IndeksIndeks  FAQFAQ  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ta nasza miłość [M]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Panna Ironia
Członek zespołu


Liczba postów : 562
Join date : 11/12/2010
Age : 18
Skąd : Ok. Warszawy

PisanieTemat: Ta nasza miłość [M]   Pią Paź 14, 2011 2:13 am

Tekst pisany na potrzeby pojedynku
Pojedynkuja się: Jeanne vs Panna Ironia
WARUNKI:
Tytuł: dowolny
Fandom: Dir en grey
Paring: Die/Shinya
Temat: dowolny
Długość: 3 strony TNR 12
Forma: obyczajówka, romans
Warunki:
- krótki opis koncertu
- wzrok, oczy
Beta: tak, Vil
Termin: 2 październik


Ta nasza miłość

Ta ich wielka, śmieszno-ważna miłość zaczyna się zupełnie tak samo, jak tysiące innych, mało znaczących miłości. Zaczyna się w zetknięciu dłoni, kiedy podaje mu kubek z kawą, w krzywym, kpiącym uśmiechu znad gęsto zapisanych kartek z nutami do nowej piosenki, w tych wszystkich zbędnych, bezsensownych słowach i małych gestach, i wielkich nadziejach. Zaczyna się, lecz jeszcze nie jest, nie jest w żadnym ze wspólnych poranków, nie ma jej w niespiesznym dotyku, o żadnej porze i miejscu. Zaczyna się, a nie jest i może tak ma właśnie być. Bo Die się boi. W końcu kiedy coś już jest, to tak łatwo sprawić, że być przestaje.

Poznaje go późną jesienią, w pochmurne, deszczowe popołudnie. Nie ma w tej scenie nic romantycznego, jest zimno i mokro, a w ich sali prób, która jest po prostu starym, zatęchłym garażem - przecieka dach. Shinya nie znaczy wtedy jeszcze nic, ot tak, po prostu jest sobie ich perkusistą. Ich - tego początkującego, niezbyt jeszcze dobrego zespołu, z którym wszyscy wiążą aż tyle nadziei. Shinyę przyprowadził Kyo, jego Kaoru, a Kisaki... a Kisaki, jak to on, przyszedł nie wiadomo skąd i po co. Z całej czwórki zna jedynie Kaoru, ich gitarzyste i samozwańczego lidera. Już wtedy jest cholernym despotą i pracoholikiem, wiecznie szukając jakiegoś zajęcia, nawet kiedy nie ma już czasu na sen. Kyo wżyna mu się w pamięć niemal brutalnie, ale czy ktokolwiek mógłby przejść obojętnie obok ich małego wokalisty? Z Kisakim wymienia zaledwie kilka zdań, bo przecież to Kisaki i Die lubi się sam z siebie śmiać, że traktuje go niemal jak jakiś podgatunek człowieka.

Shinya jest wtedy dla niego taki całkiem nijaki - stanowi jedynie tło do chaotycznych i głośnych rozmów, jakiś niezobowiązujący element scenerii. I dopiero, kiedy perkusista zaczyna grać, grać tak zupełnie całym sobą, jakby dla niego to oni przestali istnieć - dociera do niego, jaki był ślepy. Bo oto nagle ten szary człowiek, jeden z wielu podobnych, nabiera barw, niemal przytłaczając go swoją muzyką. Robi błędy, potyka się i uderza w bębny za mocno, jakby się gdzieś spieszył; jest w tym wszystkim jakaś szalona, nieokreślona energia. Każdy krytyk powiedziałby mu stanowczo, że nie ma szans zrobić kariery. Ale to jest Die, nie mówi więc nic, a jedynie kiwa głową, jakby pieczętując swój los. Bo właśnie wtedy przychodzi mu do głowy, że chciałby go mieć i znać - właśnie takiego.

Tamtego popołudnia snuli wielkie plany na przyszłość, wyobrażali sobie ogromne koncerty i tłumy fanów, zupełnie ignorując fakt, że nie mają jeszcze nic. Bo rzeczywiście wtedy jeszcze nic nie mieli, jeśli nie liczyć wiary w to, co robią. I dopiero po latach ciężkiej pracy i wyrzeczeń dotarło do nich, że to - ta wiara - to było bardzo dużo. Tylko dzięki niej zdołali osiągnąć aż tyle, choć można by powiedzieć, że tylko tyle. Tamtego pierwszego popołudnia nie wiedzieli jeszcze, ile stracą po drodze na szczyt i że po wielu latach będą się pytali sami siebie, czy ten szczyt był rzeczywiście cokolwiek wart. A przecież już zawsze potem gnają do przodu, nie patrząc za siebie, bo tak po prostu boją się tego, co być mogło, jakiś pełnych goryczy spojrzeń z przeszłości. Boją się, że zza rogu wspomnienia wyjrzy wyraz twarzy Kyo, kiedy rozdrapywał sobie do krwi klatkę piersiową na scenie, ku uciesze fanów, kiedy zrozumieją, że nie powiedzieli mu "nie". Uciekają przed tymi dniami, kiedy La:Sadies przestawało istnieć, a oni powołali do życia Dir en grey, ich wielkie marzenie, zmieniając jedynie basistę; nadal w biegu i ciągłym pośpiechu. Die boi się wspominać i boi się zatrzymać, żyjąc dniem dzisiejszym. A jednak wciąż się śmieją i grają z taką samą energią, jak na początku, wciąż są od tylu lat. I między kolejnymi koncertami i sesjami, wypitymi szybko kawami a kłótniami z Kaoru o partie gitary - jest też Shinya. Jest - każdym słowem, wypowiedzianym mimochodem, każdą gorącą, idealnie zrobioną herbatą w jesienne wieczory, kiedy ćwiczą do późnej nocy. Każdego dnia jest z nim coraz bardziej, wkradając się w jego codzienność zwykłymi, mało znaczącymi czynnościami i gestami, dając mu coraz więcej z siebie, nabierając barw. Grać uczy się wyjątkowo szybko, ma talent i duże możliwości, a on cieszy się z tego, że czasami, kiedy ma akurat czas, może posłuchać, jak perkusista wygrywa melodię tylko dla siebie. Wciąż pozostaje niemal taka sama, jak tamtej jesieni.

To oczywiste, że cały ten czas spędzony razem jakoś ich do siebie zbliża, te wszystkie małe i duże sukcesy, dzielone porażki. Każdy koncert, kiedy dają z siebie wszystko, chłonąc reakcje publiczności, zafascynowani i dumni z tego, że mogą wywrzeć na kimś taki wpływ. Te koncerty, kiedy widzą, dla kogo te swoje piosenki tworzą, obserwują ludzi, którzy odczuwają je tak, jak oni i przez dwie, cudowne godziny panuje jeden wielki chaos, oddychają muzyką, zatapiają się w niej. Lubi zerkać wtedy na Shinyę, jego zmarszczone w skupieniu brwi, minę pełna determinacji. Kiedyś powiedział mu nawet, podczas którejś z tych poważnych, zakrapianych alkoholem rozmów, że chce im - temu całemu światu, tym wszystkim ludziom - udowodnić, że potrafi i że może. Wtedy zaczął na niego patrzeć zupełnie inaczej.

Zastanawia się często, kiedy go pokochał i jak to się właściwie stało. Sam przed sobą nie chce się przyznać, że pragnie jego uwagi coraz bardziej, że zwykłe spojrzenie nabrało takiej wagi. Gdzieś po drodze, jakoś całkiem naturalnie, zaczyna tego spojrzenia potrzebować, a jednocześnie się go bać, staje się ono jego przekleństwem. Ma ochotę się gdzieś ukryć, zdusić w sobie to uczucie. Obmyśla szalone plany ucieczki gdzieś daleko, na sam koniec świata, gdzie żaden perkusista go nie znajdzie. A przecież nie robi nic takiego, wręcz przeciwnie. Jest coraz bliżej Shinyi, otwierając się przed nim coraz bardziej. Zdradza mu te wszystkie wielkie sekrety i marzenia, pozwalając się wyciągnąć z tej skorupy milczenia, w którą lubi się chować, a którą tak skutecznie zagłusza słowami. Z niemą fascynacją i szokiem patrzy, jak Shinya - jakby podświadomie istnienie tej skorupy wyczuwając - kruszy ją z łatwością w palcach.

A potem to wszystko dzieje się strasznie szybko, rozpoczyna się gra na uśmiechy i gesty, aluzje na pograniczu żartu i prawdy. Spędza długie godziny na szukaniu ukrytych znaczeń i analizie każdego spojrzenia. Poznaje wtedy całkiem nowego Shinyę - takiego tylko swojego, dla nikogo innego. Właściwie to sam nie wie, który z nich zaczyna pocałunek, zacierając wszystkie granice, tak starannie ustanowione, wywracając ten ich mały, prywatny świat długich rozmów i gorącej herbaty, do góry nogami. Są pierwsze dni wiosny i - choć nigdy nie był romantykiem - nie może powstrzymać myśli, że to dobra pora, żeby wszystko zacząć. Nie mówi mu, że go kocha, przecież sam to wie, może nawet lepiej, niż Die. Nie mówią więc nic, a jedynie patrzą na siebie, patrzą na siebie tak, jak jeszcze nigdy i nagle wybuchają śmiechem. Bo to wszystko przychodzi tak naturalnie i jest takie proste, ta ich cała miłość. Nie pada żadne pytanie, kiedy jadą do mieszkania gitarzysty, droga upływa w milczeniu. Droga - ta ich wspólna.

Tamtego dnia kocha go powoli, niespiesznie, ucząc się dopiero, jak go dotykać. Wiosenne słońce wpada do pokoju przez grube zasłony, malując na ciele Shinyi niemożliwe wzory. Chaotycznym dotykiem dłoni próbuje mu przekazać te wszystkie samotne noce, pytania, na które nie znał odpowiedzi, małe i duże nadzieje na jutro. Desperacko chce zawrzeć w spojrzeniu te uczucia, których jeszcze nie zna, a których się boi, odległe plany i nieważne zmartwienia. W tym spojrzeniu jest cały jego świat, nieuporządkowane myśli i on - odbijając się w jego oczach, zapewne jeszcze piękniejszy. Mówi mu w ten sposób wszystko, zwierzając się z największych głupot i najprawdziwszych emocji, dając mu siebie. Siebie - tak zupełnie niedoskonałego, jakoś nie na miejscu i nie do pokochania. Mówi mu to wszystko i wszystko daje. Bo to może na tym ta miłość właśnie polega.

- Kocham cię.
Śmiech.
- Przecież wiem, Die.
Powrót do góry Go down
Aguś
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 68
Join date : 04/10/2011
Age : 23
Skąd : Łódź

PisanieTemat: Re: Ta nasza miłość [M]   Sob Paź 15, 2011 11:57 pm

Zbieram się tak, żeby to skomentować i zbieram i zebrać się nie mogę xD

Cytat :
jest też Shinya. Jest - każdym słowem, wypowiedzianym mimochodem, każdą gorącą, idealnie zrobioną herbatą w jesienne wieczory, kiedy ćwiczą do późnej nocy. Każdego dnia jest z nim coraz bardziej, wkradając się w jego codzienność zwykłymi, mało znaczącymi czynnościami i gestami, dając mu coraz więcej z siebie, nabierając barw.
Zdecydowanie jest to mój ulubiony fragment. Takie proste, niby niezauważalne rzeczy, taka zwykła codzienność, z której może powstać coś tak zupełnie odmiennego. ♥

I ten dialog na samym końcu. Rozbrajający, aż nie sposób się nie uśmiechnąć. Cały tekst zaś czyta się lekko, przyjemnie i jednym tchem. Ta relacja między Shinyą a Daisuke, jest taka swojska i prosta. Ta niema akceptacja z ich stron, to niewinne uczucie. I ja mam pytanie czemu to jest takie krótkie? ;<
Aguś chce więcej takich tekstów!

Wena życzę ♥
Powrót do góry Go down
Panna Ironia
Członek zespołu


Liczba postów : 562
Join date : 11/12/2010
Age : 18
Skąd : Ok. Warszawy

PisanieTemat: Re: Ta nasza miłość [M]   Nie Paź 16, 2011 12:13 am

Cytat :
I ja mam pytanie czemu to jest takie krótkie? ;<
Bo takie były warunki pojedynku xD Krzycz na Jean!

A teraz poważnie... Ten tekst jest pisany pod koniec w nieco wymuszony sposób, byłam niesamowicie zmęczona i pozbawiona weny, kiedy go kończyłam. Nie wiem, czy się może podobać. Brak mi w nim - mnie. A może raczej, to jest coś, co napisać mogła ta poważna, wyidealizowana część mnie. Ten tekst wywołuje u mnie śmiech, sama nie wiem czemu...
Niemniej, dziękuję za taką miłą opinię! Nie zasłużyłam.
Powrót do góry Go down
Aguś
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 68
Join date : 04/10/2011
Age : 23
Skąd : Łódź

PisanieTemat: Re: Ta nasza miłość [M]   Nie Paź 16, 2011 12:09 pm

ale i tak krótkie jak na 3 strony wyszło O:
No gdzie śmiech - rozumie, że uśmiechnąć się - bo jest słodkie, ale żeby od razu śmiech? xD
Cytat :
Brak mi w nim - mnie. A może raczej, to jest coś, co napisać mogła ta poważna, wyidealizowana część mnie.
Nie ważne, która część Ciebie, ważne, że Ty. Dzięki temu całość jest zróżnicowana, nie taka monotonna :3
Powrót do góry Go down
Panna Ironia
Członek zespołu


Liczba postów : 562
Join date : 11/12/2010
Age : 18
Skąd : Ok. Warszawy

PisanieTemat: Re: Ta nasza miłość [M]   Nie Paź 16, 2011 9:42 pm

Nie przejmuj się, czasami potrafię się śmiać ze wszystkiego. A z siebie najgłośniej.

Cholera, doprowadzasz mnie do takiego stanu, że mamroczę tylko "dziękuję, dziękuję"... Więc proponuję zakończyć tę dyskusję, zanim uwierzę, że ten tekst jest naprawdę cokolwiek wart. Biorę go zbyt osobiście.

Dziękuję.
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: Ta nasza miłość [M]   Nie Paź 16, 2011 11:07 pm

Podobało mi się. To jest w sumie całkiem banalne, bo naprawdę na pęczki jest ficków właśnie takich, na takim schemacie i tak opisanych - niby to zwykła znajomość między kolegami z zespołu, która wśród różnych codziennych spraw zmienia się w uczucie... Ale to nie zmienia faktu, że jest ładne i bardzo miło się czytało. Bo nawet, jeśli to i tamto brzmiało dziwnie znajomo, nawet, jeśli było dosyć przewidywalne, to czy znowu wszystko musi być odkrywcze i zaskakujące? Liczą się emocje. To było autentyczne, a to jest duży plus.
Błędów jako takich nie wyłapałam, może tylko momentami trochę gubiłam się w kompozycji, ale to kwestia stylu, w który nie ingeruję. Poza tym opisane jest ślicznie i zgrabnie, podobały mi się niektóre stwierdzenia (mój faworyt to chyba "Zaczyna się, a nie jest i może tak ma właśnie być. (...) W końcu kiedy coś już jest, to tak łatwo sprawić, że być przestaje"). I zakończenie też było ładne! Nie dało się wyczuć, że pisane było z wymuszeniem, przeciwnie, podobało mi się to mówienie wszystkiego i przekazywanie przed dotyk. Tak, to było naprawdę piękne i jeszcze dodało uroku całości.
Czekam na więcej zatem i weny życzę Cute

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Ta nasza miłość [M]   Today at 5:07 pm

Powrót do góry Go down
 
Ta nasza miłość [M]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
J-slash :: FanFiction :: PG-12-
Skocz do: