IndeksIndeks  FAQFAQ  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 [M] Light after dark

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: [M] Light after dark   Nie Lis 27, 2011 12:01 am

Tytuł: Light after dark
Pairing: Kamijo x Kaya (Versailles/solo)
Rodzaj: To, co zawsze ~.~
Słów: 13058 .^."""
Ostrzeżenia: PG12
Beta: Hiroki <3 Proszę o brawa, bo tym razem był to ciężki orzech do zgryzienia przez moje przepisywanie w szkolnej bibliotece bez worda do poprawek, Kamijo robiący korki, uśmiechanie się z gorczycą i palące ogony też były w ilości sporej XD"
Komentarz: Tak, to jest właśnie ten 'drugi przerywnik w pisaniu telenoweli', o którym wspominałam poprzednim razem. Jego długość pozwolę sobie skomentować w sposób następujący: ...
PO PROSTU TOTALNIE NAD TYM NIE PANUJĘ, OMG. Zgodnie z początkowym pomysłem, miało być trzy razy krótsze, ale oczywiście, jak to ja, jak już zaczęłam pisać, koncepcja rozrosła się czterokrotnie, pojawiło się jej drugie tło, wszystko zaplątało, wszyscy zaczęli gadać o wiele dłużej, niż to rozsądne i wyszło, co wyszło x_x Ale tego tematu chyba nie można było potraktować byle jak. Tokyo Decadance, z soboty 22-go października, po prostu błagało o ficka.
Są różne wersje tego, jak wyglądało to, co się tam wydarzyło. Czy Kamijo był pijany, kiedy całował Kayę, czy po prostu trochę swobodniej niż zwykle się zachowywał/był zmęczony po trasie, czy Kaya był na niego wściekły, czy wyraźnie nie miał nic przeciwko i przez całą imprezę obaj dobrze się bawili... Różne relacje mówią na ten temat całkiem co innego, a nagrań nie ma, więc każdy myśli to, co woli myśleć i wierzy w to, co bardziej mu odpowiada. W każdym razie ja na potrzebę tego ficka przyjęłam negatywną wersję zdarzeń - żeby było zabawniej xP
No, to póki co tyle. Miłego brnięcia przez kolejne kilometry mojego tekstu wszystkim życzę, nie widziałam już sensu tego dzielić, więc jest w dwóch postach (żeby nikt się nie zdziwił, uprzedzam), bo na jednego jest za długie. Ciekawe, czy ktoś przede mną przekonał się wcześniej, jaki jest limit znaków w poście na takich stronach"""
~~

Garderoby w klubie były małe i ciasne, mieszcząc artystów wraz z ich często bardzo obfitymi strojami, nie zostawiały już zbyt wiele przestrzeni życiowej. Mimo to, kiedy Kaya wszedł do swojej i zamknął za sobą drzwi, zaczął dosyć aktywnie ową przestrzeń wykorzystywać, z wyraźnym wzburzeniem chodząc w tę i z powrotem i zamiatając podłogę swoją długą suknią. Można było się go w tej chwili przestraszyć - cały w czerni, z burzą natapirowanych i zaczesanych do tyłu włosów i iście upiornym makijażem, pochłaniającym niemal cały czarny cień oddzielnie na każde oko, nie przypominał zupełnie swojej zwyczajnej wersji, tak przecież miłej, słodkiej i wesołej. Jego dzisiejszy wizerunek w pełni oddawał też nastrój, bynajmniej nic z wesołością wspólnego nie mający - jeszcze bardziej pobladł pod i tak wybielającym twarz pudrem, dramatycznie podkreślone oczy ciskały gromy, a umalowane na czerwono usta były gniewnie zaciśnięte. To właśnie ust dotknął teraz odzianą w koronkową rękawiczkę dłonią, pochylając się nad lustrem i patrząc przez chwilę w swoje silnie podświetlone odbicie... Po czym nagle gwałtownym ruchem przyciągnął sobie krzesło i usiadł, wciąż drżącymi z nerwów rękoma sięgając po chusteczki do demakijażu. Muzyka w tle nadal huczała, klubowa noc nie dobiegła jeszcze końca, ale mało go to obchodziło. Chciał natychmiast wrócić do domu i nic nie mogło stanąć mu na przeszkodzie. I tak powinni się cieszyć, że w ogóle został na scenie do końca swojej części występu. Zdecydowanie nie była to taka premiera nowego utworu, jaką zaplanował... Na samo wspomnienie - jakkolwiek miał je w głowie przez cały czas - aż ścisnęło go w brzuchu i zaczął jeszcze energiczniej usuwać z twarzy makijaż, niezbyt uważnie, na tyle tylko, by wyjść na ulicę i nie doprowadzić pierwszej napotkanej osoby do zawału serca albo wylewu. Szczegółami zajmie się w domu. Póki co wyjątkowo dokładnie otarł tylko usta, z niesmakiem i wyraźną irytacją odrzucając potem od siebie chusteczkę i zamieniając ją na nową.
Nie było mu jednak dane w spokoju doprowadzić swego planu do końca, bo w tej chwili drzwi za nim ponownie skrzypnęły. Zamarł i zamknął na chwilę oczy, modląc się w duchu, by ze wszystkich występujących z nim dzisiaj znajomych, z którymi garderobę dzielił, nie była to ta osoba, o której myślał - a gdy je otworzył, kolejny raz w życiu przekonał się, że jego modlitwy zupełnie nikogo nie obchodziły. Za jego plecami odbijał się w lustrze stojący w progu Kamijo. On też minę miał raczej ponurą.
- Gwiazda wieczoru już nas opuszcza? - spytał i nawet, jeśli nie było w tym niczego ironicznego, Kaya poczuł, jak zalewa go nowa fala wściekłości. Postanowił jednak nie dać jej po sobie poznać i nie zaszczycając starszego mężczyzny nawet spojrzeniem - nie mówiąc o odpowiedzi - jeszcze bardziej skupił się na swoim obliczu w lustrze i usuwaniu zeń nadmiaru makijażu.
Nie wyglądało jednak na to, by Kamijo pojął tę jakże subtelną aluzję, że nie ma ochoty z nim przebywać i postanowił sobie pójść. Przeciwnie, zamknął za sobą drzwi i zrobił kilka kroków wgłąb pomieszczenia, wciąż mu się przypatrując.
- Uciekłeś od nas - stwierdził po chwili nieco zaczepnie. - Chyba jeszcze parę osób chciało ci pogratulować, a ty się wycofujesz tak bez pożegnania.
- Myślałem, że to tobie mają czego gratulować. - Kaya wyczerpał już swój limit czasu, przez jaki był w stanie się nie odzywać. - Co cię obchodzi, co robię? Lepiej wróć tam i sprawdź, czy nie zostało im jeszcze trochę wina...
- Nie przyszedłem tu, żeby się napić, jeśli uważasz, że...
- Nie? - zdziwił się młodszy ironicznie. - Jakoś nie było widać po tym, jak się nawaliłeś!
Przewrócił oczami.
- Może powiesz mi wprost, co ci w tym przeszkadza? - spytał ze znudzeniem, opierając się biodrem o blat sąsiedniej toaletki i krzyżując ramiona na piersi. - Zachowujesz się, jakby coś cię ugryzło...
- Bardzo mało brakowało! - wykrzyknął Kaya, podrywając się ze swojego miejsca, gdyż jego wzburzenie osiągnęło w tej chwili poziom, gdzie nie mógł wytrzymać w pozycji siedzącej.
Twarz Kamijo spochmurniała jeszcze bardziej.
- Ach tak, więc o to ci chodzi - rzekł tym samym tonem co poprzednio, z nieco zbyt demonstracyjnym znudzeniem i obojętnością. - Cóż, gdybym wiedział, że zareagujesz w ten sposób…
- Och, wybacz, że nie raczyłem zemdleć z radości jak byle jaka twoja fanka, marząca o zaszczycie pocałunku z tobą latami! - odparował Kaya, nie dając mu szansy dokończyć. Zrobił dwa kroki w przeciwną stronę, jakby miał zamiar wyjść; ale że przeciwna strona oznaczała w tym przypadku przeciwną także do drzwi, a na drodze napotkał tylko wieszak na kostiumy, zaraz obrócił się energicznie z powrotem do Kamijo, opierającego się teraz o toaletkę także na łokciu i patrząc na niego wzrokiem, z którego nie dało się wyczytać żadnych emocji. Obrzucił go gniewnym spojrzeniem, podpierając dłonie na biodrach. - Może raczysz mi z łaski swojej wyjaśnić, co to do cholery miało być?
- Na pewno nic wartego tej awantury - odparł z chłodnym spokojem. - Mało razy się z kimś całowałeś?
- Ale nigdy nie na scenie! Nie, kiedy wszyscy patrzyli! I nie wbrew swojej woli! - wykrzyknął znowu jeszcze ostrzejszym tonem, po czym zaczął wyrzucać z siebie z mocą porównywalną do karabinu maszynowego wszystko, co zdążył do jego przyjścia nawrzucać mu w myślach. - Zrobiłeś ze mnie pośmiewisko! Każdy mógł tam stać na moim miejscu i każdy o tym wie, ty po prostu chciałeś, żeby te spod sceny jeszcze bardziej do ciebie krzyczały, wiec zacząłeś całować pierwszą osobę, którą miałeś pod ręką... Dwa razy, jakby za pierwszym nie zdążyły powłączać aparatów! Ale ja się na coś takiego nie pisałem, powinieneś się cieszyć, że nie dostałeś w twarz i wbij sobie raz na zawsze do głowy, że to, że moja orientacja jest taka, a nie inna, a ja nie robię z tego tajemnicy, nie znaczy, że będzie mi przyjemnie całować się z każdym facetem, który tego zechce! Bo chyba masz o mnie trochę mylne zdanie… A skoro chciałeś coś takiego odstawić, trzeba było się wysilić i przejść pięć kroków dalej do Hizakiego, tak, jak robisz to zawsze na waszych koncertach!
- O Boże! – Kamijo przez cały czas wyglądał, jakby próbował mu przerwać, ale dopiero teraz udało mu się wtrącić choćby słowo. – Jeśli odebrałeś to jako straszny atak na swoją nieskalaną cześć, to przepraszam! Nie musisz marnować tyle energii, żeby mi to przekazać…
- Och, zamknij się! – krzyknął Kaya, jeszcze bardziej tym rozwścieczony. – Nic do ciebie nie dociera? Nie zaprosiłem cię tutaj po to, żebyś się narąbał i zaczął dla żartu dowalać do mnie na scenie, rozumiesz to czy nie? Mieliśmy razem wystąpić, a nie zrobić widowisko dla całego klubu! To znaczy, TY zrobiłeś im widowisko, moim kosztem!
- Przynajmniej się nie rozebrałem, tak jak ty rok temu.
Ledwo wypowiedział te słowa, a tuba lakieru do włosów przecięła powietrze tuż nad jego ramieniem i z donośnym jak na swoje gabaryty hałasem uderzyła w drzwi za nim. Sekundę wcześniej Kaya chwycił ją i cisnął szybciej, nim starszy zdążył chociażby osłonić się rękoma – chybiła tylko za sprawą koronkowej rękawiczki na dłoni Kayi, przez którą minimalnie zbyt wcześnie wyślizgnęła mu się z palców. Inaczej byłby to traf za sto punktów i wiedzieli o tym obaj. Złowrogą, naładowaną napięciem ciszę zakłócała tylko nadal grająca gdzieś w tle muzyka i klekot toczącego się teraz po podłodze lakieru, a kiedy i ten po zdarzeniu z nogą krzesła umilkł, w końcu odezwał się Kamijo:
- Wspaniale. – Był blady i jakby o wiele trzeźwiejszy niż kilka sekund temu. Nie dodał nic więcej, tylko odwrócił się i wyszedł, z głośnym hukiem zamykając za sobą drzwi.
Kaya stał jeszcze minutę lub dwie w tym samym miejscu, nieporuszony, wpatrując się w ten sam punkt przed sobą. Dopiero potem nogi nagle zaczęły mu drżeć, a kolana same ugięły, gdy opadł ciężko na najbliższe krzesło. Potrzebował chwili, by dotarła do niego świadomość tego, co się przed chwilą stało i tego, czego o mało co nie zrobił, nie mógł zapanować nad trzęsącymi się i dziwnie pozbawionymi czucia dłońmi. Oparł o nie twarz, zamknął oczy i, jakby to wyzwoliło cały ciężar wydarzeń tego wieczoru, nagle zaczął płakać, mimo przyciśniętych do ust rąk głośno, długo nie mogąc się opanować.

Fukuyuki był tego dnia bardzo rozmowny. Siedzieli w niedużej, przytulnie urządzonej kawiarni, gdzie mieli w zwyczaju spotykać się w ciągu dnia, żeby wypić wspólnie kawę i porozmawiać o bieżących sprawach. Dzisiaj Fukuyuki mówił i mówił wyjątkowo jak na niego dużo – nastrój wyraźnie mu dopisywał – a Kaya wyjątkowo mało, prawie nawet na niego nie patrząc, tylko skupiając się na swojej filiżance i tylko co jakiś czas unosząc znad niej wzrok, przytakując automatycznie, bo prawie go nie słuchał. Fukuyuki też pracował w przemyśle muzycznym, choć nie jako artysta, pełnił jakąś średnio znaczącą rolę w wytwórni. Razem byli od trzech miesięcy.
Kaya generalnie lubił spędzać z nim czas. Zawsze był bardzo miły, z uwagą słuchał go, gdy mówił i potrafił dowcipnie skomentować jego opowieści, miał też doskonałe wyczucie, co powiedzieć i kiedy, a czego nie mówić wcale. Był dobrze wychowany, szczery i prostolinijny, dosyć co prawda zasadniczy – do łóżka poszli dopiero po prawie dwóch miesiącach związku – ale przynajmniej na ogół Kayi nie nudził. Wśród mężczyzn, z którymi się spotykał, należał do grona tych, z którymi dało się jeszcze rozmawiać, a to już było sporo. Kiedy rozmowy nie były potrzebne, też było przyjemnie, po prostu bez zarzutu. Mimo to pojęcie o jego problemach Fukuyuki miał mniej więcej takie, co o fizyce jądrowej, a niektóre jego myśli czy uczucia wraz ze swoimi konsekwencjami stanowiły dla niego tajemnicę nieprzeniknioną jak starożytne pismo klinowe. Bardziej niż o to, czy Kaya mu ufał czy nie, chodziło po prostu o jego poczucie, że niektórych spraw nie ma najmniejszego sensu z nim poruszać, zwłaszcza, że wyraźne luki informacyjne póki co się między nimi nie pojawiły. Po co było psuć przyjemną atmosferę niepotrzebnymi rozmowami o przeszłości.
- Hej, słuchasz mnie?
Pogrążony w swoich myślach, Kaya dopiero teraz zorientował się, że od paru minut zamiast na Fukuyukiego patrzy gdzieś w przestrzeń nad jego ramieniem, a ten już od dłuższej chwili nie mówi nic, wpatrując się w niego wymownie. Otrząsnął się i przywołał na twarz przepraszający uśmiech, zwracając się w jego stronę z niemą prośbą o powtórzenie.
- Strasznie nieobecny dzisiaj jesteś – stwierdził na to.
- Zamyśliłem się, wybacz.
- Nie szkodzi. Pytałem cię właśnie, czy masz czas spotkać się ze mną dzisiaj wieczorem.
- Dzisiaj? Chyba nie mogę…
- Znów jesteś zajęty? – W jego głosie zabrzmiało współczucie. – Cóż, rozumiem. A jutro?
- Co jest jutro, wtorek? – spytał Kaya z roztargnieniem, choć doskonale wiedział, jak dzień musi być jutro, skoro dzisiaj mieli poniedziałek. Gdy Fukyuki potwierdził to skinieniem głowy, zastanawiał się przez chwilę, patrząc znowu gdzieś w bok i obracając w palcach łyżeczkę, nim odpowiedział z ociąganiem – chyba… Może… Sam nie wiem. – Westchnął z rezygnacją, opierając ciężko podbródek na dłoni.
Jego towarzysz milczał przez chwilę, marszcząc brwi, wyraźnie skonsternowany taką odpowiedzią.
- Czy coś się stało? – spytał potem nieco niepewnie. – Dziwnie się dzisiaj zachowujesz, zupełnie jak nie ty.
Kaya wzruszył ramionami.
- Nie, nic się nie stało. Wszystko jest w porządku. – Wyprostował się znowu na krześle i patrząc mu w oczy, powiedział nagle bez namysłu, jakby zrobił to ktoś inny, używając jego ust – myślę, że nie powinniśmy być razem.
Fukuyuki zamilkł, tym razem na dłużej, przez chwilę jego twarz wyrażała idealny brak jakichkolwiek emocji. Kaya nie odwrócił już wzroku, wpatrywał się w niego z pewnym napięciem, ale w spokoju, z rękoma opuszczonymi na kolana i przestając w końcu obracać łyżeczką.
- Przyznam, że nie wiem, co powiedzieć – wyrzekł w końcu Fukuyuki, niewątpliwie szczerze. – Ty to jednak potrafisz człowieka zaskoczyć. – Silił się na coś w rodzaju żartu, ale jego ton i wyraz twarzy zdradzały, że był rozbity i przychodziło mu to z trudem. Kayę ukłuło poczucie winy i dopiero teraz spuścił wzrok.
- Przepraszam – powiedział cicho. – Po prostu… Ja dłużej tak nie mogę.
- A więc jednak coś się stało. Wiesz, że możemy po prostu o tym porozmawiać, nie powinieneś podejmować żadnych decyzji pochopnie – zaczął mówić szybko, a z jego słów biła wyraźna nadzieja i nieco desperacji. – O cokolwiek chodzi… Może jednak będę mógł ci pomóc. Możemy coś zmienić, jeśli coś jest nie tak albo cię martwi… Daj nam trochę czasu, jeśli go potrzebujesz…
Uśmiech Kayi był uśmiechem przeznaczonym dla dziecka, które stara się wprawdzie rozczulająco, ale i tak nie jest w stanie pomóc ani w ogóle pojąć, o co chodzi. Potrząsnął lekko głową.
- Nic nie rozumiesz. Ja po prostu… Tego się nie da tak wytłumaczyć. Nie mogę teraz z nikim być. To nie twoja wina, wiem, że się starałeś i dziękuję ci za wszystko, ale nie powinienem cię oszukiwać… Ani dawać fałszywej nadziei.
- Ale to niedorzeczne! Nie wydaje ci się? Zostawiać kogoś w ten sposób, tak z dnia na dzień…
Kaya milczał. Widząc, że i w ten sposób nic nie wskóra, po chwili ciszy Fukuyuki westchnął ciężko.
- W porządku. Przecież nie będę cię siłą zatrzymywać. – Uśmiechnął się z goryczą, rozkładając bezradnie ręce. – Jakkolwiek mi zależało. – Widać było, że był dotknięty, ale mimo to dodał zaraz – ale gdybyś jednak za jakiś czas stwierdził, że chcesz wrócić, masz mój numer telefonu i wiesz, gdzie mnie…
- Dla ciebie lepiej będzie, jeśli szybko o mnie zapomnisz. Przepraszam. – Wstał. – Pójdę już…
Fukuyuki nie odzywał się przez chwilę, wpatrując się w swoją pustą filiżankę. Dopiero, kiedy Kaya założył już płaszcz i owinął szyję szalikiem, podniósł na niego wzrok, jakby dopiero teraz dotarło do niego, co się stało, że nie był to żaden głupi żart i że Kaya zaraz naprawdę wyjdzie, wcale się nie rozmyśliwszy.
- Więc to naprawdę koniec? – spytał. – Już?
- Przepraszam – powtórzył Kaya jeszcze raz. Nie było już niczego, co mógłby dodać i w ciszy, która między nimi zapadła, odwrócił się i opuścił kawiarnię.
Kiedy wyszedł z bocznej alejki i wmieszał się w tłum ludzi, nie było mu przykro. Podejrzewał, że może przyjść to później, ale teraz jedyne, co czuł, to kompletna obojętność.

Nie był to pierwszy raz i z całą pewnością nie był też ostatni. To, że jego kolejne związki trwały dwa, trzy, w porywach cztery miesiące, przemilczał konsekwentnie przed każdym nowo poznanym mężczyzną. Nie mieli o niczym pojęcia – skąd mieliby się domyślić po takiej miłej, wrażliwej, pełnej uczucia do wszystkiego co żywe istocie – bo nie było po co psuć przyjemnej atmosfery bezsensownymi rozmowami o przeszłości. Za każdym razem liczył zresztą, że tym razem będzie inaczej; że coś się zmieni, coś wskoczy wreszcie na swoje miejsce, chwyci go za serce i zatrzyma na dłużej, zawsze miał wręcz pewność, że tym razem to powinno się udać – ale zawsze przychodził taki moment, gdy uczucia przechodziły mu jak jakaś przewlekła choroba, dosłownie jak ręką odjął. Fascynacja zmieniała się w zniecierpliwienie i irytację samą obecnością partnera, rozmowy nudziły, dotyk dawał tylko chwilową satysfakcję, a czułe słowa rodziły w jego głowie złośliwe komentarze. Żal było mu trochę Fukuyukiego, on naprawdę był względem niego w porządku i starał się go uszczęśliwić, ale jego zaangażowanie było tylko kolejnym powodem, by nie ciągnąć tego związku na siłę. Tego dnia w kawiarni patrzył na niego, niby takiego samego jak zawsze i nagle pomyślał, że wcale go przecież nie kocha – ba, nawet specjalnie mu się nie podoba. A kiedy zaproponował mu wieczorne spotkanie, nieoczekiwanie poczuł też niechęć. Nie chciał nigdzie z nim iść ani zapraszać go do siebie, wcale nie pragnął jego dotyku ani pocałunków, nie miał ochoty w ogóle z nim przebywać. Było mu wszystko jedno, co pomyśli, jego zaloty mógłby skwitować przewróceniem oczami. I wiedział już, że nadszedł ten moment, którego zawsze się obawiał.
Pokojowe rozstania były takie beznadziejne. Nie sprawiały mu co prawda większych problemów, robił to tyle razy, że nie podchodził już do tego zbyt emocjonalnie, ale o ile łatwiej było sprowokować na koniec jakąś kłótnię i odejść w złości, trzaskając drzwiami i zostawiając byłego partnera z paroma nie zawsze uzasadnionymi zarzutami. Bez tego całego wykręcania się, tłumaczenia i przepraszania… Ale Fukuyuki był za dobry. Nawet gdyby chciał, nie mógłby mu nic wystarczająco poważnego zarzucić, a i w kłótnię nie było go wciągnąć łatwo, zaraz uciekłby z podkulonym ogonem jak zbity pies i zaczął przepraszać za coś, czego nie zrobił, błagając, by od niego nie odchodził. A zatem trzeba było to załatwić tak. Możliwe było, że jeszcze przyjdzie mu za nim zapłakać, bo przecież był dobry, dbał o niego i Kaya wiedział, że tym razem odrzuca porządnego i szczerego w swoich uczuciach człowieka, ale jedyne, czego teraz chciał, to się od niego uwolnić. Zawsze przecież nadchodził ten moment… I dziwnym trafem, bardzo często miał on coś wspólnego z Kamijo.
Poznawał wiele interesujących osób i był w wielu związkach, często był zakochany – na pewnym etapie był o tym szczerze przekonany – i szczęśliwy. Jednak od ponad czterech, prawie pięciu już lat, było w jego sercu miejsce właśnie tylko dla Kamijo, zazwyczaj nieujawniające się wcale wyraźnie, na ogół wyrażające się po prostu w postaci przyjaźni i silnego poczucia emocjonalnej więzi między nimi. Kiedyś, niedługo po tym, jak się poznali, był w nim zakochany naprawdę, bardzo mocno, niemal bez pamięci, tak, jak naprawdę rzadko zakochany bywał. Nic z tego nie wyszło, bo on zdawał się tego nie dostrzegać – albo udawać, że nie dostrzega – chyba miał wtedy dziewczynę. Kaya cierpiał wtedy równie mocno, co kochał, choć na zewnątrz nie dawał tego po sobie poznać, kilka długich miesięcy zajęło mu względne dojście do siebie. Było to tym trudniejsze, że wciąż był dla niego zbyt ważny, by znajomość z nim po prostu przerwać, włożył dużo wysiłku w to, by wznieść się ponad swoją urazę i rozczarowanie. Pozostali przyjaciółmi. Z czasem jego uczucie do niego przygasło, przycichło, zeszło głęboko na dno serca i tam zakorzenione w miejscu, do którego nic innego nie sięgało, pozostało, jak sądził, nieszkodliwe, bo nieposzukujące dłużej ujścia. Słowa, żarty i aluzje, którymi niegdyś starał się zdobyć jego zainteresowanie, stały się jego nawykiem, nie było w nich żadnej nadziei. Flirtował z nim dla zabawy, jakby dla podtrzymania dawnej tradycji, śmiał się szczerze, nazywając go swoim ukochanym. Weszło mu to w krew, że tak o nim mówił i myślał – wciąż był tak samo wspaniały i wyjątkowy, choć nie jego. Wydawało mu się, że na przestrzeni ostatnich lat całkiem się z tym pogodził. Był dla niego trochę niczym książę z bajki, a bajka była tylko bajką i tylko bajką musiała pozostać. Myślał z sentymentem o tamtych słodkich, pełnych marzeń chwilach, ale do miłości realnej, do poszukiwania satysfakcji i układania sobie życia tutaj i teraz, miał innych mężczyzn. Musiał mieć innych. A że kompletnie mu to układanie nie wychodziło, to już całkiem oddzielna sprawa…
Dopiero niedawno zaczął się zastanawiać, czy to możliwe, że za wszystkie jego późniejsze niepowodzenia odpowiedzialna była właśnie ta jedna niespełniona miłość. Zdarzało się, że jakieś jej echo powracało nagle, najczęściej za sprawą samego Kamijo – jakieś jego słowo, gest, żart podobny do tego, które były Kayi specjalnością, niespodziewana odpowiedź na jego żartobliwy flirt także poza sceną i oczami kamer – coś, czego nigdy nie otrzymał, gdy jeszcze tak bardzo na to liczył, jakby i on wiedział, że to już nie jest na poważnie i bez konsekwencji może dystans między nimi trochę zmniejszyć, ot, tak jak on dla zabawy, dla śmiechu i miłej atmosfery. To sprawiało jednak, że uczucia unosiły się z dna serca młodszego wokalisty nieco wyżej, stawały się znowu bardziej wyczuwalne, bardziej realne i jakby zabierały więcej miejsca, wręcz wypychając z zajmowanej pozycji aktualnego partnera lub przynajmniej znacznie przyspieszając moment, gdy zaczynał mieć go dosyć. Czy wciąż podświadomie szukał w tych nowo poznanych mężczyznach Kamijo i odchodził, gdy coś zbyt wyraźnie mu o uczuciu do niego przypominało i orientował się, że tego samego znaleźć w nich nie może? Nie przyznałby się do tego nawet przed samym sobą – to by znaczyło, że naprawdę miał problem – ale im bardziej o tym myślał, tym mniej niemożliwe się to wydawało. Jego serce, w którym wciąż tkwiła nietknięta cząstka niego, odrzucało każde nowe uczucie, nie dając mu się zakorzenić i sprawiało, że więdło jak zbyt słaba roślina, ścięta dodatkowo gwałtownym przymrozkiem, jakie wzbudzał jakiś niespodziewany przejaw zainteresowania ze strony Kamijo. I z osoby uroczej, delikatniej i uśmiechniętej, stawał się nagle zimny i wyrachowany, zostawiał nierozumiejących zupełnie tej zmiany mężczyzn, okazjonalnie jeszcze tylko trochę się nimi pobawiąc i często nie mogąc wykrzesać nawet z siebie szczerego dla nich współczucia. A może on się po prostu do szczęśliwej miłości nie nadawał? Wszystko szło dobrze, póki trwał etap podchodów, flirtów i zdobywania, nawet rywalizacji, ale kiedy cel zostawał osiągnięty i emocje opadały, wszystko traciło swój urok. Może dlatego wciąż tak dużo znaczył dla niego starszy wokalista – tego celu nigdy nie osiągnął i to go w tym uczuciu nawet teraz trzymało. Przejście z marzeń do rzeczywistości nie mogło go tym razem rozczarować i nawet trwanie w cierpieniu szło mu lepiej, niż podtrzymywanie spełnionej miłości. Było to tłumaczenie bolesne, ale wydawało się prawdziwe.
Nienawidził siebie za to, że taki jest i mimo tej świadomości wciąż pakuje się w nowe związki. Widocznie czegoś wciąż mu brakowało i rozsądek nie miał tu zbyt wiele do powiedzenia; zdumiewająco łatwo dawał się zauroczyć kimś nowym, zdumiewająco impulsywnie przechodził do działania i ze zdumiewającym optymizmem, który podchodził już wręcz pod głupotę i lekkomyślność, lekceważąc poprzednie doświadczenia i nasuwające się z nich wnioski, znowu się wiązał. Czy miało coś z tego wyjść czy nie, nie było to gorsze od samotności, nie, kiedy był młody i tyle jeszcze mógł mieć przed sobą, tyle możliwości nie do zmarnowania. Optymizm trwał dwa, trzy miesiące, a potem schemat się powtarzał. Czy przez Kamijo? Nie było tak przecież wcześniej, nie do tego stopnia. Jakże był wściekły, że tak bierze sobie do serca rzeczy bez znaczenia, a na to, co powinno być dla niego ważne, wiecznie jest taki obojętny! Nawet o nową miłość nie walczył, choć powiedzieć, że zachowanie Kamijo wzbudzało w nim nadzieję, to zdecydowanie za dużo. Koniec końców, dawał mu tylko nowy niepokój.
A zatem, w ten właśnie sposób miły, szczery i kochający Fukuyuki padł ofiarą głupiego, pijackiego pocałunku na scenie. Ten pocałunek – to był dla Kayi najsilniejszy od dłuższego czasu cios. I wbrew temu, co mówił, nie chodziło mu wcale o to, czy Kamijo go nim upokorzył, czy zrobił z tego widowisko dla fanów albo czy samym upiciem się zniszczył wizję ich wspólnego występu. Nie chodziło nawet o zdradę na Fukuyukim, co było w smutny sposób najmniej dla niego ważne. Fukuyukiego zdyskwalifikowałby być może sam ten dzień spędzony w towarzystwie Kamijo, fakt wspólnego występu po tak długim czasie – występu, który przez większość czasu wcale nie był zły. Mimo że starszy faktycznie wypił odrobinę więcej, niż powinien, do tamtego momentu wszystko szło zgodnie z planem, nawet kiedy nagle pocałował go w szyję, to było jeszcze coś, co, choć dosyć niespodziewane, można było podciągnąć pod zabieg dla wizji występu, Halloween i wampirów jako tematu promowanego wówczas utworu, samo w sobie też nie wzbudziło w Kayi większego szoku; robili już kiedyś coś takiego przed kamerą i było to, w gruncie rzeczy, całkiem przyjemne. Przeszedłby nad tym do porządku dziennego, gdyby na tym się skończyło. Kamijo miał jednak inne plany.
Cała wściekłość Kayi sprowadzała się do tego, że zajście mające miejsce chwilę później było po prostu jedną wielką kpiną z jego niespełnionego marzenia. Śnił niegdyś o tym pierwszym pocałunku z nim, wyobrażał sobie tę chwilę wiele razy – i po paru latach niespodziewanie doczekał się. Na scenie małego, zadymionego klubu, wśród rozwrzeszczanego tłumu, reagującego na ten widok głośnym piskiem z Kamijo, kompletnie pijanym, nie zważającym na jego wolę i być może nie całkiem zdającym sobie sprawę z tego, co w tym przypływie nieco zbyt dobrego humoru i otwartości czyni. Liczyła się tylko radość tłumu obcych ludzi, a Kaya czuł się tylko przypadkiem wplątanym w to narzędziem, bo akurat stał obok niego. Nie mógł wyrzucić tego z pamięci – jego ramię niespodziewanym gestem mocno przyciągające go jeszcze bliżej, aż prawie stracił równowagę, jego wargi na ustach, zapach alkoholu i ogłuszający wrzask publiczności. Nie zareagował wtedy, nawet nie podniósł ręki, opuszczonej z mikrofonem luźno u boku, tylko zamknął oczy – chciał zapaść się pod ziemię – i przestając na chwilę oddychać, biernie czekał, aż sam się odsunie, być może dopiero zorientowawszy się, co właściwie zrobił… I może to był błąd, bo kiedy faktycznie puścił go i na chwilę zostawił w spokoju, dając nieco się otrząsnąć, widocznie musiał uznać jego brak oporu za przyzwolenie, bo zaraz złapał go z powrotem i ponownie pocałował. I o ile pierwszy raz był czymś, co z bólem, ale jeszcze dałoby się przełknąć, to właśnie za ten drugi pocałunek znienawidził go szczerze. Był jeszcze bardziej upokarzający – znowu dał się zaskoczyć i pochwycić jak bezwładną lalkę, ku uciesze tłumu – i o wiele mocniejszy, namiętny, głęboki i w każdym aspekcie nie taki, jaki powinna oglądać publiczność, nawet gdyby naprawdę coś ich łączyło. Za zaciśniętymi powiekami oczy zaszły mu łzami, miał ochotę wykręcić się i zwyczajnie go kopnąć, uderzyć, odepchnąć – trzymał go za mocno i nim podjął walkę, w końcu znowu sam puścił. Kaya nie wiedział, w jakim stopniu udało mu się zamaskować wściekłość, niektórzy dostrzegli ją na pewno, ale tylko ta wściekłość pozwoliła mu się nie rozpłakać; z trudem wytrzymał na scenie do końca występu, obrzucając Kamijo tylko jednym złym spojrzeniem i odchodząc na przeciwną stronę sceny, byle dalej od niego. A kiedy ostatnie nuty utworu zamilkły, został tylko na chwilę, by pożegnać się z fanami i jako pierwszy wycofał się, szybkim krokiem ruszając prosto do garderoby.
Nienawidził go za to, jakby wszystko, co dawniej do niego czuł, obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Nienawidził też siebie – za te uczucia, za niemożność ukrycia ich przed nim i przed resztą świata tak, jak zawsze, za to, co mu wykrzyczał, gdy dołączył do niego w garderobie i że prawie zrobił mu krzywdę, impulsywnie ciskając w niego lakierem – tego ostatniego chyba by nie zniósł. Nie mógł nienawidzić go szczerze, z pełnym zaangażowaniem i bez wyrzutów sumienia, ta ambiwalencja była chyba najgorsza. I chociaż wspomnienie tamtego zajścia w ciągu następnych dni nadal paliło go żywym ogniem, tak im dłużej to wspominał, tym bardziej prócz złości i pogardy czuł jeszcze całkowicie z nimi niepowiązane, upokarzające i przytłaczające pożądanie. Był pijany i nachalny, ale całował dobrze, lepiej niż Fukuyuki, lepiej niż inni. Na myśl o tym mimowolnie ogarniała go słabość – jakże zawsze chciał się dowiedzieć, nawet czysto poznawczo, jak byłoby się z nim całować! – która, gdy ją sobie uświadamiał, jeszcze jego wściekłość do samego siebie wzmagała. Jak mógł w ogóle tak myśleć?! Pocałunek, choćby nie wiadomo z kim i jak upragniony, w takich okolicznościach nie miał prawa na niego działać!
Nie wiedział, co w tej sytuacji będzie dalej z ich przyjaźnią, której przecież nie zniszczyła do tej pory nawet jego nieodwzajemniona miłość i wszystkie związane z nią negatywne emocje, nie wiedział, czy i tym razem uda mu się wznieść ponad tę krzywdę, ale wiedział, że na jakiś czas musi zostać sam. Z dala od innych mężczyzn, szansę na szczęśliwy związek z którymi, i bez tego nikłą, utracił na ten czas zupełnie i przede wszystkim, musiał zostać z dala od Kamijo. Tylko silna tęsknota za nim mogła sprawić, by jakoś wyzbył się tej urazy.
Problem w tym, że starszy wokalista nie bardzo zatęsknić mu dawał.
Cisza z jego strony trwała cztery dni, a potem nagle zadzwonił telefon. Oczywiście, Kaya nie miał z tej okazji zamiaru zmieniać swojego planu całkowitej izolacji od jego osoby i mimo, że sygnałów było chyba dwadzieścia, nie odebrał. To wcale jednak Kamijo nie zraziło. Od tamtej pory zaczął dzwonić kilka, kilkanaście razy na dobę, za każdym razem tak samo długo i natrętnie, aż w końcu Kaya, rozwścieczony wyrwaniem go w nocy ze snu, przestał udawać, że nie słyszy i po prostu połączenie odrzucił. Ale i tym razem czekała go niespodzianka – tak jasny przekaz, że nie ma zamiaru z nim rozmawiać, zamiast zakończyć falę niechcianych telefonów, pomnożył ją trzykrotnie. Kamijo dzwonił już dosłownie co godzinę, za każdym razem po kilka razy, kiedy młodszy go odrzucał. Potem spróbował użyć komórki Hizakiego, podejrzewając zapewne, że jego telefonu Kaya nie zlekceważy. I owszem, Kaya odebrał – tylko po, by usłyszawszy jego, a nie gitarzysty głos, natychmiast się rozłączyć, przerywając mu zdanie (mniej więcej zresztą o treści ,,nie przerywaj połączenia”) w pół słowa. Następnym razem nie dał się tak oszukać i telefony od Hizakiego też przestał odbierać. Kolejnego dnia siedział już i patrzył jak na wyświetlaczu jego komórki pojawiają się kolejno imiona pozostałych członków Versailles, a zaraz po nich drugie tyle nieznanych numerów. Niewzruszony tymi desperackimi próbami zupełnie (choć normalnie pewnie przynajmniej rozbawiłaby go wizja Kamijo, biegającego po wytwórni i pożyczającego telefony od wszystkich napotkanych osób, żeby jakoś do niego dotrzeć), siedział i naciskał w kółko czerwoną słuchawkę. Nie zastanawiał się, co tak bardzo chce mu powiedzieć – im rozpaczliwiej próbował, tym on bardziej uparcie zacinał się w swoim postanowieniu, że rozmawiać z nim nie będzie. Nawet, gdyby miał tylko przeprosić, nie chciał tego słuchać. Takie przeprosiny też byłyby dla niego bolesne.

Nieco ponad tydzień po pamiętnym występie, telefon w końcu przestał dzwonić. Kaya odetchnął z ulgą; cały dzień spoglądał na komórkę z niepokojem, ale wszystko wskazywało na to, że Kamijo w końcu naprawdę odpuścił. Wiedział, że wyjeżdża w dalszą trasę, pewnie na niej się teraz wreszcie skupił, a to dawało młodszemu co najmniej trzy tygodnie niczym niezmąconego spokoju. Te ciągłe telefony (a także przychodzące masowo smsy, z którymi jednak uporać się było łatwiej, bo kasował je bez otwierania) znacznie utrudniały mu pracę, rozpraszając i denerwując nie tylko jego, a kiedy w końcu wściekły wyłączał komórkę, wypadał z kontaktu z resztą świata i wciąż zastanawiał się, czy nie ma jakiejś ważnej sprawy, o której ktoś daremno starał się go teraz poinformować – choć to akurat nawet z włączonym aparatem nie było wcale łatwe przy tym, jak Kamijo blokował mu linię. Ostatnio był bardzo zajęty, robił dużo i z różnymi osobami, więc taka sytuacja była dla niego bardzo stresująca i kłopotliwa. Momentami myślał, że zaraz nie wytrzyma i odbierze tylko po to, żeby jeszcze raz na niego nawrzeszczeć i kazać mu odwalić się raz na zawsze, ale koniec końców odstępował od tego zamiaru. Nie miał zamiaru dać się złamać, nie takie rzeczy już znosił, a poza tym… Wyraz jego twarzy, kiedy prawie uderzył go tym rzuconym w złości lakierem, wciąż pozostawał żywy w jego pamięci i nawet w największym zdenerwowaniu odbierał mu siły do kolejnych takich konfrontacji. Nie wiedział, czemu tamto wspomnienie tak go bolało, ale bolało bardzo.
W każdym razie, tego dnia telefony wreszcie ustały, a w skrzynce nie pojawił się żaden nowy sms. Kaya był bardzo zadowolony; wreszcie pracował spokojnie i sprawnie cały dzień, uporał się ze wszystkimi zaplanowanymi sprawami szybciej, niż podejrzewał i mógł wrócić do domu o porze, która zostawiała mu jeszcze trochę tego niemal zapomnianego ostatnio wolnego czasu. Ledwo jednak wrócił, rozsiadł się wygodnie na rozłożonej kanapie wśród poduszek, pod kocem i z ukochanymi kotami na kolanach, a w momencie, gdy sięgał dłonią po pilota od telewizora, po całym domu rozszedł się nagle przenikliwy sygnał domofonu. Zirytowany przerywaniem mu dopiero co zaczętego odpoczynku i samą koniecznością ponownego postawienia się na nogi w celu odebrania aparatu, dźwignął się i podszedł do słuchawki z myślą, że to pewnie jakiś spóźniony sąsiad, który znowu zapomniał kluczy i zadzwonił pod pierwszy lepszy numer, żeby ktoś mu otworzył – miał pecha, że jego był po środku tabliczki i w niego najczęściej trafiały palce wszystkich chcących dostać się do środka ludzi, od akwizytorów, przez listonoszy, aż po elektryków i innych wezwanych przez kogoś z bloku specjalistów. Odebrał, lecz nim zdążył wymówić choćby słowo, usłyszał głos, którego paradoksalnie najmniej się akurat spodziewał – głos Kamijo.
- Nie odkładaj słuchawki – powiedział starszy natychmiast bez zbędnego powitania. – Albo będę zmuszony od razu wejść na górę.
- Stoisz pod moim blokiem? – spytał Kaya, który nie rozłączył się bynajmniej nie przez tę zapowiedź, a po prostu ze zwykłego zaskoczenia i konsternacji.
- Nie odbierasz moich telefonów, więc pomyślałem, że może chociaż słuchawkę od domofonu podniesiesz. Musisz mnie wysłuchać – oznajmił zdecydowanie.
Kaya zdążył już nieco się otrząsnąć i na te słowa znowu spochmurniał. No tak, typowa taktyka, uśpić czyjąś czujność i zaatakować z zaskoczenia. Ale on się nie da.
- Doprawdy muszę? - spytał chłodno. - Nie wydaje mi się, żeby interesowało mnie to, co masz do powiedzenia. Mam akurat kilka ważniejszych...
- Proszę - przerwał mu z naciskiem. - Wiem, że na scenie zrobiłem coś niewybaczalnego i że zachowałem się jak ostatni idiota później w garderobie, rozumiem wszystko, co powiedziałeś i naprawdę należałoby mi się, gdybyś mnie tym lakierem trafił... Nawet gdybym miał potem wystąpić w stanie niezbyt reprezentacyjnym, nie mam prawa być o to zły - wyrzucał z siebie pospiesznie, jakby liczyła się każda sekunda. - Ale wtedy byłem podenerwowany i w dodatku niezbyt trzeźwy, wiedziałem, że jesteś wściekły, tylko bałem się konfrontacji i dlatego tak się zachowałem. Ale teraz musisz ze mną na spokojnie porozmawiać. Ja muszę. Kaya, proszę...
Młodszy wokalista stał przy domofonie i słuchał w milczeniu, z zaciśniętymi ustami. Słuchać wcale nie chciał, rozmawiać tym bardziej i żałował, że dał się zaskoczyć i nie odłożył słuchawki od razu. Oczywiście, mógł to zrobić i teraz... Mógł powiedzieć, że nie chce żadnych wyjaśnień ani sam nic więcej do powiedzenia nie ma i po prostu odwiesić słuchawkę. Mógł, nosił się z tym zamiarem, już niemal otwierał usta - i nie mógł. Po prostu nie chciało mu to przejść przez gardło, nadal milczał.
- Jeśli nie chcesz na mnie patrzeć, to w porządku, mogę zostać tutaj - zaofiarował Kamijo, nie doczekawszy się odpowiedzi. - Po prostu się nie rozłączaj. Pojutrze wyjeżdżam dalej w trasę, muszę powiedzieć ci wszystko dzisiaj, tutaj i teraz.
Kaya ocenił szybko w myślach wszystkie okoliczności. Nie chciał na niego patrzeć, owszem, ale - rozmowa przed domofon? W każdej chwili z klatki mógł wyjść przecież jakiś sąsiad, inny zechcieć dostać się na górę, a jeszcze inni, przypadkiem lub nie, zrobić sobie z tego słuchowisko, wystarczyło tylko podnieść słuchawkę i już słyszeliby dokładnie każde słowo ich obu. O, nie wątpił, że ta spod piątki już pół godziny wcześniej przytaszczyłaby sobie fotel i czekała na wstrzymanym oddechu ze słuchawką przyciśniętą do ucha, gdyby tylko wiedziała, że coś takiego się szykuje! Nie, to był kompletnie idiotyczny pomysł. A zatem musiałby wpuścić go do środka.
- Jeśli przyszedłeś, żeby powiedzieć, że to był głupi pijacki wybryk, to w porządku, nie było tematu. - Wszystko w nim sprzeciwiało się tym słowom całym swoim jestestwem, ale desperacja była silniejsza. - Zwalniam twoje sumienie od tego ciężaru. - Jeśli udawane wybaczenie miało uratować go od rozmowy i uciąć cały ten koszmar, był w stanie się poświęcić.
Po drugiej stronie usłyszał krótki, gorzki śmiech.
- Chciałbym, żeby to było takie proste - odparł Kamijo. - Ale nie przyszedłem tu po rozgrzeszenie. Pozwól mi powiedzieć to, co chcę, nie zajmę ci wiele czasu.
Wściekły i zrezygnowany, Kaya nacisnął przycisk i otworzył drzwi.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Pon Lis 28, 2011 11:28 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [M] Light after dark   Nie Lis 27, 2011 12:03 am

Żeby wyjść i otworzyć przed Kamijo też mieszkanie, zamiaru już nie miał. Przekręcił tylko z powrotem klucz w zamku, po czym, w dalszym ciągu zły i nachmurzony, zapadł się w fotelu w salonie i krzyżując ramiona na piersi, czekał. Słyszał kroki na schodach, a potem pukanie do drzwi, nie ruszył się jednak z miejsca, zmuszając Kamijo, by wszedł sam - jasno dawał mu do zrozumienia, jak bardzo niechętny jest względem jego wizyty. Ale starszy nie dał się zrazić i wszedł faktycznie, bez słowa rozebrał się z płaszcza i butów i wkroczył do jego salonu. Patrząc na niego (Kaya widział to tylko kątem oka, bo wzrok skupił ostentacyjnie na swoich kolanach), ale znowu nie drażniąc go zbytecznymi powitaniami, zajął miejsce w fotelu naprzeciw, po drugiej stronie stolika do kawy.
- Naprawdę nie uważasz, że powinniśmy o tym porozmawiać? - spytał w końcu po chwili niezbyt przyjemnej ciszy. - Jesteśmy dorośli i chyba dojrzali. Ja naprawdę rozumiem twoją wściekłość i nie mam zamiaru przeszkadzać ci w dalszym nienawidzeniu mnie ani w jakikolwiek sposób narzucać się dalej ze swoją znajomością, jeśli jej nie chcesz, ale nie mogę puścić tego tak bez słowa. Tak nie wolno.
- Do rzeczy.
Po jego minie widać było, jak bardzo Kaya utrudnia mu to i tak niełatwe zadanie i jaki był tym krótkim rozkazem zdeprymowany, wyraźnie ledwo zachowywał cierpliwość. Młodszy odczuł z tego powodu ponurą satysfakcję i uśmiechnął się kątem ust.
- Zdaję sobie sprawę, że przepraszanie cię za cokolwiek jest zapewne kompletnie bez sensu i nie jest w ogóle adekwatne do sytuacji - podjął Kamijo dzielnie. - Niemniej przepraszam. - Wyprostował się w fotelu, przechylając z powagą w jego stronę. - Szczerze cię przepraszam. Miałeś rację prawie we wszystkim, co powiedziałeś... mówię prawie, bo resztę wyjaśnię zaraz... ale wielu rzeczy faktycznie nie mam jak usprawiedliwić. Po prostu nie powinienem wtedy tyle wypić. Powinienem posłuchać twoich ostrzeżeń, jak nietrudno jest się upić na tego typu imprezach. Już samo to, że tego nie zrobiłem, jest niewybaczalne. Lepiej byłoby, gdybym w ogóle wtedy na scenę nie wyszedł, oszczędziłbym wszystkim wstydu.
- Miło, że zdajesz sobie z tego sprawę.
- Nie wybaczyłeś mi wcale. - Uśmiechnął się gorzko. - Chociaż powiedziałeś tak przez domofon.
Kaya milczał.
- Aż tak bardzo nie chciałeś mnie widzieć, żeby kłamać o przebaczeniu?
- Nie wzbudzaj we mnie poczucia winy.
- Nie próbuję. Ale szczerze mówiąc, nie wiedziałem, jak poważnie traktujesz tamten występ. Biorąc pod uwagę specyfikę imprezy, nie uznałem wyjścia na scenę w stanie… nie całkiem trzeźwym… za coś tak karygodnego, jak na normalnym koncercie. Rok temu ty też nie byłeś trzeźwy, choć, oczywiście, wypominanie ci, co wtedy zrobiłeś, było z mojej strony chwytem poniżej pasa i nie powinienem tego mówić, za co też przepraszam. Wiedz, że już wtedy było mi strasznie głupio, że nie ugryzłem się w język… Tylko potem poleciał ten lakier i nie zdążyłem przeprosić.
- Nie byłbym o nic zły, gdybyś zachowywał się na tyle normalnie, żeby trzymać ręce przy sobie.
- To, że cię pocałowałem, to trochę inna sprawa w tym wszystkim.
- Nie widzę niczego, co by ją wyróżniało – westchnął Kaya. – Nie chodzi o to, że… tak ładnie to ująłeś, niech sobie przypomnę… Ach tak, że był to atak na moją nieskalaną cześć…
- Przepra…
- Nie przerywaj mi. Nie uważam pocałunku za nie wiadomo co, to prawda, pewnie nie wściekłbym się za to aż tak w innych okolicznościach, różne głupoty robi się przecież po pijaku… Nic strasznego – gdyby to nie było na scenie. Nie zauważyłeś tego do tej pory? Że nie zaszedłem nigdy z fanserwisem na to pole, chociaż różne rzeczy robiłem? – Był zły na siebie, że teraz to on zaczął się nie wiadomo dlaczego ze swojego zachowania tłumaczyć – Boże, tłumaczyć się z tego, że nie spodobało mu się, że rzucił się na niego na scenie! – ale mimo to kontynuował. – To jest moja prywatna część życia… Nie pomyślałeś, że mogę kogoś zdradzić tym pocałunkiem z tobą?
- Pomyślałem.
To była tak nieoczekiwana odpowiedź, że Kaya przerwał wyrzuty. Kamijo patrzył na niego z ponurym uśmiechem.
- Pomyślałem, a nawet wiedziałem, że kogoś w ten sposób zdradzisz – powiedział. – Widziałem was kiedyś, przez przypadek. Ostatnio często cię odwiedzałem, prawda? Kiedy już byliśmy razem w Tokio, choć to akurat ostatnio rzadko się zdarza… W każdym razie, tak się raz akurat złożyło, nie bądź zaskoczony, nie widziałeś mnie, bo się wycofałem, nie mając wątpliwości, że nie był to twój kolega z pracy. W sumie nie był to pierwszy raz, choć tamtego faceta widziałem tylko wtedy. Zazwyczaj widuję ich po jednym razie, oczywiście nie myśl, że cokolwiek ci sugeruję albo śmiem zarzucać, broń Boże, tylko stwierdzam fakt. Może to był przypadek, w końcu tak rzadko się ostatnio widujemy. Ale co ciekawe, ty o nim wtedy nie wspomniałeś. Wyrzucałeś mi całkiem porządnie, ale nie wspomniałeś, że kogoś masz, choć bez wątpienia byłby to poważny argument przeciw mojemu zachowaniu. Naprawdę mógłbym się poczuć winny, a jakby jeszcze on to widział lub przynajmniej od kogoś o tym usłyszał…
- A nie chciałeś tego w takim razie? – Kaya wyprostował się w fotelu. – Skoro wiedziałeś o nim, a mimo to zacząłeś mnie całować, to widocznie po prostu chciałeś, żeby się dowiedział, choć naprawdę nie mam pojęcia, co ci po rozbijaniu moich związków.
Kamijo milczał, a Kaya, patrząc na niego, nagle przypomniał sobie o jeszcze jednej, dosyć podstawowej okoliczności całego zajścia.
- No tak. – Opadł z powrotem w oparcie. – Przecież ty byłeś pijany. Tylko robię z siebie idiotę, próbując doszukać się motywów w czyimś zachowaniu pod wpływem…
- No to chociaż wiesz, jak ja się czuję – zdenerwował się Kamijo całkiem niespodziewanie, zrywając się z miejsca. Nie zrobił jednak nic gwałtownego ponad to, być może widząc zaskoczenie Kayi, który aż drgnął w fotelu i teraz patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Westchnął tylko i odszedł od swojego miejsca, zaczynając krążyć w kółko po pokoju, jakby to dodawało mu cierpliwości. – Z tym, że ty nawet nie jesteś pod wpływem – dodał nieco spokojniej po chwili. – Sam zobacz, jak to wygląda. – Obrócił się w jego stronę, zatrzymując w miejscu i zakładając ręce na oparcie swojego fotela. – Zawsze wszystko jest wspaniale, kiedy ty coś robisz, ty rzucasz aluzje, ty żartujesz, że jesteśmy kochankami, i na scenie, i poza nią. A kiedy ja uderzyłem w ten sam ton, kiedy raz włączyłem coś od siebie w ten mit, który na nasz temat stworzyłeś i tak długo podtrzymywałeś, ty rzuciłeś we mnie lakierem, rozpłakałeś się i śmiertelnie obraziłeś. Uważasz, że to w porządku?
Kaya milczał dłuższą chwilę, patrząc na niego, oszołomiony najbardziej chyba samym takim właśnie obrotem spraw. Czy to znaczyło, że teraz to on był tym atakowanym, który musi się tłumaczyć? Tego się nie spodziewał.
- Uważam – rzekł w końcu, siląc się na spokój – że aluzje, żarty i cała reszta tego, co sprowadza się generalnie do gadania, to rzeczy trochę innej kategorii, niż rzucanie się na kogoś na scenie, żeby fani się cieszyli.
- Och, obudź się w końcu! – zdenerwował się Kamijo znowu i niespodziewanie jeszcze bardziej, niż poprzednim razem, aż Kaya znowu podskoczył w fotelu. – Nie zrobiłem tego dla fanów, nigdy nie pocałowałbym nikogo w usta w ramach głupiego fanserwisu! Nie mam też w zwyczaju całować kolegów, choćbym nawet nie wiadomo jak pijany nie był, to też miałeś szansę zauważyć przez ostatnie parę lat… I naprawdę nadal tego nie dostrzegasz? Nic cię w tym wszystkim nie zastanawia? – Znowu zaczął krążyć po pokoju, wyraźnie podenerwowany, choć niekoniecznie na niego. Mówienie zdawało się przychodzić mu z niejakim trudem, kiedy podjął – nie chciałem robić czegokolwiek na siłę… Ani tym bardziej cię ośmieszyć czy upokorzyć, o to nie powinieneś mnie raczej oskarżać przez sam wzgląd na naszą przyjaźń. Pijani ludzie po prostu są szczerzy. Alkohol wszystkich ośmiela, robi się to, na co ma się ochotę, nie myśląc o konsekwencjach. I ja też zrobiłem to, czego akurat pragnąłem, nie myślałem o tym, czy ktoś na nas patrzy czy nie, chciałem tylko… ciebie – zakończył z rezygnacją, zatrzymując się i na chwilę ukrywając twarz w dłoniach. Opuścił je jednak szybko. – Beznadziejna sprawa, co? – spytał z ponurym uśmiechem, zwracając spojrzenie z powrotem na młodszego, wpatrującego się w niego wzrokiem bez wyrazu. – Nie wiem, czy mnie to usprawiedliwia, czy sprawia, że nienawidzisz mnie jeszcze bardziej, ale z dwojga złego, jeśli już masz mnie nienawidzić, wolę, żebyś przynajmniej miał za co. Teraz, jeśli nie masz nic przeciwko, wyjdę na balkon zapalić.
Kaya nie odpowiedział ani nawet nie odwrócił głowy w jego stronę, gdy zgodnie z zapowiedzią otworzył drzwi balkonowe i wyszedł, przymykając je za sobą i drugą ręką szukając już w kieszeni zapalniczki. Jeszcze kilka minut siedział tak nieporuszony, z zamkniętymi oczami, zanim w końcu wstał i wyszedł jego śladem.
Był koniec października, prawie listopad, a on miał na sobie tylko lekki sweter, więc natychmiast uderzyło w niego przenikliwe zimno, ale nie cofnął się z powrotem do ciepłego salonu, tylko objął rękoma ramiona. Kamijo stał na samym końcu balkonu i palił papierosa, opierając się o barierkę i patrząc gdzieś przed siebie, w okna bloku naprzeciwko, gdzie przez zasłony przebijało się pomarańczowe światło lamp. Po podłodze walały się opadłe liście, które wiatr znosił tu z pobliskich drzew, jego kroki wzbudzały głośny szelest, gdy ruszył w stronę starszego. Mimo to nie odwrócił się do niego, więc zbliżył się nieco niepewnie i stanął za jego plecami. Bez słowa wyciągnął rękę i wyjął mu niedopalonego papierosa z dłoni, po czym wygasił go na brzegu barierki, na co Kamjo pozwolił mu bez oporu, uwolnioną w ten sposób dłoń opierając z rezygnacją o barierkę.
- Wróć do środka, przeziębisz się tutaj - powiedział, wciąż na niego nie patrząc.
Zamiast wykonać to w gruncie rzeczy rozsądne polecenie, Kaya zrobił jeszcze krok bliżej niego, kładąc rękę na jego ramieniu i opierając na niej twarz. Jego włosy załaskotały go w policzek, pachniały dobrymi perfumami i dymem papierosów.
- Przepraszam - wyszeptał, w szumie wiatru i jednostajnych dźwięków z ulicy niemal bezgłośnie. - Za lakier, za to, co wtedy powiedziałem... I za wszystko...
- Ty nie masz za co przepraszać... I nie płacz znowu przeze mnie.
Dopiero, kiedy to powiedział, młodszy zorientował się, że duszący się w nim szloch staje się słyszalny, a łzy moczą Kamijo ramię. Odsunął się od niego, ocierając obiema rękoma oczy i odszedł na parę kroków, żeby oprzeć się o barierkę i tak jak on wcześniej wpatrując się w rozświetlone okna naprzeciw, próbował się opanować.
- Więcej tego nie zrobię - powiedział Kamijo nieco desperacko, widocznie wciąż upatrując się przyczyny jego zachowania w nieszczęsnym pocałunku. - Nawet jeśli jeszcze kiedyś się ze mną napijesz... Jeśli tylko będziesz chciał jednak nadal utrzymywać ze mną kontakt... Będę się pilnował i więcej do czegoś takiego nie dojdzie, obiecuję.
- To bez znaczenia... Niczego nie rozumiesz. - Potrząsnął głową, ale potem zamilkł, ani nie mogąc, ani nie chcąc kontynuować. Skrzyżował ramiona na brzegu barierki i ukrył w nich głowę. Chciał zostać sam, a przecież chwilę wcześniej sam tutaj przyszedł, kierując się chyba jakimś głupim impulsem. Co się z nim znowu działo?
- Wiem, że nie powinienem za nic ci wyrzucać ani w ogóle odwracać tej rozmowy przeciwko tobie. - Kamijo tłumaczył się jednak dalej. - Przyszedłem powiedzieć, że jest mi bardzo przykro... Z tego, jak się to skończyło. Przecież wiem, że to wszystko tylko żarty, ty zawsze masz kogoś innego, tego czy innego, to już nie moja sprawa... A skoro jest właśnie tak, to zostaje mi mieć nadzieję, że on nie miał ci tego za złe, nie chciałeś tego, to tylko moja wina. Mam nadzieję, że między wami nadal wszystko jest w porządku...
- To też nie ma znaczenia - odpowiedział Kaya, nie podnosząc głowy. - Już z nim nie jestem.
Kilka sekund ciszy.
- Zostawił cię? - spytał potem Kamijo cicho, tonem, w którym współczucie w przedziwny sposób mieszało się z zaskoczeniem i jakby poczuciem winy. - Przykro mi, nie mówiłeś wcześniej...
- Ja z nim zerwałem.
I znowu chwila ciszy.
- Jeszcze wcześniej, przed występem? - Tym razem jego ton był całkiem pozbawiony wyrazu.
- Później.
Usłyszał, jak nagle odsuwa się od barierki, tak samo jak wcześniej w salonie zerwał się z fotela, żeby zrobić kilka kroków i zatrzymać się. Kaya odwrócił głowę w bok, spod ramienia spoglądając na tę jego reakcję. Starszy mężczyzna wyglądał jednocześnie na wzburzonego, rozbitego i trochę tak, jak gdyby miał ochotę się roześmiać, choć raczej nie z radości.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spytał zdumiewająco ostrym tonem.
- Nie zależało mi - odpowiedział Kaya, mimo wszystko nieco dotknięty tym, że ktoś robi mu wymówki z jego osobistych wyborów. - Co w tym takiego dziwnego... Było tak, jak zawsze.
- Jakie zawsze? - Podszedł do niego z powrotem i zacisnął rękę na jego ramieniu, z powrotem usiłując zwrócić na siebie jego uwagę, bo w tym momencie Kaya zamilkł, znowu chowając głowę w ramionach. - Jakie zawsze? - powtórzył. - Co chcesz przez to powiedzieć?
- Miałeś nie robić mi wyrzutów.
- Ze wszystkich tak samo sobie żartujesz?
Lista nieodpowiednich słów, które mógł w tej chwili wypowiedzieć, była całkiem długa, ale tymi trafił chyba w sam jej szczyt. Nim się zorientował, ramię Kayi wyślizgnęło się z jego uścisku, gdy ten, nie ustawszy dłużej na własnych nogach, zjechał rękoma po barierce w dół i nie tyle usiadł, co upadł na podłogę, wybuchając śmiechem. Albo płaczem. W tej chwili nie dało się tego rozróżnić. Kamijo stał nad nim w tym samym miejscu, trochę tym przestraszony i chyba też nie mogąc zidentyfikować jego reakcji i dopasować do niej swojego zachowania. Zanim zdobył się na jakikolwiek ruch - minęła nie więcej niż minuta - Kaya przemówił jednak, a głos miał zaskakująco spokojny.
- Późno zaczęły cię obchodzić moje żarty. Czemu nie tak... ze cztery lata temu?
Nie podniósł głowy, kiedy starszy przyklęknął przy nim, czołem prawie dotykał barierki i zaciskał dłonie na jej prętach. Długie włosy skutecznie odgradzały go przy tym od Kamijo, uniemożliwiając mu zobaczenie jego twarzy, gdy mówił:
- Nie możesz po prostu wyjaśnić mi, o co chodzi?
- Albo jesteś aż tak głupi, albo aż tak bezczelny. Gdzie byłeś wtedy? I czego chcesz teraz, kiedy mnie całujesz i mówisz, że to nie dla zabawy czy widowiska? To ja powinienem cię spytać...
- Kaya...
- Moje żarty! - przerwał, jakby dopiero teraz dotarło do niego, jak sklasyfikował jego zachowanie i bardzo go to nagle dotknęło. Ale po chwili uspokoił się znowu. - Mam ci powiedzieć? - spytał uprzejmie, a tym razem Kamijo nie śmiał potwierdzić na głos, znowu co najmniej lekko przestraszony tymi gwałtownymi zmianami. - Nie jest to nic specjalnie ciekawego czy oryginalnego - stwierdził, wzdychając przeciągle i dźwignął się nieco wyżej, wciąż oparty w ten sam sposób o barierkę, skupiając wzrok na którymś z rozjaśnionych okien naprzeciw, choć tak naprawdę prawie niczego nie widział. - Wiedziałbyś od dawna, gdybyś był w stanie dostrzec cokolwiek, co leży dalej niż czubek twojego nosa. Mówisz, że sobie ze wszystkich żartuję, z ciebie i z innych... A ja cię naprawdę kochałem, wtedy, na samym początku. Wszystko, co robiłem i mówiłem, było po to, żeby ci to pokazać, nie przepuściłem nigdy żadnej okazji, aż do przesady. Ale ty nigdy niczego nie dostrzegałeś... Albo nie chciałeś dostrzec. Nigdy nic nie zrobiłeś, nawet ze mną o tym nie porozmawiałeś. Długo to trwało, chyba z pół roku się łudziłem... Aż w końcu się poddałem. Nie można przecież oszukiwać się w nieskończoność, nie można tylko tym żyć. Co innego miałem zrobić? Próbowałem znaleźć kogoś innego, komu by na mnie zależało.
Dziwnie było mówić o tym teraz, po czterech latach, dziwnie było wyrzucać z siebie tę tajemnicę, która tak go zatruwała - i to właśnie przed nim, nie zwierzać się przyjacielowi czy nowemu partnerowi, ale uświadamiać jego, którego przecież wszystko dotyczyło. I dziwne było to, jak silnie to przeżywał. Myślał, że się z tym pogodził, ale wystarczyło wypowiedzieć to na głos, żeby stało się tak samo żywe i palące, co wtedy. Okno, w które patrzył, zbierające się w oczach łzy rozmazały w jedną żółto-pomarańczową plamę, dłonie drżały mu i bolały od mocnego zaciskania na lodowatych prętach barierki.
- Nadal uważałem cię za przyjaciela - ciągnął mimo to. - Lubiłem z tobą przebywać i żartować zupełnie tak, jak wtedy... Może tylko tyle z miłości zostaje, kiedy nie ma w niej nadziei. Kiedy już na nic nie liczysz ani nic sobie nie obiecujesz... Nie wiem. Trochę średnio mi chyba wychodzi to układanie sobie życia, najdłuższy związek, w jakim od tamtej pory byłem, trwał cztery miesiące i to tylko dlatego, że byłem w trasie i głupio było mi zrywać przez telefon. Chociaż w sumie wszystko było mi jedno... Nie wiem, po co ci o tym mówię, chyba tylko po to, żeby wyjść na jeszcze większą ofiarę.
Kiedy po tych słowach zamilkł, przez kilka minut panowała cisza, zakłócana tylko przez nieustający uliczny szum i wiatr, świszczący w gałęziach drzew. Odczekał chwilę, aż ucisk w jego gardle stanie się trochę lżejszy i niebezpieczeństwo wybuchnięcia płaczem nieco się oddali, dopiero potem puścił barierkę i usiadł ciężko na podłodze, podciągając kolana pod brodę, bo od poprzedniej pozycji zdrętwiało mu całe ciało. Otarł rękawami swetra oczy, żeby spojrzeć w końcu na milczącego przez cały czas Kamijo. Siedział bez ruchu i zasłaniał twarz dłońmi. Kaya chciałby pozostać tym widokiem niewzruszony. Chętnie wróciłby już do pokoju, na balkonie było tak strasznie zimno, raz za razem przechodziły go nieprzyjemne dreszcze i nijak pomagało obejmowanie ramion rękoma ani przyciskanie do zimnych policzków równie zimnych dłoni - ale nie ruszył się z miejsca.
- Nigdy nie uwierzę, że nie wiedziałeś - powiedział zamiast tego i z zadowoleniem odkrył, że wciąż jeszcze panuje nad swoim głosem. Nie brzmiał tak płaczliwie, jak się obawiał. - Wszyscy zawsze wiedzieli, a jeśli mnie lekceważyli, to tylko umyślnie. Tak jest łatwiej, ale w sumie jakim prawem miałem wymagać mówienia wprost, skoro sam tego nie robiłem...
- To nie tak - Kamijo udało się w końcu zaprotestować, chociaż głos miał słaby i zmęczony. Odsunął dłonie od twarzy, tylko na tyle jednak, że było widać jego zamknięte powieki, jak gdyby za chwilę miał zasłonić się z powrotem. - Byłem w cięższej sytuacji, niż możesz podejrzewać...
- Jeśli ,,ciężką sytuacją" nazywasz swoją dziewczynę, a wiem, że ją miałeś...
- Ona nie miała z tym żadnego związku. - Dopiero teraz opuścił całkiem ręce i na niego spojrzał. - Kiedy się poznaliśmy, byłem z nią już tylko teoretycznie, to i tak musiało się rozpaść.
- Dosyć długo to rozpadanie się trwało, skoro tak - zauważył Kaya, nie mogąc się przed tą uwagą powstrzymać.
- Bo ona nie chciała. A ja nie mogłem jej tak odepchnąć na siłę. Nigdy nie chciała słuchać, kiedy tłumaczyłem, że to dla mnie nie ma już sensu, prosiła o drugą szansę, a kiedy nie chciałem się zgodzić, mówiła, że w takim razie nie ma po co żyć i... - urwał i westchnął, nerwowym gestem odgarniając włosy z twarzy. - Bałem się, że naprawdę jest zdolna zrobić coś głupiego, zawsze taka była. Dlatego tak się to ciągnęło. W końcu rodzina zabrała ją z Tokio. Mówię ci o tym, bo chyba tylko szczerość w tej kwestii może ci ją wytłumaczyć.
- Przepraszam. - Młodszemu nagle zrobiło się głupio, że zaczął na niego naciskać i spuścił wzrok.
- Nie przepraszaj, to nie jest jakaś straszna tajemnica. I nie ma związku z naszą sprawą, nie o to mi chodziło z tą ciężką sytuacją...
Kaya milczał.
- Chcesz jeszcze wysłuchać moich tłumaczeń? - spytał Kamijo po chwili, gdy sam go o ciąg dalszy nie zapytał. - Czy wolisz, żebym po tym wszystkim po prostu zostawił cię w spokoju? Zrobię to, jeśli uważasz, że tak będzie lepiej.
Młodszy tylko wzruszył lekko ramionami, jeszcze mocniej obejmując je rękoma.
- Mów - powiedział w końcu z rezygnacją. Skoro już przecież powiedział to, co powiedział, sytuacja powinna zostać wyjaśniona do końca. Nie czuł jednak ciekawości. Chciałby zostać już sam, położyć się w ciepłym łóżku i zasnąć, o niczym nie myśląc, a że zamiast tego musiał siedzieć w temperaturze sześciu stopni na podłodze balkonu i słuchać, czemu parę lat temu nie chciał go ktoś, kogo kochał... Cóż, kolejna atrakcja jego średnio udanego życia osobistego. Pierwszy raz pożałował, że zerwał z Fukuyukim tak od razu, gdyby spędzał z nim ten wieczór, Kamijo nie mógłby przyjść. Dlaczego nie wpadło mu do głowy skłamać, że nie jest sam, kiedy rozmawiali przed domofon?
Tymczasem starszy wokalista westchnął lekko, opierając się plecami o barierkę i patrząc gdzieś w przestrzeń.
- Jest mi teraz ciężko odtworzyć z pamięci wszystko tak dokładnie, jakbym chciał, tyle już minęło czasu - powiedział w końcu. - Co wtedy myślałem i czułem, że postępowałem tak, a nie inaczej, to wcale nie jest takie proste. Ale tak, wiedziałem, że jesteś... zainteresowany mną bardziej, niż resztą grupy, że tylko względem mnie tak się zachowujesz, mówisz i żartujesz w ten sposób, starasz się być zawsze blisko mnie. Masz rację, nie dało się tego nie zauważyć. Ale twoje intencje wcale już takie jasne nie były, nie miałem pewności, czy to żarty, czy naprawdę czegoś oczekujesz i ja... Może po prostu wolałem wierzyć, że żartujesz.
- Nie chciałeś mnie - Kaya błyskawicznie przełożył to sobie na swój język.
- Nie, to nie tak - zaprotestował znowu cierpliwie, zwracając wzrok w jego stronę. - Ja po prostu myślałem, że tak będzie dla nas lepiej. Jeśli żartujesz i pozostaniemy tylko przyjaciółmi. Nie tylko po to, żeby cię nie zranić, co zrobiłem tak czy inaczej, ale żeby nie zranili cię też inni. Pomyśl - wyprostował się w miejscu - co by się mogło stać, gdyby ktoś spoza grona naszych bliskich znajomych dowiedział się, co nas łączy? Nie jesteśmy anonimowymi ludźmi, to przecież byłby skandal! Nawet teraz ciężko jest czasem ukryć swoje życie uczuciowe, nawet teraz część fanów zastanawia się, czy tylko żartujemy, czy może jednak coś naprawdę między nami jest i wiele osób wcale nie odbiera tej sytuacji pozytywnie, już drażnią ich same żarty, więc co dopiero wtedy? Gdybyśmy jeszcze nie byli tej samej płci! Ja... nie jestem taki odważny jak ty w tych kwestiach. - Uśmiechnął się z zażenowaniem, patrząc na niego przepraszająco. - Nie chodzi o to, że dla mnie to przeszkoda, nie, to naprawdę bez znaczenia, ale dla ludzi... Nawet ten głupi fanserwis wzbudza różne, niekoniecznie pochlebne komentarze. Co by się działo, gdyby wyszło, że to na poważnie? Wyobraź sobie tylko: twoi fani atakujący mnie, moi fani atakujący ciebie, sam wiesz, że potrafią być bezwzględni, do tego ciągłe docinki i śmiechy mniej życzliwych ludzi za plecami, dzień w dzień. A nawet, gdyby jakoś udało nam się uniknąć ogólnego potępienia, załóżmy tak teoretycznie, bo nie wątpię, że przynajmniej ode mnie wiele osób odwróciłoby się na pewno, gdyby upadł mój latami kreowany wizerunek... To czy naprawdę chciałbyś tak żyć? Chciałbyś, żeby inni żyli twoim życiem, wtykali nosy w twoją prywatność, pytali o to w wywiadach, w wiadomościach od fanów, nie wiadomo jaką sensację z tego robili... A gdybyśmy się rozstali i o tym też trzeba byłoby powiedzieć, żeby ten stan rzeczy uciąć? I znowu nowa pożywka dla obcych ludzi, znowu jakieś głupie komentarze, spekulacje, pytania, ingerencje, jedni nie ukrywają, że się cieszą, inni próbują nas zeswatać z powrotem, bo tak ładnie razem wyglądaliśmy, tak fajnie było drążyć ze znajomymi nasz temat... Nie, to nie Hollywood, mamy być znani z powodu muzyki, a nie swoich związków! Ja nie chcę tak żyć.
W tej chwili zamilkł, a Kaya nie wykorzystał tej przerwy na wyrażenie swojej opinii. Mniej więcej od połowy tego wywodu nawet na niego nie patrzył, nie wytrzymując ani ostrzału jego spojrzenia ani słów, które wypowiadał, tak przecież prawdziwych, oczywistych, nie do zaprzeczenia, całkiem nimi przytłoczony i zażenowany. No tak, oczywiście, jak kiedykolwiek mógł myśleć o związku z kolegą z branży, w dodatku całkiem znanym kolegą? Że też nigdy nie pomyślał, na co ich obu naraża! Wstyd mu było za swoją naiwność, czuł, że się tą miłością po prostu wygłupił. Lepiej było się nie przyznawać, lepiej było od początku dać sobie ze wszystkim spokój, zdusić w zalążku, kiedy, być może, było to jeszcze możliwe. Pogrążony i zawstydzony jego słowami, jeszcze bardziej niż wcześniej miał ochotę od niego uciec, ale bał się, że rozpłacze się, jeśli choćby ruszy się z miejsca, więc tylko siedział, skulony w miejscu, z uporem wpatrując się w jakiegoś liścia na podłodze balkonu. Nie chciał okazać, jak bardzo go to boli i jeszcze komplikować sytuacji, skłaniając Kamijo do bezsensownych i jeszcze bardziej kompromitujących prób pocieszenia. Mimo to łzy postanowiły, że już najwyższa pora znowu zacząć płynąć, a kiedy zamknął oczy, żeby je powstrzymać, starszy to zauważył.
- Kaya…
Wyciągnął rękę i położył dłoń na jego policzku, ni to żeby je otrzeć, ni żeby zwrócić na siebie jego uwagę, ale młodszy odtrącił ją i odwrócił twarz.
- Daj spokój, nie musisz się litować.
- Jeszcze nie skończyłem mówić.
- Nie musisz nic dodawać, wszystko rozumiem.
- Muszę. Chyba, że to, co powiedziałem, idealnie zgrywa ci się z faktem, że pocałowałem cię na scenie, przed oczami publiczności uzbrojonej w aparaty. Nawet dwa razy pocałowałem, jeśli mamy być dokładni.
No tak, to było coś, co zdecydowanie do reszty nie pasowało, a uderzony tym faktem Kaya z wrażenia przestał protestować i nawet otworzył oczy, żeby znowu na niego spojrzeć.
- Tak lepiej. – Uśmiechnął się. - A zatem, jeśli mogę kontynuować, bo długo nad tym wszystkim myślałem i chcę powiedzieć wszystko po kolei… Wtedy byłem pewny, że tak będzie lepiej, i dla mnie, i dla ciebie, chyba tylko tak mogę to usprawiedliwić, że szczerze byłem o tym przekonany. Że bałem się o ciebie, czy byłbyś w stanie znieść te wszystkie szyderstwa i ataki, czy to by po prostu naszego związku nie rozbiło i ostatecznie nic dobrego by z tego nie wyszło, same szkody. Dlatego wolałem mieć nadzieję, że to z twojej strony zwykła sympatia i trochę żartów albo że to nie jest nic poważnego, że zapomnisz, jeśli nie będę reagował. Wiem, że byłem idiotą. – Westchnął. – Ale chyba po prostu przerosła mnie ta sytuacja, nigdy wcześniej nie brałem pod uwagę związku ze znajomym muzykiem. Nie chciałem narażać nas na nieprzyjemności, więc lepiej było się nie angażować, póki jeszcze mogłem, bo gdybym miał pewność, że myślisz o mnie poważnie, gdybym tę pewność, że naprawdę ci na mnie zależy, w jakiś sposób zdobył… Pewnie nie byłbym w stanie się powstrzymać, żeby tej granicy nie przekroczyć i żeby po ciebie nie sięgnąć, bez względu na konsekwencje. Nie myśl, że byłeś mi całkiem obojętny.
Kaya zaczął znowu z uporem ocierać oczy, ale nie przerywał.
- I tak jakoś minęły cztery lata… Było tak, jak chciałem, wplątywałem się w jakieś średnio znaczące związki albo, już od prawie roku, i z nimi dawałem sobie spokój, skupiając się na pracy z zespołem. My byliśmy przyjaciółmi, patrzyłem, jak faktycznie rezygnujesz i układasz sobie życie z kimś innym… Chyba powinienem się cieszyć, tak właśnie to sobie zaplanowałem. Ale nie jestem szczęśliwy. - Zamyślił się na chwilę, nie patrząc na niego, nim podjął. - Nie myśl, że jakoś nagle sobie o tobie przypomniałem, bo zostałem sam i dlatego zmieniłem zdanie. Nie, od dawna o tym myślałem, bardziej lub mniej, może zawsze przez te cztery lata. A zwłaszcza ostatnio to wszystko wydaje mi się już całkiem bez sensu… Jakbym cały czas mijał się z tym, co ważne i nie mógł tego znaleźć. Teraz mamy trasę, pojutrze znowu na dłużej wyjadę… I to jest bardzo smutne, kiedy nikt nie czeka, aż wrócę, nikt nie odlicza dni, żeby mnie znowu zobaczyć, no, oprócz fanów w paru krajach, ale nie o tym mowa. Nikt mnie tutaj nie żegna ani nie wita, wracam do pustego mieszkania… I kim wtedy jestem? Całkowicie zwyczajnym, samotnym człowiekiem. Długo chciałem o tym z tobą porozmawiać, chociażby tylko po to, żeby zobaczyć, do jakich wniosków możemy razem dojść, jakoś miałem potrzebę porozmawiania właśnie z tobą. Ty to wszystko rozumiesz, zawsze wiesz, co powiedzieć i umiesz sprawić, że ludzie się uśmiechają, bez względu na to, ile rzeczy jest nie tak. Nie znam drugiej takiej osoby. I jednak cieszę się, że tkwimy w tym razem, najbardziej wtedy, kiedy jesteśmy razem na scenie, kiedy razem śpiewamy, ty jesteś taki piękny, dosłownie promieniejesz. Poniosło mnie wtedy, po pijaku ludzie łatwo się wzruszają i pod wpływem impulsu robią różne rzeczy, których nie ośmieliliby się zrobić normalnie. Jakby nie patrzeć, scena to bardzo dla nas odpowiednie miejsce na pierwszy pocałunek, choć faktycznie klub mógłby być pusty, a ja trzeźwy. – Uśmiechnął się z zażenowaniem, przerywając znowu na chwilę. – Ale znowu zaczynam gubić kolejność tego, co chciałem powiedzieć. Po prostu… Nie chcę, żeby było tak dalej, nie wiem, czy to możesz coś teraz zmienić, czy tylko niepotrzebnie znowu cię dręczę, zmuszając do rozgrzebywania tego po czterech latach, ale nie chcę za jakiś czas znowu żałować, że zabrakło mi odwagi i nie spróbowałem. Nie chciałem ingerować w twoje związki, chociaż nie mogłem patrzeć bez wściekłości, kiedy widziałem cię z kimś innym, zwłaszcza, gdy się zmieniali i przegapiałem ten moment, kiedy byłeś sam i miałem prawo przyjść. To przez te trasy i całą resztę, przez ostatnie pół roku dosłownie cały czas się mijamy. I już nie mogłem wytrzymać… Nie wiesz, w jakich nerwach żyłem ostatnio, może dlatego trochę za dużo wypiłem. Ciężko stwierdzić, co wtedy roi się człowiekowi w umyśle, może myślałem, że jeśli cię pocałuję, to stwierdzisz, że jednak wolisz mnie i go dla mnie zostawisz? Nie zrobiłbym tego na trzeźwo, nie chciałem, żeby tak to wyglądało, tak na siłę i przy wszystkich. Ale wiesz, mimo wszystko jest jeden plus. A mianowicie, raz zrobiłem wtedy po prostu to, na co miałem ochotę, nie dbając, czy ktoś patrzy i co sobie pomyśli, i zobaczyłem, że bez względu na to, jak zostało to odebrane, świat wcale się nie zawalił… Powinieneś wywalić mnie za próg, a nie jeszcze przeze mnie płakać – przerwał nagle, widząc, że Kaya prawie nie odrywa już dłoni od twarzy, z marnym skutkiem próbując ukryć łzy. Zrobił gest, jakby chciał go przytulić, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
- Mów dalej – odpowiedział młodszy krótko, bo tylko tyle udało mu się wyrzec w krótkiej przerwie od zaciskania zębów, żeby pohamować silniejszy wybuch. Pomijając chwilę słabości w garderobie, nie pamiętał, kiedy ostatnio tak naprawdę płakał, a teraz zbierało go na płacz niemal raz za razem, w regularnych odstępach co parę wypowiadanych przez Kamijo zdań. Policzki piekły go już od łez i chłodu, który znacznie wzmagało to, jakie były mokre, od duszenia w sobie szlochu rozbolało go gardło, pewnie sprawiłoby mu ulgę po prostu rozpłakać się na głos, ale ważniejsze było to, by słuchać dalej starszego.
Ten uśmiechnął się blado, nim podjął po chwili namysłu.
- Nie wiem, czy poczujesz się teraz lepiej, jeśli zwyzywam siebie od nie wiadomo jakich idiotów i innych… Co właściwie zrobiłem cztery lata temu? Na rzecz kariery, wizerunku, nienagannej opinii i innych nic nie wartych bzdur zrezygnowałem z miłości, zachowałem się jak tchórz i wmówiłem sobie, że nagonka na nas pewnie i tak by nasz związek zniszczyła, więc nie ma sensu się na niego porywać, po co stawiać tyle rzeczy na jedną kartę… Wmawiając sobie, że cię w ten sposób chronię, wystawiłem cię na niepotrzebne cierpienia, nawet nie mam prawa prosić cię o wybaczenie tego, przez co przeszedłeś. Bez żadnego sensu… I tyle czasu już, kiedy widzę cię z innym mężczyzną, w jednej chwili nie wiem, czemu tak się uparłem, że to nie mogę być ja, czemu zrobiłem z siebie męczennika, nie wiadomo nawet, w imię czego. Tylko dlatego, że obaj jesteśmy znani? Mamy prawo być, z kim chcemy, pod tym względem jesteśmy zwykłymi ludźmi. Nie cierpię wygłaszać takich banałów, zwłaszcza wtedy, gdy powinny być dla mnie od początku oczywiste, a nie były. Co mnie obchodzi, co powiedzą ludzie, jeśli się dowiedzą, niech mówią, co chcą, byle z dala od nas, a jak będą pytać, my mamy prawo powiedzieć, że to nasze prywatne sprawy, z których nie będziemy się nikomu tłumaczyć, dlaczego sądziłem, że to takie trudne? Że nie będzie mi wszystko jedno, co się dzieje wokół, jeśli będziemy mieć siebie? A może w ogóle nikt się o tym nie dowie, czemu od razu założyłem, że tego nie ukryjemy… Od lat żartujemy, że coś nas łączy, a jeśli po prostu będziemy ostrożni, nigdy się nie wyda, że to przestały być żarty. Niech zastanawiają się dalej, tak jak teraz, nic nie musi się zmieniać… Po prostu nie mogę sobie wybaczyć, że byłem taki głupi, kiedy jeszcze miałem swoją szansę, że ją w taki sposób zmarnowałem. Może świętowalibyśmy teraz naszą czwartą rocznicę, zamiast siedzieć tutaj i rozmawiać o tym, dlaczego jesteśmy nieszczęśliwi…
Na chwilę zamilkł, pochylając głowę i zasłaniając twarz dłońmi. Przez kilkanaście sekund słychać było tylko wiatr i brzmiało to tak, jakby ta cisza miała trwać o wiele dłużej, jednak zaraz potem podniósł się dzielnie.
- Ale teraz wiem, że cię kocham – powiedział wtedy. – I oddałbym wiele za drugą szansę, nawet jeśli mnie też miałbyś zostawić po czterech miesiącach.
Możliwe, że chciał dodać coś jeszcze, ale przerwał, słysząc jego szloch. Kaya zasłaniał usta dłonią, ale mimo to tym razem nie udało mu się tego stłumić.
- Co mam zrobić, żebyś przestał płakać? – spytał Kamijo rozpaczliwie, chyba nieco zdeprymowany faktem, że bez względu na to, co mówi, młodszy wokalista reaguje tak samo.
Wyciągnął rękę i położył mu dłoń na ramieniu, delikatnie i nieco niepewnie, na co Kaya nagle podniósł się na kolanach i przypadł do niego, prawie na oślep wpadając w jego ramiona. Starszy wykazał się refleksem wystarczająco, żeby złapać go i przyciągnąć do siebie po kilku płytkach balkonowej podłogi, które ich dzieliły. Zamykając go w ciasnym uścisku, kilkakrotnie uspokajającym tonem powtórzył jego imię, ale że nie przyniosło to skutku, nie zwracając uwagi na jego płacz - Kaya przyciskał jedną dłoń do ust chyba z jeszcze marniejszym skutkiem niż chwilę wcześniej, drugą ręką obejmując go mocno - kontynuował pospiesznie, mówiąc mu prawie do ucha, jakby chciał jak najszybciej to wszystko z siebie wyrzucić:
- Przepraszam, to takie nieodpowiednie słowo po tym wszystkim, ale przepraszam za wszystko, wymienianie znowu zajęłoby mi wieki. Długo zastanawiałem się, czy żartując w ten sposób od tak dawna, mógłbyś jednak coś do mnie czuć, na tyle, żeby spróbować, a teraz, kiedy wiem już, jak było... Chciałbym się jakoś zrehabilitować, na tyle, na ile to w ogóle możliwe, przynajmniej dostać szansę, żeby być trochę bliżej ciebie... Rozumiem sytuację, nie musisz się od razu angażować, ale jeśli zostało jeszcze cokolwiek z twoich uczuć do mnie, nie chcę znowu rezygnować i wszystkiego przekreślać. Chcę się przekonać, dokąd możemy razem dojść, jeśli spróbujemy od nowa.
W tym momencie przerwał, co było w gruncie rzeczy rozsądne, bo czyjś płacz - a tylko ten w tej chwili Kaya był w stanie z siebie wydobyć - ciężko było uznać za odpowiedź czy jakieś jednoznaczne wyrażenie opinii. Cierpliwie czekał więc, aż przestanie, nie dodając nic więcej, tylko przytulając go i uspokajająco głaszcząc po włosach. Ten wybuch zdawał się być przez całą rozmowę przesądzony i należało go przeczekać, a młodszy był mu za to zrozumienie wdzięczny. I tak cudem dotrwał aż do tego momentu w miarę spokojnie, emocje nie mogły dalej pozostać bez ujścia. Takowym było też samo przytulanie się do niego, choć to, nieco paradoksalnie, także przyczyniało się do tego, jak bardzo nie był w stanie nad łzami zapanować. W końcu oderwał dłoń od ust, zamiast tego wtulając twarz w jego ramię i obejmując go wygodniej, obiema rękoma. I jakkolwiek obaj porządnie zmarzli przez ostatnią godzinę, tak dłonie Kamijo były zaskakująco ciepłe, niemal parzyły go w policzki, szybko przywracając im normalną temperaturę, gdy delikatnie ocierał jego łzy. Po paru minutach wreszcie udało mu się całkiem uspokoić i wyciszyć, zamarł wtedy bez ruchu w jego uścisku. Kiedy trwali tak w milczeniu, nie miał w głowie żadnych konkretnych myśli, ale wypełniało go poczucie bezpieczeństwa, jakiego od dawna nie czuł, tego w szerszym znaczeniu. Byli tak blisko, nawet idealnie równo oddychali, ciało przy ciele.
Dopiero później - dosyć sporo później, niż było to konieczne - Kamijo drgnął z miejsca.
- Chodź, wstań - powiedział cicho, rozluźniając uścisk na tyle, żeby pozwolić mu podnieść się za sobą, co Kaya na jego polecenie zrobił niemal automatycznie. Wciąż podtrzymywał go lekko, trochę z ostrożności przez wzgląd na jego stan, trochę ze zwykłej chęci pozostania blisko, a on pozwolił poprowadzić się przez balkon, z powrotem do salonu.
W środku było cudownie ciepło i jasno.
- Nie wiem, czemu musieliśmy rozmawiać o tym wszystkim na balkonie - rzekł Kamijo po chwili ciszy, musząc stwierdzić to samo.
- Zachciało ci się palić - odpowiedział Kaya nieco ochrypłym od niedawnego płaczu głosem, na co ten zaśmiał się krótko.
Musiał uznać ten żart za dobry znak, bo wyraźnie się rozluźnił, tak jakby wcześniej obawiał się chwili, gdy po tym, co powiedział, w jasnym świetle znowu spojrzą sobie w oczy. Ale w oczach było porozumienie i uśmiechnął się do niego ciepło, kiedy usiedli na rozłożonej kanapie. Kaya cieszył się teraz, że zostawił ją w tak mało reprezentacyjnym stanie, z ulgą po tak długim siedzeniu na twardej i zimnej podłodze balkonu zajmując miejsce wśród poduszek i opierając o nie wygodnie.
- Już w porządku? - spytał starszy z troską, lecz trochę już lżejszym tonem, pomagając mu okryć się kocem.
- Tak, już jestem spokojny. - Uśmiechnął się lekko, dając mu gestem znak, żeby usiadł przy nim. - Chyba już się znowu nie rozpłaczę.
Zajął miejsce obok, ale mimo to dodał jeszcze:
- Mam nadzieję, że się nie przeziębiłeś. Może zaparzę herbatę?
Pokręcił lekko głową i oparł ją na jego ramieniu.
- Nie, zostań. - Złapał go za rękę, bardziej dla zaakcentowania tych słów niż powstrzymania go przed wstaniem, bo do tego mimo wszystko Kamijo się specjalnie nie wyrywał.
Może herbata sama w sobie nie była złym pomysłem, ale nie chciał rozstawać się z nim teraz nawet na pięć minut. Z aprobatą pozwolił objąć się ramieniem, przysuwając jeszcze odrobinę bliżej. Obaj byli mocno zmęczeni i dało się to wyczuć w chwilowej ciszy.
- Ochrypłem już trochę od gadania - stwierdził Kamijo dopiero po paru minutach. Trzymając go za rękę, kciukiem gładził wewnętrzną stronę jego dłoni, co Kaya niespodziewanie uznał za zaskakująco, wręcz erotycznie przyjemne. Uśmiechnął się, bardziej przytulając policzek do jego ramienia, gdy bez wątpienia tego rodzaju dreszcz przeszedł mu po udach. Robił to specjalnie? Niewątpliwie. Jak można było subtelnie rozbudzić kogoś przy niewinnym trzymaniu za rękę... Ale mimo to mówił dalej, sprowadzając go z powrotem trochę bliżej ziemi. - Pewnie masz już dosyć wysłuchiwania mnie?
- Nie, to było długie, ale na pewno nie nudne - zaśmiał się. - Ale teraz to ja powinienem coś powiedzieć, prawda?
Nie chodziło o to, że nie miał ochoty mówić czy nic do powiedzenia nie miał. Nie, do powiedzenia miałby akurat aż za wiele i ciężko było wyłuskać z tego wszystkiego to, co było w stanie w miarę krótko wyrazić, co najważniejsze, niczego nie pomijając. Emocji było tyle, że chyba tylko cudem mieściły się w jednym sercu.
- Nie, właściwie... Pozwolę sobie wydedukować z twojego zachowania, że jednak nie jesteś na mnie wściekły i nie planujesz wywalić mnie za drzwi razem z moim o cztery lata spóźnionym uczuciem.
Uśmiechnął się szerzej.
- Słusznie dedukujesz. Nie jestem zły i nie mam zamiaru cię wywalić.
Kamijo odwrócił głowę i pocałował go we włosy.
- To dla mnie bardzo dużo - powiedział. - Ale jeśli potrzebujesz trochę więcej czasu, właściwie ze wszystkim możemy zaczekać. To się dzieje tak nagle... A chciałbym, żebyśmy zaczęli całkiem od początku, po kolei i bez pośpiechu. Żeby niczego nie pominąć i żebyś mógł mi na nowo zaufać, tak w pełni. Chyba nie byłoby dobrze postępować impulsywnie po tym, ile się wydarzyło. Może po prostu dajmy sobie szansę i zobaczmy, jak nam się uda, kiedy dzisiejsze emocje już nieco opadną, taki okres próbny czy coś w tym stylu... Który będziesz mógł przerwać, kiedy chcesz, nie musząc się ze swojej decyzji tłumaczyć. Dzisiaj mogę po prostu posiedzieć z tobą i poczekać, aż zaśniesz.
Kaya zastanawiał się nad tym przez chwilę. Niespecjalnie miał w tej chwili ochotę czekać z czymkolwiek, uczucie do niego wypełniało go znowu w sposób tak beznadziejny, jakby ktoś wyczyścił mu pamięć z ostatnich czterech lat i zupełnie nie był w stanie zatrzymać w sobie urazy za cokolwiek - ale może Kamijo miał rację. Zawsze tak mu się spieszyło, zawsze robił wszystko impulsywnie i, jak do tej pory, wiele dobrego z tego dla niego nie wynikło. Może tym razem faktycznie lepiej było zachować wyznania i inne wyrazy bezwarunkowego przebaczenia z zaciągnięciem go do sypialni na czele na inny, bardziej spokojny i odpowiedni na to dzień. Tego związku za nic nie chciał przecież zniszczyć.
- Dobrze - powiedział zatem. - Zrobimy tak, jak mówisz. - Mimo wszystko nie był w stanie zostawić tak beznamiętnie wszystkiego, co mu powiedział, więc zaraz, odwracając się do niego i przytulając twarz do jego szyi (w międzyczasie zsunęli się z pozycji siedzącej do niemal leżącej), powiedział - bardzo mi na tobie zależy. Nigdy nie przestałeś być dla mnie ważny i myślę, że zawsze miałeś szansę, żeby do mnie przyjść.
- Masz za dobre serce - stwierdził starszy cicho po chwili, odsuwając się na tyle, żeby spojrzeć mu w oczy. - Dlatego ludzie tak bardzo cię ranią. - Pocałował go w czoło. - Dziękuję. Naprawdę bardzo cię kocham.
Odpowiedział na to uśmiechem i przez chwilę bez słowa wpatrywał się w niego, przepuszczając między palcami jednej dłoni jego włosy, a spojrzeniem bezwiednie błądząc między jego oczami a ustami. Naprawdę tydzień temu go całował?
Musiał myśleć o tym samym, bo zapytał po chwili dosyć poważnym tonem:
- Masz mi za złe, że zniszczyłem coś tak ważnego? Pierwszy pocałunek?
Pokręcił głową lekko, ale z przekonaniem.
- Teraz już nie mam. Wcale nie było źle.
- No nie. - Uśmiechnął się. - Zaprzeczasz, żeby mnie pocieszyć?
- Mówię całkowitą prawdę. Nie zareagowałem złością dlatego, że mi się nie podobało samo w sobie, pomijając okoliczności, które już wyjaśniliśmy. I teraz chociaż mamy zdjęcia na pamiątkę z takiej ważnej chwili...
Teraz roześmiał się na głos.
- Mimo wszystko mogłem chociaż zapytać o zgodę - stwierdził. Podniósł się lekko na łokciu, pochylając nad nim, kiedy spytał z mieszaniną powagi i rozbawienia - pozwolisz mi teraz?
Odpowiedź wyczytał z jego spojrzenia. Nie przestając się uśmiechać, objął go jednym ramieniem i przesuwając drugą dłoń po jego włosach na policzek, pocałował go w usta. I w porównaniu z sytuacją na występie, była to dla Kayi istota różnicy między niebem a ziemią; był delikatny, nienachalny, ale i nie nieśmiały, wszystkie jego zmysły sprowadzając tylko na to doznanie, sprawiając, że jego serce zabiło znacznie szybciej i przeszywając ciało przyjemnym dreszczem. Młodszy zamknął oczy, przez chwilę z lekko rozchylonymi wargami poddając się pieszczocie jego ust i dopiero potem odwzajemniając tym samym, obejmując go ramionami i całując tak, jak nikogo innego od bardzo dawna. Odsunęli się od siebie po paru minutach i czuł, że był to ostatni moment, kiedy był w stanie go puścić i dotrzymać postanowienia, że nie dojdzie tego dnia między nimi do niczego więcej. Westchnął mimowolnie z czymś w rodzaju zawodu, na co Kamijo roześmiał się, opierając czoło o jego ramię.
- Czy to będzie za dużo jak na jeden raz - spytał Kaya, gdy starszy z powrotem położył się obok niego, a on wtulił twarz w jego szyję - jeśli zechcę, żebyś został na noc, nawet jak już zasnę?
Poczuł, że się uśmiecha.
- Skoro tylko chcesz, oczywiście, że zostanę. - Milczeli przez chwilę, nim dodał, wzdychając lekko - nie wyobrażasz sobie, jak ciężko będzie mi teraz wyjechać.
- To tylko trzy tygodnie - odparł optymistycznie, gładząc go pocieszająco po plecach i ramieniu. – Tyle to trwało, więc chyba wytrzymamy jeszcze trochę… A ja będę tu na ciebie czekać. I odliczać dni, aż wrócisz.
Odpowiedzią był jeszcze jeden złożony na jego czole pocałunek.
Mimo tych słów, nie znaczyło to, że w głębi serca podchodził do tego rozstania bez żalu. Ale, jak stwierdził zaraz później, mogło to mieć też przecież jakieś pozytywne strony, zwłaszcza w obliczu ich umowy. Te trzy tygodnie były idealnym czasem, by przywrócić do życia dawne marzenia i wizje, dać wszystkim tak długo uśpionym na dnie serca uczuciom szansę, by przebudziły się i rozwinęły na nowo, w być może jeszcze piękniejszej i dojrzalszej formie niż mogłyby kiedyś, a sobie - by odnaleźć się w pełni między nimi i w tym, choć szaleńczo szczęśliwym, to wciąż nieoczekiwanym zwrocie w jego życiu. Dobrze było mieć wpierw wyobrażenia i plany, lepiej, niż przechodzić wprost do ich realizacji. Nie wszystko naraz.
Ale na razie, jeszcze zanim się na te trzy tygodnie rozstaną, była noc. I chociaż nie odczuwał jeszcze senności i nie wiedział, czy przyjdzie do niego wcześniej niż nad ranem, był pewny, że zaśnie dziś tak szczęśliwy, jak od wielu długich miesięcy nawet przez chwilę nie był.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Karin
Strefa VIP


Liczba postów : 58
Join date : 26/08/2011
Age : 27
Skąd : Poznań

PisanieTemat: Re: [M] Light after dark   Nie Lis 27, 2011 9:37 pm

kolejny genialny tekst, genialnej autorki... przyzwyczaiłam się do twoich kilometrowych fików i cholernie ci zazdroszczę, że potrafisz pisać długo nie nudząc przy tym czytelnika... szacun Shadow
Powrót do góry Go down
http://www.lastfm.pl/user/Karin_Black
BonBon
W kolejce po bilety


Liczba postów : 3
Join date : 28/11/2011

PisanieTemat: Re: [M] Light after dark   Pon Lis 28, 2011 4:09 pm

Skarbie <333 Patrz, kto przyszedł =Cute= Pewnie nie myślałaś, że serio to zrobię, co >D? No ale nie mogłam sobie darować, komentowanie publiczne ma w sobie coś fajnego i trochę mi tego brakowało…Ale nie martw się, to wcale nie znaczy, że nie będzie już komentarzy prywatnych, akurat nie przy tym ficzku, ale wierzę, że w kolejnych ładnie się o nie postarasz >D

W sprawie TD i pocałunku już się wypowiadałam, uważam, że to było bardzo sexy, do tego TD to TD i jeszcze bardziej przez to polubiłam Kamijo, dlatego czytając ficzka było mi go jeszcze bardziej szkoda (bo wiem, że większość osób nie podziela mojej opinii Cute’) i ciągle powtarzałam w myślach „Oj Kaya, daj spokój” albo „No dobra, dobra, odpuść mu już” XD Zawsze też lubię dobierać tło muzyczne do różnych scenek, tym razem podpasowała mi Britney Spears – Everytime na początek, zresztą w teledysku też różne rzeczy latają w powietrzu Cute’’ Na koniec może być Agnieszka Chylińska – Wybaczam ci, chociaż tekst zupełnie nie pasuje do sytuacji,ale co tam XD’
Ach, no i zażalenie, cały wczorajszy dzień czekałam na walkę Pudzianowskiego, wreszcie jak przyszło co do czego, kompletnie o tym zapomniałam i zajęłam się czytaniem, to Twoja wina >D

No to lecimy <3
Właściwie od początku gdzieś do połowy tak się śmiałam, że musiałam aż przenieść się z łóżka na podłogę X3 To dokładnie cała Ty jak się wkurzasz, do rzucania lakierami pewnie też kiedyś dojdziemy, spoko XDDD Gdzieś za trzecim razem podczas czytania dopiero pomyślałam sobie, przestań się cieszyć idiotko, to w końcu dramat, a nie komedia, ale i tak ciężko mi przy niektórych scenach zachować powagę, przepraszam xp
Fajnie obserwować, jak przez lata zmienia się Twój styl pisania, budowanie nastroju itd, kiedyś obaj panowie też cierpieli i przeżywali, co tam im na drodze postawiłaś, ale od jakiegoś czasu robią się jeszcze bardziej z krwi i kości, co ogromnie mi się podoba <3 Mam jakieś dziwne zboczenie widać, bo autentycznie kocham ich kłótnie czy ironiczną wymianę zdań, także jak dla mnie wersję wydarzeń z TD wybrałaś idealną Cute
Wszystko jest jak gotowy scenariusz do filmu, nie musiałam specjalnie wysilać wyobraźni, żeby zobaczyć wściekłego Kayę i Kamijo, który nie widzi problemu i jest taki olewająco-ironiczny, cudeńko <3 Moment, kiedy przeniosłam się z łóżka na podłogę to jak pojawił się temat nieskazitelnej czci Kayi, absolutnie Cię za to kocham, szczyt ironicznego potworyzmu XDDD To samo z rozbieraniem się na scenie, tak, tak, pozabijajcie się *w*

Fukuyuki to zupełne zaskoczenie, najpierw myślałam, że wystąpi tylko jako kolega, ale hmmm…razem byli od trzech miesięcy ??!!! Trójkąt??!!! Szkoda chłopaka, taki miły i ciepły, ale przykro mi kolego, w ficku Kaya x Kamijo by Shadow nie masz szans na happy end XD I jeszcze tak ładnie się dopytywał, czy może mu pomóc, że ewentualnie coś zmieni, biedaczek, ale gentleman w każdym calu TwwwT Trafi do klubu wsparcia dla porzuconych przez KK, sugeruję miejsce obok Yoshimi z Away in silence >D Później tez mi się chciało śmiać, ale to pewnie wiesz dlaczego i również dlaczego tego tutaj tego nie napiszę, ach XDDD Nadzieja, że może jednak, że mimo wszystko i kiedyś jakoś się uda potrafi skomplikować człowiekowi życie, oj tak .^.’’’ Super jest ta analiza, wielkie brawa <3

Cała istota ficzka ukazała mi się dopiero w zdaniu „Cała wściekłość Kayi sprowadzała się do tego, że zajście mające miejsce chwilę później było po prostu jedną wielką kpiną z jego niespełnionego marzenia.”, więc to tak….Bo mogły być różne inne rozwinięcia tego wątku, no ale od teraz zrobiło się zupełnie jasne, cholera, to się Kamijo wkopał na amenXD Wszystkie Kayowe rozterki są takie piękne, że aż łapią za serce (aczkolwiek nadal poczuwam się do bycia adwokatem Kamijo XD’), on tutaj miał tyle marzeń, wyobrażeń i dylematów, a ten bezczelnie w parę minut to wszystko zniszczył i jeszcze w takich okolicznościach na oczach ludzi T^T Tokio Decadance to zło wcielone, nie ma co >D Adorian pewnie wpisał ich obu na stałą listę gości, nie mogę się doczekać, co się wydarzy za rok >DDD Ale wracając, patrzcie państwo, Kamijo znów wystąpił w roli płaszczki-żebraka Very Happy! (cicho >DDD) I to jak się starał i ile zachodu sobie zadał, scenki z komórasem Hizakiego i innych są powalające, totalna paranoja się z tego zrobiła, ale czytało się bosko i zakwiczałam się okropnie XDDD Już go widzę, jak zastrasza resztę zespołu, dawajcie telefony albo nie wyjdziecie ze studia przez tydzień >D Kamijo miał szczęście, że blok Kayi nie jest ogrodzony lub nie było ciekawskiego ochroniarza >D
Wszystko, co się stało dalej określę jako T^T, jaki on uroczy, kiedy przeprasza, mi po ¼ roztopiłoby się serce =TwT= I już prawie, prawie przestałam się śmiać, ale pojawiła się wizja rozmowy przez domofon, jak wściekli ludzie gromadzą się przed drzwiami i nie mogą wejść, a Kamijo niewzruszenie przeprasza i przeprasza, do tego jest podsłuchiwany przez sąsiadów, którzy zaczynają wyglądać też przez okna, zaintrygowani kto to w ogóle jest, zaczynają komentować sytuację między sobą, aż wreszcie sąsiad-homofob krzyczy „geje blokują domofon, policja!”, kwik XDDDDDDD Phi, tak, tak, skąd ja to znam, nie zajmę Ci wiele czasu, a potem robi się mail-krowa XD’’’’’
Wielki foch Kayi jest genialny, widać, że uczył się od mistrza >DDD Za to Kamijo też mu ładnie dowalił, bardziej niechcący, ale jednak, z tymi mężczyznami widzianymi po jednym razie, pfffffff, dobre XD! No i wreszcie zamiana ról z atakującego na atakowanego, nie wiem, jak to robisz, że udaje Ci się robić takie zwroty nadal wszystko ogarniając, niesamowicie Cię podziwiam *__* Brawo Kamijo, broń się ^o^!! No i dalej to już czysty romantyzm, nad którym sobie nie raz powzdychałam, ale za chwilę jak Kamijo zapytał, czy ze wszystkich tak sobie żartuje to było mocne Oo I tak samo jak odpowiedź Kayi o głupocie, bezczelności i czubku własnego nosa, siedziałam przed kompem jak zaczarowana i czekałam na rzut doniczką *w* (niestety T^T). Racja, co do wyjścia z ukrycia ich związku, pewnie tak właśnie by było, przerąbane na całej linii…To cięższy fragment i pewnie jego analiza zajęłaby mi drugie tyle więc może innym razem, świat zmienia się na lepsze w tym względzie i tego trzeba się trzymać…Totalnie rozczulające było pytanie co Kamijo ma zrobić, żeby Kaya przestał płakać, no i wszystko, co się stało potem, piękne, naprawdę piękne <333 Tak to opisałaś, że aż samej zachciało mi się płakać ze wzruszenia, w zakończeniu jest dużo racji i takie pozytywne przesłanie TwT…

Podsumowując, kolejny raz jestem z Ciebie bardzo, bardzo dumna, wiesz, to aż ciężkie do nazwania uczucie, że potrafisz tworzyć TAKIE rzeczy <3 Wyszło pięknie, będę często do tego ficzka wracać, gratuluję Słonko!!! :***
Powrót do góry Go down
Panna Ironia
Członek zespołu


Liczba postów : 562
Join date : 11/12/2010
Age : 18
Skąd : Ok. Warszawy

PisanieTemat: Re: [M] Light after dark   Pon Lis 28, 2011 9:15 pm

Przeczytałam właściwie zaraz po wstawieniu tego, ale byłam naprawdę niezdolna do napisania czegokolwiek w miare spójnego. W głowie miałam coś w stylu "jeeeszcze, no!" i na tym się skończyło. Poza tym, jak ja cię nie lubię, potem do czwartej nad ranem siedziałam, żeby się wyrobić z czymś, o czym zapomniałam na rzecz twojego ficka. Ale nie żałuję Happy

Założę sobie po prostu oddzielny zeszycik w którym zacznę wypisywać synonimy słowa "genialny, wspaniały, cudowny..." i tak dalej. Albo na każdy twój tekst będę miała "kocham to" w innym języku. Poważnie, kończą mi się pomysły jak mam cię chwalić!

Chodzi o to, że naprawdę ciężko jest napisać tak długi tekst i to w dodatku z taką dawką opisów i monologów, żeby nie znudzić przy tym czytelnika, a wręcz przeciwnie - doprowadzić go do stanu "jak mnie odciągniesz od komputera to zabiję". Mamy koniec świata, ale ja muszę skończyć jeszcze twojego fanficka! (Dobra, przegięłam, ale chyba ładnie zobrazowałam) (Po chwili namysłu - koniec świata przy Snow white, dlaczego nie? ^ ^

Kamijo jest dokładnie taki, jakim go uwielbiam, taki tylko twój - straszny romantyk i chyba bym z takim nerwicy dostała, ale przecież w tym jego urok. Taki rycerz na białym koniu! Lubię twojego Kamijo, a twojego Kayę po prostu kocham i wielbię. To jest tak żywa, prawdziwa i doskonale stworzona postać, że tylko się rozpływać. Chodzi mi o to, że on ma wyraźnie zarysowany charakter i to jest w nim fajne. Nie jest mdły.

Jak tylko zobaczyłam twój wstęp (wstępy masz tak samo długie jak teksty ^ ^) to pomyślałam tylko "skąd ja wiedziałam, że napiszesz o tym pocałunku? Siedzę ci w głowie i będę podsuwała pomysły normalnie. Taka telepatia.

Co do całej treści - znów mi brakuje słów i ten komentarz to jedno wielkie gadanie bez sensu, ale co ja ci poradzę? Przedstawiasz banalne teksty i strasznie ckliwe sceny w ten sposób, że nawet ja nie mam ochoty wymiotować od nadmiaru romantyzmu. Jestem po prostu zakochana. Wszystko jest idealne i nawet jakbym się uparła to nie ma się czego doczepić. Nawet tego lakieru, który mnie doprowadził do wybuchu śmiechu!

Ironia

PS: Jeśli kiedyś postanowisz rzucić pisanie labo coś w tym stylu - licz na to, że skutecznie ci takie coś z głowy wybiję. Chyba bym tego nie zniosła.
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [M] Light after dark   Sro Lis 30, 2011 11:42 pm

DZIĘKUUUUJĘ! <3 <3 <3
Zawsze się powtarzam, dziękując za opinie, ale naprawdę za każdym razem cieszę się z nich tak samo i mam ochotę uściskać komentujących za to, że poświęcili trochę czasu nie tylko na przeczytanie tekstu, ale i napisanie mi paru zdań, to dla mnie naprawdę bardzo ważne, bardzo napędza mnie do pracy! Bo nawet, jeśli pisanie to już moja potrzeba życiowa, cisza ze strony czytelników potrafi zdemotywować ^ ^" W każdym razie, do czytania komentarzy Bonbonka i Ironii podeszłam wręcz uroczyście i z wielką radością (im dłuższy widzę, tym wolniej czytam XD), zdanie po zdaniu, żeby niczego nie przegapić, naprawdę bardzo się cieszę i dziękuję! <3
Odpisując tak na co ciekawsze fragmenty:
BonBon napisał:
Skarbie <333 Patrz, kto przyszedł =Cute= Pewnie nie myślałaś, że serio to zrobię, co >D? No ale nie mogłam sobie darować, komentowanie publiczne ma w sobie coś fajnego i trochę mi tego brakowało…Ale nie martw się, to wcale nie znaczy, że nie będzie już komentarzy prywatnych, akurat nie przy tym ficzku, ale wierzę, że w kolejnych ładnie się o nie postarasz >D
Potworze <333 Faktycznie, jak mówiłaś, że się zarejestrujesz i zaczniesz komentować tutaj, to się nie spodziewałam, że faktycznie to zrobisz, niespodzianka się udała, mimo tego smsa, bo już wcześniej zobaczyłam Twój nick na dole i padłam, pozytywnie oczywiście XDD No to teraz ukryte potworności zaczną wychodzić na wierzch, biedni ludzie będący ich świadkiem >D
BonBon napisał:
Właściwie od początku gdzieś do połowy tak się śmiałam, że musiałam aż przenieść się z łóżka na podłogę X3 To dokładnie cała Ty jak się wkurzasz, do rzucania lakierami pewnie też kiedyś dojdziemy, spoko XDDD Gdzieś za trzecim razem podczas czytania dopiero pomyślałam sobie, przestań się cieszyć idiotko, to w końcu dramat, a nie komedia, ale i tak ciężko mi przy niektórych scenach zachować powagę, przepraszam xp
*dusi poduszką* No tak, ale czego innego ja się mogłam po Tobie spodziewać >D Jak chcesz lakier, to będzie lakier, zostało mi jeszcze trochę z koncertu Wersalek, specjalnie zachowam sobie nawet tę tubę, jeśli się skończy >DDD Wyznam, że w ramach doświadczenia potrzebnego do ficka nawet próbowałam nim rzucać w koronkowej rękawiczce, o łóżko tak na próbę, faktycznie łatwo wypadał z ręki, więc my będziemy rzucać bez rękawiczek, zapamiętam to sobie na przyszłość xP
BonBon napisał:
Fajnie obserwować, jak przez lata zmienia się Twój styl pisania, budowanie nastroju itd, kiedyś obaj panowie też cierpieli i przeżywali, co tam im na drodze postawiłaś, ale od jakiegoś czasu robią się jeszcze bardziej z krwi i kości, co ogromnie mi się podoba <3
Dziękuję <333 Oni już tyle w moich fickach przeszli, że to normalne, że teraz zaczynają się bardziej wściekać niż cierpieć, hartują się, ot co >D I też bardzo fajnie pisze mi się wszystkie złośliwości i ostrzejsze wymiany zdań, to chyba posiadanie rodzeństwa znacznie rozwinęło moją wyobraźnię w tej kwestii, no bo przecież nie powiesz, że jestem złośliwa z natury, prawda? >DDD
BonBon napisał:
Fukuyuki to zupełne zaskoczenie, najpierw myślałam, że wystąpi tylko jako kolega, ale hmmm…razem byli od trzech miesięcy ??!!! Trójkąt??!!!
Fajny element zaskoczenia? <3 Ostatnio jakoś upodobałam sobie wciskanie do ficków dodatkowych postaci, może dlatego, że tonę napisałam tylko udziałem Kamijo i Kayi, a teraz i Wersalki się wplączą w jakiejś roli, i całkiem wymyślone postacie... Trójkątów będzie sporo w najbliższym czasie, to mogę obiecać >D
BonBon napisał:
Trafi do klubu wsparcia dla porzuconych przez KK, sugeruję miejsce obok Yoshimi z Away in silence >D
Omg XDDDD Dobry pomysł, nazbiera mi się jeszcze kilka osób do tego klubu i będę mogła napisać ficka, gdzie łączą siły i się na nich mszczą, o *w*
BonBon napisał:
I to jak się starał i ile zachodu sobie zadał, scenki z komórasem Hizakiego i innych są powalające, totalna paranoja się z tego zrobiła, ale czytało się bosko i zakwiczałam się okropnie XDDD Już go widzę, jak zastrasza resztę zespołu, dawajcie telefony albo nie wyjdziecie ze studia przez tydzień >D
Nawet nie wiesz, jak żałuję, że nie miałam okazji opisać tej sytuacji ze strony Kamijo, tak strasznie podobała mi się ta wizja zabierania telefonów i reszty XDDD Aż się zastanawiałam, czy z tego motywu nie zrezygnować i nie zostawić go sobie do innego ficka, gdzie będę to mogła z przeciwnej perspektywy opisać, ale w końcu stwierdziłam, że jeszcze nie będzie okazji zbyt szybko, a potem zapomnę i się zmarnuje, więc trudno, musiałam sobie odmówić tej przyjemności i zostać przy Kayi XD
BonBon napisał:
I już prawie, prawie przestałam się śmiać, ale pojawiła się wizja rozmowy przez domofon, jak wściekli ludzie gromadzą się przed drzwiami i nie mogą wejść, a Kamijo niewzruszenie przeprasza i przeprasza, do tego jest podsłuchiwany przez sąsiadów, którzy zaczynają wyglądać też przez okna, zaintrygowani kto to w ogóle jest, zaczynają komentować sytuację między sobą, aż wreszcie sąsiad-homofob krzyczy „geje blokują domofon, policja!”, kwik XDDDDDD
Jak kiedyś zechcę sparodiować samą siebie, to na pewno tę wizją wykorzystam, dziękuję >DDD Albo Ty do daj do ficka, tego z rodzaju o dentyście/Łazienkach/zakupach, ten sąsiad homofob mnie powalił i to nie może się tak zmarnować! XD Albo chociaż narysuj to w naszym zeszycie, bo trzeba go reanimować do następnego spotkania, o *w*
BonBon napisał:
Wielki foch Kayi jest genialny, widać, że uczył się od mistrza >DDD
To nie była żadna aluzja, prawda, Kochanie? >DD *chowa tasak za plecami*
BonBon napisał:
No i wreszcie zamiana ról z atakującego na atakowanego, nie wiem, jak to robisz, że udaje Ci się robić takie zwroty nadal wszystko ogarniając, niesamowicie Cię podziwiam *__*
Dziękuję ^////^ Szczerze to nie muszę się jakoś wysilać, żeby to ogarnąć czy w ogóle doprowadzić dialog do takiego zwrotu, zawsze jakoś samo się pisze i tak wychodzi *^ ^*
BonBon napisał:
Racja, co do wyjścia z ukrycia ich związku, pewnie tak właśnie by było, przerąbane na całej linii…
Ano, ta sytuacja na TD mi to uświadomiła, jak zobaczyłam, jakie rzeczy niektórzy wypisywali... Fajnie było gadać o ich potencjalnym ujawnieniu się itp, ale jeśli tak by to miało wyglądać, jak z tym TD, to lepiej niech nikt się nigdy nie dowie, co tam między nimi jest czy też nie jest, dla ich własnego dobra v.v
BonBon napisał:
To cięższy fragment i pewnie jego analiza zajęłaby mi drugie tyle więc może innym razem
Okej, mam to na piśmie i świadków, za długo siedziałam nad całym tym monologiem i resztą, żeby nikt tego nie przeanalizował >D
To tak w skrócie do tego komentarza, bo nie chcę się tutaj rozpisywać za bardzo. Dziękuję jeszcze raz! *ściska* :****

*przechodzi dalej*
Panna Ironia napisał:
Założę sobie po prostu oddzielny zeszycik w którym zacznę wypisywać synonimy słowa "genialny, wspaniały, cudowny..." i tak dalej. Albo na każdy twój tekst będę miała "kocham to" w innym języku. Poważnie, kończą mi się pomysły jak mam cię chwalić!
Kłaniam się i dziękuję! <3 Ja naprawdę nie czekam na jakieś oryginalne pochwały (lub krytykę XD) za każdym razem, nie przeszkadza mi czytanie podobnych, byle były od serca i dotyczyły danego tekstu ^___^ Mój BonBon nie ma z tym problemów od paru lat, po prostu leci przez tekst z interpretacją treści XD W każdym razie, ja też zawsze dziękuję tak samo, ale szczerze i to się liczy!
Panna Ironia napisał:
Kamijo jest dokładnie taki, jakim go uwielbiam, taki tylko twój - straszny romantyk i chyba bym z takim nerwicy dostała, ale przecież w tym jego urok. Taki rycerz na białym koniu!
On faktycznie jest strasznym romantykiem, nie mógłby być inny w tekstach XD Z jednej strony rycerz na białym koniu, dżentelmen i w ogóle och i ach, a z drugiej ma też taką narcystyczną, nieco wredną stronę, która jest dla niego chyba równie charakterystyczna i bardzo to w nim lubię ^ ^
Panna Ironia napisał:
Lubię twojego Kamijo, a twojego Kayę po prostu kocham i wielbię. To jest tak żywa, prawdziwa i doskonale stworzona postać, że tylko się rozpływać. Chodzi mi o to, że on ma wyraźnie zarysowany charakter i to jest w nim fajne. Nie jest mdły.
Dziękuję <3 Kaya to naprawdę idealna postać do opisywania, sam jest bardzo wyrazisty i dlatego łatwo się w niego wczuć, a że piszę o nim już parę lat, to jako swoją postać znam go na wylot, to też sporo daje XD Ludzie mówią, że już do niemożliwości zajeżdżam ten pairing, ale co ja poradzę, że idealnie mi się z nimi pracuje, na tym etapie już tak, jakbym pisała o sobie.
Panna Ironia napisał:
Jak tylko zobaczyłam twój wstęp (wstępy masz tak samo długie jak teksty ^ ^) to pomyślałam tylko "skąd ja wiedziałam, że napiszesz o tym pocałunku? Siedzę ci w głowie i będę podsuwała pomysły normalnie. Taka telepatia.
To akurat było do przewidzenia, jakże mogłabym to zmarnować, skoro tyle lat na taką akcję czekałam <3 Zwłaszcza po przeczytaniu relacji naocznych świadków tego, jak to wyglądało, aż właściwie nadal ciężko mi ogarnąć, że to się stało naprawdę i musiałam się gdzieś naprodukować, co o tym sądzę XD
Jeszcze raz kłaniam się, dziękuję pięknie i wracam do produkowania świątecznego tekstu, czuję się naprawdę zmotywowana <333

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [M] Light after dark   Today at 2:06 am

Powrót do góry Go down
 
[M] Light after dark
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
J-slash :: FanFiction :: PG-12-
Skocz do: