zawsze byli wyłącznie kolegami po fachu. A jednak tak naprawdę nic między nimi nie było już jak dawniej. Narastająca wrogość nie była może jawna, może nawet nie była do końca świadoma, ale nie byli już w stanie się jej wyzbyć i przynajmniej rozmawiać całkiem po przyjacielsku. Z pozoru prowadzili dyskusję w pełni uprzejmie, bywało, że niemal wesoło, ale zawsze przychodził moment, gdy między nimi wyrastała niewidzialna ściana. Jakiś bliższy kontakt, dawne ciepło czy sympatia zniknęły bezpowrotnie, zastępowane coraz silniejszą niechęcią. Unikali dotyku, unikali spojrzenia prosto w oczy, wypowiadane zdania urywały się, a odpowiedzi często ograniczały do skinięcia głową.
Kamijo jeszcze czasem jakby instynktownie próbował odnaleźć jakiś znak w oczach młodszego, ale szybko zorientował się, że uczucia Kayi znowu zostały przed nim zamknięte. Myślał, że go zna – a teraz nie widział w jego twarzy nic prócz urody. Pozostał na niej tylko staranny makijaż i delikatny, nie wyrażający niczego uśmiech, piękne oczy obrzucały go spod długich rzęs wyłącznie obojętnym spojrzeniem, jakby w ogóle go nie dostrzegały. Może naprawdę stał się dla niego tylko mało znaczącym kolegą, do którego uprzejmość nakazywała się czasem odezwać. Jego myśli czy emocje były całkowitą tajemnicą. Łącząca ich więź została zerwana.
Co się właściwie stało? Jakim cudem mogło do tego dojść, skoro wszystko tak pięknie się im układało, skoro byli przecież tacy szczęśliwi? Mijały miesiące, a Kamijo rozumiał coraz mniej, coraz mniej był też w stanie w ogóle z całej sytuacji odtworzyć. Żaden z jego poprzednich związków nigdy nie urwał się w ten sposób i za nic nie mógł sobie tego logicznie wytłumaczyć. Czy znaczyło to, że wcale nie kochał Kayi tak bardzo, jak sądził? Gdyby kochał, przecież nie pozwoliłby temu skończyć się tak bez słowa wyjaśnienia i nawet w najgorszym stanie nie byłoby mu to obojętne. Jego światopogląd był przez to zupełnie zrujnowany; jak można przyjąć tak obojętnie odejście osoby, na której mu przecież zależało? Więcej nawet, samemu się od tej osoby całkiem bez powodu odsunąć?
Widocznie musiało tak być, powtarzał sobie. Skoro mogło urwać się w taki sposób, i tak było bez szans na przyszłość. Zniszczyłby ich pierwszy kryzys, jeśli nie ten to kolejny. Czegoś im zabrakło, nie byli dla siebie. Po prostu musiało tak być.
Powtarzał to sobie z takim uporem, że w końcu w pełni w to uwierzył.
I tylko trochę wciąż było mu żal tamtych dni, i tylko czasem głos Kayi – w radiu i w jego głowie – nadal go prześladował. Niemal w panice wyłączał odbiornik, kiedy słyszał w nim jego utwór, odwracał wzrok od plakatów promujących nowy singiel, a na zdarzających się czasem wspólnych koncertach chował się w garderobie, nie chcąc jego występu choćby przypadkiem zobaczyć czy usłyszeć. Mimowolnie zastanawiał się, który z jego nowych i jak zawsze przerażająco smutnych tekstów mógł o nim opowiadać, każdy wydawał się gorszy i bardziej przygnębiający, a z drugiej strony bolesna była też myśl, że nie był dla niego wystarczająco ważny, by zapisać się w jakimkolwiek. Z całą pewnością miał już kogoś innego – w końcu zawsze kręciło się wokół niego wielu mężczyzn, jakby tylko czekając na jeden gest, który oznajmiał im, że mogą się zbliżyć. Nie dało się go nie kochać, nie dało się nie chcieć mieć go przy sobie w możliwie jak największej dawce. Kamijo był co do tego w pełni przekonany.
A teraz przybył tutaj i zobaczył go – Kaya był całkiem sam. Nie miał mu nawet kto szklanki wody podać ani dłoni do czoła przyłożyć. Odwrócił się do ściany, kiedy starszy kazał mu wskazać, do kogo ma w zastępstwie za niego zadzwonić, przygarnął kota, żeby mieć wieczorami jakieś towarzystwo. Siedząc przy jego łóżku, Kamijo miał przed sobą osobę smutną, zmęczoną, nawet zrezygnowaną. Nie mógł w to uwierzyć; czy to możliwe, że się pomylił?

Gdy wrócił do domu, cały dzień spędził, snując się bez celu. Zaplanowany wolny tydzień już minął, jednak jego telefon milczał jak zaklęty; tak, jak zespół całkiem zapomniał o jego istnieniu. Nawet menadżer nagle nie miał żadnej nie cierpiącej zwłoki sprawy, która wymagała od niego stawienia się w wytwórni w przeciągu godziny bez względu na to, czy znajdowałby się akurat na wakacjach na Alasce czy w szpitalu z połamanymi nogami i rękoma. Nagle stało się to bardzo irytujące. Na domiar złego, zupełnie nie mógł się na niczym skupić; aż do wieczora kręcił się po domu, przeglądał bezmyślnie swoje służbowe notatki i korespondencję, zaczynał coś pisać i zostawiał w połowie, bo zdania zupełnie nie chciały ułożyć się mu w sensowną całość. Rozpraszał się co parę minut, denerwował nawet stukaniem klawiszy i zatrzaskiwał laptopa tylko po to, by z braku innego zajęcia zaraz znowu go otworzyć. W końcu po którymś z kolei trzaśnięciu odepchnął go od siebie na przeciwną stronę biurka, po czym skrzyżował ramiona na blacie i ukrył w nich głowę. W międzyczasie wybiła dwudziesta, a on nie miał ani zajęcia, ani ochoty na sen, ani w ogóle na cokolwiek poza… Nie, to kompletnie idiotyczne!
Długo siedział tak, walcząc z emocjami. Pół godziny musiało minąć, nim niespodziewanie energicznie wstał, wyszedł z pokoju, założył buty i zgarnąwszy jeszcze po drodze z szafki kluczyki do samochodu, opuścił mieszkanie, dosyć głośno zamykając za sobą drzwi.
Z początku miał teoretyczny zamiar pojechać do wytwórni (wpadło mu to do głowy gdzieś w połowie schodów) i rozejrzeć się, co się dzieje – wiele osób pracowało tam niemal całą dobę – jednak szybko zorientował się, że wcale nie ma ochoty z nikim rozmawiać, wymieniać sztucznych uśmiechów i wymuszonych ukłonów, więcej – to, co się tam dzieje, w ogóle go nie interesuje. Przez kilka minut jeździł w kółko… I nim zdążył się zorientować, znowu znalazł się pod znajomym apartamentowcem, który ledwo parę godzin temu opuścił. Wyszedł z samochodu, mierząc budynek wzrokiem jak jakiegoś nieznanego przeciwnika – po czym nagle ruszył szybko w stronę wejścia. Klnąc w myślach na to, co w ogóle wyczynia i wyklinając od najgorszych wszystkich i wszystko, co tylko wpadło mu w oczy, wjechał windą na górę. Kiedy stanął pod drzwiami – wcale nie chciał, ale nogi nadal uparcie prowadziły go w tamtą stronę – miał ochotę kilkakrotnie uderzyć w nie głową, ale uznał to za mało cywilizowaną opcję i po kilku sekundach nasilonych przekleństw zdecydował się po prostu zapukać w nie wierzchem palców.
Nie otrzymał odpowiedzi. Kolejną chwilę stał w miejscu, zdezorientowany; chyba Kaya nie wyszedł z domu w takim stanie? Zwłaszcza, że było już po dwudziestej pierwszej, swoją drogą raczej mało odpowiednia pora na wizyty… Potrząsnął ze zdenerwowaniem głową i zapukał jeszcze raz, a potem niby przypadkiem nacisnął lekko klamkę. Drzwi ustąpiły. No, to teraz naprawdę nie miał innego wyjścia, jak tylko iść dalej.
W mieszkaniu było ciemno, tylko z drugiego końca korytarza, gdzie znajdowała się sypialnia, dochodziło trochę światła. Kamijo po cichu zdjął buty i niemal na palcach zaczął iść w tamtą stronę. Tylko sprawdzi, czy Kaya dobrze się czuje; czyż nie po to tu przyjechał? Tylko i wyłącznie po to.
Młodszy wokalista leżał w łóżku niemal dokładnie w takiej samej pozycji, w jakiej Kamijo zastał go, przychodząc drugiego dnia. Na brzuchu, obejmując poduszkę, która razem z włosami przysłaniała mu większość twarzy. Czarny kot chodził mu po nogach, ale on zupełnie nie zwracał na to uwagi. Drgnął dopiero, gdy Kamijo zbliżył się do łóżka i przyklęknął przy nim. Zamrugał nieprzytomnie, a na jego ustach pojawił się niewyraźny uśmiech.
- Wróciłeś – ni to zapytał ni stwierdził cichym głosem.
- Chciałem sprawdzić, jak się czujesz. – Kamijo czuł dziwną mieszaninę ulgi i zaniepokojenia. Kaya znowu nie wyglądał najlepiej… Ale nie mógł nie cieszyć się, że nie powitał go zmarszczonym brwiami i pytaniem z rodzaju ,,zapomniałeś czegoś?”. Mimo wszystko kamień spadł mu z serca. Lekko dotknął czoła młodszego. – Znowu gorzej?
- Chyba po prostu brakuje mi powietrza. To już prawie tydzień, odkąd w ogóle nie wychodzę z domu.
Kamijo myślał nad tym przez chwilę, patrząc na niego i machinalnie nawijając kosmyk jego włosów na palec.
- Może jest coś, co dałoby się z tym zrobić.

- Jesteś wariatem! – śmiał się Kaya pięć minut później, mocniej obejmując starszego za szyję.
- Wiem o tym, ale ciii… Jeszcze obudzisz sąsiadów – odparł Kamijo z rozbawieniem, ostrożnie schodząc po schodach klatki. Niósł Kayę na rękach, owiniętego kocem i śmiejącego się nieprzerwanie, teraz zasłaniając usta dłonią.
- Mogłeś chociaż dać mi się ubrać!
- Nie byłoby wtedy takiej zabawy. – Uśmiechnął się szerzej, obracając się i popychając ramieniem drzwi. Wyszli na zewnątrz, a starszy bez wahania skręcił w chodnik prowadzący za blok.
- Czuję się jak bardzo dziwna panna młoda. Nie jest ci ciężko?
- Bardziej bym się bał, że mi cię wiatr porwie, uwzględniając twoją wagę.
- Och, przesadzasz.
- Nie moja wina, że masz posturę nastoletniej dziewczynki.
- Wcale nie mam! I dobrze o tym wiesz.
- W sumie zdarzają się dziewczynki bardziej rosłe niż ty.
- Drażnisz się ze mną, prawda?
Zaśmiał się.
- Nie, jakbym śmiał! No, już.
Dotarli na miejsce; na drewnianą, kilkuosobową huśtawkę na niedużym placu zabaw za budynkiem, między drzewami z idealnym widokiem na niebo. Kamijo umieścił na niej Kayę i sam usiadł obok, pomagając mu wygodniej ułożyć koc. Był boso, w samym podkoszulku, więc musiał czuć się dosyć zabawnie.
- I jak, lepiej się tutaj czujesz?
- Zdecydowanie. – Uśmiechnął się, opierając o niego ramieniem. – Od razu inaczej mi się oddycha.
Noc była niemal tak samo ciepła jak dzień. Prawie nie było wiatru, w trawie głośno grały świerszcze. W oknach bloku paliło się jeszcze wiele świateł, ale plac był pusty i cichy. Niebo nad nimi było całkiem czarne, bezchmurne, niewyraźnie migotało na nim kilka gwiazd.
- Najładniejsze są w sierpniu – powiedział Kaya, a jego głowa spoczęła na ramieniu Kamijo. – Szkoda, że nie choruję dłużej.
- Głupi – mruknął starszy z rozbawieniem. – Musisz wyzdrowieć jak najszybciej! Dużo osób na pewno za tobą tęskni.
Wzruszył lekko ramionami. Przez kolejne parę minut milczeli, obaj wpatrzeni w niebo, praktycznie bez ruchu.
- Myślisz, że on tam jest? – spytał nagle Kaya cicho.
Kamijo odwrócił głowę, spoglądając na niego; nie odrywał wzroku od gwiazd nad nimi.
- Zawsze o tym myślę, kiedy patrzę w niebo. Zwłaszcza nocą… On przecież tak kochał niebo nocą.
Wypowiedzenie czegokolwiek stało się nagle bardzo trudne. Nim Kamijo zdążył cokolwiek z siebie wydusić, Kaya odezwał się znowu.
- To już prawie rok, prawda? I od tamtej pory wciąż się zastanawiam, czy on naprawdę może nas jeszcze zobaczyć… Tam, gdziekolwiek jest. Czy wie, jak bardzo nam go brakuje.
- Nie ma dnia, żebym o tym nie myślał. – Kamijo także na powrót utkwił wzrok w niebie. – Każdego dnia, przez cały ten rok… I cały czas muszę sobie powtarzać, że naprawdę już się nie spotkamy na tym świecie. Że to nie jest jakiś przejściowy stan ani żaden okropny sen… I cały czas nie mogę w to tak do końca uwierzyć. Kiedy to sobie uświadamiam, kiedy próbuję, to tak, jakby grunt znowu osuwał mi się spod nóg. I znowu całkiem tracę równowagę. – Westchnął ciężko, zamykając oczy. Kaya bez słowa dotknął lekko jego dłoni, pokrzepiającym gestem kładąc na niej własną. – Od tamtej pory wszystko stało się takie puste.
Mimo wszystko czuł dziwną ulgę, mówiąc mu o tym… Choć może bardziej niż ze słowami, miało to związek z ciepłą dłonią dotykającą jego dłoni. Milczeli przez chwilę, nim dodał:
- Czasem czuję się winny, że tak niewiele dla niego zrobiłem, kiedy jeszcze miałem szansę.
- Przecież wiesz, że nie mogłeś zrobić nic więcej. – Kaya obrócił się w jego stronę, mocniej ściskając jego rękę. Ich palce splotły się niemal bezwiednie. – Ja też chciałbym… Nawet nie miałem szansy się z nim pożegnać, wiesz? Ostatni raz rozmawialiśmy przez telefon, składał mi życzenia urodzinowe i powiedział… Mówił, że czuje się dobrze. I że się spotkamy, kiedy wyjdzie. I po prostu… Po prostu nigdy go już nie zobaczyłem. – Spojrzał na niego. – Wiesz, jakie to uczucie? Stracić kogoś w ten sposób?
Kamijo milczał.
- To był też mój przyjaciel – dodał Kaya, znowu opierając głowę na jego ramieniu. – To także dla mnie był ogromny cios, myślę, że nie przeżyłem tego lżej niż wy. I ja też nadal, każdego dnia, okropnie za nim tęsknię… Budzę się i zasypiam z tą samą myślą. Tego się nie da ugasić czy załagodzić. Nie umiem się pogodzić z tym, że to się skończyło tak szybko… Brakuje mi nas wszystkich z tamtych czasów. Wtedy wszystko było lepsze, łatwiejsze, my byliśmy tacy szczęśliwi. Cały świat był u naszych stóp, a potem… Po prostu w jednej chwili runął. A my… Już nawet wcześniej, kiedy Jasmine jeszcze był z nami, wszystko się zmieniło. Wy, ja, Juka… Niby nadal jesteśmy przyjaciółmi, ale tak naprawdę każdy poszedł w swoją stronę. – Ponownie podniósł głowę, żeby na niego spojrzeć. – Co się z nami stało, Kamijo?...
- Nie wiem – odpowiedział starszy po chwili ciszy. – Nie umiem ci odpowiedzieć.
- Powinniśmy być wtedy razem. Nawet, gdybyśmy mieli tylko płakać.
- Już za późno, żeby to zmienić.
Kaya westchnął lekko i zamilkł. Przez kolejne parę minut obaj bez słowa patrzyli w niebo. W międzyczasie młodszy wysunął rękę spomiędzy palców Kamijo, poprawiając na kolanach koc i machinalnie gniotąc jego brzeg w obu dłoniach.
- Jest tyle rzeczy, w które możemy wierzyć – dodał blondyn po długiej chwili ciszy, nie patrząc na niego. – Że poszedł do Nieba i stał się aniołem, że patrzy na nas z góry albo wciąż jest wśród nas, nawet jeśli nie możemy go zobaczyć. Że czuwa nad nami i pewnego dnia trafimy do miejsca, gdzie spotkamy się znowu… Albo że po prostu wrócił na swoją rodzinną planetę czy też odrodził się jako delfin, tak jak zawsze chciał. To wszystko… Tak naprawdę jest tylko dla nas, prawda? Żeby było nam chociaż trochę lżej. Nie wiemy, co jest po drugiej stronie, jeśli takowa w ogóle istnieje, ale po prostu to za bardzo boli, pomyśleć, że zniknął bezpowrotnie, rozpłynął się w powietrzu i nigdzie go już nie ma. Ale fakty są tylko takie, że nie ma go z nami teraz… I już nigdy tutaj nie będzie. – Przerwał na chwilę. – To prawda, że jakaś część nas odeszła razem z nim – dodał potem. – Ale my jesteśmy tu i musimy żyć dalej.
- Wracajmy już do domu. – Westchnął Kaya po kolejnej chwili milczenia. – Chyba jednak chce mi się spać.
Kamijo skinął głową, wstając z miejsca. Młodszy zeskoczył z huśtawki zaraz za nim.
- Sam pójdę. – Uśmiechnął się lekko. – To tylko kawałek po trawie.
Nie rozmawiali w drodze powrotnej, w takim samym milczeniu weszli też na górę. Za drzwiami Kaya ruszył prosto do łazienki, a Kamijo po chwili wahania wszedł do salonu. Otworzył okno na oścież i oparł się o parapet, nerwowym ruchem zapalając wyjętego z kieszeni papierosa. Zbliżała się dwudziesta trzecia i wiedział, że powinien wracać do domu. Właściwie mógł nawet nie iść już z Kayą na górę, ale jakoś nie zdobył się, by skręcić w stronę samochodu. Idiotyczne, stwierdził, dmuchając dymem gdzieś w ciemność za oknem i z irytacją stukając palcami jednej dłoni w parapet.
Zaraz potem strącił niedopałek na zewnątrz i ciężkim krokiem przeniósł się na najbliższy fotel. Zaraz pójdzie, oczywiście, musiał tylko… Usiąść, na chwilę. Jakby nie patrzeć, to głupie wychodzić tak bez pożegnania, jakby miał coś na sumieniu albo o coś się na Kayę gniewał. Taak… Tylko dlaczego tak się denerwował? Przecież nie miał najmniejszego powodu.
Odetchnął ciężko i oparł się o stół na łokciach, podpierając na dłoniach podbródek i zamykając oczy.
Ciche kroki przerwały jego bitwę z myślami. Podniósł głowę; Kaya stał w progu, wciąż ściskając w rękach koc i patrząc na niego lekko rozszerzonymi oczami. Był blady, wahał się jeszcze chwilę, nim powiedział w końcu:
- Nigdy nie chciałem, żebyś odszedł. – Mimo wszystko jego głos brzmiał pewnie i spokojnie. – Myślę, że powinieneś to wiedzieć. – Po czym uśmiechnął się smutno i skinąwszy mu lekko głową na pożegnanie, odwrócił się i poszedł w kierunku swojej sypialni.
Kamijo został na fotelu, jeszcze przez parę minut wciąż w patrząc na miejsce, w którym zniknął.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Tsubuku
Organizator J-rock Festival


Liczba postów : 300
Join date : 27/07/2011
Age : 19
Skąd : Warszawa.

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Pią Lip 29, 2011 12:08 am

....zrobiłam sobie wprawkę przed zamiarem wstawienia czegoś swojego i nie mogę się otrząsnąć. bożekochanyjaktywspanialepiszesz!! pomijając oczywiście to, że twoja jedna część jest takiej długości, jak moje kilka części. takie to naturalne, wszystko, co Kamijo czuje, trochę jak jakieś kilka dni wyciągniętych żywcem z pamiętnika. dużo opisów, czyli dokładnie tak jak lubię. mmm, trafiam do nieba, czytając twoje ficki!

Cytat :
- Zostaje tylko się cieszyć, że nie mieliśmy szans spłodzić dzieci… Po roku nadal byłoby tylko ,,chodź, dziecko” i ,,jedz, dziecko”.
to mnie powaliło na łopatki. gdy wyobraziłam sobie taką sytuację, przez dobrych kilka minut nie byłam w stanie zrobić nic innego od śmiania się, w półleżącej pozycji na biurku.

Cytat :
- Jest tyle rzeczy, w które możemy wierzyć – dodał blondyn po długiej chwili ciszy, nie patrząc na niego. – Że poszedł do Nieba i stał się aniołem, że patrzy na nas z góry albo wciąż jest wśród nas, nawet jeśli nie możemy go zobaczyć. Że czuwa nad nami i pewnego dnia trafimy do miejsca, gdzie spotkamy się znowu… Albo że po prostu wrócił na swoją rodzinną planetę czy też odrodził się jako delfin, tak jak zawsze chciał. To wszystko… Tak naprawdę jest tylko dla nas, prawda? Żeby było nam chociaż trochę lżej. Nie wiemy, co jest po drugiej stronie, jeśli takowa w ogóle istnieje, ale po prostu to za bardzo boli, pomyśleć, że zniknął bezpowrotnie, rozpłynął się w powietrzu i nigdzie go już nie ma. Ale fakty są tylko takie, że nie ma go z nami teraz… I już nigdy tutaj nie będzie. – Przerwał na chwilę. – To prawda, że jakaś część nas odeszła razem z nim – dodał potem. – Ale my jesteśmy tu i musimy żyć dalej.
ten fragment mnie chwycił za serce i nie chce puścić. bo to jest takie ładne, takie prawdziwe i szczere. przyznam się bez bicia, że ten wycinek przeczytałam kilka razy z rzędu i coraz lepiej do mnie trafia.

no i końcówka... już nie mogę się doczekać dalszej części, jestem cholernie ciekawa tego, co Kamijo zrobi dalej. i jak zareaguje Kaya na jego czyny. mam nadzieję, że to, co napisałam jest składne chociaż w najmniejszym stopniu, bo ja naprawdę wciąż nie mogę wyjść z szoku, wybacz. OwO''

i jeszcze jedno. przez twoje ficki automatycznie bardziej polubiłam Kamijo. nie żebym wcześniej za nim nie przepadała, ale przez ten charakterystyczny, podniosły styl Versailles i ich kilka teledysków, które w życiu obejrzałam, nie wydawał się być zachęcający. a teraz można powiedzieć, że zaczęłam uznawać go za człowieka. XD
Powrót do góry Go down
Oreiteia
Yuki-chan


Liczba postów : 1262
Join date : 30/01/2011
Age : 22
Skąd : Lidzbark Warmiński

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Pią Lip 29, 2011 1:50 pm

Uwielbiam Twoje ficki, Shadow. Ale to już wiesz, powtarzam Ci to chyba w każdym komentarzu.
Podobał mi się ten tekst o dziecku. Tak jak wspomniała, Tsu. Śmiałam się, zgięta w pół...
Potem... Potem napisałaś o Jasminie i... Od jakiś 20 minut nie mogę przestać płakać.
Naprawdę wspaniale opisujesz te emocje, przemyślenia. Albo to ja jestem tak aż za bardzo wrażliwa na temat śmierci.

Nie mogę się doczekać kolejnej części. Życzę Ci, by chciało Ci się to przepisywać, a chęć do pisania ficków nie minęła ^ ^
Za każdym razem gdy coś publikujesz skaczę po domu z radości, tuląc moją Paskudę.

I nie krzywdź Kamijo i Kayi w fickach. Wspominałaś, że chciałaś dla odmiany to zrobić... Na tym świecie nie często spotyka się szczęśliwą miłość, niech chociaż w opowiadaniach jest inaczej. To daję mi wiarę w lepsze jutro.

Jak zwyklę pieprzę głupoty. Weny życzę. Duuuużo weny. Tobie się może przydać Cute
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Sro Sie 24, 2011 10:36 pm

Tsubuku! Yuki! Przepraszam, ze odpisuję tak późno, ale lepiej późno niż wcale, prawda?" Na wstępie dziękuję Wam bardzo, bardzo, gdyby nie Wasze komentarze nie wiem, czy bym się zmusiła, żeby przepisać cholerstwo do końca <3 Ale zanim do tego przejdę...
Tsubuku napisał:
przez twoje ficki automatycznie bardziej polubiłam Kamijo. nie żebym wcześniej za nim nie przepadała, ale przez ten charakterystyczny, podniosły styl Versailles i ich kilka teledysków, które w życiu obejrzałam, nie wydawał się być zachęcający. a teraz można powiedzieć, że zaczęłam uznawać go za człowieka. XD
O, ależ Kamijo jest bardzo ludzki! XD W Versailles gra swoją rolę, to prawda, że jak się ogląda ich teledyski ciężko ich sobie wyobrazić w normalnym życiu poza nimi, ale to tylko taki image, poza tym to bardzo fajni ludzie XD A Kamijo... Cóż, ciężko uznać za poważnego kogoś, kto potrafi wypieprzyć się na koturnach na środku hotelowego korytarza, spaść na tyłek z huśtawki na placu zabaw albo biegać po takowym, wożąc kolegę w taczce XDD Polecam poznać bliżej Versailles ^.~
Za resztę komentarza kłaniam się w pas w szczerym podziękowaniu, już nie będę rozwijać, bo mam mało czasu XD
Yuki napisał:
Potem... Potem napisałaś o Jasminie i... Od jakiś 20 minut nie mogę przestać płakać.
Naprawdę wspaniale opisujesz te emocje, przemyślenia. Albo to ja jestem tak aż za bardzo wrażliwa na temat śmierci.
Dziękuję, Yuki <3 Nie będę mówić, żebyś nie płakała, bo ja sama nie zwyłam się przy pisaniu tych fragmentach tylko dlatego, że robiłam to w szkole i wyglądałabym co najmniej dziwie, rycząc na korytarzu nad jakimś zeszytem, w każdym razie, to dla mnie też był ciężki fragment. Jakby nie patrzeć, ja też przeżyłam jego śmierć... I też jestem strasznie wrażliwa na tym punkcie, chyba najbardziej.
Za resztę tak jak wyżej, bardzo pięknie dziękuję, kłaniam się i na tym niestety muszę poprzestać, bo zostało mi 20min, żeby oblecieć z tym fickiem jeszcze trzy inne strony < / 3

No, ale do rzeczy.
Częśći: 3/3
Słów: 6930
Beta: Hiroki
Komentarz: Brrr x__X Nie wiem, jakim cudem w końcu się zabrałam za przepisywanie tego do końca, w ostateczności kierowała mną chyba bardziej nuda niż cokolwiek innego... I jeszcze chyba nigdy natężenie przekleństw płynących w międzyczasie nieskrępowanym strumieniem z moich ust, jak i ilość innego rodzaju wyrażających dezaprobatę gestów, nie były tak duże. Nigdy więcej odkładania skończonego ficka do przepisania na 'kiedyśtam'! Zwłaszcza, kiedy rating jest taki a nie inny. Przepisywanie było chyba bardziej męczące niż pisanie tego .^. (za co część winy ponosi też moje piękne i wspaniałe pismo, którego po takiej przerwie od skończenia, gdzie jeszcze na początku mniej więcej pamiętam, gdzie co było, nawet jak nie mogę rozczytać, to po takiej przerwie serio miałam miejscami poważne problemy. Pozdrowienia dla pisania na kolanie w pozycji półleżącej i w świetle z latarki). Mam nadzieję, że w ogóle jeszcze ktoś pamięta, na czym stanęły części poprzednie..."
I wiem, że zrzędzę strasznie, ale tak mnie to zmęczyło, że pierwszy raz nawet nie zmusiłam się, żeby jeszcze raz zbetowany tekst przeczytać. Liczę, że Hiro zrobiła z tym, co było w jej mocy i przy tym zostanę, bo mam tego stwora już po dziurki w nosie, dziękuję <3
~~

Nie wrócił tej nocy do domu. Właściwie całą spędził w tym samym miejscu, siedząc na podłodze na balkonie Kayi, wpatrując się w noc i wypalając kolejne papierosy, jeden za drugim, zupełnie nie zwracając uwagi na upływające godziny. Zza okna, za którym znajdowała się sypialnia i które wychodziło akurat na balkon w pewnym momencie zdawało się dochodzić coś, co brzmiało jak szloch, ale równie dobrze mogło to dochodzić z zupełnie innej strony i wcale płaczem nie być. Minęła pierwsza, druga, o trzeciej papierosy skończyły się, a wokół zaczęło rozjaśniać. Ptaki ćwierkały jak szalone, a niebo robiło się coraz bardziej niebieskie, choć daleko było jeszcze do wschodu słońca. Kamijo ani razu nawet nie ruszył się z miejsca, nie przeszkadzała mu twarda podłoga ani chłód. Zgniatał w dłoni pustą paczkę po papierosach, patrząc cały czas w jeden, przypadkowy punkt gdzieś przed sobą.
Jedno wypowiedziane na odchodnym zdanie wystarczyło, by do jego głowy powróciły tysiące myśli, tysiące wspomnień, tysiące niezadanych nikomu pytań i nieprowadzących do nikąd rozważań. Wszystko, do czego na przestrzeni ostatnich miesięcy doszedł, co sobie wytłumaczył i czego się trzymał, nagle stało się odległe i niejasne jak sen. ,,Nie chciałem, żebyś odszedł” – raz za razem powtarzał sobie te słowa, jakby wciąż próbując zrozumieć ich sens, przypominał sobie ton głosu, którym zostały wypowiedziane, towarzyszące im spojrzenie i smutny uśmiech, gdy Kaya się odwrócił. Co to znaczyło – nie chciałem? Kamijo też nie chciał, nie planował, nigdy nawet o tym nie myślał, a mimo to stało się. ,,Już za późno, żeby to zmienić”, powiedział, a on bez słowa cofnął rękę. Nie dało się zawrócić, wiedzieli o tym obaj. Wszystko się zmieniło i musieli jakoś żyć z tym dalej.
A z drugiej strony… Z drugiej strony przecież wciąż były te przeklęte noce bez chwili snu, gdy wszystko wydawało się nagle jakieś obce i nie takie, jak powinno być, gdy upływ czasu stawał się przerażający, a on nie wiedział, jak znalazł się tutaj, w tej chwili, jak stracił o wiele więcej, niż to, na co nie miał wpływu. Uczucia, które go dopadały, głupie, sprzeczne i nieuzasadnione, wszystkie głupie ucieczki i uniki, urywające się zdania i zamierające na ustach uśmiechy. To, jak nie wiedział czasem zupełnie, do kogo ma więcej żalu, do niego czy do siebie – może tylko do siebie? I desperacka potrzeba, by cofnąć bezlitosny czas, choćby o kilka miesięcy, gdy być może była jeszcze szansa cokolwiek uratować. Ta obojętność, której nie był w stanie sobie wmówić i ,,żałuję” cisnące się do głowy przy każdej okazji. Ostatnie dni, przepełnione nieoczekiwanie silnymi emocjami, drobnymi gestami, przed którymi nie mógł się powstrzymać i myślami, które nieustannie wyrzucał z głowy. I w końcu – to, że wciąż był tutaj, choć już od dawna nie powinien, że zastanawiał się nad rzeczami, o których już dawno miał nie myśleć.
,,Co się z nami stało, Kamijo?”
,,Nie wiem. Nie umiem ci odpowiedzieć”.
Z pewnością było to coś złego i niszczącego. Nie chodziło o to, że ich uczucia się wyczerpały; w jakiś sposób po prostu stracili siebie z oczu. To nie miało też nic wspólnego z tym naturalnym końcem związku, gdy obie strony rozstają się, bo nie mają już przed sobą żadnych wspólnych perspektyw. Nie powinno tak się stać. Ale skoro stało się, to czy mogli mieć jakąkolwiek nadzieję na przyszłość? Minął prawie rok, wszystko się zmieniło. Rok… Obiektywnie może wcale nie było to tak dużo, ale w ich świecie wszystko wywróciło się wtedy do góry nogami. Pozrywało więzy, poprzestawiało wartości i zmieniło ich w innych ludzi. Przepaść jak Rów Mariański, niemal Apokalipsa.
Westchnął ciężko, kręcąc z rezygnacją głową.
Wybiła czwarta, było już niemal zupełnie jasno. W świetle brzasku dostrzegł jeszcze jednego papierosa, który najwyraźniej wypadł z paczki i teraz leżał na balkonowych płytkach porzucony, ale jeszcze całkiem zdatny do użytku. Kamijo zapalił go bez wahania, jednak wypalić zdążył tylko do połowy, bo wtedy nagle drzwi balkonu skrzypnęły cicho, a zza progu wychyliła się szczupła postać, niemal całkiem niknąca pod grubym kocem zarzuconym na ramiona. Kaya wyglądał gorzej niż poprzedniego wieczora; być może to przez błękitnawą poświatę poranka, jednak jego cera wydawała się niezdrowo blada, włosy wręcz nieludzko potargane, a zmrużone oczy opuchnięte. Patrzył na niego przez kilka sekund.
- Nie pal – powiedział w końcu ochrypłym głosem, siadając ciężko obok niego na podłodze.
Kamijo posłusznie zgasił papierosa i bez słowa cisnął go gdzieś za barierkę. Na to młodszy uśmiechnął się lekko, podciągając kolana pod brodę i opierając się o jego ramię, drugą ręką zarzucił mu część koca na kolana. Dłuższą chwilę siedzieli tak w milczeniu, obserwując dozorcę, który właśnie wyszedł z sąsiedniej klatki schodowej i zaczął zamiatać chodnik. W panującej ciszy wydawało się to wyjątkowo głośną czynnością, a oprócz tego słychać było tylko ćwierkanie ptaków i odległe szczekanie jakiegoś psa.
- Pachniesz jak stara popielniczka – mruknął Kaya, przymykając oczy, a Kamijo parsknął krótkim śmiechem. Może tak naprawdę wciąż byli dokładnie tacy sami…
Objął go ramieniem i przyciągnął lekko bliżej siebie. Nie protestował, układając się przy nim wygodniej i nie narzekając już na zapach znienawidzonych papierosów, oparł czoło o jego szyję. Był dużo cieplejszy niż koc, Kamijo słyszał jego głośny oddech i czuł lekkie drżenie ciała.
- Źle się czujesz? – spytał łagodnie, dotykając ustami jego włosów.
- Chyba tak – odparł prawie bezgłośnie. – Znowu… Zaczyna mnie boleć głowa. Gniewasz się?
- Nie… Może za szybko odstawiliśmy leki. Zaraz zmierzę ci temperaturę.
- Za chwilę.
Skinął głową i znowu przez parę minut milczeli, trwając w tej samej pozycji. Dozorca zamiótł już całą długość chodnika i zawrócił do klatki schodowej, jednak wkrótce wyszedł z niej jeden z sąsiadów i pogwizdując jakąś skoczną melodię, ruszył w stronę samochodu. Szum aut z ulicy również stawał się wyraźniejszy, jednak dopiero kiedy między gałęziami zaczęło przebijać się słońce, rażąc w oczy, zdecydowali się odsunąć od siebie i wstać. Kamijo przyszło to z trudem po całej nocy spędzonej na siedzeniu w tym samym miejscu, ale w końcu obaj weszli z powrotem do salonu.
- No to co? – zagadnął starszy, siląc się na wesoły ton. – Herbata i stały zestaw leków?
- Chyba nie ma innego wyjścia. – Kaya odwzajemnił uśmiech nieco niewyraźnie. – Ja to nawet normalnie zachorować i wyzdrowieć nie potrafię – dodał z westchnieniem, odwracając się ku swojej sypialni.
Kamijo wzruszył bezradnie ramionami.

- …i zdecydowałem, że nazwę go Goma. To ładne imię, nie uważasz? Było jednym z pierwszych, jakie przyszły mi do głowy, a tak podobno lepiej, niż dłużej kombinować i wymyślać… Chociaż dostałem naprawdę dużo propozycji od fanów, w tylu różnych językach! Szkoda, że większości prawie nie da się wymówić.
- Goma jest ładne – przyznał Kamijo, oglądając termometr. – A ty znowu masz prawie trzydzieści dziewięć stopni. Takie skoki temperatury mogą świadczyć o nadkażeniu bakteryjnym… Nie wiem, co to dokładnie jest, ale nie brzmi zbyt przyjemnie, co?
- Och, nic mi nie będzie. – Kaya przerwał na chwilę głaskanie kota, który zwinął się w kłębek na jego kolanach, żeby spojrzeć na Kamijo. – Dasz mi więcej leków i przejdzie.
- I ty się dziwisz, że ja tu zostałem… Gdybyś leczył się sam, skończyłbyś w szpitalu na płukaniu żołądka.
- Jak zwykle przesadzasz. Obejrzymy później jakiś film?
- Kaya!
- No co?
- Masz trzydzieści dziewięć stopni! Powinieneś spać, a nie o filmach myśleć.
- Wyspałem się już za całe życie – odparł, na powrót zatapiając dłonie w miękkim futerku kota. – I mam ochotę na wszystko prócz leżenia w łóżku... No nie katuj mnie aż tak, będę przecież leżeć, tylko przed telewizorem – dodał ugodowo po chwili, widząc powątpiewającą minę starszego.
- A spróbujesz zasnąć przed końcem… Pójdę po gazetę i sprawdzę, co dzisiaj leci.
- Okej. – Uśmiechnął się, wychylając po kubek z herbatą.
Drogą eliminacji zdecydowali się na jakiś głupawy horror o zombie, jako kompromisowe połączenie filmu grozy z komedią. Oglądali, leżąc obok siebie na rozłożonej sofie i komentując tyle samo, co niegdyś przy podobnych okazjach. Jednak tym razem to Kamijo nie dotrwał do końca seansu; nieprzespana noc zrobiła swoje i na napisach końcowych obudził go chichot Kayi i jego palec, szturchający go między żebra. Nie miał już siły nawet się ruszyć czy odpowiedzieć jakoś sensowniej na docinki młodszego, więc tylko oddelegował go do sypialni, a sam zaraz zasnął z powrotem, w tym samym miejscu i tej samej pozycji.
Następnego dnia padł ten sam wyrok – trzydzieści osiem i siedem kresek. Kaya skwitował to kichnięciem w herbatę i stwierdzeniem, ze nawet dwa tygodnie trwać może, nim wszystkie objawy ustąpią - ,,też mam Internet w telefonie, wiesz, Kamijo”. Na jego argumenty, że raczej nie tyczyło się to gorączki i że na tym etapie już wskazana jest wizyta u lekarza, pozostał głuchy. W końcu starszy z rezygnacją pokręcił głową i postanowił nieco zmienić proporcje w przygotowywanych tabletkach.
Mimo kolejnych upływających dni, telefon Kamijo wciąż milczał. Stwierdził jednak, że wcale nie patrzy w ekran z nadzieją, a brak wiadomości przynosi mu nawet ulgę. Był odległy od jakichkolwiek myśli o pracy, nawet ukochany zespół zszedł na dalszy plan, ba – chwilowo zdawał się być odległy od jakichkolwiek myśli w ogóle. Parzył herbatę, wybierał nowy film na wieczór i było to niemal całą treścią jego życia.
Kaya wciąż spędzał większość czasu w łóżku, ale wróciła mu już jego normalna rozmowność (co, zdaniem Kamijo, świadczyło o rychłym wyzdrowieniu o wiele bardziej przekonująco, niż zaprzeczała utrzymująca się gorączka), rozmawiali zatem dosyć dużo. Jak się okazało, rok przerwy w ich znajomości odbił się tylko na tym, że obaj naprawdę mieli o czym mówić. Kayę bardzo interesował na przykład temat światowej trasy Versailles, więc starszy opowiadał mu szczegółowo o wrażeniach z niemal każdego odwiedzonego kraju; on również chciał zorganizować podobną, więc zadawał dużo pytań i ledwo był w stanie usiedzieć na miejscu przy wysłuchiwaniu odpowiedzi.
Poza tym były też rzecz jasna inne tematy, jeden gładko przechodził w kolejny i nie było widać ich końca. Może omijali tylko pewną ich grupę… A może wcale nie robili tego celowo. Kiedy mówili, wydawało się to naturalne i dopiero potem Kamijo orientował się, że nie zahaczyli nawet o własne, prywatne sprawy. I że ich ciała ani razu się nie zetknęły, nawet przy głupim podawaniu termometru.
Dopiero kiedy pod wieczór kładł się spać na kanapę – zaczynał już przyzwyczajać się do tego miejsca – miał czas, by się nad tym zastanowić. Z jednej strony czuł niebywałą ulgę, znowu rozmawiając z Kayą normalnie, to było jak wyrzucenie z siebie wielu od dawna tłumionych uczuć – a z drugiej, czy tego właśnie chciał? Powrotu do dawnej przyjaźni sprzed trzech lat, jakby między nimi nigdy nic więcej się nie wydarzyło? Czego by nie myślał i nie próbował sobie logicznie wytłumaczyć, nie mógł wyzbyć się uczucia niedosytu. Pod kocem było mu gorąco, wciąż przewracał się z boku na bok, nie mogąc znaleźć odpowiedniej pozycji, jakby to miało zniwelować poziom jego zdenerwowania i zaniepokojenia. Pierwszej nocy zasnął, bo był niewyspany; tej nie przychodziło mu to już wcale tak łatwo i nie wiadomo kiedy znalazł się, siedząc na brzegu kanapy i wpatrując w strugę światła wciąż dochodzącą z drugiego końca korytarza, z sypialni.
Jak długo można było robić wszystko przeciwko samemu sobie?
Wstał. Dosyć już tego; od tej pory niech się dzieje, co chce.

Na palcach wszedł do pokoju; źródłem światła okazała się być przysłonięta abażurem lampka nocna, która z nieznanej przyczyny nadal się paliła, zalewając pokój łagodnym, czerwonawym blaskiem. W półmroku drobna postać leżała zwinięta w kłębek pod kołdrą w ciemnoróżowe kwiaty. Nieświadomy lekkiego uśmiechu na ustach, zbliżył się do łóżka. Kaya spał. Dłuższą chwilę patrzył na jego spokojną twarz; rzęsy odcinające się na bladej skórze policzków, nieznacznie rozchylone usta, ciemne włosy rozsypane na poduszce wokół głowy. Palce zaciśniętej na brzegu kołdry dłoni drżały lekko. Kamijo zastanawiał się przez chwilę, czy cały czas ma gorączkę, potem kolejną jeszcze się wahał, stojąc nad nim, zanim w końcu zadecydował. Uniósł lekko kołdrę i ostrożnie ułożył się obok niego na materacu; Kaya nawet nie drgnął, kiedy objął go delikatnie ramieniem i przytulił lekko bliżej siebie. Emanował przyjemnym ciepłem, czuł na dłoni jego równy oddech i znajomy zapach skóry i włosów. Pod jego wpływem rozluźnił się całkowicie. Naciągnął na nich kołdrę i zamknął oczy, a trzy minuty później już spał.
Minęła najwyżej godzina, nim się obudził. W pokoju nic się nie zmieniło, nadal rozjaśniała go mała lampka, a za oknem było tak samo ciemno. Jak po chwili zauważył, Kaya również już nie spał. Czuł, że wtula się ciaśniej w jego ramiona, przysuwając do niego jak najbliżej i obejmując go jedną ręką za szyję. Nie otwierając oczu, uśmiechnął się i pogłaskał go po włosach.
- Śniłeś mi się, wiesz? – Usłyszał lekko zachrypnięty głos gdzieś z okolicy swojego obojczyka. – Obudziłem się… I wciąż tutaj jesteś.
Dopiero teraz Kamijo otworzył oczy. Przesunął się niżej, lekko oplatając rękoma jego talię i pochylając głowę, żeby na niego spojrzeć. Sklejone snem oczy patrzyły na niego niezbyt przytomnie, palce delikatnie nawijały na siebie końcówki jego włosów. Wpatrywali się w siebie dłuższą chwilę. Potem starszy uśmiechnął się nieznacznie i pochylił niżej, wtulając twarz we wciąż obejmujące go ramię. Przyciskając usta do zgięcia łokcia i głaszcząc lekko skórę, wyczuł przechodzący po niej dreszcz. Znacząc ją lekkimi pocałunkami, po chwili przesunął się wyżej, tak, że w końcu otarł się nosem o jego podbródek. Uniósł wzrok, patrząc na niego z uwagą; Kaya nie poruszał się, z przymkniętymi oczami czekając na jego krok, znieruchomiały nawet jego palce zaciśnięte we włosach starszego i tylko obejmując jego talię można było wyczuć jego niespokojny oddech. Nie protestował, kiedy w końcu Kamijo dotarł do jego ust, wciągnął powietrze, ale po chwili odpowiedział na pocałunek, mocniej otaczając jedną ręką jego szyję. Nie odrywając warg od jego ust, starszy obrócił go lekko na plecy i opierając się na łokciu, pochylił nad nim, drugą dłonią odgarniając mu do tyłu włosy. Przez kilka minut leżeli tak, całując się powoli, głęboko. Palce Kayi zaczęły wędrować po plecach Kamijo, paznokcie drażniły lekko skórę poprzez materiał podkoszulka. Po dłuższej chwili zsunął jedną dłoń niżej i podciągnął nieco materiał, opuszkami palców wodząc po nagiej skórze w okolicy jego talii. Zatrzymał rękę na kości biodrowej, tuż nad paskiem spodni i przerwał pocałunek, żeby spojrzeć mu w oczy. Starszy wokalista dostrzegł napięcie w jego wzroku, jednak chwytające oddech usta były zbyt przyciągające, więc tylko uśmiechnął się krótko i pocałował go ponownie, wsuwając rękę pod jego szyję, żeby nie pozwolić mu się odsunąć. Nie wyglądało jednak na to, by miał taki zamiar, znowu namiętniej odpowiadając na pocałunki, a jego dłonie bez dalszego wahania wsunęły się pod podkoszulek starszego, pożądliwym gestem przesuwając się z góry na dół po jego plecach. Kamijo czuł ten dotyk całym ciałem, aż westchnął w jego usta i po chwili podniósł się na łokciu, pozwalając mu ściągnąć materiał przez głowę. Kaya zrobił to szybko i odrzucił gdzieś na bok, wracając do przerwanego pocałunku i delikatnie przesuwając dłońmi po jego piersi. Wtedy jednak blondyn przeszkodził mu, łapiąc go za ręce i unieruchamiając je po obu stronach jego dłoni.
- Wiesz, co to znaczy? – spytał, patrząc mu w oczy. Wiedział, że to ostatnia szansa, żeby to zrobić, zbyt przyjemny i zbyt upragniony był ten dotyk, by mógł się później powstrzymać.
Obaj oddychali ciężko, ale zamarli tak na chwilę, nim Kaya odpowiedział z powagą:
- Mam nadzieję.
To wystarczyło Kamijo w zupełności. Puścił jego ręce i ujmując we własne jego twarz, wciągnął go w kolejny głębszy pocałunek. Niezbyt długi jednak, bo zaraz poczuł, że chce dodać coś jeszcze, więc niezbyt chętnie uwolnił go i przesunął się niżej, opierając czoło o jego szyję i czekając, co powie. Czuł jego dłonie wędrujące po jego ramionach, nim Kaya objął go za szyję i dopiero wtedy dodał, przysuwając twarz do jego twarzy i zbliżając usta do ucha:
- Trochę oszukiwałem – wyznał cicho, zatapiając jedną dłoń w jego włosach. – Nie jestem już chory. Od dwóch dni moczę termometr w herbacie, bo nie chciałem, żebyś znowu odszedł.
Normalnie Kamijo pewnie rozbawiłyby takie szkolne metody i fakt, że mimo wszystko tak skutecznie uszły jego uwadze. W pierwszej sekundzie miał ochotę zapytać, kiedy udało mu się to zrobić, ale niemal od razu uznał, że akurat to może zostawić na później – nie była to najważniejsza informacja w tym, co usłyszał. Dopiero po paru sekundach drgnął z miejsca, wsuwając ręce pod jego plecy i unosząc się lekko, żeby na niego spojrzeć. Kaya patrzył na niego niepewnie, zaciskając dłonie na jego ramionach o wiele mocniej, niż było to potrzebne.
- Głuptasie – powiedział starszy cicho. – Nigdy nie miałem zamiaru od ciebie odchodzić. Naprawdę ani przez chwilę tego nie chciałem.
Mimo wszystko poważna rozmowa nie była teraz dla nich priorytetem, ani przy obecnym stanie ich umysłów, ani tym bardziej w pozycji, w której tkwili. Te słowa zdawały się na tę chwilę Kayę uspokoić – na tyle, o ile rzecz jasna można teraz było tak powiedzieć. Drgnął pod nim nieco nerwowo.
- Nie rozmawiajmy teraz… dobrze? – spytał, nadal z lekko przyspieszonym oddechem. Znowu objął go mocniej za szyję, przyciągając do siebie tak blisko, jak tylko mógł i wtulając twarz w jego włosy. – Tęskniłem za tobą… I tak bardzo cię teraz potrzebuję.
- Jak ładnie powiedziane – stwierdził Kamijo z mieszaniną uznania i rozbawienia, ale nie dał mu szansy rozwinąć tego tematu i bez chwili wahania wrócił do jego warg, tym razem jednak pozwalając mu na przejęcie inicjatywy i poddając się jego pocałunkom. Gdy gorącym językiem niespiesznie pieścił wnętrze jego ust, sam niemal mimochodem sięgnął ręką pod kołdrę. Z zadowoleniem zarejestrował przechodzący młodszego dreszcz, kiedy odnalazł palcami jego uda i zaczął powoli głaskać delikatną skórę. Dopiero po dłuższej chwili rozchylił mu nogi jedną dłonią i przeniósł się na ich wewnętrzną stronę. Miękkie ciało było wilgotne od potu, napięte mięśnie drżały lekko i czuł pod ustami, jak jego oddech przyspiesza. Przez kilka minut umyślnie omijał najważniejsze miejsce, ale świadomy jego zniecierpliwienia, w końcu powoli – tak, by mógł przewidzieć jego intencje – przesunął dłoń na jego krocze. Znów z satysfakcją stwierdził, że był nie mniej podniecony niż on sam; czując, jak wygina się w lekki łuk, spazmatycznie wciągając powietrze, z początku lekko drażnił go przez materiał bielizny, nim w odpowiedzi na jego niemal nieme prośby, wsunął pod nią palce.
Kaya drżał pod wpływem dotyku, kopnięciem odrzucił na bok pościel, w którą zaplątały się jego nogi i która niekomfortowo kleiła się do mokrej skóry, jego dłonie wbijały się w plecy i kark blondyna, mimowolnie szarpiąc go lekko za włosy. Przygryzł usta prawie do krwi, więc Kamijo przerwał mu tę dosyć bolesną czynność nowym pocałunkiem, przysysając jego dolną wargę i pieszcząc ją językiem. Po paru minutach cofnął się jednak, także nieco już zniecierpliwiony, zabierając dłoń i chwytając go za rękę, żeby pociągnąć do siadu.
- Chodź tutaj – rozkazał, przyciągając go tak, by usiadł mu na kolanach. Łapał oddech, oszołomiony, więc nie protestował, tylko chwytając się dłońmi jego ramion i biernie pozwalając mu ściągnąć klejący się do jego ciała podkoszulek. Wzrok Kamijo przesunął się po jego ciele, a zaraz za nim podążyły też dłonie, śledząc gładką skórę. Był taki piękny; jeśli były w nim jakiekolwiek niedoskonałości, znikały zupełnie w ciepłym blasku lampy. Przyciągnął go bliżej i pocałował w szyję, najpierw tylko lekko, ale zaraz potem bardziej namiętnie, oplatając go ramionami w pasie i wodząc palcami po linii jego kręgosłupa. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie sypiał z nikim, odkąd się rozeszli; ewidentnie się starzeję, przyszło mu do głowy, ale w tej chwili niespecjalnie go to zmartwiło. Chciał tylko jego, tak cudowna była jego ciepła skóra, jego zapach, lekkie drżenie i ruch ciała pod wpływem przyspieszonego oddechu. Oszukiwał się, jeśli nie marzył o tej chwili od samego przybycia do jego mieszkania.
Kaya odchylił do tyłu głowę i zamknął oczy, przez chwilę po prostu pozwalając się całować, rozluźniony tak, że tylko ramiona Kamijo utrzymywały go w pozycji siedzącej. Dopiero po chwili delikatnie przesunął dłonie niżej po piersi i brzuchu starszego, muskając lekko napięte mięśnie. Przez chwilę wodził po nich leniwie jedną ręką, nim zahaczył palcami o pasek jego spodni i podniósł się nieco, żeby pochylić nad nim i pocałować go w ucho.
- Nie sądzisz, że i tobie byłoby wygodniej nago? – zapytał szeptem, nie odrywając od niego ust i nie czekając na odpowiedź, zręcznym ruchem rozpiął pasek.
Cofnął się, schodząc z jego kolan, a Kamijo przyklęknął, by umożliwić mu zsunięcie spodni z jego bioder – razem z bielizną. Sposób, w jaki zaraz spojrzał mu w oczy i prowokacyjny uśmiech na jego ustach sprawiły, że starszy bez namysłu złapał go za nadgarstki i popchnął z powrotem do tyłu, znajdując się znowu nad nim, całując go i rozchylając mu nogi kolanem. Młodszy sugestywnie otarł się o jego udo i ugryzł go w dolną wargę wystarczająco mocno, by Kamijo syknął z bólu. Poczuł w ustach posmak krwi, a Kaya uśmiechnął się, patrząc na niego z błyskiem satysfakcji w oczach.
- Ups – mruknął z rozbawieniem.
- Zaraz ci przejdzie ochota na śmiech – odparł starszy, szybko zsuwając się niżej, żeby zdjąć mu bieliznę, po drodze całując jeszcze w podbrzusze. Potem znowu klęknął nad nim ogarniając wzrokiem jego nagie ciało – od dawna upragniony widok, a tym razem nie musiał już odwracać wzroku. Kaya nie dał mu jednak czasu, by się tym nacieszyć i uniósł się lekko, żeby objąć go w pasie i pociągnąć z powrotem niżej, na siebie.
- Więc nie każ mi czekać – odpowiedział, wpijając się ustami w jego szyję.
Nie musiał powtarzać dwa razy. Pozwalając się całować, Kamijo wyciągnął rękę za brzeg łóżka i sięgnął do szuflady szafki nocnej. Gorący język przesuwający się po jego obojczyku i paznokcie drażniące lekko uda nie ułatwiały mu zadania, ale udało mu się wyłowić z niej to, czego szukał. Podciągnął się na kolana, unosząc nieco i opierając nad młodszym na jednej ręce.
- Sypiałeś z kimś, kiedy mnie nie było, mój skarbie? – spytał, oglądając w świetle niedużą buteleczkę, wypełnioną mniej więcej do połowy.
- Byłem raczej samowystarczalny – odparł z nieco krzywym uśmiechem, spoglądając na niego spod przymkniętych powiek. Westchnął głośno, kiedy znowu go pocałował i zatopił palce w jego włosach. – Chodź już do mnie, proszę…
- Nie chcę cię skrzywdzić – odpowiedział z powagą, znowu wycofując się i otwierając buteleczkę, żeby wylać nieco jej zawartości na dłoń. – Zwłaszcza po takiej przerwie.
- To bez znaczenia… Tylko robisz mi na złość. – Przybrał nadąsaną minę, ale nie zaprotestował bardziej zdecydowanie, a wyraz jego twarzy zmienił się momentalnie, kiedy starszy, nie odrywając od niego spojrzenia, sięgnął dłonią między jego nogi. Niespiesznie, wręcz dręcząco powoli wsunął w niego dwa palce, a młodszy jęknął głośniej, odrzucając do tyłu głowę.
- Nie robię ci na złość – odparł łagodnie Kamijo, poruszając lekko dłonią. – Po prostu lubię na ciebie patrzeć.
- Mocniej – wydusił tylko przez zaciśnięte zęby, chwytając się dłońmi poduszek.
- Czego tylko sobie życzysz – odpowiedział blondyn, jednocześnie pochylając się i gryząc go lekko w wewnętrzną stronę uda. Uniósł jego nogę, opierając ją o swoje biodro i składając na gładkiej skórze pocałunki, przyspieszył nieco ruchy palców, upajając się tym, jak ciało kochanka drżało w odpowiedzi na te pieszczoty, jakim żarem emanował i jak ciche jęki wydobywały się spomiędzy jego zagryzionych warg. Z każdą chwilą zdawał się piękniejszy, ciemnobrązowe włosy kleiły mu się do twarzy, lekkimi lokami obramowując zaczerwienione od pocałunków usta i zaciśnięte powieki, a mokra od potu skóra lśniła lekko w świetle lampki, jeszcze bardziej podkreślając każdy delikatny zarys mięśni czy odznaczających się pod nią kości. Pocałował i obrysował palcem biodrową, podciągając się nieco wyżej i znowu klękając nad nim, nie przerywał pieszczot, drugą dłonią zaczynając wodzić po jego ciele, przez twardy, płaski brzuch, po szczupłej piersi unoszącej się wraz ze spazmatycznym oddechem, aż po szyję, w której zagłębił dłoń, odgarniając przyklejone do mokrej skóry włosy i pocierając palcem jego wargi, żeby zaraz pochylić się i pocałować go raz jeszcze.
Nagle Kaya złapał go dłońmi za ramiona.
- Wystarczy – powiedział zdecydowanie, patrząc mu w oczy. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, Kamijo cofnął więc dłoń i sięgnął z powrotem po buteleczkę, nim jednak zdążył zrobić cokolwiek więcej, znowu został powstrzymany; młodszy uniósł się i wysunął spod niego. – Nie tak – wydyszał. – Wiesz, że nie lubię być zbyt długo na dole… Usiądź – nakazał znowu bardziej zdecydowanie, odrzucając włosy z twarzy i kiedy tylko wykonał polecenie, wskoczył mu na kolana, oplatając ramionami jego szyję.
Kamijo nie miał nic przeciwko takiej zmianie pozycji, więc z uśmiechem satysfakcji złapał go za biodra, przyciągając bliżej siebie. Kolejny pocałunek był mocny i krótki; w jego trakcie starszy złapał Kayę za rękę i wlał do jej wnętrza nieco zawartości buteleczki, którą nadal trzymał w dłoni.
- Chcesz coś jeszcze powiedzieć? – spytał, kiedy oderwali się od siebie, łapiąc oddech. Nie wiadomo dlaczego był dziwnie rozbawiony, mógłby się niemal roześmiać, ale powstrzymał się i tylko patrzył na niego z uśmiechem.
Twarz Kayi złagodniała nagle; w jednej chwili uszło z niej całe napięcie i także uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na niego z czułością, chwilowo zastygły bez ruchu, tylko jedną ręką wciąż obejmując go za szyję.
- Nie zostawiaj mnie więcej – bardziej poprosił niż nakazał z powagą w głosie.
- Nawet choćbyś chciał, nie zrobię tego – odpowiedział Kamijo, kładąc mu dłoń na włosach i całując go w czoło, kiedy pochylił głowę, sięgając zwilżoną ręką niżej. Starszy westchnął mimowolnie, czując delikatnie zaciskające się na nim palce; powolny ruch jego dłoni był torturą i dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo był podniecony i zniecierpliwiony. Zsunął ręce na jego biodra, przyciągając go znowu bliżej. Młodszy nie zmuszał go już do czekania i przyklęknął, żeby zaraz, całując go znowu głęboko, choć dosyć leniwie, opuścić się na jego biodra. Kamijo czuł, jak jęczy mu w usta, kiedy zaczynał w niego wchodzić, jak jego ciało tężeje, a paznokcie wbijają się w plecy, co w połączeniu z własną rozkoszą, która gwałtowną falą rozlała się po jego ciele, sprawiło, że musiał przerwać pocałunek, żeby złapać oddech. Objął Kayę mocno ramionami, gdy znieruchomieli na chwilę, przyciskając go jak najbliżej do siebie. Jego gorący policzek przytulił się do jego twarzy, a palce jednej dłoni zaczęły delikatnie gładzić go po włosach.
- Myślałem – wydyszał Kaya urywanym głosem – że wszystko się zmieniło… że my… Ale ty cały czas jesteś taki sam. – Uśmiechnął się, przymykając powieki, a Kamijo poczuł coś mokrego między ich złączonymi policzkami, nie wiadomo, z czyich oczu pochodząca łza, a może po prostu kropla potu.
Nie odpowiedział na jego słowa; przesunął ręce po jego plecach, żeby ująć w nie jego twarz i kiedy otworzył oczy, spoglądając na niego, tylko odwzajemnił uśmiech i znowu pocałował go kilkakrotnie, z każdym razem nieco dłużej. To jakby znowu go ożywiło, bo przycisnął się znowu bliżej niego i ponownie obejmując go za szyję, poruszył się na nim lekko, jakby wciąż przyzwyczajając do jego obecności.
Starszy wyszedł mu naprzeciw, po chwili na powrót zsuwając dłonie na jego biodra i pomagając mu złapać odpowiedni rytm. Ich ocierające się o siebie ciała jeszcze potęgowały doznania i przyciągnął go do siebie tak blisko, jak tylko się dało, czując na szyi jego szybki, płytki oddech, całował go po twarzy, po zarumienionych policzkach i zamkniętych powiekach. Wkrótce przyspieszyli nieco, dopasowując do siebie wzajemnie swoje ruchy; nie musieli zamieniać więcej ani słowa, skupieni tylko na sobie nawzajem. Ich dłonie płynnymi ruchami przesuwały się po ciałach, badając od dawna niedotykaną skórę, usta raz za razem łączyły w pocałunkach, przerywanych tylko przez potrzebę złapania oddechu. Pozycja, w której się znajdowali była dosyć wygodna i zapewniała dużo bliskości, więc Kamijo korzystał z tego, przytulając młodszego do siebie, głaszcząc go po włosach, kiedy wtulał twarz w jego szyję albo szukając jego spojrzenia, kiedy się podnosił. Duże, ciemnobrązowe oczy były przymknięte i zamglone, usta układały się w blady uśmiech, jego uroda sprawiała, ze nie mógł oderwać od niego wzroku, a zaraz z powrotem przyciągał go do siebie i całował – znowu był tylko jego. Nie wypuściłby go nawet, gdyby od tego zależało jego życie i była to jedyna sensowna myśl, jaką miał w tej chwili w głowie. Ich ruchy stawały się coraz mocniejsze, był w stanie skupić się tylko na tym. Silniej chwycił Kayę w pasie, kiedy ten nagle odchylił się w tył z przeciągłym jękiem, z całej siły zaciskając dłonie na jego ramionach. Wykorzystał to, żeby pocałować go w odsłoniętą szyję, mocno i namiętnie, znowu łapiąc go za biodra i kierując nimi, by nie pozwolić mu zwolnić tempa. Czuł, że drży coraz gwałtowniej, kiedy przyciągnął go bliżej, do poprzedniej pozycji i powoli przesuwając językiem po jego szyi, od obojczyka po ucho.
- Mój piękny, kochany – wyszeptał, przygryzając lekko jego płatek. – Zmęczyłeś się już?
- Niee – jęknął, odchylając głowę i jeszcze bardziej eksponując szyję. Nie był w stanie dodać nic więcej, dysząc i wzdychając głośno przez kilka sekund, nim w końcu wydusił przez zaciśnięte zęby – tak jest… idealnie.
Kamijo uśmiechnął się z satysfakcją i przyssał lekko skórę na jego szyi. Obejmując go jedną ręką za biodra i poruszając się rytmicznie razem z nim, drugą dłonią zaczął wodzić po jego udach, głaszcząc i masując delikatną skórę. Potem musnął lekko jego brzuch, jakby od niechcenia zjeżdżając palcami niżej; poczuł jak Kaya napina mięśnie, wyraźnie wyczuwając jego intencje, ale mimo to krzyknął krótko, kiedy zacisnął na nim palce. Znowu wygiął się w łuk i oparł się z tyłu o jego kolana, tym razem jednak jeszcze zwiększając tempo ruchów i jęcząc w ich rytmie.
Nie było chyba dźwięku, który był w stanie działać na Kamijo silniej niż jego głos. Czuł, że sam nie wytrzyma już długo, chociaż wstrzymywał się jak mógł, fale gorąca rozchodziły się po jego ciele i uderzały mu do głowy, wprawiając w coraz mocniejsze drżenie. Siedząc miał dosyć ograniczone możliwości ruchów, czuł też, że Kaya zaczyna opadać z sił – jakby nie patrzeć, wciąż był osłabiony chorobą i lekami, którymi od dwóch dni całkiem niepotrzebnie go faszerował – pchając coraz bardziej spazmatycznie i wypadając nieco z rytmu, więc kiedy rozkosz zaczęła osiągać swoje apogeum, nie wytrzymał i podniósł się, chwytając go za biodra i popychając do pozycji leżącej. Młodszy krzyknął krótko, zaskoczony, jednak sekundę później kolejny okrzyk był już wyrazem wyłącznie przyjemności, kiedy blondyn całkiem przejął inicjatywę, łapiąc go za uda i przytrzymując w górze jego nogi. Jedna z jego dłoni zniknęła między nimi, drżał coraz bardziej i nie mógł już przestać krzyczeć, raz za razem z każdym jego ruchem. Starszy wiedział, że za chwilę dojdzie, czuł pierwsze spazmy przechodzące przez jego ciało i wiedział też, że choćby próbował, sam też nie da już rady bardziej tego przedłużyć. Zagryzając usta prawie do granicy bólu, przyciągał do siebie jego biodra i po kilku chwilach szybkich, gwałtownych pchnięć, wymierzonych w najczulszy punkt w jego ciele i będących już tylko dopełnieniem całego aktu, obaj osiągnęli szczyt, Kaya tylko chwilę wcześniej niż Kamijo. Naprawdę czuł, jakby stracił kontakt z ziemią, doznanie było w swej intensywności niemal bolesne, a przy tym tak cudowne, jak bywało tylko z nim.
Potrzebował dłuższej chwili, by złapać oddech. Opuściły go wszystkie siły i dopiero po paru minutach z trudem dźwignął się ze szczupłego ciała kochanka, spoglądając na niego; rumieniec wciąż barwił mu policzki, miał zamknięte oczy i oddychał ciężko przez usta. Kamijo delikatnie pocałował go w odsłoniętą szyję – jego głowie niewiele brakowało już, by zsunąć się z brzegu łóżka, na którym leżeli teraz bokiem – i wsunął pod nią jedno ramię, podnosząc go nieco i lekko muskając przy tym jego wargi własnymi. Poczuł, że się uśmiecha, równie delikatnie odpowiadając na pocałunek i dopiero po chwili ostrożnie opuścił jego ciało. Zadrżał na to lekko, z trudem unosząc powieki, żeby na niego spojrzeć i wyciągając ręce, by go przytulić, oplatając ramionami jego szyję i odgarniając mu włosy z twarzy. Nie wypuszczając go z objęć, starszy pociągnął go za sobą, by obrócić się i z powrotem położyć z nim na poduszkach. Leżeli tak przez kilka minut, tylko pozornie jednak rozluźnieni. Czuł, jak Kaya lgnie do niego jak najbliżej się da, wtulając w jego ramiona mocniej i mocniej, sam także obejmował go ciasno, głaszcząc jego ciepłą skórę i miękkie włosy, w których ukrył twarz.
- Naprawdę mi ciebie brakowało – usłyszał cichy głos dopiero po dłuższej chwili. – Bardzo, wiesz? Cały czas cię kocham. Udawałem, że mi nie zależy, bo myślałem, że byłoby już za późno… Ale jak tylko cię zobaczyłem, odkąd do mnie przyszedłeś, od początku podświadomie chciałem cię tutaj jakoś zatrzymać. Nawet, jeśli wiedziałem, że możesz mieć już kogoś innego… Przepraszam. Chyba sam już przestałem sobie ufać. – Urwał, znowu mocniej się do niego przytulając. – Kochasz mnie jeszcze trochę?
Wydawało się to pytaniem zupełnie zbędnym i w tej swojej bezsensowności rozbrajająco słodkim. Kamijo uśmiechnął się i przesunął niżej, żeby pocałował go w czoło.
- Najbardziej na świecie – oznajmił z pełnym przekonaniem. – Nigdy nie przestałem i zawsze będę cię kochać, tylko ciebie.
Uniósł głowę, spoglądając na niego i odwzajemniając uśmiech.
- Więc dasz mi jeszcze jedną szansę?
- To ja ciebie powinienem o nią prosić i to już dawno… Też myślałem, że już kogoś masz. I gdyby Hizaki mnie nie zmusił, nigdy bym do ciebie nie przyszedł.
- Zatem okazuje się, że to wszystko ostatnio z obu stron było całkiem bez sensu? – spytał Kaya takim tonem, jakby nie wiedział, czy powinno go to cieszyć czy nie.
- Też myślałem, że byłoby za późno i wszystko się zmieniło – przyznał całkiem szczerze. – Może my też naprawdę trochę się zmieniliśmy, ale po ostatnich dniach… Myślę, że co by się jeszcze nie stało, w pewnym miejscu zawsze zostaniemy tacy sami. – Uśmiechnął się, zsuwając jedną dłoń z jego ramion niżej i przykładając ją do jego piersi, tam gdzie najlepiej wyczuć można było bicie serca. – Prawda? Ja tylko dla ciebie i ty tylko dla mnie.
Zamiast odpowiedzi Kaya uniósł głowę i pocałował go w usta. Dopiero po dłuższej chwili mógł dodać, nieco wygodniej układając się przy okazji w jego ramionach:
- I myślisz, że jest jakiś sens analizować ostatni rok? I co się stało, że tak to wszystko wyszło?
- Próbowałem, ale do tej pory nic nie wymyśliłem, jeśli o to chodzi. Możesz próbować dalej, ale chyba ci nie pomogę. – Uśmiechnął się. – I szczerze mówiąc, jest mi to raczej obojętne… I tak za dużo czasu straciliśmy, zastanawiając się nad tym, więc po prostu nie traćmy jeszcze więcej. Nadmiar myślenia, analizowania i przewidywania czasem tylko niszczy związek. Pewnych sytuacji… takich jak ta… i tak od początku nie braliśmy pod uwagę, a to, co wtedy braliśmy, nigdy się nie zdarzyło. – Wzruszył ramionami. – Chcesz do mnie wrócić i ja chcę być z tobą… To chyba wszystko, co powinno się w tej chwili liczyć.
Lekki uśmiech pojawił się na ustach młodszego.
- Zatem nie boisz się ani trochę, że to się może powtórzyć? – spytał nieco przekornie.
Kamijo prychnął, unosząc się na łokciu, żeby na niego spojrzeć.
- Nigdy w życiu! Nie dopuszczę do tego. Prędzej będziesz mieć mnie dosyć, niż zdążysz zatęsknić.
Uśmiechnął się szerzej.
- Nie wiem, co musisz zrobić, żebym zaczął mieć dosyć.
- Ostatnio zaczęli doszukiwać się u mnie początków kryzysu wieku średniego, więc może się okazać, że celowo nawet nic specjalnego nie będę musiał zrobić…
- To prawda. Trzydzieści pięć zaokrągla się już do czterdziestu.
Roześmiał się.
- Wcale mi w ten sposób nie pomagasz!
- Wszystko w swoim czasie, kochanie. – Obrócił się na brzuch, opierając o niego jedną ręką. – Chyba trochę straciłem formę, ale na dzisiaj już mam dosyć… tego pomagania ci z kryzysem.
- Z drugiej strony lepiej tak, niż gdybym miał zastać cię w lepszej formie, niż zostawiłem.
Tym razem to on zaczął się śmiać, znowu do niego przytulając.
- Nie wiem, jakim cudem tak długo bez ciebie wytrzymałem – westchnął, przysuwając twarz do jego policzka.
- Zadaję sobie to samo pytanie… Mamy sporo do nadrobienia. Nie świętowaliśmy jeszcze nawet naszych urodzin.
- Wszystko w swoim czasie – powtórzył Kaya. – Póki co chyba niczego mi już do szczęścia nie potrzeba… Może to banalne, ale chcę tak tylko leżeć i nie myśleć o niczym innym niż o tym, że będziesz tutaj też jutro… A dalej już w ogóle w przyszłość nie wybiegam.
Kamijo pokiwał ze zrozumieniem głową, głaszcząc go z uśmiechem po włosach. I nie dodając już nic więcej, leżeli przytuleni, skupiając się na własnych myślach – choć te akurat mieli pewnie dosyć podobne.
Pierwszy raz od dłuższego czasu Kamijo czuł całkowity spokój. Ten od dawna upragniony i poszukiwany, który nie był tylko chwilowy i pozorny, a pod którym nie kryło się już nic więcej, żadna odpychana od siebie myśl, która mogłaby wpaść mu do głowy i tę równowagę zburzyć. Chyba żadna nieprzyjemna sprawa nie mogłaby go w tej chwili obejść, dopóki tylko ta jedna osoba była tutaj, pewnie i bezpiecznie pod jego dłonią. Jakby coś ważnego i utraconego całkiem nagle wróciło na swoje miejsce, zapełniając pustkę, wszystko było już tak, jak powinno być zawsze.
Bo tak naprawdę rzeczy takie, jak ta, po prostu nie mogły się pod wpływem czasu zmienić.

***
Czterech członków Versailles już od blisko godziny krążyło w kółko po studiu. Prawie nie rozmawiali, jednak w powietrzu wyraźnie dawało się wyczuć zdenerwowanie, jak kostki domina przenoszące się z jednego na drugiego – od najbardziej zniecierpliwionego Hizakiego zaczynając, na nie do końca odnajdującym się w tym stanie rzeczy Masashim kończąc. Basista raz za razem spoglądał po kolegach, jakby oczekiwał, że któryś z nich nagle go oświeci. Na co właściwie czekali? Tego nikt nie raczył mu wystarczająco jasno wyłożyć, ale chcąc nie chcąc czekał razem z nimi. Chodzili w tę i z powrotem, brzdąkając bez większego sensu na swoich instrumentach, przewieszali się przez parapet otwartego na oścież okna i wypalali kolejne papierosy, bacznie obserwując ulicę pod studiem. Mimo tego jednak nikt nie zauważył samochodu Kamijo – i gdy wokalista w końcu wszedł do sali, wszyscy aż podskoczyli, przerywając w jednej chwili swoje zabijające czas zajęcia i wbijając w niego wzrok z minami dzieci, którym święty Mikołaj obiecał rozdać cukierki.
Blondyn znieruchomiał w pół kroku i popatrzył na nich spod zmarszczonych brwi, potrząsając lekko głową, wyraźnie nieświadomy, co jest przyczyną takiego przyjęcia.
- Skrzela mi wyrosły, że tak na mnie patrzycie? – spytał, zamykając za sobą drzwi.
Nie otrzymał odpowiedzi. Na wstrzymanym oddechu Hizaki wystąpił kilka kroków przed grupkę towarzyszy, zbliżając się do niego. Podejrzanie szeroki uśmiech wpłynął mu na usta.
- No wiesz… Trochę długo cię nie było.
- I co z tego? Daliście mi wolne, więc skorzystałem.
Pokiwał głową, wciąż się uśmiechając.
- Na pewno dobrze skorzystałeś.
- Nie przeczę, odpoczynek po trasie był całkiem miłą rzeczą. Co nagrywamy dzisiaj?
To pytanie jakby nieco zbiło Hizakiego z tropu.
- Nagrywamy?...
- No chyba po to się dzisiaj spotkaliśmy? Czy chcieliście mi o czymś innym powiedzieć?
- To raczej ty powinieneś…
Prychnął, kręcąc głową.
- A niby o czym mam wam mówić? Może o tamtej kartce, bodajże o kotach?
Twarz Hizakiego zdecydowanie straciła na pewności. Chciał coś powiedzieć, lecz nim przełknął w tym celu ślinę i wydał z siebie jakikolwiek artykułowany dźwięk mogący być początkiem dłuższej wypowiedzi, Kamijo ponownie parsknął krótkim śmiechem.
- Co ty sobie w ogóle wyobrażałeś, Hii-chan? – spytał z mieszaniną irytacji i politowania. – Myślałeś, że jak załatwisz mi wolne… Swoją drogą jestem ciekawy, co im naopowiadałeś, że tyle czasu nikt nie dzwonił, choroba czy problemy rodzinne? Wolałbym wiedzieć, za kogo mam teraz przyjmować kondolencje!... I że jak wyślesz mnie pod jakimś pretekstem do byłego, który leży z grypą, to w cudowny sposób znowu się zejdziemy? Chociaż zupełnie nic w tym kierunku nie stało się przez ostatni rok i każdy normalny dawno pojąłby, że nic już z tego nie będzie?
Hizaki poruszał bezgłośnie ustami jak złota rybka przemierzająca wody akwarium. Nawet jego twarz przybrała adekwatną do tego barwę, balansującą gdzieś na granicy czerwieni.
- Ja… Tak tylko… - wymamrotał cicho, jednak nim zdążył nieco przybrać na elokwencji i cokolwiek dodać, Kamijo nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem, zginając się wpół. Trzeba przyznać, że w tej sytuacji można byłoby to uznać za objaw jakiegoś szaleństwa i pewnie mocno by tym przyjaciół przestraszył, gdyby nie to, że zaraz podniósł się, wciąż uśmiechając, z oczami lśniącymi rozbawieniem. Wyciągnął rękę, dosyć energicznym gestem kładąc ją na ramieniu oniemiałego gitarzysty.
- No i dobrze myślałeś, Hii-chan – powiedział, klepiąc go po nim lekko. – Udało się. Dziękuję. – Jeszcze w przelocie zmierzwił mu dłonią grzywkę, po czym obrócił się, zmierzając z powrotem w kierunku wyjścia. – Ach… – Zatrzymał się jeszcze z dłonią na klamce, patrząc na nich. – Mam nadzieję, że nie zrobi wam różnicy, jeśli zaczniemy dzień później? Widzicie, mam trochę do nadrobienia w innych dziedzinach życia. Z góry dzięki! – Uśmiechnął się jeszcze raz, a sekundę potem drzwi się za nim zamknęły.
Przez kilka minut w sali panowała niczym nie zmącona cisza, a potem nagle trzech pozostałych członków Versailles – którzy przez ostatnie minuty stali z tyłu, starając się być jak najbardziej niewidoczni – jak jeden mąż rzuciło się z powrotem do okna. Teru i Yuki znowu przewiesili się przez parapet, a Masashi, wykorzystując przewagę, jaką dawał mu jego wzrost, wychylił nad ich głowami. Ich wokalista niemal wybiegł właśnie z klatki schodowej, a druga postać, niższa i drobniejsza, na jego widok poderwała się z ławki, by wyjść mu naprzeciw. Obserwowali ich przez chwilę. Sądząc po gestach, Kamijo opowiadał Kayi całą mającą przed chwilą miejsce sytuację, a młodszy zaśmiewał się z tego jeszcze parę minut później, chwytając go pod ramię, gdy obaj ruszyli chodnikiem w kierunku najbliższej stacji metra.
- Ale jaja – wyszeptał Yuki drżącym z rozbawienia głosem, a Teru wyszczerzył się radośnie, patrząc na niego. Potem obaj cofnęli się z powrotem do wnętrza sali.
Hizaki stał nadal na jej środku, patrząc na nich z co najmniej dziwną miną, odzwierciedlającą coś między zmieszaniem a niedowierzaniem. Jego policzki nadal mieściły w sobie nieco więcej krwi niż normalnie.
- To chyba znaczy – udało mu się w końcu wyrzec, patrząc to na jednego, to na drugiego – że są znowu razem… tak?
Drugi gitarzysta i perkusista wybuchli na to śmiechem, ale pokiwali z entuzjazmem głowami. Dopiero wtedy Hizaki uśmiechnął się także, wzdychając z ulgą.
- No to misja spełniona! Może wreszcie będziemy pracować w spokoju i normalnej atmosferze, a nie jak z tygrysem w jednej klatce…
- W końcu!
- Musimy to opić – oznajmił Yuki po swojemu, wciąż uśmiechając się szeroko, ale wyraźnie pod wpływem o wiele bliższej jego własnemu sercu wizji.
- A mi może ktoś w końcu wyjaśni – wtrącił Masashi, dopiero teraz odwracając się od okna, przez które wciąż wyglądał, jakby szukając jeszcze czegoś więcej – tylko tak od początku, o co w tym wszystkim chodziło?
Ku jego konsternacji, te słowa wywołały kolejną salwę śmiechu wśród pozostałych muzyków.
- Nie martw się, przywykniesz! – Yuki poklepał go energicznie po plecach. – Łatwiej do tego przywyknąć, niż zrozumieć, tak to już z nami jest, a to… To naprawdę jest długa historia.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Czw Gru 15, 2011 3:08 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Mun
Siła Wyższa


Liczba postów : 2903
Join date : 08/01/2010
Age : 23
Skąd : Wrocław/Poznań

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Czw Sie 25, 2011 4:11 am

Usunął mi się w chooj długi komentarz.
Więc Ci powiem, że Cię nie lubię i miałaś dwa błędy, o~!

*a na resztę czekaj*

_________________

Powrót do góry Go down
http://polishpri.ubf.pl/
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Czw Sie 25, 2011 1:00 pm

Mun napisał:
Więc Ci powiem, że Cię nie lubię i miałaś dwa błędy, o~!
Jak tylko dwa, to dobrze, bo przy przepisywaniu prawie nie patrzyłam w ekran, a potem co było to wysłałam Hiroki, nawet nie komentowała w trakcie, takie absorbujące musiało być poprawianie tego... XD
Trzymam za słowo i czekam na resztę!

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Mun
Siła Wyższa


Liczba postów : 2903
Join date : 08/01/2010
Age : 23
Skąd : Wrocław/Poznań

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Czw Sie 25, 2011 7:40 pm

Dobra, to na początek te dwa błędy, o których brzęczałam.

Cytat :
Przerwał w pół zdania, bo dopiero teraz mógł do dobrze zobaczyć.
Cytat :
W tej sposób następny dzień minął niemal zupełnie tak samo, jak poprzedni.

Tak, na dobrą sprawę, to choojowo się Twoje fiki komentuje... Człowiek się nawet nie ma o czego przyczepić...
Chociaż... tym razem... ;D
Nie wiem skąd wzięłaś w Tokio świerszcze, gwiazdy, ptaki i świeże powietrze. Szczerze powiedziawszy, chwilami zastanawiałam się kiedy wyskoczy panda. W jednym z najbardziej zatłoczonych miast świata słychać ptaki i świerszcze, a rano jedyny dźwięk wydaje dozorca? W nocy widać gwiazdy, mimo, że Tokio jest w cholerę oświetlone? No i, błagam, to inne, lepsze powietrze pod blokiem?
Najbardziej irytujący jest fakt, że naprawdę idzie Ci w to wszystko uwierzyć. No, cóż...

Identyfikuję się z Kamijo palącym szluga za szlugiem na balkonie, ale też z Kayą, przez tą jego cholerną skłonność do chorób!
No bo heeeey, obudziłam się dziś z grypą. >.<

I nie lubię Cię, za to, że Ci tak zgrabnie opisy wychodzą, o!

Wybacz, ten komentarz będzie krótszy od tego, który zniknął... Ale jakos to przeżyjesz. ;D

Na koniec jeszcze perełka:
Cytat :
Ja tylko dla ciebie i ty tylko dla mnie.
TO TAKIE SŁODKIE~!!!!!!!! awww <3

*kaszle jeszcze raz i ucieka*

Wena!
Mun
Bunnny

_________________

Powrót do góry Go down
http://polishpri.ubf.pl/
Tsubuku
Organizator J-rock Festival


Liczba postów : 300
Join date : 27/07/2011
Age : 19
Skąd : Warszawa.

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Pią Sie 26, 2011 12:17 am

Cytat :
Tsubuku! Yuki! Przepraszam, ze odpisuję tak późno, ale lepiej późno niż wcale, prawda?" Na wstępie dziękuję Wam bardzo, bardzo, gdyby nie Wasze komentarze nie wiem, czy bym się zmusiła, żeby przepisać cholerstwo do końca <3 Ale zanim do tego przejdę...
Oj, przestań, przestań. Przez Yuki tak, ale nie przeze mnie. XD


Wiesz co? Może to trochę dziwne, ale szkoda, że już tego ficka skończyłaś, taki ładny był. ;A; Ale pocieszam się tym, że napiszesz na pewno jeszcze dużo innych *w* I podziwiam Cię za to, że napisałaś z Kamijo i Kayą tak dużo ficków, a jednak nic się nie powtarza i każdy jest pod jakimś względem wyjątkowy. I jeszcze to wszystko czyta się tak lekko, można się utożsamić z uczuciami Kamijo, Kayi, czy innej osoby, o której piszesz. I nie ma się do czego przyczepić, poza jakimiś nieistotnymi literówkami, których zwykle nie ma. Wiem, że nie zaczyna się od 'I', ale nie mogę napisać inaczej. Wiem, że w poprzednim komentarzu pewnie pisałam coś podobnego, przepraszam... Życzę Ci jeszcze więcej weny, żeby trwała dwadzieścia cztery godziny na dobę i nigdzie nie uciekała, jak to już z weną bywa...

Mam nadzieję, że cokolwiek z tego zrozumiałaś. OO' Jak będę mieć trochę bardziej ogarnięte w głowie, to może coś dopiszę, żeby to coś bardziej przypominało komentarz.
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Pią Sie 26, 2011 1:27 am

Mun napisał:
Tak, na dobrą sprawę, to choojowo się Twoje fiki komentuje... Człowiek się nawet nie ma o czego przyczepić...
Nie smuci mnie to specjalnie XDD
Mun napisał:
Nie wiem skąd wzięłaś w Tokio świerszcze, gwiazdy, ptaki i świeże powietrze. Szczerze powiedziawszy, chwilami zastanawiałam się kiedy wyskoczy panda. W jednym z najbardziej zatłoczonych miast świata słychać ptaki i świerszcze, a rano jedyny dźwięk wydaje dozorca? W nocy widać gwiazdy, mimo, że Tokio jest w cholerę oświetlone? No i, błagam, to inne, lepsze powietrze pod blokiem?
Najbardziej irytujący jest fakt, że naprawdę idzie Ci w to wszystko uwierzyć. No, cóż...
Panda wyskoczy w następnym ficku. Znaczy Kaya w rozmazanym makijażu XD
Nie no, tu po prostu chodzi o to... No sama pomyśl, jaki byłby klimat, gdybym napisała ,,w tle samochody napierdalały 24h na dobę, zza chmury smogu nie było widać nieba, a po wyjściu pod blok Kaya zaczął się dusić"? Zresztą, może mają tam jakieś przedmieścia czy coś w tym stylu... Gdzieś, gdzie da się żyć, w końcu Tokio gdzieś się kończy, a ta granica nie może być taka... skrajna. Znaczy z jednej strony hałas i smog, a z drugiej powietrze i ptaszki. Przepraszam, jeśli plotę bez sensu, późno trochę i warunki mam kiepskie, trzy siostry tłuką się poduchami w tle XD
Żal mi tego straconego komentarza, ale cóż, dziękuję tak czy inaczej X3

Tsubuku - Tobie też dziękuję raz jeszcze, bardzo mi miło! <33

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Karin
Strefa VIP


Liczba postów : 58
Join date : 26/08/2011
Age : 27
Skąd : Poznań

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Pią Sie 26, 2011 11:07 am

Na to wygląda, że założyłam jedynie konto, aby komentować twoje fiki Cute za każdym razem jak je czytam mam ochotę własne pisanie rzucić w cholerę, ale Any mi nie pozwala (zła Sowa). Jesteś jedną z tych nielicznych autorek, których dzieła uwielbiam za styl, emocje i ogólny całokształt. W każdym twoim fiku jest coś takiego, że chce się go czytać po pięć tysięcy razy i nie chce się, by to wszystko się skończyło.
Tak więc życzę weny, a ja pozostanę przy pisaniu kiepskich fików, których wredna Sowa mi nie pozwala skasować.
Powrót do góry Go down
http://www.lastfm.pl/user/Karin_Black
Hiroki
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 72
Join date : 26/06/2011
Skąd : Kyoto

PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Pią Sie 26, 2011 4:47 pm

OH NIE. LITERÓWKI. AŻ DWIE. *idzie się powiesić*
Przepraszam, teraz nie mam weny, na razie zostawię Cię z komentarzem z drugiego forum : <
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [Z] Return to forever [3/3]   Today at 2:06 am

Powrót do góry Go down
 
[Z] Return to forever [3/3]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
J-slash :: FanFiction :: NC-18-
Skocz do: