IndeksIndeks  FAQFAQ  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 [Z] The Christmas Waltz [2/2]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Sro Gru 21, 2011 1:01 am

Tytuł: The Christmas Waltz
Pairing: Kamijo x Kaya (Versailles/solo)
Rodzaj: Przestaję wypełniać to pole, słowo daję.
Części: 1/2
Słów: ZA DUŻO. 9698 w tej części >: W związku z tym znowu dzielę posta... Już się przyzwyczajam do tego powoli...
Ostrzeżenia: PG13
Beta: Hiroki ^ ^
Komentarz: A zatem fick świąteczny... Miałam zamiar dać go w piątek, ale JAK ZWYKLE wyszedł za długi, żeby trzasnąć całość za jednym razem, więc pierwszą część daję teraz. Dziękuję Hiroki za szybką betę i mam nadzieję, że wytrzyma kolejną taką mobilizację przy części drugiej, czas nas goni XD
Generalnie to fick świąteczny sprzed roku bardziej mi się podoba i generalnie druga część tego też podoba mi się bardziej niż pierwsza, która nawet nie jest specjalnie świąteczna, ale nie ma rady, wyszło co wyszło. Nie powiem, że pisało mi się to łatwo i że chwilami nie miałam ochoty tym rzucić, ale stwierdziłam, że do świąt i tak nic innego nie spłodzę, a bez świątecznego ficka głupio ^ ^" Także no. Mam nadzieję, że z okazji świątecznego prezentu dla mnie wysilicie się na komentarz do obu części XDD
Wesołych świąt po raz pierwszy!
~~

Tego roku śnieg spadł nieoczekiwanie już pod koniec listopada, grudzień nadszedł więc mroźny jak na północy, wypełniony nietopniejącymi zaspami, soplami lodu i zabarwionymi szronem drzewami. Ludzie na chodnikach dreptali jak pingwiny, w białych chmurach swoich oddechów, z zaczerwienionymi twarzami wyglądającymi zza szalików i spod czapek. Scenerii dodawały kolorów bożonarodzeniowe dekoracje, z dnia na dzień coraz liczniej pojawiające się na ulicach i w sklepowych wystawach. Wielka komercyjna maszyna jak co roku ruszyła z hukiem.
Nawet siedziba Sherow Artist Society została w tym roku z inicjatywy muzyków ozdobiona. Od początku grudnia, kiedy przez śnieg i samą świadomość magicznej dwunastki w dacie świąteczny nastrój ogarnął wszystkich i połączył się z potrasowym rozleniwieniem, w sali, gdzie spotykało się na swoich próbach Versailles, właściwie codziennie pojawiała się jakaś nowa ozdoba, choćby mała bombka. Albo znikała. Kayi, który oficjalnie do wytwórni nie należał, ale po gościnnym wydaniu pod jej szyldem ostatniego singla spędzał w niej większość czasu, leciało z rąk wszystko, czego się dotknął, a kruche bombki były dla niego zdecydowanie najłatwiejszą ofiarą. Patrzyli sceptycznie za każdym razem, kiedy – jakby na przekór musząc zająć czymś dłonie – zaczynał bawić się jedną z nich, przypiętą do firanki lub wiszącą na gałązce coraz bardziej niknącej pod ozdobami choinki, a potem mogli policzyć do dziesięciu, nim rozlegał się oczekiwany trzask i wtórujące mu coraz bardziej zmęczone przeprosiny. Panowała przy tym przedziwna zależność: jedna rozbita przez Kayę bombka – jeden wypalony przez Kamijo papieros, na którego ten wypadał wówczas choćby w najmniej odpowiednim momencie.
Kiedy reszta grupy próbowała wypytać wokalistów, o co chodzi, obaj zapierali się stanowczo, jakoby działo się cokolwiek i co więcej, by to cokolwiek miało jakiś związek z nimi, ale mimo dobrej woli ciężko było komukolwiek w to uwierzyć. Trwało to już tydzień, swój początek biorąc plus minus na ich powrocie ze wspólnej trasy i nie wyglądało na to, by miało się skończyć. Były dni, kiedy Kaya nie przychodził lub zjawiał się znacznie później i dni, kiedy Kamijo aż do przesady wykorzystywał przywilej posiadania piętro wyżej własnego gabinetu, jaki dawał mu fakt bycia w wytwórni producentem i zamykał się tam na całe godziny, tylko siłą dając się sprowadzić z powrotem na próbę. I o ile jeden z nich nawet w kiepskim humorze był jeszcze do zniesienia, tak zawsze były też momenty, gdy pojawiali się w sali obaj i wtedy sytuacja pozostałych stawała się naprawdę podbramkowa. Wokaliści wprowadzali atmosferę przywodzącą na myśl wyjątkowo długi i smutny pogrzeb; nie musieli nawet nic mówić, wystarczały same ich miny, spojrzenia, jakie sobie posyłali, odwracając wzrok, jeśli przypadkiem się spotkały, ich dekoncentracja i generalna postawa ,,jestem w ciężkiej depresji, więc mnie nie ruszaj i w ogóle wyjdź, bo za głośno oddychasz”. Zwłaszcza dotyczyło to Kamijo, który palił jak smok przy otwartym oknie, każąc pozostałym marznąć i wściekając się, jeśli zwracali mu uwagę, denerwował się dosłownie o każdy ich gest, słowo czy zbyt radosny uśmiech, który wbrew jego złemu nastrojowi śmieli mieć czasem na ustach, a kiedy miał pracować, tylko udawał skupienie na studiowanych papierach i zamiast czytać je, wpatrywał się w jedno miejsce na kartce. Kaya nie denerwował się o nic, ale, co było do niego zdecydowanie bardziej niepodobne, niż do Kamijo nerwowość, prawie się nie odzywał. Najczęściej po prostu siedział na krześle przy parapecie, ze skrzyżowanymi na nim rękoma i opartą o nie głową patrząc na śnieg za oknem, oczy często szkliły mu się bez powodu albo były dziwnie zaczerwienione, a on sam wydawał się jakoś odległy, nieobecny i nawet niezbyt przytomny. Kiedy rozmawiali, to zazwyczaj na osobności i rzadko kiedy z obustronnym zaangażowaniem. Widzieli ich nieraz; Kamijo coś tłumaczył, Kaya słuchał, patrząc gdzieś w bok, kręcił głową i odtrącał jego ręce, kiedy chciał przyjacielsko, pocieszająco go objąć. Odpowiadał zdaniem krótkim, ale najwyraźniej trafnie wymierzonymi, bo gdy odchodził, zostawiał starszego wyraźnie załamanego, tak, że pozostałym strach było zbliżyć się do niego choćby z najbardziej banalnym pytaniem czy informacją. Krótko mówiąc, im bliżej było świąt, tym mniej optymistycznie się one zapowiadały.
Grupa szeptała między sobą, że zaistniała sytuacja ma jakiś związek z byłą dziewczyną Kamijo, z którą ten rozstał się dwa miesiące wcześniej z powodu jej zdrady – czy też może raczej, całego szeregu regularnych zdrad, które przypadkiem się wydały. Nic więcej na ten temat nie było im wiadomo, a i to, co udało im się ustalić było zlepkiem urywkowych informacji, bo na każdą delikatną wzmiankę o tym Kamijo reagował złością i albo nie odpowiadał, albo, co było zdecydowanie częstsze, krzykiem zaganiał ich do pracy. Dla własnego bezpieczeństwa woleli więc omijać ten temat i przepuszczać milczeniem jego chronicznie zły nastrój. Miał do niego pełne prawo – byli razem trzy lata, a z dwojga złego lepiej było dla niego, jeśli jego negatywne emocje związane z tak bolesnym rozczarowaniem uchodziły tak, a nie gromadziły się w depresji.
Dla odmiany Kaya zdecydowanie uderzył w depresję. Jej przyczyny natomiast już kompletnie nikomu nie były znane; wszystko było z nim w porządku i przed trasą, i w trakcie niej, zresztą Kamijo także zdawał się wtedy mieć nieco lepszy humor, jakby w końcu udzielił mu się entuzjazm młodszego wokalisty, jego wesołość i ciągłe żarty. Reszta zespołu także wtedy odetchnęła, mając już nadzieję, że może dzięki wpływowi Kayi samopoczucie Kamijo ulegnie trwałemu polepszeniu – spędzali razem całkiem sporo czasu – ale niestety, wydawało się, że stało się wręcz odwrotnie i to Kayi udzielił się nastrój Kamijo. Po powrocie pojawił się w studiu kompletnie załamany, jakby przejął na siebie wszystkie jego negatywne emocje, a i starszy wokalista znalazł się jeszcze w gorszym stanie, co poprzednio – a to było naprawdę całkiem sporym wyczynem. Pozostali z dystansu obserwowali ich rozmowy, nie wiedząc, czy powinni zrobić cokolwiek, by dowiedzieć się, o co chodzi mimo ich ucinających temat zapewnień, że nie chodzi o nic, czy raczej, nauczeni doświadczeniami z Kamijo z ostatnich dwóch miesięcy, lepiej na niego nie naciskać. Mimo zmartwienia, instynkt przetrwania wygrywał i przychylali się raczej do tej drugiej opcji.
Tama pękła na początku drugiego tygodnia grudnia. Tego dnia starszy wokalista, chyba także zmęczony tym, ile trwał ten stan, w którym się znaleźli, wyjątkowo uparcie próbował coś Kayi przekazać, mimo jego wyraźnie negatywnego nastawienia, aż ten, doprowadzony w końcu do ostateczności, zamiast odpowiedzieć tak cicho jak zawsze, krzyknął:
- Trzeba było ze mną nie spać!
I w grobowej ciszy, która po tych słowach zapadła nagle w sali, wybiegł na zewnątrz, po drodze zrywając jeszcze z wieszaka swój płaszcz. Kamijo oniemiał na chwilę, a potem zaklął głośno i szybkim krokiem wyszedł jego śladem, zupełnie nie zwracając uwagi na swój w dalszym ciągu osłupiały zespół.
Po tym, jak trzasnęły za nim drzwi i ucichły oddalające się kroki, cisza panowała jeszcze przez kilkanaście sekund. Nikt nie wiedział, co powiedzieć, wszyscy tylko patrzyli na siebie, wstrząśnięci.
Kamijo nie wrócił już tego dnia do studia, choć bez wątpienia był w wytwórni – jego płaszcz nadal wisiał na wieszaku w sali. Szukali go w gabinecie, ale drzwi były zamknięte na klucz, mimo długiego pukania i nawoływania panowała za nimi cisza. Zrezygnowany zespół poszedł z powrotem na dół, próbując omówić i poukładać sobie jakoś całą sprawę w obliczu tego nowego, niewątpliwie bardzo ciekawego faktu, ale nie doszli do żadnych pewnych wniosków, mnożyły się tylko pytania. Mimo wszystko ich czekanie opłaciło się – Kaya wrócił nieco później niż po godzinie. Oprócz płaszcza nie wziął niczego ze sobą, nawet szalika ani parasola, więc był biały od sypiącego na dworze śniegu, miał zaczerwienione od mrozu policzki i takie same oczy, od całej jego postaci biła rozpacz i rezygnacja. Na całej powierzchni jego ciemnych włosów skrzyły się białe płatki, powoli topniejące w cieple sali.
Pozwolił im posadzić się z powrotem za stołem i wcisnąć sobie w zdrętwiałe z zimna dłonie kubek gorącej, mocnej kawy, dziękował im cicho za ich serdeczność. Ich pocieszające słowa i pełne napięcia spojrzenia, które im towarzyszyły, sprawiły, że w końcu złamał się i zamiast tak jak do tej pory zbywać zapewnieniami, że nic się stało – cóż, po tym co usłyszeli ciężej byłoby im to wmówić – z trudnym do opanowania płaczem opowiedział im całą historię.
Im dłużej mówił, tym bardziej wszystko stawało się jasne, wszystkie elementy, których na przestrzeni miesięcy nie przyszło im do głowy ze sobą łączyć, składały się w logiczną całość. Jego z pozoru niewinne żarty, których od zawsze pełne było jego zachowanie w towarzystwie Kamijo, wyraźne poruszenie, które towarzyszyło mu, gdy ten nagle rozstał się z dziewczyną i zaangażowanie, z jakim go wtedy pocieszał i próbował rozweselić, jako jedyny nie obawiając się jego wybuchów gniewu, to, że jako jedyny się w ich obliczu nie wycofywał, a potrafił po prostu usiąść w milczeniu obok niego, zaparzyć mu herbatę, pokrzepiającym gestem położyć mu dłoń na ramieniu – o, jakże go wtedy za tę odwagę podziwiali! I w końcu ich kontakty w czasie trasy, to, jak dziwnie często razem znikali, Kamijo był spokojniejszy, a Kaya jeszcze w lepszym nastroju niż zwykle. W jego oczach było wtedy coś triumfalnego. A teraz wszystko wreszcie układało się w jedną całość, wprawiając ich w zaskoczenie nie tyle jej kształtem, co ich własną wcześniejszą ślepotą – on był w nim po prostu zakochany.

Kiedy w sali prób członkowie Versailles wysłuchiwali opowieści Kayi, piętro wyżej ich wokalista nadal siedział w swoim zamkniętym od wewnątrz gabinecie, na parapecie przy uchylonym oknie, bez względu na zionący stamtąd mróz paląc papierosa i spoglądając na ulicę w dole, gdzie wśród ośnieżonych drzewek na placu kilku ludzi akurat rozwieszało na latarniach świąteczne dekoracje. Obserwował ich bezwiednie, ale jego myśli nie miały z nimi nic wspólnego. Myślał cały czas o tym, o czym w tym samym czasie słuchali członkowie jego zespołu, albo raczej, jego myśli krążyły gdzieś między wydarzeniami z trasy, a tymi wcześniejszymi, to skupiały się na Kayi, to znowu wracały do Itsumi, jakby te dwie w niezbyt szczęśliwy sposób łączące się ze sobą sprawy walczyły o jego uwagę, żadna nie dając się tak po prostu odepchnąć na bok. Ciężko było mu zapomnieć o rozstaniu z ukochaną, ale ten drugi problem był w tej chwili jeszcze gorszy, bo wciąż świeży i tworzący nowe konsekwencje, z których jedną była dzisiejsza sytuacja w sali prób. Ostatnio myślał o tym wszystkim właściwie nieprzerwanie i był w tej chwili tak tym zmęczony, że te mieszające się ze sobą wspomnienia nie wywoływały nawet żadnych specjalnie silnych uczuć, nie mówiąc o doprowadzeniu go do jakichkolwiek wniosków czy decyzji.
Uczucia pochłaniała czarna dziura, którą od jakiegoś czasu miał w sercu. Rozpadł się najdłuższy z jego związków i to rozpadł się w sposób wyjątkowo bolesny. Powierzyłby Itsumi swoje życie, a ona od paru miesięcy regularnie go zdradzała. Kiedy wyszło to na jaw, pokłócili się tak ostro, że nie było nawet wiadomo, kto z kim pierwszy zerwał.
Bez niej czuł się jak rzucony (i to rzucony dosyć brutalnie) w całkiem inne, obce miejsce. Tak długo byli razem, tak do tego przywyknął, że nie wyobrażał sobie, by mogło być inaczej; kiedy z dnia na dzień został sam, był kompletnie zagubiony. Mimo złości i poczucia krzywdy, tęsknił za nią i nie mógł poradzić sobie z tą sytuacją. Wbrew jego woli powracały do niego kolejne wspomnienia mniej lub bardziej ważnych chwil w jej towarzystwie, był ich dosłownie cały potok i momentami aż zaskakiwało go, jak dokładna i niezgłębiona była jego pamięć w kwestiach Itsumi dotyczących. Dni i noce, rozmowy i pocałunki, świętowane okazje i zwykłe spotkania… Ciężko było po prostu uwierzyć w to, że to koniec, że tak zwyczajnie nigdy więcej do niego nie przyjdzie - choćby do tego gabinetu - nie przytuli się na powitanie i nie zacznie opowiadać o jakichś zabawnych nowościach, że już jej nie dotknie, nie poczuje jej ciała, jej ust ani dłoni, że żadne czynione na przyszłość plany nie miały już racji bytu, a wszystko to, co razem zgromadzili, także na nic się już nie nadawało. Miał w pamięci jej piękne wyznania i okazywane uczucia, a potem nagle jej obcą twarz, kiedy dosłownie minął się w progu z tamtym mężczyzną, a ona wyszła do niego w szlafroku, po jednym spojrzeniu w jej oczy wiedział wtedy wszystko. Krzyczała, żeby go zatrzymać, jakby to cokolwiek mogło zmienić, ale kiedy desperacko przypadła mu do ramienia, próbując jednocześnie zagrodzić drzwi do swojej sypialni, odsunął ją i wpadł tam mimo to. Pościel w nieładzie i jej ubrania rozrzucone po podłodze nie zostawiały żadnych wątpliwości, gdyby jeszcze chwilę wcześniej śmiał mieć nadzieję, że to nie było to, na co wyglądało. Potem była jego wściekłość, maskująca, jak silny był to dla niego cios i jej histeria, jakby to ona przyłapała go na zdradzie, a nie na odwrót. Dopóki byli zgodną parą, oboje byli spokojni i pełni zrozumienia dla siebie nawzajem, ale tego dnia wyszło, że wcale nie mieli łatwych charakterów, ich temperament w połączeniu miał siłę małego huraganu. Kłótnia trwała długo, ona wciąż na zmianę płakała i złościła się na niego, kiedy słusznie jej wyrzucał, do szału doprowadzał ją jego lodowaty spokój, kiedy mówił i krzyki, kiedy próbowała zaprzeczać i bezpodstawnie zrzucać winę na niego. Nie próbowała przepraszać. Rozstali się w gniewie.
Kolejne dni były mieszaniną chaosu i rozpaczy, łez i rozbijanych przedmiotów, tępej goryczy, kiedy kończyły mu się siły na gniew. Itsumi przyszła, by zabrać swoje rzeczy, pomagał jej, zbierając je i ciskając po kolei na kanapę, obok której klęczała, pakując się. Znowu krzyczała, by przestał nimi rzucać, ale on specjalnie nie zwracał na to uwagi, dalej robiąc swoje. Wyszła znowu pełna gniewu, z policzkami zalanymi łzami, które nagle przestały go wzruszać, dwie wielkie walizki ledwo zniosła sama na dół, ale pewnie nawet nie dałaby sobie pomóc, gdyby spytał o to inaczej, niż z jadem. Dużo było tych rzeczy, bo od jakiegoś czasu praktycznie u niego mieszkała, nie przeprowadziła się na stałe tylko dlatego, że przeszkadzały jej niezapowiedziane wizyty jego dosyć głośnych znajomych. Po jej wyjściu mieszkanie zostało dziwnie opustoszałe i obce. Także dlatego tyle czasu spędzał potem w swoim gabinecie w wytwórni, nie miał ochoty tam przebywać.
Może gdyby przeprowadziła się do niego wtedy, nie wdałaby się w ten romans – tamten mężczyzna był jej sąsiadem. Mógł ją przekonać, kiedy było odpowiednio wcześnie; z jednej strony żałował, że tego nie zrobił, ale z drugiej zawiodła jego zaufanie za bardzo, by naprawdę nad tym ubolewał. Trzy lata był jej wierny jak cholerny pies, chociaż miał tysiąc razy więcej ciekawszych możliwości do zdrad, a ona wszystko zniszczyła pierwszą lepszą, jaka jej się trafiła. Nie szukała nawet dalej, niż we własnym bloku – a skoro tak, pewnie nawet mieszkając razem z nim znalazłaby jakąś inną okazję. Skoro chciała to zrobić, nie mógł jej powstrzymać. Nawet nie chciał; miał w końcu swoją dumę, a nie chodziło o to, by miał ją kontrolować jak niewolnicę, skoro ona sama widocznie nie kochała go wystarczająco, by zachować wierność.
Cierpiał tak, jak naprawdę od dawna nie miał okazji, ale mimo tej niedającej się stłumić tęsknoty, bólu i samotności, nie liczył na jej powrót i nie było to tylko kwestią zdruzgotanej przez jej romans godności. Nie wiedział, czy naprawdę by tego chciał, nawet gdyby wróciła, jakoś przekonująco się ze wszystkiego wytłumaczyła i poprosiła o przebaczenie. Nawet gdyby próbował jej go udzielić, uraza w głębi serca wciąż pozostawała zbyt silna, a zaufanie złamane, musiałoby się to odbić na ich relacji, prędzej czy później. Ciężko byłoby mu z nią być, wiedząc, co zrobiła, kochać się z nią, mając w pamięci jej zdradę, w ogóle przebywać w jej mieszkaniu z myślą, że pod jego nieobecność był w jej łóżku, w jej znajomej sypialni, inny mężczyzna – tego chyba by zabił, gdyby przypadkiem spotkał go na klatce schodowej! Gorsze niż to był jednak fakt, że w związku z tym wszystkim nie widział teraz przed sobą żadnej przyszłości. Został sam i stanął w martwym punkcie. Tyle czasu z nią spędził i tak przyzwyczaił się do tego stanu rzeczy, że abstrakcją było to, ile teraz musiało się zmienić, ile rzeczy musiał zacząć od nowa, inaczej. Wszystko, o czym myślał, bez niej zdawało się obce.
A z drugiej strony był Kaya. Kaya, który w obliczu tego wszystkiego jak żaden inny przyjaciel stał się dla niego ostoją spokoju i podporą, przewodnikiem po tym nowym, obcym miejscu, w którym się nagle znalazł i w którym musiał nauczyć się żyć. Pierwszego dnia, kiedy Kamijo po zerwaniu z Itsumi w końcu wyszedł z domu i pojawił się w studiu, gromadząca się w nim frustracja znalazła ujście w jakiejś z byle powodu rozpętanej awanturze, a on jako jedyny nie miał mu tego za złe, jako jedyny go zrozumiał. Kiedy, widząc, że nie ma w tym sporze racji i zespół całkiem słusznie zarzuca mu wyładowywanie na nich złości, wycofał się i zamknął w gabinecie – było to tak wygodne rozwiązanie, że korzystał z niego ostatnio o wiele za często – młodszy wokalista przyszedł go pocieszyć. Wyraźnie zapamiętał jego sylwetkę, kiedy cicho zamykał za sobą drzwi, współczucie w jego oczach i jego łagodny głos. O nic nie pytał ani za nic go nie winił, zaofiarował tylko, że może mu się wyżalić, jeśli chce, na pewno przecież tego potrzebował, złość nie była zdrowym rozwiązaniem. Kamijo niespecjalnie miał ochotę rozmawiać, rana była zbyt świeża, najpierw sam musiał sobie wszystko poukładać. Na to Kaya pokiwał głową ze zrozumieniem, podszedł do fotela, na którym siedział starszy i niespodziewanie objął go, przytulając lekko do siebie. To był zaskakujący, ale bardzo miły, ciepły gest, dopiero wtedy Kamijo zorientował się, jak bardzo czegoś takiego potrzebował. Odwzajemnił uścisk, oplatając go rękoma w talii, zamknął oczy i oparł czoło o jego obojczyk, gdy ciepłe dłonie młodszego dłuższą chwilę gładziły go miękko po włosach.
- Mogę cię o coś poprosić? – spytał cicho dopiero po paru minutach, przerywając milczenie i unosząc głowę, żeby na niego spojrzeć.
- Oczywiście.
- Nawet, jeśli w najbliższym czasie będę się zachowywał jak najgorszy choleryk pod słońcem… Nie zraź się do mnie, dobrze?
Uśmiechnął się.
- Obiecuję, że się nie zrażę. Mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić?
- Nie, tyle wystarczy. – Wrócił do poprzedniej pozycji, pozwalając znowu się przytulić. – Proszę cię tylko, żebyś nie brał sobie do serca moich wybuchów i ze mną został. Muszę się z tego wyleczyć, ale jeśli potrwa to dłużej, wszyscy mnie znienawidzą…
- Oni też to rozumieją – zapewnił go łagodnie. – Chcieliby cię wesprzeć, ale po prostu nie bardzo potrafią sobie z tym poradzić i nie wiedzą, jak się zachować.
Tak, stwierdził Kamijo, Kaya za to zdecydowanie potrafił poradzić sobie ze wszystkim i zawsze wiedział, jak się zachować. Po tym rozstaniu ich przyjaźń bardzo się zacieśniła, a oni, jakkolwiek zawsze byli dosyć blisko, stali się niemal nierozłączni. Rozumiał jego uczucia tak doskonale, że czasem określał je trafniej niż on sam. Kamijo naprawdę był pod wrażeniem, zwłaszcza, że Kaya był przecież dosyć znacznie od niego młodszy i wydawałoby się, przez to mniej doświadczony. Czy naprawdę opierał się na swoich przeżyciach czy po prostu jego empatia i inteligencja emocjonalna były tak rozwinięte – w każdym razie, chyba nawet wykształcony psycholog nie zrozumiałby go lepiej. Zaufał mu całkowicie i tylko jemu opowiedział całą historię tego, co zaszło z Itsumi. Byli już wówczas w trasie, ale wykorzystywali każdą okazję, żeby porozmawiać na osobności.
- Zawsze zdawałem sobie sprawę, że nietrudno mnie zdradzić czy nawet zdradzać regularnie – mówił Kamijo nieco przyciszonym głosem, kiedy siedzieli razem na tylnych siedzeniach busa, którym jechali do kolejnego miasta. Był świt, dopiero niedawno wyjechali, reszta grupy jeszcze drzemała, w większości ze słuchawkami w uszach, mieli więc trochę spokoju. – Wiecznie jestem zajęty, wyjeżdżam na całe tygodnie i nie ma możliwości, żebym niespodziewanie wcześniej wrócił, grafik mam ustalony z góry na tydzień przynajmniej i nawet nasze spotkania rzadko kiedy bywały spontaniczne, tylko je też trzeba było planować chociaż z lekkim wyprzedzeniem… Szczególnie przez ostatnie pół roku miałem dla niej mniej czasu, tak mnie pochłaniał nowy zespół, że mogła zdradzać mnie za moimi plecami, ile jej się żywnie podobało.
- A zatem jak się o tym dowiedziałeś? – spytał Kaya współczująco.
- Och, zawsze jest taka jedna szansa na sto… Zbieg okoliczności – stwierdził ponuro, wzruszając ramionami. – Odwołali nam chyba wywiad czy coś w tym stylu, więc chciałem jej zrobić niespodziankę i wpadłem bez zapowiedzi, wykorzystując wolne popołudnie. Przyłapałem ich prawie na gorącym uczynku.
Młodszy był wyraźnie poruszony, ale milczał, pozwalając mu kontynuować w jego własnym tempie.
- Nie miała jak tego wytłumaczyć czy wmówić, że to nie było to, na co wyglądało, rozpłakała się i wszystko mi opowiedziała, po kolei. To był mąż jej koleżanki z piętra wyżej, pewnego dnia przyniósł jej paczkę, którą zostawił u nich listonosz pod jej nieobecność. Opowiedziała mi, jak wtedy przyszedł, jak zaczęli rozmawiać i jak ,,nieoczekiwanie skończyli w łóżku”. Jak potem zaczął przychodzić regularnie, kiedy żona wychodziła, jak przez parę miesięcy sypiała z nim częściej niż ze mną… Głupia! Mogła skłamać, że to był jednorazowy incydent. Ufałem jej. Skłamałaby, a ja bym uwierzył i pewnie jakoś jej wybaczył… Ale ona nawet mnie nie przeprosiła, tylko histeryzowała. Pokłóciliśmy się wtedy, powiedziałem, że skoro jej nie wystarczam i chciała mieć romans, mogła sobie znaleźć kogoś bardziej wyrafinowanego, a nie pierwszego lepszego prostaka, który przypadkiem jej się nawinął. Gdyby przynajmniej był przystojny! Samą swoją aparycją obrażał moje poczucie estetyki, więc jak mogła upaść tak nisko, żeby mnie z nim zdradzać? Na to zaczęła krzyczeć, że on przynajmniej miał dla niej czas! – Zaśmiał się gorzko, a Kaya pogładził pokrzepiająco wierzch jego dłoni. – Powiedziała, że to wszystko moja wina, moja i mojej muzyki. Że to nie ja, a ona była w tym wszystkim ofiarą, już od dawna.
- To dosyć nielogiczne z jej strony – stwierdził młodszy po chwili ciszy, wyczuwając, że chwilowo nie ma już nic do dodania. – Skoro byliście razem trzy lata, powinna być przyzwyczajona, to nie było dla niej nic nowego, ile czasu pochłania twoje zajęcie.
- To się zaczęło mniej więcej wtedy, kiedy powstawało Versailles. Początki zawsze są trudne i najwięcej pochłaniają…
- Moim zdaniem to był głupi pretekst. Są gorsze zawody, ludzie muszą rozstawać się na całe miesiące, ale mimo to nie zdradzają się nawzajem. To po prostu było dla niej wygodne, zrobić coś takiego i móc zwalić na ciebie całą winę, zamiast wziąć odpowiedzialność na siebie, ale to jej nie usprawiedliwia. Nie powinieneś czuć się winny.
- Szczerze mówiąc, nie czuję się winny – powiedział, spoglądając na niego. – Wiem, że robiłem wszystko, co było w mojej mocy, żeby połączyć życie zawodowe z osobistym, przynajmniej dopóki miałem na cokolwiek wpływ i zawsze byłem wobec niej w porządku. Ale cieszę się, że ty też twierdzisz podobnie i że mi to mówisz. Bardzo mnie wspierasz.
W odpowiedzi uśmiechnął się promiennie.
Z tego, że znaczy dla niego więcej, niż przyjaciel, Kamijo zdał sobie sprawę dopiero nieco później. Nagle wiele spraw zaczęło mu się jawić w nieco innym świetle, i jego żarty, które do tej pory uznawał za część ich scenicznego wizerunku, a które przecież wcale się do sceny nie ograniczały, i to zaangażowanie, z jakim go pocieszał, wysłuchiwał, rozweselał. Idąc dalej tropem tej refleksji, dostrzegał coraz więcej potwierdzających jego obserwację znaków – wszystkie te drobne gesty, jak go obejmował, jak opierał głowę na jego ramieniu i pokrzepiająco gładził wierzch jego dłoni, gesty tak naturalne, a jednak nie do końca przyjacielskie. Nie zauważył tego wszystkiego od razu – a może po prostu nie było to nic nowego? Przypominał sobie dziesiątki zwykłych, codziennych sytuacji i próbując spojrzeć na niego w tym nowym świetle, dziwił się, że nie uderzyło to w niego wcześniej. Ile było w końcu prób, kiedy zasłuchując się w jego pięknym, anielskim wręcz głosie, prosił go o konkretne utwory, a Kaya spełniał każde życzenie, choćby do znudzenia powtarzane, z radością, z blaskiem w oczach i uśmiechem na ustach, wyraźnie bardzo z jego zainteresowania szczęśliwy i kiedy śpiewał, śpiewał tylko dla niego, jeśli nie patrząc na niego przez cały czas, to często wracając do niego wzrokiem, zwłaszcza przy fragmentach, które – przy całej ogólnej depresyjności jego tekstów – można było uznać za romantyczne. Zawsze był przy nim, gotowy, by wciągnąć do niego rękę, kiedy potrzebował pomocy, zawsze stawał po jego stronie, kiedy w grupie zdarzały się kłótnie i nawet, jeśli wybitnie nie miał racji, próbował usprawiedliwić przed resztą jego punkt widzenia, był mu bezgranicznie lojalny. A to, jak zawsze z nim flirtował? Uznawał to za element jego stylu bycia, ale czy tak naprawdę ten element nie ujawniał się tak wyraźnie tylko w stosunku do niego? Nie zwrócił uwagi albo po prostu nie wziął sobie tego do serca, pewnie dlatego, że Kaya nigdy pewnej granicy nie przekroczył. Doskonale wiedział o Itsumi.
Tak, jemu też przecież zawsze się podobał i chyba od początku ich przyjaźni był w niej jakiś podtekst, coś, czego od dawna nie było między nim a jakimkolwiek innym jego kolegą z branży, choć ci bywali różni. Ale Itsumi była jak niemożliwa do ominięcia ściana, niepozwalająca im zbliżyć się bardziej, niż – może trochę od biedy – było to w granicach zwykłej przyjaźni akceptowalne. Kamijo pilnował się, żeby jej nie zdradzić, choć niewątpliwie okazja była kusząca bez porównania bardziej, niż byle jaki sąsiad z góry, trzymał się w ryzach i nigdy sobie na za dużo nie pozwalał. A teraz ta ściana nagle zniknęła, odczuł to wtedy, w busie. Nie było powodu, by ściągać swoje myśli z powrotem na ziemię, gdy trochę za bardzo się na Kayę zapatrzył, nie było imienia, które siedziałoby w jego głowie i działało jak alarm, kiedy ich twarze nagle znajdowały się blisko. Nie musiał odwracać głowy, udając, że jakiś dźwięk zwrócił jego uwagę, uśmiechać się z zakłopotaniem i zaczynać mówić o bzdurach ani dyskretnie wycofywać dłoni, jeśli musnęła ją jego dłoń. Nie, teraz mógł robić to, co chciał. Był wolny.
W tym stanie, w jakim się po rozstaniu z Itsumi znalazł, nie zagłębiał się jednak specjalnie w analizowanie uczuć własnych czy Kayi ani tego, co mogło z nich wyniknąć. Jeszcze tylko tego mu brakowało, jakby nie miał wystarczająco dużo na głowie… Po prostu przyjął ten fakt do wiadomości, jak każdą inną informację, z którą niewiele można zrobić. Nie było to w tej chwili ważne, ale lubił jego bliskość, zaspokajało to potrzebę ciepła, którego mu teraz brakowało. Kiedy młodszy siadał blisko i w trakcie rozmowy kładł głowę na jego ramieniu, bez zastanowienia obejmował go i opierał policzek na jego włosach, chętnie słuchał jego opowieści o wszystkich przypadkowych sprawach, odciążał jego umysł i odwracał uwagę od problemów. Lubił patrzeć na niego i podziwiać jego urodę, dawał ponieść się tym miłym chwilom, kiedy, jadąc nocą, w ciemności oglądali gwiazdy za oknem i rozmawiali szeptem o tych wszystkich rzeczach, które w świetle dnia wydają się głupie. Jego myśli w obecności Kayi równie dobrze mogły dotyczyć tego, jak dobrze było mieć obok siebie kogoś takiego jak on, swoim spokojem, delikatnością i ciepłem wywołującego na ustach mimowolny uśmiech – a czasem znowu krążyły gdzieś bardzo daleko, gdzie jego nie było, za to była Itsumi, daleko w Tokio nie wiadomo co teraz robiła, ale po raz pierwszy na pewno na niego nie czekała. Fakt, że pewnie myślałby o tym cały czas, gdyby nie miał obok siebie Kayi. Byli coraz bliżej i nie dało się tego zauważyć, ale wciąż nie był w stanie wybiec myślami trochę dalej i choćby zastanowić się, do czego miało ich to doprowadzić, kurczowo chwytał się trwającej chwili, jakby te dni miały być jego ostatnimi, ale nie chciał tego dostrzegać. Za dużo nerwów, za dużo sprzecznych emocji, za dużo cierpienia w zbyt krótkim czasie, żeby dokładać sobie nowych problemów. Był taki zmęczony, chciał tylko się od tego wszystkiego oderwać. Na pewno wiedział, że nie powinien angażować się w nic nowego po poprzednich doświadczeniach, za dużo było jeszcze Itsumi w jego myślach, by jakiekolwiek inne uczucia mogły być pewne, to ona zakorzeniła się tak głęboko w jego sercu, a wszystko inne mogło być tylko iluzją. Ale nie miał też siły, by powiedzieć stop; i przez ciężar rozmowy z Kayą, i przez zwykłą, egoistyczną niechęć, by z jego bliskości zrezygnować, skoro sprawiała mu przyjemność. Może postąpiłby inaczej, gdyby wiedział, jak bardzo już za miesiąc będzie swojej lekkomyślnej, egoistycznej postawy żałował.
To Kaya pierwszy go pocałował, w drugim tygodniu ich trasy, kiedy wkrótce po przybyciu do klubu siedzieli na brzegu sceny w jeszcze pustej sali i rozmawiali o zbliżającym się występie. Stało się to całkiem nagle; w pewnej chwili po prostu odwrócił się w jego stronę i dotknąwszy jego dłoni, musnął ustami jego usta. I było to niewątpliwie przyjemne; kiedy się zbliżył, Kamijo owionął zapach jego perfum, wargi dotykające jego ust były miękkie i ciepłe, tak samo dłoń, która drżała lekko, a kiedy ją uchwycił, niespodziewanie mocno ścisnęła jego rękę. Pozwolił, by ich usta pozostały złączone, przysuwając się bliżej niego. Zapragnął go przytulić i pogłębić pocałunek, ale Kaya przerwał go nagle, słysząc czyjeś kroki. Techniczni przyszli, by zacząć rozkładać sprzęt i odsunął się od niego, spłoszony. Nie wyglądało jednak na to, by zauważyli ich w odpowiednim momencie, więc po paru sekundach ciszy posłał mu lekki, porozumiewawczy uśmiech i zeskoczył z brzegu sceny, ruszając z powrotem w stronę garderób. Możliwe, że Kamijo powinien pójść za nim, obojętnie w jakim celu, ale nie zrobił tego, zostając w miejscu i dłuższą chwilę rozpamiętując to zajście. Pierwszy raz ostrzegawcza lampka w jego głowie zapaliła się tak wyraźnie, że nie dała się po prostu zlekceważyć. Sytuacja zaczynała się robić poważna, a on wciąż nie wiedział, co z tym zrobić. Bez wątpienia w ostatnim czasie Kaya stał się dla niego bardzo ważny, w jakiś sposób zawsze było i chciał mieć go blisko siebie – i dotyczyło to także kwestii fizycznych. Nie mógł jednak powiedzieć, ze pogodził się z rozstaniem z Itsumi, a gdyby postawiła wtedy sprawę inaczej, najpewniej nadal by z nią był i nie myślał nawet o jakiejś nowej miłości. Najprawdopodobniej było to tylko efektem tej sytuacji, że między nimi zaczęło rozwijać się coś więcej, a nie była to dobra podstawa. Gdyby jeszcze mógł powiedzieć na pewno, że tego chce… Czy to w ogóle możliwe, by był zakochany jednocześnie w dwóch osobach? Pierwszy raz coś takiego przyszło mu wówczas na myśl. Od tego jednak bolała go głowa i w końcu dochodził do wniosku, że najchętniej uwolniłby się od nich obojga.
To, jak doszło do tego, co stało się później, było zagadką, której nie umiał w żaden sposób wytłumaczyć. Podjął decyzję, że nie będzie angażować się w znajomość z Kayą już ani trochę bardziej, że jakoś delikatnie spróbuje wziąć ich obu na wstrzymanie, zachować bezpieczny dystans, by nie narobić im problemów – a jeszcze tego samego dnia złamał to postanowienie tak dobitnie i na całej linii, jak tylko się dało.
Występ Kayi tego wieczoru oglądał od początku do końca z klubowego balkonu. Nikt mu nie towarzyszył – pozostali jak zawsze dobrze bawili się na backstage – i nikt go nie szukał, wiedząc, że ostatnio potrzebuje więcej samotności. Nie wiedział, czy w ciemności, w jakiej z perspektywy sceny pogrążona była widownia, Kaya mógł go dostrzec, ale on widział go doskonale i chyba jeszcze nigdy nie obserwował wszystkiego tak uważnie. Każdego jego ruchu, każdego gestu, kiedy śpiewał i tańczył, jakby niezbyt wygodny kostium zupełnie go nie krępował i nawet chociaż był sam i sam w sobie nie zajmował zbyt dużo miejsca, klubowa scena wydawała się dla niego o wiele za mała. Całkowicie porwał publiczność, wydobywając z niej ukrytą energię, nie można było oderwać od niego oczu i nie czuć tego występu całym sobą. Kamijo przypatrywał się, jak na ostatnim utworze wszyscy krzyczą razem z nim, a kiedy podchodzi do brzegu sceny i pochyla się nad nimi, wyciągają do niego ręce, chwytając go za dłonie, za brzeg sukienki i za nogi, prawie wciągając w tłum. Zazdrość, którą poczuł, patrząc na to, była tak samo irracjonalna, niespodziewana i gwałtowna, z wysokości balkonu dosłownie palił wzrokiem ich ręce, sunące po jego kolanach i udach. Wszyscy usiłowali go dotknąć i zatrzymać jak najdłużej, a Kaya pozwalał im na to całkiem biernie. Wydawało mu się, że uśmiechając się i przymykając zmysłowo oczy spojrzał w jego stronę, ale z tej odległości nie dało się tego jednoznacznie ocenić. Doskonale ocenić dało się za to jego wybitnie prowokacyjne ruchy, płynne i pełne gracji jak u kota.
Nie był to pierwszy raz, kiedy Kamijo oglądał jego sceniczne popisy, ale wrażenia, jakie tego dnia na nim wywarły, były nieoczekiwanie silne, może przez wciąż żywe wspomnienie dotyku jego ust, na tej samej scenie kilka godzin temu. To, co działo się w jego głowie, ciężko było nazwać podjęciem decyzji, ale było to coś nieodwracalnego. Rozsądek wyłączył się, opętała go tylko ta jedna myśl, niezależny od jego woli plan, który musiał zrealizować. Zanim Kaya pożegnał fanów, wycofał się z powrotem do garderoby.
Nieco zniecierpliwiony czekał, aż pojawi się na backstage, ale w końcu usłyszał jego głos w przejściu między garderobami. Wtedy otworzył drzwi, wychylając przez nie głowę.
- Kaya-chan? – zwrócił się do niego. – Możesz przyjść do mnie na chwilę?...
Młodszy wokalista rozmawiał akurat z grupką osób, chyba gratulujących mu występu, ale skinął głową i pożegnał się z nimi, ruszając za nim. Nie zdążył zapytać, co się stało, nim został popchnięty na zamknięte sekundę wcześniej za sobą drzwi i przyciśnięty do nich całym ciałem starszego, nawet nie krzyknął z zaskoczenia, gdy zamknął mu usta namiętnym pocałunkiem, unieruchamiając jego nadgarstki obok głowy. Nie wyglądało jednak na to, by miał zamiar protestować, bo natychmiast oddał pocałunek w sposób, który nie miał nic wspólnego z tym delikatnym i nieśmiałym przed występem, a kiedy Kamijo uwolnił jego ręce, zarzucił mu je na szyję i wplótł we włosy. Rozchylając usta i pieszcząc jego język własnym, wspiął się na palce, pozwalając mu powoli przesuwać dłońmi po jego ciele, badać kształt jego sylwetki przez materiał scenicznej sukienki. Kamijo nie wystarczyło to jednak na długo i zaraz zszedł niżej, z jego bioder wsuwając ręce pod sięgającą kolan spódnicę i walcząc z obfitymi halkami, przebiegł palcami po jego udach wyżej, gdzie w czasie występu nie sięgnęły już dłonie fanów. Kaya zadrżał, przerywając pocałunek nie tyle przestraszony, co raczej zaskoczony jego bezpośredniością, jęknął cicho jego imię i pocałował go tym razem w ucho i w szyję, ręce zaciskając i rozluźniając na materiale jego koszuli. Widząc, że nie zamierza się opierać, starszy na oślep badał dłońmi jego nogi i biodra, szukając miejsca, gdzie może przedrzeć się przez barierę bliżej nieokreślonych tkanin, nie było to łatwe – dużo szarpania i próbowania z różnych stron – ale w końcu udało mu się, poczuł pod palcami ciepłą, gładką skórę jego nagich ud. Uśmiechnął się triumfalnie, odwracając głowę w bok, żeby znowu wpić się w jego usta.
- Chcesz tego, prawda? – spytał, prawie nie odrywając od nich warg i zatrzymując dłoń po wewnętrznej stronie jego uda, gładząc lekko w okolicy jego krocza. – Cały czas do tego dążysz…
- Chcę – powiedział i wbrew tym słowom złapał go za ręce, zatrzymując i odsuwając od siebie na bezpieczną odległość. – Ale nie tutaj – dodał, łapiąc oddech. – Przyjdę do ciebie wieczorem… Dobrze?
Kamijo uśmiechnął się i skinął głową. Wtedy Kaya poprawił i wygładził sukienkę, odgarnął włosy z twarzy i rzucając mu przez ramię jeszcze jedno spojrzenie i uśmiech, wyszedł z garderoby.


Tak też się stało. Oczekując na jego przyjście, Kamijo co prawda jeszcze raz zastanawiał się, czy dobrze robi – i jakaś jego część zdecydowanie oznajmiała mu, że nie – ale ponieważ to on miał przyjść i mógł tylko czekać, zrzucił z siebie cały ciężar podejmowania decyzji. Jeszcze trochę, żeby zagłuszyć głos sumienia, łudził się, że w każdej chwili może się wycofać, ale podświadomie wiedział, że tego nie zrobi. Co miałby zaoferować mu w zamian, oglądanie telewizji? Nie mógł wmówić sobie, że tego nie chciał. Słysząc ciche pukanie do drzwi, czuł, jakby było to coś od dawna przesądzonego, co jego związek z Itsumi opóźniał, a co musiało się stać i nie było drogi, którą miałby się wycofać. Zaszli o krok za daleko, a ponieważ nie dało się zatrzymać, można było tylko brnąć w to wszystko dalej, bez względu na konsekwencje.
I nie powiedział nic, kiedy Kaya przekroczył próg, cicho zamknął za nim drzwi na klucz. Nie zaprotestował w ostatniej chwili, kiedy przytulił się do niego i pocałował go w szyję, nie zatrzymał jego rąk, kiedy wślizgnęły się pod jego koszulę. Miał ciepłe, delikatne dłonie, nawet tak subtelnym dotykiem potrafiące wywołać dreszcz. Był taki piękny bez makijażu, z lekko wilgotnymi po kąpieli włosami, pachniał tymi samymi perfumami, których zapach poczuł, kiedy pocałował go na scenie.
- Zrelaksuj się – szepnął mu do ucha, musząc wyczuć jego napięcie. I jeśli coś jeszcze do tej pory w Kamijo walczyło, w tej chwili przestało. Pozwolił, by działo się dalej to, co miało się dziać, jakby nie miał już własnej woli ani sumienia, jakby tej nocy naprawdę miał skończyć się świat. Tak bardzo tego chciał.
Noc w środku listopada była bardzo zimna. Okno zostawił uchylone, a na zewnątrz padał deszcz, nagą skórę przechodziły dreszcze, zanim rozgrzewało ją ciepło dłoni, ust i oddechów. Tylko ich złączone ciała mogły zniwelować ten chłód, więc przytulał młodszego i całował go wszędzie, gdzie tylko był w stanie sięgnąć, a to, co otrzymywał w zamian, sprawiało, że momentalnie zapominał o reszcie świata. Kaya przebrał się w codziennie ubrania, ale pod spodniami wciąż miał pończochy z występu, tym razem bez towarzystwa halek i innych irytujących tkanin – starszy wokalista poznał je po fakturze. Przelotnie wspomniał, jak Itsumi nigdy takich nie nosiła, narzekając na swoje nogi; mówiła, że nie założy niczego, co wpija jej się w uda, że wygląda to śmiesznie i czuje się gruba i niezgrabna. Śmiał się wtedy z tego serdecznie, ale teraz musiał poniekąd przyznać jej rację – na smukłych nogach Kayi pończochy leżały i wyglądały idealnie, jakby na nim zostały uszyte. Tak samo idealna była cała reszta, szczupłe biodra i gładki, płaski brzuch, jego biała skóra jaśniała w półmroku. Co za piękne ciało, żadnych mankamentów. Na ten komplement uśmiechnął się, pozwalając mu zdjąć z siebie pończochy, co starszy zrobił niespiesznie, po drodze obsypując jego nogi pocałunkami.
Od trzech lat nie spał z nikim innym niż Itsumi, w tej chwili bardzo wyraźnie zdał sobie z tego sprawę. Może dlatego każdy dotyk zdawał się trzy razy bardziej stymulujący i intensywniejszy, niż się spodziewał, był oszołomiony mnogością doznań i chyba oszalałby, gdyby coś im teraz przerwało. Nie śpieszyli się, na wszystko przeznaczając tyle czasu, ile im obu było trzeba. Było inaczej, niż z nią – inne ciało i inne pieszczoty, zapach, głos i cała atmosfera – ale było cudownie, tak cudownie, że zapominał o wszystkim, nawet o niej, sprowadzając jej wspomnienie tylko do instynktownego porównania, w którym zresztą w wielu względach Kaya wygrywał. Nie spodziewał się, że było to możliwe. Przyjemność nie miała końca, długie godziny upływały do końca nocy.
Żeby ruszyć w dalszą trasę, wstać musieli jeszcze przed świtem, jeszcze zanim niebo zaczęło się rozjaśniać. Nie wiedział, czy ostatecznie spał choć trochę tej nocy czy nie, wydawało mu się, że przyłożył głowę do poduszki pięć minut wcześniej, nim budzik w telefonie zaczął grać wściekle na nocnej szafce. Wyłączył go niemal od razu jedną ręką i wrócił do poprzedniej pozycji, nie otwierając oczu. Huczało mu w głowie, a w skroniach czuł tępy ból informujący, że ilość bezsennych godzin przekroczyła już próg akceptowalny przez jego organizm. Słyszał, że na zewnątrz nadal pada deszcz, w pokoju było jeszcze zimniej niż wcześniej, a rozgrzane snem ciało obok niego było jedynym źródłem ciepła, do którego lgnął niemal instynktownie, zagrzebując się w kołdrze po czubek nosa. Nie chciał otwierać oczu, chciał zostać tak w ciszy, ciemności i tym kruchym poczuciu bezpieczeństwa, jakie dawały szczupłe ramiona Kayi, odpowiadające na uścisk. On też nie spał, obudzony przez budzik, ale nie powiedział ani słowa, tylko palcami jednej dłoni gładził jego włosy. Kamijo czuł się tak, jakby na otwartym morzu znalazł wreszcie wyspę, wokół panowała burza, ale póki był tutaj, nie mogła go dosięgnąć.
Leżeli tak, dopóki czyjaś pięść nie załomotała w drzwi, a za nimi nie rozległ się dziarski głos Hizakiego, nie okazujący litości ani im, ani gościom z pokoju obok:
- Śniadanie za piętnaście minut!
Kamijo odpowiedział na to niewyraźnym jękiem.
- Nie jedźmy dalej – podsunął słabo po chwili, po krótkiej i daremnej próbie podniesienia się na łokciach, w której efekcie natychmiast legł z powrotem twarzą w poduszkę. – Skończmy tę trasę tutaj – dodał przytłumionym przez nią głosem – albo dogońmy ich jutro.
- Chciałbym – odrzekł Kaya ze śmiechem. – Ale chyba nie mamy innego transportu poza tym busem…
W ten sposób chcąc nie chcąc obaj wstali. Dotarli o umówionej porze na dół, na wspólne śniadanie, a po nim, zebrawszy się wreszcie do kupy, ruszyli w dalszą trasę.

Nie miał po tej nocy specjalnych wyrzutów sumienia, bo i nic wyczuwalnie się w ich relacji nie zmieniło. Nie wyglądało na to, by Kaya miał zamiar stawiać przed nim jakieś wymagania, nie rozmawiali o tym poważnie ani tego dnia, ani w następnych. Zamiast tego, i być może poniekąd w tego efekcie, powtórzyło się to jeszcze kilka razy, w innych hotelowych pokojach, a nawet jeden raz w garderobie. To, że ktoś mógł ich przyłapać było ekscytujące, może od jakiegoś czasu tkwiła w Kamijo taka potrzeba, by zrobić coś ryzykownego i w końcu mógł dać jej ujście w, powiedzmy, względnie bezpieczny sposób. W hotelach było tak samo przyjemnie, co za pierwszym razem, poza tym jak zawsze rozmawiali, żartowali, trzymali się razem przez większość czasu i czuli się w swoim towarzystwie swobodnie. Temat Itsumi też nieco przycichł, a Kamijo przestał zadręczać się rozmyśleniami. Nie tylko o niej, ale też przestał zastanawiać się nad czymkolwiek prawie w ogóle, włączając w to fakt, że trasa nie będzie trwała wiecznie, a po powrocie… No właśnie, co wtedy? Co się tak właściwie stało? Kaya zachowywał się tak, jak zawsze, siadał zawsze blisko niego i z uśmiechem opierał głowę na jego ramieniu, biorąc go lekko pod rękę, szukał z nim kontaktu prawie przez cały czas, ale czy to, że wyraźnie nie miał do niego żadnych pretensji mogło uspokoić jego sumienie? Nie ulegało wątpliwościom, że to, do czego doszło między nimi jeszcze bardziej ich do siebie zbliżyło, nadało ich relacji nowy wymiar samo posiadanie tej wspólnej tajemnicy, ale poza tym wciąż trochę (a nawet więcej niż trochę) go to wszystko przerażało. Był odległy od poważnych planów, czuł, że to wciąż za wcześnie, że nie powinien… Najchętniej chyba by został właśnie tak, jak w czasie tej trasy – piękna, wzorowa przyjaźń, okazjonalnie stająca się czymś więcej, by rano, o nic nie pytając, wrócić do poprzedniego stanu. Żadnej odpowiedzialności, żadnych zobowiązań i jakkolwiek nie było drogi ucieczki od tego, do czego miał dojść, tak teraz wszystkie drogi ewakuacyjne zdawały się być otwarte na oścież.
O tym, jak bardzo się w tej kwestii pomylił, przekonał się dopiero po powrocie do Tokio. Kiedy znowu zawalił się na niego ciężar codziennych obowiązków i tryb życia wrócił do normy, stało się jasne, że w takim stanie, jak w czasie trasy, trwać dłużej nie można. Odsyłał Itsumi rzeczy, których zapomniała zabrać, w pośpiechu pakując się przed jego wyjazdem, w efekcie znowu za dużo czasu spędził wśród nich, wpatrując się w ich wspólne zdjęcia i inne pamiątki, które miał zamiar także jej odesłać albo zamknąć na dnie szafy. Pustka w jego sercu znowu upominała się o swoje, nie dając się niczym zagłuszyć, miłe wspomnienia ostatnich dni zbladły. Trzyletni związek, zakończony w tak nagły i bolesny sposób, to nie byle co. A gdyby tak chciała wrócić, co wtedy? Czy Kaya dałby im błogosławieństwo i pozwolił wrócić do dawnego życia, jakby nic się nie stało?... Nagle przeraziła go ta wizja, jak mu o tym mówi, a może raczej sam fakt, że taki pomysł zrodził się w jego głowie po tym, w jaki sposób się z nią rozstał i do czego w czasie trasy doszło między nim a Kayą. Idiota, jak mógł znowu o niej myśleć?! Przecież nie było to tak, że chodziło mu tylko o seks, choć, niewątpliwie, mogło to tak teraz z boku wyglądać. Najpierw się z nim przespał, narobił mu nadziei, a teraz chciał rzucić w kąt dla byłej dziewczyny, która go zdradzała? Nie, przecież nie wykorzystałby kogoś, na kim mu zależało… Wszystkie dniami i nocami odpychane od siebie myśli wróciły do niego teraz, kiedy siedział na dywanie pośród porozrzucanych zdjęć, wpatrując się tępo przed siebie. Czy był złym człowiekiem, czy była to tylko głupota i lekkomyślność? Nieważne, skutek był taki sam. Przecież nie zamierzał się angażować, więc nie powinno do tego dojść. Nie był nawet pewny, czy to, co zaczął do niego czuć, było wystarczające, by zagłuszyć długą, poważną miłość do Itsumi, nawet tę definitywnie skończoną. Wszystkie te emocje, które razem dzielili, były takie kruche… Kaya znaczył dla niego w tej chwili bez porównania więcej, niż jeszcze przed miesiącem i ciężko było mu do końca żałować spędzonych z nim chwil, ale myśląc o tym poważnie i przyszłościowo, nagle tyle rzeczy było na nie – już samo, to kim byli – i czuł, że znalazł się w obliczu tego dylematu całkiem nieoczekiwanie. Przed trasą nawet nie przyszłoby mu to do głowy, w ogóle nie był przygotowany na decyzje tego typu. Może gdyby kiedyś – na pewno nie tak szybko, jak teraz – miał rozejrzeć się za kimś nowym, już po uporaniu się i pogodzeniu z ostatnim rozstaniem, może dopiero to byłby odpowiedni czas, by sprawdzić, co mogłoby się ze znajomości z Kayą rozwinąć, gdyby już wyeliminować z tego wszystkie ,,przeciw”. Ale teraz, w tych okolicznościach, jego poszukiwanie wsparcia i ciepła po bolesnym rozczarowaniu nie były dobrą podstawą. Wszystko stało się zbyt szybko, zbyt łatwo zajął to puste miejsce, ale to wcale przecież nie znaczyło, że pustka zniknęła, przeciwnie, mogła tylko wchłonąć to, co między nimi było cenne. Nie posłuchał rozsądku, dając ponieść się emocjom, całkiem się zapomniał. A zatem co teraz? Musiał skorzystać z tego wyjścia ewakuacyjnego i póki jeszcze nie powiedział nic, co byłoby zobowiązujące, zakończyć tę sytuację. Może kiedy indziej zechce do tego wrócić, niewykluczone, ale czyjeś uczucia na pewno nie mogły być lekiem na ból po rozstaniu.
Wydawało mu się, że podjęcie tej decyzji było zadaniem trudnym – wbrew wszystkiemu ciężko było mu z Kayi zrezygnować i po prostu puścić go wolno, gdzie była możliwość, że znajdzie sobie kogoś innego, nim on zamknie poprzedni etap życia i upewni się co do swoich uczuć do niego. A jednak prawdziwy ciężar dopiero miał na niego spaść, bowiem Kaya wcale nie miał zamiaru przyjąć tego wszystkiego tak łatwo, jak w swej trwającej lekkomyślności założył.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Czw Gru 29, 2011 10:33 pm, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Sro Gru 21, 2011 1:06 am

Z następnego, pierwszego tygodnia grudnia zapadły mu w pamięć dwie sceny. Obie miały miejsce w jego gabinecie i obie z uporem maniaka wspominał w nim teraz, wciąż siedząc na parapecie okna, choć papieros dawno zmienił się w niedopałek rzucony na śnieg leżący pod oknem, a dekoracje w dole zostały już rozwieszone na całym odcinku ulicy.
Pierwsze zdarzenie nie wydawało się bardzo znaczące, ale z jakiegoś powodu zapamiętał je wyraźnie i wiele razy wracał do niego myślami – może przez to, co poprzedzało. To było ich pierwsze spotkanie po powrocie z trasy, spadł pierwszy w tym roku porządny śnieg. Kaya przyszedł do jego gabinetu z naręczem choinkowym lampek.
- Czemu tutaj siedzisz? – zapytał wesoło, zamykając za sobą drzwi. – Dekorujemy salę na dole, cała zabawa cię ominie!
- Mam dużo pracy. – Rzeczywiście musiał wyglądać na zmęczonego, choć tak naprawdę bardziej przez nieprzespaną noc, niż faktycznie przez pracę. – Nie uważacie, że to trochę za wcześnie? Kaya-chan, dopiero się grudzień zaczyna, nawet na ulicach nic jeszcze nie wisi…
- To nic! – roześmiał się. – Będziemy pierwsi, przecież nie jesteśmy z tych, co się na innych oglądają, zanim coś zrobią. A okres świąteczny jest taki krótki, że im wcześniej zaczyna się go obchodzić, tym lepiej, później się skończy. Zima po świętach jest już taka pusta, nie uważasz? Mamy dużo lampek, więc przyniosłem ci jeden komplet. – Pomachał rolką trzymaną w dłoni. – Pomóż mi je zawiesić na karniszu, zobaczysz, że w takiej przyjemnej atmosferze będzie ci się lepiej pracowało.
Kamijo nie miał dużo do powiedzenia. Kaya wyciągnął go za rękę zza biurka, nakazując przytrzymywać krzesło, na którym stanął, żeby sięgnąć karnisza. W międzyczasie wciąż rozprawiał o czymś wesoło, widocznie nie bardzo dostrzegając, że jego towarzysz był nieco zestresowany i jakoś niepewnie na niego patrzył, mocniej niż to konieczne zaciskając dłonie na oparciu krzesła. Kiedy lampki znalazły się na wyznaczonym miejscu, młodszy zeskoczył energicznie na ziemię i zaciągnąwszy rolety w oknie, zapalił je. Czerwono-różowe światło mieszających się ze sobą kolorów zalało zaciemniony gabinet, a oni wycofali się o parę kroków (Kamijo znowu został pociągnięty za rękę), żeby podziwiać efekt. Kaya promieniał.
- No, czyż nie jest pięknie? Mogą zostać tak do stycznia. To będą wspaniałe święta. – Wspiął się na palce i pocałował go w policzek. – Wracam na dół, a tobie radzę rzucić to wszystko i przyjść do nas. Yuki przytaszczył skądś żywą choinkę, chociaż nie chce się przyznać, skąd ją właściwie ma… Już ją pewnie umocowali, więc zaraz będziemy ubierać.
Uśmiechnął się ponownie i opuścił gabinet, jeszcze raz skinąwszy na niego zachęcająco. Ale Kamijo nie zastosował się do tego zaproszenia. Został tam, gdzie był, nie odsłaniając okna siadł z powrotem w fotelu za biurkiem i długo bez ruchu patrzył na wiszące na karniszu lampki, jeszcze bardziej zagubiony niż wcześniej.
Wspaniała wizja tych świąt zawaliła się jeszcze tego samego wieczora, kiedy tylko oni zostali w sali, przy nie do końca ubranej choince i porozrzucanych pudełkach z ozdobami – swe dzieło zespół miał zamiar dokończyć na drugi dzień. Wszyscy się rozeszli, kiedy Kamijo w końcu opuścił gabinet, tylko Kaya na niego czekał, chociaż raczej nie takiej rozmowy się spodziewał. To było wspomnienie, które jeszcze bardziej niż rozstanie z Itsumi Kamijo pragnął zepchnąć w najgłębsze zapomnienie. Było gorzej, niż się spodziewał, chyba tak źle, jak tylko mogło być, choć próbował wszystko wytłumaczyć, jego uczucia ubierane w słowa zdawały się zupełnie nie takie, jak w jego sercu i głowie, skrzywione i niewłaściwe, nawet najdelikatniejsze z tych słów wypadały brutalnie. Mówił i miał ochotę ugryźć się w język, próbował inaczej i było jeszcze gorzej, nie potrafił się z tego wyplątać. Chciał zacząć ostrożnie – Kaya szybko domyślił się, do czego zmierza, jego pytania były zbyt jasne, logiczne i wprost zadane, by dało się na nie teraz odpowiedzieć. Nie wysłuchał jego prób do końca, w pewnym momencie po prostu wyszedł. Kamijo słyszał, że płacze, zasłaniając usta dłonią, nie próbował go zatrzymać. Siedział za zawalonym pudełkami bombek stołem, kompletnie rozbity. Nawet rozstanie z Itsumi nie zabolało go tak, jak to, może dlatego, że wtedy chroniła go wściekłość, a tym razem wszystko było wyłącznie jego winą. Słowa Kayi wydobyły na światło dzienne wszystko to, o czym starał się nie myśleć, co próbował zbyć jakoś w eufemizmach, wmówić sobie, że nie istnieje albo wcale nie jest takie złe, nie jest po prostu bezmyślne i okrutne. Wydawało mu się, że przyjmie spokojnie to, że po całych trzech tygodniach, z których przynajmniej przez dwa zachowywali się jak para, jednak nie może z nim być, bo nie pogodził się z rozstaniem z Itsumi? Że zrozumie to, czemu postąpił jak nieodpowiedzialny gówniarz, nieliczący się z uczuciami innych albo że nie zależy mu i nic nie poczuje, kiedy zechce tak po prostu się wycofać? Idiota, przecież tyle między nimi zaszło, przecież wiedział, ile dla niego znaczy… Gdzie on w ogóle miał głowę?
Obrazowo rzecz ujmując, drzwi ewakuacyjne zamknęły się nagle, przytrzaskując mu rękę przynajmniej od łokcia w dół.
Następne dni znowu były chaosem i rozpaczą; tak bardzo chciał się ze swojego czynu wytłumaczyć, znaleźć lepsze słowa, lepsze wyjaśnienia, pokazać jakoś, że to wcale nie jest tak, jak myśli, nie tak, że mu nie zależy i potraktował go przedmiotowo… Ale tłukł głową w ścianę. Miał teraz w sercu wielki węzeł, a każde próby rozplątania go tylko jeszcze bardziej wszystko komplikowały, jeszcze bardziej się gubił. Momentami nie wiedział, o czym właściwie mówi – czy faktycznie o swoich uczuciach, czy tylko próbuje w jakikolwiek w miarę spójny i logiczny sposób tę sytuację wytłumaczyć. Koszmar trwał tydzień, wybuchając na nowo każdego dnia. Kaya nie krzyczał, nie awanturował się tak, jak Itsumi, był względnie spokojny, ale mówił bez ogródek, nie ukrywał też emocji. Widać było, że bardzo to przeżywał, a jego cierpienie dosłownie rozdzierało starszemu serce. Był ostatnią osobą, której życzył czegoś takiego jak to, pewnie gdyby ktoś inny zrobił mu coś takiego i gdyby Kamijo go pocieszał, tak jak ostatnio on jego, wyzywałby tę osobę od najgorszych, nie zostawiając na niej suchej nitki… Ale to właśnie on był przyczyną wszystkiego. Nie mógł tego znieść, w ogóle nie mógł na Kayę patrzeć, widząc, co się z nim przez niego dzieje; usiłował rozmawiać, ale on wciąż był o krok do przodu przed każdą jego próbą, na każdy jego argument miał inny, trafniejszy, koniec końców był to tylko nowy cios dla nich obu. Jego przenikliwość i inteligencja emocjonalna, które tak go wcześniej zachwycały, teraz utrudniały im życie, nie dawał oszukać się tym, czym Kamijo oszukiwał sam siebie, bez krzyków, wyzwisk i dramatycznych wyznań był w stanie wydobyć na wierzch wszystko, co w jego postępowaniu było najgorsze, co jego samego najbardziej bolało. Po tygodniu Kamijo miał ochotę w ogóle przestać wychodzić ze swojego mieszkania lub przynajmniej gabinetu, atmosfera między nimi przekładała się na atmosferę w całej grupie, próby stawały się coraz bardziej nie do wytrzymania, a szepty zespołu za plecami podnosiły mu ciśnienie i nawet ich z pozoru niewinne pytania potrafiły doprowadzić go do szału. I co najgorsze, w ogóle nie było widać w tym końca. Obaj byli tym zmęczeni, ale nie potrafili do siebie w żaden sposób dotrzeć, w żaden sposób się porozumieć i po prostu dać sobie nawzajem spokoju, skoro nie byli w stanie dojść do żadnego wspólnego punktu. Wbrew temu wszystkiemu, Kamijo nie chciał przecież Kayi stracić, chciał uratować cokolwiek, co mogło z tej przyjaźni i uczuć między nimi pozostać, może po prostu potrzebny był im czas? Ale dla Kayi to też było zwykłym zbywaniem go, dalszym zwodzeniem i kryciem się za eufemizmami. W głębi serca chciał chyba tylko mocno go przytulić, jakby mogli po prostu nawzajem się sobie wypłakać i jakby to wszystko naprawiło, jak pierwszą lepszą zwykłą kłótnię. Ale to było rozwiązaniem nieosiągalnym; nie mógł go dotknąć i to też bolało, kiedy na niego patrzył, zwłaszcza, że do jego bliskości zdążył ostatnio bardzo przywyknąć.
Druga sytuacja, która szczególnie boleśnie zapadła mu w pamięć, miała miejsce dwa dni temu, tydzień po tym, jak zaczęły się te niewyobrażalnie ciężkie rozmowy. Znowu jego gabinet jako tło, znowu próby wyjaśnień, on siedział za biurkiem, nie mając już chęci do życia, Kaya na krześle po drugiej stronie, opierał łokcie na blacie i zasłaniał twarz dłońmi.
- To był błąd z mojej strony – mówił Kamijo zmęczonym głosem, rezygnując już nawet z prób skłonienia go, by na niego spojrzał. – Ale dlatego, że to po prostu… Za wcześnie się stało, nie rozumiesz? Ja jeszcze się z niej nie wyleczyłem. Nie chciałem cię skrzywdzić, nie zrobiłbym tego umyślnie, nigdy. Nie wiesz, w jakim stanie byłem ostatnio? Przecież tyle o tym rozmawialiśmy…
- Podstawowy problem z tobą – odezwał się nagle Kaya głośno, opuszczając ręce na biurko – polega na tym, że albo nie umiesz nazwać tego, co zrobiłeś, ogólnie przyjętą na to nazwą, albo umiesz, tylko z jakiegoś powodu nie chcesz zrobić tego głośno. Tłumaczysz to w łagodnych słowach, ale to nic nie zmienia! – Wstał z miejsca, opierając dłonie na blacie i zaczął wyrzucać nieoczekiwanie ostrym tonem – po prostu powiedz wprost, że nic do mnie nie czujesz, że przespałeś się ze mną, bo nadarzyła ci się okazja, a musiałeś jakoś zagłuszyć tęsknotę za nią, że wciąż tylko o niej myślisz i nigdy nie traktowałeś mnie poważnie… Głupi byłem, prawda? Sam wszedłem ci do łóżka, więc czemu miałbyś protestować? Kto teraz w ogóle myśli o uczuciach drugiej strony, kiedy trafia się taka szansa? Nie wmawiaj mi, że nic o nich nie wiedziałeś, wcale tego przed tobą nie ukrywałem. Przyznaj to i zostawmy ten temat, po prostu skończ, przestań to rozgrzebywać, przestań mnie dręczyć tymi dyskusjami, tymi tłumaczeniami i ciągłym gadaniem o tym samym. Mam dosyć, rozumiesz? – Pochylił się nad nim, kiedy Kamijo spuścił głowę, zapadając się w fotelu i zamykając oczy. –Nie możesz raz postawić sprawy jasno? To było bez znaczenia, prawda? Po co mnie tyle czasu zwodziłeś… I co mi teraz z tych twoich cholernych tłumaczeń? – Głos mu się załamał, ale kiedy zaraz podjął, brzmiał znowu spokojnie, była w nim też lodowata, ironiczna nuta, której nigdy wcześniej u niego nie słyszał. – Jeśli masz złamać komuś serce, zrób to raz a porządnie, Kamijo. Może w swoim romantycznym życiu nigdy nie miałeś okazji, więc cię poinstruuję. Tak jest humanitarnie, zrobić to raz i szczerze, bez tego przewlekania, rozgrzebywania i ciągłego zbywania. Wtedy obie strony mniej to męczy i szybciej przestaje boleć. Trzeba było odepchnąć mnie wtedy, kiedy pierwszy raz cię pocałowałem, normalni ludzie to właśnie robią, kiedy całuje ich ktoś, do kogo nic nie czują. Nie zrobiłeś tego, cóż, trudno, w takim razie napraw to przynajmniej teraz. Twoja Itsumi chyba lepiej sobie z tą sztuką poradziła, prawda? No, weź z niej przykład.
- Kaya… - zaczął błagalnie, wstając z miejsca, ale młodszy machnął na niego ręką, rozdrażniony.
- Milcz! Nie chcę cię słuchać. – W oczach zalśniły mu łzy, odwrócił się od niego, ocierając je dłonią. – Nie wyobrażasz sobie, jak strasznie mam cię dosyć. Mam nadzieję, że przynajmniej ja wyleczę się z ciebie szybciej, niż ty z niej.
I nim zdążył cokolwiek zrobić, szybkim krokiem opuścił jego gabinet, zamykając za sobą drzwi z hukiem, od którego zadzwoniły kolorowe, świąteczne lampki.

Te lampki, powieszone przez Kayę i będące świadkiem tych wszystkich zdarzeń, wisiały nadal i stały się głównym punktem, który ostatnio zwracał jego uwagę w gabinecie. Zamykając się tu, tępo patrzył na nie niemal godzinami. Cholerne Boże Narodzenie, chyba nie mogło być gorszego dnia dla tego wszystkiego.
Wczoraj przesiedział tak cały dzień, dzisiaj jeszcze raz próbował Kayę przeprosić. Tylko przeprosić; jego ostatnie słowa bolały go tak, jak od dawna nie zabolało nic innego, wbijając się dosłownie w samo dno serca, nie miał już nawet siły otworzyć ust do jakichkolwiek tłumaczeń, a zresztą on i tak miał je za nic, więc co innego miał mu teraz powiedzieć… Niestety, nawet stwierdzenie, że nie chce go stracić, ale zostawi w spokoju, jeśli on nie chce go znać, skończyło się tak samo. Kaya źle wyglądał, nigdy nie widział go tak zmarnowanego – jakby nie spał od co najmniej tygodnia – a to, że podniósł na niego głos, najlepiej świadczyło o tym, że nie lepiej się też czuł. W ten sposób o wszystkim w końcu dowiedział się też zespół… Oczywiście, już wcześniej zdążyli zauważyć, że między nimi nie dzieje się dobrze, trzeba byłoby być ślepym i głuchym, żeby nie zauważyć, jak źle już było, ale tak jasny przekaz, o co w tym wszystkim chodziło, jeszcze bardziej sytuację komplikował – ciekawe, czy była w ogóle jakaś granica, do której dało się jeszcze ją pogorszyć? Miał wrażenie, że nie tyle się do niej zbliża, co raz za razem ją przekracza, przesuwając jeszcze kawałek dalej. Nie winił Kayi, że nie wytrzymał i – raczej nieumyślnie – krzykiem poinformował w końcu grupę, co się stało, czuł, że nawet mu się to należało, ale czy to, jak bardzo zespół nie da mu teraz żyć, mogło cokolwiek poprawić? Byłoby dobrze, gdyby Kaya poczuł się dzięki temu lepiej. Kamijo bił po prostu życiowy rekord w przysparzaniu bólu i problemów sobie i swojemu otoczeniu. Serdeczne gratulacje, już można wnosić tort i odpalać fajerwerki.
W końcu z rezygnacją zamknął wreszcie okno i zszedł z parapetu, przenosząc się na fotel za biurkiem – miejsce, gdzie spędzał ostatnio więcej czasu, niż we własnym łóżku we własnym mieszkaniu. Mimowolnie wpatrując się w zgaszone lampki na karniszu, czekał, aż przyjdzie pora, gdy wszyscy się rozejdą i będzie mógł wyjść do domu, nie napotykając nikogo.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Sro Gru 21, 2011 11:45 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Karin
Strefa VIP


Liczba postów : 58
Join date : 26/08/2011
Age : 27
Skąd : Poznań

PisanieTemat: Re: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Sro Gru 21, 2011 2:18 am

mmmmm skończyłam Cute w sumie znalazłam 2 literówki i 1 zdublowany przecinek, ale to można pominąć... pisać komentarzy nie umiem, mówi się trudno i egzystuje się dalej...

kocham twoje fiki, podziwiam w każdym calu i na każdy kolejny czekam z niecierpliwością... lubię to, jak opisujesz emocje sprawiając, że to wszystko wydaje się być prawdą, a nie jedynie wytworem twojej wyobraźni, szacunek Happy może już skończę ten nieskładny i nic nie wnoszący bełkot :/ życzę weny i Merry Kurisumasu, bo nie wie, czy dane mi będzie przeczytanie 2 części przed świętami
Powrót do góry Go down
http://www.lastfm.pl/user/Karin_Black
BonBon
W kolejce po bilety


Liczba postów : 3
Join date : 28/11/2011

PisanieTemat: Re: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Nie Gru 25, 2011 8:44 pm

Haha, ten ficzek to idealne ostrzeżenie, że grudzień to bardzo zły miesiąc, jeśli chodzi o spanie z kimś, jeśli nie jesteśmy do tego w 100% przekonani, zapamiętamy X3 (choć marzec może być jeszcze gorszy, co nie >D?) Nie dość, że kłopoty same w sobie, to jeszcze przerąbane święta i być może początek następnego roku, wyrazy współczucia dla wszystkich bohaterów, trafiła Wam się wyjątkowo potworna Autorka T^T *przytula wszystkich*

Poprzednio pisałam o terapii dla osób porzuconych przez KK, ale pora wstawić się za czterema osobami, które jeszcze bardziej jej potrzebują Oo Przecież to jest już oficjalne znęcanie, Kamijo, opanuj się X DDD!! Ja bym odeszła po miesiącu, jak w ogóle można w takiej atmosferze coś tworzyć czy myśleć o muzyce, aż ciężko zliczyć, który to już fick, gdzie zespół cierpi przez pokręcone życie Kamijo, ale ten przebił wszystkie, czy Ty ich nie lubisz X D? Nie bardzo rozumiem, po co przychodził do nich dalej Kaya, tzn nie wiem nic o wydawaniu singli i formalnościach, ale on tam nic innego nie robi oprócz płakania, gapienia się w okno i kłótni z Kamijo, no ale to najmniej ważne xp Uwielbiam to zdanie : ,jestem w ciężkiej depresji, więc mnie nie ruszaj i w ogóle wyjdź, bo za głośno oddychasz” – koniecznie do zapamiętania >DDD Nie mogę teraz znaleźć fragmentu o choince, ale na temat zdobycia jej przez Yukiego w tajemniczych okolicznościach można wymyślić niejedną historię, później chętnie się tym zajmę xp

Po części jestem w stanie zrozumieć Itsumi, jej błąd, że nie zdecydowała się zamieszkać z Kamijo, skoro miała taką okazję. Wtedy chcąc nie chcąc byliby częściej razem i więź między nimi byłaby pewnie mocniejsza ^ ^’ To dotyczy mnóstwa dziewczyn nie tylko znanych piosenkarzy, wyobraźmy sobie np. życie partnerki marynarza…Kwestia osobowości i potrzeb, jednym taki układ pasuje i miesiącami czekają, innym nie, dlatego nie obwiniam tak bardzo Itsumi, mimo starań Kamijo, żeby jakoś jej te nieobecności wynagradzać. Nie była 70-letnią babcią tylko młodą kobietą z mnóstwem potrzeb, pewnie też się długo starała, ale cóż…Również szkoda mi bardzo Kamijo, pięknie opisałaś jego rozterki i cierpienie u__u Powiedziałabym, że ich związek stał się ofiarą jego bardzo wymagającego zawodu. Serio ma ten gabinet w wytwórni? No a Kaya to już wielki pokrzywdzony tego dramatu TT Można się zastanowić, czy to jest naprawdę trójkąt? Bo chyba chodzi w nim o to, że każdy z każdym ma mniej lub więcej wspólnego i jest jakoś zaangażowany, a tutaj Kaya do Itsumi (i wzajemnie) ma się nijak X3 Ewentulanie uznajmy ich za trójkąt otwarty, o xp

Zachowanie Kayi zupełnie do mnie przemówiło, coś tam kombinował w myślach, a kiedy Itsumi odeszła zapaliło się zielone światło, Kamijo jest wolny, więc czemu nie. Za to psychika Kamijo jest tutaj wybitnie pokręcona i już nic więcej nie powiem, teraz znaczy >D We fragmencie o sexie wolałabym, żeby nie było pończoch ^ ^’’’’ Wiem, że sto razy mówiłam, że wolę go w męskiej wersji bez sukienek itd, ale czytając to powtarzałam, kyaa, wyrzucić pończochy, nie chcę, dlaczego nie zdjął ich razem z kostiumem XD’’’’ I ja myślę, że Kamijo poważnie odczuł różnicę po trzech latach sypiania z kobietą, a tu nagle facet xp
Bardzo fajne było to ich zbliżenie (chodzi mi ogólnie, nie tylko fizyczne) i pewnie żyliby dalej w szczęściu i spokoju, gdyby Autor nie był diabłem wcielonym X D Tutaj dopiero zaczyna się prawdziwa karuzela, o rany, musiałam to przeczytać kilka razy…Bo w sumie obaj mają rację i ciężko mi powiedzieć za kim jestem i komu współczuję bardziej. Kaya ma prawo czuć się wykorzystany pod każdym względem, ale Kamijo przecież nie chciał go krzywdzić, idealny scenariusz do nowego odcinka „Trudne Sprawy” albo „Dlaczego ja?” >D Faktycznie, czasem rozróżnienie, czy nowa znajomość jest autentycznie nowym uczuciem, czy tylko lekarstwem na złamane serce jest mega ciężkie. Niestety dla Kamijo, wypadła ta druga opcja, a przynajmniej jest o tym przekonany, kya, jego rozdarcie aż mnie przeniknęło…Ciężko mi jest skomentować ten fragment, ale to absolutne mistrzostwo jak to wszystko ogarnęłaś i przedstawiłaś, czytelnik poczuł się bardzo zdołowany i skołowany jego dylematami, ale jednocześnie pełen zachwytu dla umiejętności Autora *_* Wypowiedź Kayi (dialogi są rabu, więcej proszę <3) o instruowaniu jak poprawnie złamać komuś serce jest boska, już Cię widzę w gabinecie ze zsiniałym z przerażenia pacjentem po drugiej stronie stołu X DDD Dzisiaj na jakimś filmie ktoś powiedział, że świat jest pełen dziewczynek (ale chłopców też), którzy w milczeniu cierpią nawet latami, a potem potrafią już tylko krzyczeć, pasuje mi to do wybuchu Kayi przed zespołem, biedny TT…

Bardzo, bardzo mnie ciekawi co się stanie dalej i jak obaj z tego wybrną, czy zespół ucieknie z krzykiem i kto pierwszy zasili szpital psychiatryczny ^o^ Albo wiem! Kamijo za miesiąc umrze na raka płuc, Kaya zwiąże się z Itsumi i to będzie taki trójkąt *___*

Czekam na drugą część, jesteś wspaniała Kochanie, ficzek-siekiera jak mówiłam, ale jak zawsze doskonały <333
Powrót do góry Go down
kasiula
Stały gość na afterparty


Liczba postów : 120
Join date : 06/06/2011
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Wto Gru 27, 2011 3:20 am

Karin napisał:

kocham twoje fiki, podziwiam w każdym calu i na każdy kolejny czekam z niecierpliwością... lubię to, jak opisujesz emocje sprawiając, że to wszystko wydaje się być prawdą, a nie jedynie wytworem twojej wyobraźni, szacuneki
Dokładnie jak ja. Uwielbiam je po prostu. Ja też właśnie zaczęłam pisać jednego fik, ale nie będę się nim chwaliła bo jest do niczego. A tobie życzę abyś miała jak najwięcej weny i dalej pisała tak wspaniałe fiki Happy
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Czw Gru 29, 2011 10:25 pm

Dziękuję pięknie za komentarze i miłe słowa <3
Karin napisał:
w sumie znalazłam 2 literówki i 1 zdublowany przecinek, ale to można pominąć...
Cud, że tylko tyle! Bo jestem jednak głupsza niż się wydaję, pomyliłam foldery i wrzuciłam wersję niezbetowaną, dopiero na drugi dzień się zorientowałam, przepraszam za ewentualne uszczerbki na zdrowiu wywołane co durniejszymi błędami, teraz będe sprawdzać dwa razy, co daję""
Bonbonek napisał:
Poprzednio pisałam o terapii dla osób porzuconych przez KK, ale pora wstawić się za czterema osobami, które jeszcze bardziej jej potrzebują Oo Przecież to jest już oficjalne znęcanie, Kamijo, opanuj się X DDD!! Ja bym odeszła po miesiącu, jak w ogóle można w takiej atmosferze coś tworzyć czy myśleć o muzyce, aż ciężko zliczyć, który to już fick, gdzie zespół cierpi przez pokręcone życie Kamijo, ale ten przebił wszystkie, czy Ty ich nie lubisz X D?
Pfff, ależ oczywiście, że ich lubię! >D Tylko niestety bardzo lubię się też nad nimi znęcać, to takie zabawne to wszystko opisywać, że nie mogę się powstrzymać XDDD
Bonbonek napisał:
Serio ma ten gabinet w wytwórni?
Skąd mam wiedzieć?"" Nie wiem, ale skoro jest producentem, wydaje się, że gdzieś pracować musi XD
Bonbonek napisał:
We fragmencie o sexie wolałabym, żeby nie było pończoch ^ ^’’’’ Wiem, że sto razy mówiłam, że wolę go w męskiej wersji bez sukienek itd, ale czytając to powtarzałam, kyaa, wyrzucić pończochy, nie chcę, dlaczego nie zdjął ich razem z kostiumem XD’’’’
Cicho >DDDDD To moja piękna wizja i ja też ze sto razy mówiłam, że bardzo go lubię w kobiecej wersji, zwłaszcza, że przecież często nosi się tak też na co dzień, a poza tym ma piękne nogi, więc musiałam to podkreślić, o XD
Bonbonek napisał:
Bo w sumie obaj mają rację i ciężko mi powiedzieć za kim jestem i komu współczuję bardziej.
O to mi chodziło X3
Bonbonek napisał:
Faktycznie, czasem rozróżnienie, czy nowa znajomość jest autentycznie nowym uczuciem, czy tylko lekarstwem na złamane serce jest mega ciężkie.
No co Ty nie powiesz, naprawdę? >DDD *chowa się*
Bonbonek napisał:
Ciężko mi jest skomentować ten fragment, ale to absolutne mistrzostwo jak to wszystko ogarnęłaś i przedstawiłaś, czytelnik poczuł się bardzo zdołowany i skołowany jego dylematami, ale jednocześnie pełen zachwytu dla umiejętności Autora *_*
Dziękuję TwT Ten fragment to była sieczka nawet dla mnie, momentami nawet nie za bardzo zwracałam uwagę, czy to co piszę, trzyma się kupy i stwierdziłam, że później jakoś to poukładam, chociaż później w większości mi się nie chciało i zostało, jak było"" Także cieszę się, że daje się to jakoś ogarnąć i nie jest całkiem bez sensu i od rzeczy XD
Bonbonek napisał:
Wypowiedź Kayi (dialogi są rabu, więcej proszę <3) o instruowaniu jak poprawnie złamać komuś serce jest boska, już Cię widzę w gabinecie ze zsiniałym z przerażenia pacjentem po drugiej stronie stołu X DDD

Do zeszytu! XDDDDD A dialogi zaraz będą, dużo X3
^ To tak w skrócie, ale naprawdę nie mam już siły odpisywać dalej, mózg mi się wyłącza przez brak snu i nadmiar matematyki ^ ^"

Części: 2/2
Słów: 12970 w tej części DDD: Co w całości daje mi 22118, NOWY REKORD DDDDDD: &@^#^$*, NIE CHCIAŁAM! >___<
Ostrzeżenia: PG13
Beta: Hiroki ^ ^
Komentarz: Święta, święta i po świętach... Zabrakło mi i czasu, i motywacji, by przepisać to na czas, więc trudno, jest teraz, ostatecznie choinki nadal stoją, a do mnie wciąż przychodzą kartki z życzeniami (już 3 niestandardowe, z Versailles <3), więc ujdzie. Znowu weltschmerz przy przepisywaniu ('niechcemisięniechcemisięawogóletonacotokomu') i niezła zabawa przy betowaniu, biedny Hiro dostawał tego ficka chyba w sześciu częściach, co tam akurat nowego udało mi się wymęczyć, z czego ostatnia była betowana po sześć linijek, przez gg w telefonie \m/ Proszę o podziw dla mej bety, cholera nawet podwójne spacje w ten sposób znajduje! Powinnam to jeszcze raz przeczytać, ale prędzej umrę, więc niech już będzie, co ma być.
Miało być krótko, a wyszło jak zwykle... Płakać mi się chce, że nigdy nie umiem napisać nic w takiej długości, jak początkowo planuję (to miało mieć jedną, nadającą się do ogarnięcia część...) i biję kolejne rekordy, zaczynam obawiać się o swoją telenowelę x_x Ale cóż, przynajmniej są dialogi. To ostatni mój produkt w tym roku, więc Szczęśliwego Nowego!
~~

Wersja całej tej sytuacji z perspektywy Kayi była taka sama, jeśli chodzi o uczucia i fakty, lecz o wiele mniej zawiła - co nie znaczyło, że łatwiejsza - w kwestii uczuć i emocji. Właściwie wszystko można było zamknąć w tym, co pod nieobecność zamkniętego na cztery spusty w gabinecie wokalisty, wysłuchiwali pozostali członkowie Versailles, tak samo beznadziejnie, co desperacko próbując go pocieszyć.
- To wszystko moja wina - bardziej łkał niż mówił, kompletnie lekceważąc i kubek ze stygnącą kawą, i podsuwane przez nich chusteczki. - Jak mogłem być taki głupi i naiwny... Przecież to było oczywiste, że cierpi po tym rozstaniu, że cały czas to w nim siedziało, kiedy byliśmy razem i że po prostu było mu wszystko jedno... Nie mógł myśleć o nikim innym poważnie, to całkiem normalne. Tylko na tej podstawie go uwiodłem. A powinienem był myśleć za nas dwóch, podwójnie uważać na takie sytuacje, żeby do niczego więcej nie doszło, zamiast jeszcze go w to wciągać. Za wcześnie tak bardzo się do niego zbliżyłem... Ale tak nie chciałem, żeby on do niej wrócił! Tak próbowałem go przy sobie zatrzymać... - W końcu wziął cierpliwie trzymaną przez Jasmine chusteczkę i otarł nią oczy, podczas gdy pozostali milczeli współczująco. - Rozumiecie, o co chodzi? To była moja jedyna szansa, żeby mu pokazać, że mi na nim zależy, ze może ma jakąś alternatywę... Pomyślałem, że albo ją teraz wykorzystam, albo nie odzyskam jej nigdy, jeśli będę milczeć, a oni do siebie wrócą. Tyle już patrzyłem na to z boku, czekając, aż przejrzy na oczy...
- Chciałeś dobrze - odważył się w końcu stwierdzić Hizaki. - To nie jest twoja wina i nie możesz brać na siebie całej odpowiedzialności tylko dlatego, ze on był w kiepskiej kondycji psychicznej. Sam powinien wiedzieć, co robi, nic go nie usprawiedliwia.
- Ale ja rozumiem wszystkie jego tłumaczenia... To jest najgorsze, że rozumiem to wszystko i chciałbym mu już odpuścić, ale nie mogę. Za każdym razem, kiedy zaczynamy o tym rozmawiać, wszystko się wali. - Ukrył twarz w dłoniach, nie wypuszczając ściskanej chusteczki. - Dlaczego jestem taki słaby, że nie umiem zakończyć tego z honorem? Wtedy naprawdę uwierzyłem, że mi się udało! Nie chciałem naciskać i wymagać od niego jakichś wyznań czy zapewnień, ale liczyłem, że tak zwyczajnie ze mną po tym zostanie. Byłoby łatwiej, gdyby do niczego nie doszło i gdybym nie zdążył nabrać nadziei. Teraz nie mogę o tym zapomnieć.
- Daj mu więcej czasu - podsunął Jasmine, widząc, że Hizaki kręci z rezygnacją głową, a pozostali również milczą i w związku z tym postanawiając widocznie przejąć dowodzenie. - Nic na siłę i na szybko. Ja uważam, że na pewno nie postąpiłby tak, gdybyś był mu całkiem obojętny... prawda? - Zwrócił się do pozostałych, a ci pokiwali z uczuciem głowami, kiedy Kaya popatrzył na nich pytająco. - Niech się pozbiera i wszystko przemyśli - kontynuował basista - żeby sam zdecydował, co dalej zrobić ze swoim życiem, coś przecież zrobić musi. Teraz już o wszystkim wie, nie wróciłby do Itsumi tylko przez brak innej alternatywy, dałeś mu przecież dużo dobrego i na pewno nie wątpi w szczerość twoich uczuć. Na resztę i tak nie masz wpływu. Nie możesz też sam wszystkiego dźwigać, odpowiadać i za siebie, i za niego, cały czas prowadzić go za rękę. Wiem, że jest ci ciężko to tak zostawić, ale naprawdę, po prostu daj mu czas...
- Wątpię, że to cokolwiek zmieni - stwierdził Kaya ponuro. - Tylko dłużej będę się łudził, na co mi to? No, ale skoro tak twierdzisz, chyba i tak nie mam innego wyjścia... Niemniej myślę, że po nowym roku powinienem was opuścić, wrócę do siebie, tak będzie lepiej dla wszystkich, jeśli nie będziemy z Kamijo zadręczać się nawzajem swoją obecnością.
- O nie, tego właśnie robić ci nie wolno! Najważniejsze, żebyś się stąd nie ruszał, nie zrywał znajomości ani nie podejmował innych radykalnych kroków. Przestańcie się kłócić, nie męczcie już nawzajem tą sprawą, jeśli nie umiecie się pogodzić, to po prostu zostawcie to tak. Spróbujcie porozmawiać o czymś innym, choćby w grupie, z nami... Krok po kroku. Tylko spokój może nas uratować - podsumował przysłowiem, a po chwili namysłu dodał, klasnąwszy w dłonie - a na święta zorganizujemy sobie jakąś kolację, co? Miła atmosfera, trochę wina, trochę żartów i może jakoś ujdzie z was to całe napięcie. Żeby chociaż wasze stosunki wróciły do przyzwoitego stanu. A reszta jest w rękach losu... Co ma być, to będzie, a co stać się nie ma, tego siłą nie wywołamy.
- Zazdroszczę ci podejścia do życia - westchnął Kaya, ostatni raz ocierając oczy, choć tym razem w końcu nie z łez, a rozmytego przez nie makijażu.
- Ma rację - stwierdził Hizaki. - A jeśli nie, to cóż, zawsze macie nas. Mamy przewagę liczebną, więc jeśli plan Jasmine się nie powiedzie, przynajmniej nie damy wam się nawzajem pozabijać.
- Dobrze wiedzieć - uśmiechnął się z pewnym wysiłkiem. - Jesteście wspaniali, bardzo wam dziękuję.
- Możesz się odwdzięczyć - oznajmił gitarzysta. - Pomożesz nam w próbie? Po tym dzisiejszym chyba nie ma sensu się do Kamijo dobijać i go tu ściągać, a bez wokalisty długo nie pociągniemy...

To przynajmniej nadało trochę sensu ich codziennym spotkaniom i zawsze było jakimś tłumaczeniem dla obecności Kayi w studiu. Powtarzali sobie, że skoro Kamijo nie miał zamiaru ćwiczyć, to nie, nie był jedynym wokalistą na świecie, a to, jak ten zastój odbije się na najbliższych koncertach, było wyłącznie jego problemem, najwyżej się wygłupi. Zespół ćwiczył wyłącznie instrumentalnie lub z pomocą Kayi, wszystkimi innymi sprawami też zajmował się bez niego. Starszy wokalista niewzywany nie stawił się jednak w studiu przez cały tydzień i nikt nie wiedział, czy w ogóle jest w zamkniętym na cztery spusty gabinecie. Nie odbierał telefonu, a zza drzwi nie było słychać dzwonka, choć to akurat można było łatwo wytłumaczyć wyciszeniem aparatu.
- To się mija z celem - zauważył Kaya pewnego dnia, kiedy odwalili próbę i zasiedli za stołem, nie bardzo wiedząc, co zrobić ze sobą dalej. - To może trwać wiecznie, a jako zespół stoicie w miejscu.
Hizaki musiał przyznać mu rację.
- Chyba wcisnę mu pod drzwi kartkę, że albo zjawi się tu w przeciągu godziny, albo ogłaszamy casting na nowego wokalistę. To już jest po prostu niepoważne. Nieodpowiedzialne i kompletnie idiotyczne, on ma trzydzieści dwa lata, a zachowuje się jak skończony gówniarz!
- Unika spotkania ze mną. Może jeśli ja sobie pójdę...
- Nie! - przerwał mu ostro tę nieśmiałą propozycję. - Tym bardziej ty będziesz tu siedział i nie ruszysz się ani na krok, chyba że chcesz, żebyśmy też się pokłócili. To już nie jest tylko wasz problem.
Wokalista westchnął, opierając podbródek na dłoni.
- Ja w każdym razie mam zamiar zacząć pracę nad nowym utworem - oznajmił jego towarzysz. - Teru już zaczął, a jeśli Kamijo nie chce mieć własnego wkładu w singiel, to może mnie pocałować w...
Nie dowiedzieli się jednak, w co Kamijo może pocałować Hizakiego, bo w tym momencie rozległo się głośne pukanie do drzwi. Spojrzeli po sobie, zdezorientowani - ci, którzy ich odwiedzali, nie musieli pukać, tylko po prostu wchodzili, a nikt nieproszony nie miał prawa się tu pojawić - dopiero po chwili Hizaki zawołał:
- Proszę, otwarte! - I drzwi otworzyły się, jakby osoba za nimi czekała na znak z dłonią na klamce.
Osobą tą okazała się być kobieta. Długie rozpuszczone włosy spływały jej na ramiona i plecy, na końcach zwijając się w miękkie loki, zza obfitego szalika wyglądała drobna buzia z zaczerwienionymi od mrozu policzkami. Krótki, zimowy płaszcz mocno przewiązała paskiem, podkreślając talię, mimo niesprzyjającej aury miała też krótką spódniczkę, współgrającą z wysokimi butami na obcasie przy wydłużaniu jej nóg. Kaya co prawda widywał ją rzadko i raczej w przelocie, ale rozpoznał bezbłędnie w przeciągu sekundy - naprawdę dużo ostatnio o niej słyszał.
Przybyła w pierwszej kolejności rozejrzała się po całej sali, szukając kogoś wzrokiem. Nie znalazła; w dużych ciemnych oczach błysnęło rozczarowanie, ale ukryła je i zaraz na jej usta wpłynął przepraszający uśmiech, kiedy spojrzała na siedzący za stołem zespół. Lekko skinęła im głową na przywitanie.
- Przepraszam, że wam przeszkadzam - odezwała się melodyjnym głosem. - Szukam...
- Jest w gabinecie na górze - uprzedził ją Hizaki, nim zdążyła skończyć zdanie. - Ale nie sądzę, żeby to coś dało, bo od tygodnia nikomu nie otwiera. Właściwie to nie jesteśmy pewni, czy tam jest.
- Musi być, bo szukałam też w domu i paru innych miejscach. A jeśli jest, to mi otworzy - stwierdziła z przekonaniem. - Dziękuję. - Uśmiechnęła się, jeszcze raz skinęła im głową i zniknęła, zamykając za sobą drzwi.
- Czy to była Itsumi? – spytał Teru po paru sekundach ciszy, patrząc na Hizakiego, choć odpowiedź zdawała się oczywista. Ponure miny jego i Kayi mówiły same za siebie.
Starszy gitarzysta przewrócił oczami.
- Nie, święty Mikołaj z piersiami! – parsknął z irytacją. – Oczywiście, że to ta krowa, tylko nie wiem, czego tutaj szuka…
- Krowa? – wyrwało się Yukiemu. Patrzył na niego, nie kryjąc zaskoczenia.
Hizaki zmieszał się lekko.
- Nigdy jej nie lubiłem – rzekł usprawiedliwiającym tonem. – Utrudniała Kamijo spotkania ze mną, kiedy zakładaliśmy zespół, nie mam pojęcia, o co była zazdrosna… A potem co zrobiła, to już sami wiecie.
Yuki nie wyglądał jednak na przekonanego.
- Ale krowa? Człowieku! Gdyby tak wyglądały krowy, od dawna byłbym farmerem, nie muzykiem…
- Och, daj sobie spokój z głupimi żartami chociaż w takiej chwili, dobra? – zdenerwował się znowu gitarzysta. – To kryzysowa sytuacja…
- Może jej nie otworzy – podsunął jak zawsze optymistycznie Jasmine. – Raczej nie chciał się z nią ostatnio widzieć…
- Na pewno jej otworzy – stwierdził nagle Kaya, odzywając się po raz pierwszy od paru minut. – Otworzy jej i wysłucha wszystkiego, co ma do powiedzenia. Jeśli zaś chodzi o nią, to mogę się w dodatku założyć, że pod tym płaszczem ma więcej dekoltu niż bluzki.
Te słowa mogłyby być zabawne, gdyby nie ton jego głosu i wyraz twarzy, które sprawiły, że członkowie Versailles przycichli natychmiast, znowu patrząc z niepokojem to na niego, to po sobie. I ponieważ nie dodał nic więcej, zapadła kłopotliwa cisza. Każdy zdawał się nasłuchiwać, ale cicho było też za drzwiami, żaden dźwięk nie dochodził ani z korytarza, ani z wiodących na górę schodów. Minęło już parę ładnych minut, odkąd Itsumi poszła pod gabinet Kamijo.
- Nie, dosyć. – Kaya nagle poderwał się z miejsca. – Przepraszam, Hizaki, ale nie wytrzymam tego.
Gitarzysta już otwierał usta, żeby go zatrzymać, ale Jasmine szturchnął go w ramię i spojrzał na niego znacząco, kręcąc zdecydowanie głową. Pozwolili, by Kaya szybkim ruchem zerwał z wieszaka płaszcz i bez pożegnania wyszedł z sali. Był wzburzony z jednej strony, z drugiej miał ochotę po prostu siąść na schodach i się rozpłakać. Ta głupia, bezczelna…
Nie zdążył jednak znaleźć odpowiedniego rzeczownika, by określić byłą-a-może-już-nie-byłą dziewczynę Kamijo, a i jego plan natychmiastowego udania się do domu napotkał w tej chwili nieoczekiwane komplikacje. Przedziwnym zbiegiem okoliczności akurat, gdy zamknął za sobą drzwi, na schodach u wylotu korytarza rozległy się długo oczekiwane kroki, znacznie głośniejsze przez stukot obcasów i zbliżające się w tempie nieco niż zwykły chód szybszym. Nie zdążył zdecydować, czy zostać tutaj, wycofać się z powrotem do sali, czy może pobiec, by dotrzeć do wyjścia szybciej niż ona. Itsumi zbiegała po schodach wprost na niego i nie wyglądała już tak ładnie, jak wcześniej; rozpięty płaszcz powiewał za nią jak skrzydła, zarzucony na szyję szalik wisiał aż do kolan, tak, że cudem się w niego nie zaplątała (Kaya poczuł ponurą satysfakcję, widząc potwierdzenie swych przypuszczeń, że ubranie, które miała pod spodem, nie było zbyt zimowe), włosy niedbale zgarnęła na jedno ramię, a spokój i pewność siebie wyparowały z jej twarzy. Była zapłakana i wyraźnie wzburzona – bardziej nawet, niż Kaya przed chwilą. Widząc go, zatrzymała się na chwilę, a w jej oczach nieoczekiwanie błysnęło zrozumienie. Potem pociemniały z gniewu.
- To ty! – krzyknęła niespodziewanie ostro, oskarżycielskim gestem celując w niego palcem. – Ty mi go zabrałeś!
To go zaskoczyło, nie da się ukryć, ale ponieważ najlepszym kontratakiem na czyjąś wściekłość był zimny spokój, nie dał tego po sobie poznać.
- Wydaje mi się, że sama z niego zrezygnowałaś – zauważył logicznie, pozwalając sobie na ironiczny uśmiech. O co tej kobiecie chodziło, zastanawiał się przy tym w myślach. Jeszcze tylko tego mu brakowało, żeby była dziewczyna Kamijo oskarżała go o coś, co nie istniało!
Na tę jego uwagę jej twarz pokrył ciemny rumieniec. Kaya zanotował, jak niebezpiecznie długie miała paznokcie, ale i tym nie dał się przestraszyć. Były momenty, kiedy wręcz marzył o tym, by ją spotkać i powiedzieć jej kilka słów do słuchu. A jeśli miała zamiar się na niego rzucić – w tej chwili wyglądała, jakby naprawdę była do takiego czynu zdolna – jako mężczyzna wciąż miał nad nią przewagę, przynajmniej na tyle, żeby ją powstrzymać.
- Wcale z nikogo nie zrezygnowałam! – zawołała póki co, gniewnie zaciskając dłonie w pięści. – A już na pewno nie po to, żeby ktoś to wykorzystał i zaczął się między nas wtrącać!
- Ach, więc zrobiłaś to po coś? Takie urozmaicenie pożycia czy coś w tym stylu?...
Poczerwieniała jeszcze bardziej i spojrzała na niego strasznym wzrokiem, ale nim zdążyła odpowiedzieć, na schodach znowu rozległy się szybkie kroki, a potem u ich szczytu pojawił się Kamijo. Albo zszedł za nią, albo zwabiły go podniesione głosy. Na jego widok dziewczyna ucichła.
- Co tu się dzieje? – spytał, patrząc to na nią, to na Kayę. – Itsumi, prosiłem cię, żebyś nie krzyczała.
- Będę krzyczeć, dopóki mnie nie wysłuchasz – oświadczyła, robiąc krok w jego stronę. Złożyła błagalnie dłonie. – Yuuji…
Uciszył ją znowu jednym gestem.
- To ty powinnaś mnie słuchać. Ja już ci wszystko powiedziałem i prosiłem, żebyś stąd wyszła.
Nie odpowiedziała, tylko patrzyła na niego z rozpaczą, wyraźnie zraniona.
- Będzie lepiej, jeśli nie będziesz tutaj więcej przychodzić – dodał. – Kaya-chan – zwrócił się do młodszego wokalisty, obserwującego tę scenę (doprawdy przedziwne spotkanie pechowego trójkąta!), bo nie bardzo wiedział, jak i którędy się wycofać. – Ty chodź ze mną. Na chwilę, jeśli możesz.
Kaya skinął głową, wyminął Itsumi, nie patrząc na nią i ruszył za nim po schodach. Za sobą słyszał jeszcze stukot obcasów biegnących do wyjścia, otworzyły się też drzwi do sali prób – dziwne, że dopiero teraz – ale ani on, ani Kamijo już się nie odwrócili. W milczeniu wspięli się piętro wyżej, przeszli przez korytarz do ostatnich drzwi, a starszy wokalista otworzył gabinet, zapraszając towarzysza do środka. Potem zamknął za nim drzwi.
- Chciałem przeprosić cię za Itsumi – oznajmił zmęczonym głosem, przechodząc kilka kroków i oparł się o parapet, patrząc na niego. – Próbowałem jakoś spokojnie to załatwić, ale nic z tego nie wyszło. Może powinienem odholować ją do samego wyjścia, znając jej temperament… Naprawdę nie wiem, na co liczyła, przychodząc tutaj.
- Pewnie na wybaczenie – stwierdził Kaya. – Zmieniła zdanie?
Pokiwał ponuro głową, odwracając się do okna.
- Jakby nic się nie stało. Jakby to była zwykła kłótnia. Była zaskoczona, kiedy nie chciałem wysłuchać jej tłumaczeń i powiedziałem, że koniec naszego związku jest ostateczny. Niczego nie rozumie, była pewna, że jej wybaczę.
- Tłumaczenia są denerwujące, prawda? – spytał Kaya cicho. Nie chciał tego mówić i znowu wszczynać kłótni, ale samo wyrwało mu się to z ust.
Ku jego zdumieniu, Kamijo potwierdził.
- Tak, są. Może mówić, co chce, ale i tak liczą się fakty. – Westchnął, ze znużeniem opierając czoło o okienną szybę. – Byłoby lepiej, gdyby już w ogóle nie przyszła.
Kaya widział po nim, jaki jest zmarnowany i rozżalony, ale tym razem żadne słowa pocieszenia nie chciały mu przejść przez gardło, sztywno stał w tym samym miejscu przy drzwiach.
- Nie musisz mnie za nią przepraszać – rzekł dopiero po chwili. – Przecież nie jesteś odpowiedzialny za jej słowa.
- Nic jej o nas nie mówiłem. Sama zaczęła się doszukiwać, czemu nie chcę dać jej drugiej szansy, nie wiem, jak wpadła na taki pomysł…
- Wierzę, że nic nie mówiłeś. Nie ma sprawy, naprawdę.
Kamijo milczał, ze skrzyżowanymi na parapecie rękoma wciąż opierając się czołem o szybę i patrząc gdzieś w przestrzeń na zewnątrz.
- Pójdę już, dobrze? – spytał Kaya po chwili ciszy. – Muszę być dzisiaj wcześniej w domu.
Pokiwał głową. Dopiero, kiedy młodszy otworzył już drzwi, zwrócił wzrok w jego stronę, jakby chciał coś dodać, ale się wahał. Czy miał zamiar to zrobić, czy nie, nie zdążył – Kaya był już na zewnątrz i cicho zamknął za sobą drzwi.

Następnego dnia Kamijo w końcu zaszczycił salę prób swoją obecnością. Jasmine powstrzymał Hizakiego przed zjechaniem go od góry do dołu, bo ,,wyjdzie i znowu nie da znaku życia przez tydzień”, więc gitarzysta tylko pokręcił z dezaprobatą głową i zarządził początek próby. Szło im w sumie średnio – zespołowi dobrze, Kamijo źle. Śpiewał jakby od niechcenia albo nieoczekiwanie zamyślał się i zapominał wejść wtedy, kiedy powinien. Kaya siedział za stołem, nie chcąc go rozpraszać; nie patrzył na nich, tylko skupił się na porzuconej na blacie gazecie, przyniesionej przez kogoś z Versailles dla zabicia czasu przy wcześniejszym czekaniu, czy ich wokalista w końcu zjawi się, czy nie. Zresztą, Kamijo też na niego nie patrzył, ani na próbie, ani przed nią. Cały dzień nie zamienili słowa, prócz niemrawego powitania. Cóż, przynajmniej się nie kłócili; słyszał, jak Jasmine mówi do Teru, że nie do końca o to mu chodziło, kiedy prosił ich o porzucenie sporu, ale ,,zawsze to jakiś progres”. Jak zawsze optymistycznie, stwierdził młodszy ponuro nie wiadomo który raz.
- Kamijo! – wrzasnął w końcu Hizaki przy czwartym utworze, kiedy po raz kolejny musieli przez błąd wokalisty zaczynać od początku. – Pilnuj się do cholery, jak można mylić się przy czymś, co już tyle razy graliśmy?! Przerasta cię utrzymanie koncentracji przez pięć minut, żebyśmy chociaż jeden utwór zagrali, jak trzeba?
- Przepraszam – rzekł ten z roztargnieniem. – Ostatni raz od nowa.
I tym razem nie było jednak dużo lepiej. W końcu, po jakichś sześciu utworach, zrezygnowali.
- Kolejny koncert to będzie porażka, słowo daję – powiedział Hizaki ni to do siebie, ni w przestrzeń ze źle skrywaną irytacją, odstawiając gitarę na stojak.
- Oczywiście z mojej winy, tak? – spytał głośno Kamijo, nie mogąc widocznie przepuścić tej uwagi bez komentarza.
- Z twojej? Nie, skąd ci to przyszło do głowy… Przecież to ja ostatnio nie wystawiam nosa zza drzwi gabinetu!
- Wyrozumiałość nie jest twoją mocną stroną. Ale czego ja się spodziewałem…
- A twoją odpowiedzialność!
- Przynieść wam z kuchni noże? – wtrącił Yuki, ale nie zwrócili na niego uwagi.
- Gdyby nie Kaya, na wokalu musielibyśmy obsadzić technicznego! – kontynuował wyrzuty Hizaki. – To, że nie radzisz sobie ze swoim życiem osobistym, nie znaczy, że zespół też ma na tym cierpieć!
- Hizaki! – krzyknęli jednocześnie Kaya i Jasmine.
- Cicho! – uciszyli ich jednocześnie Hizaki i Kamijo.
- Niech powie, co mu leży na sercu – dodał ten drugi, mierząc gitarzystę wrogim spojrzeniem i widocznie ledwie hamując mocniejszy wybuch gniewu. – Przecież widzę, że od godziny nic, tylko gryzie się w język, kiedy na mnie patrzy. No, dalej, Hii-chan, wyrzuć to z siebie, jeśli to ci pomaga…
Hizaki wczuł się w spełnienie tego życzenia.
- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! – krzyknął. - Myślisz, że co, panem tutaj jesteś, że możesz sobie przychodzić kiedy chcesz, albo nie zjawiać się wcale, bo masz akurat taki kaprys? Mamy wiecznie na ciebie czekać jak ostatni idioci?! Czego ty się w ogóle spodziewałeś, pogłaskania po głowie za to, co zrobiłeś, a potem jeszcze zamknąłeś się w gabinecie na klucz, żeby móc w spokoju ponurzać się w swoim ogromnym cierpieniu? No wybacz, że cię rozczarowałem! I nie mi to pomaga, to ty potrzebujesz kopa w tyłek, żeby zejść w końcu na ziemię! Schrzań sobie życie, jeśli chcesz, ale nie chrzań naszej pracy, masz obowiązki, do jasnej bitej cholery!
- Co zrobiłem? – spytał Kamijo i chociaż głos wciąż miał spokojny, brzmiała w nim ukryta groźba. – No, nazwij to.
Hizaki zawahał się na chwilę, ale potem oświadczył odważnie, wyżej unosząc głowę.
- To, że ktoś skrzywdził ciebie, nie znaczy, że ty też masz krzywdzić innych.
- Hizaki! – krzyknął znowu Jasmine, podrywając się z miejsca. – Uspokój się, przecież prosiłem cię, żebyś dał mu spokój, to do niczego nie prowadzi!
Chciał dodać coś jeszcze, ale Kamijo ze złością machnął na niego dłonią.
- Nikogo nie skrzywdziłem – wycedził drżącym z wściekłości głosem, nieprzerwanie wpatrując się w Hizakiego i dosłownie mordując go wzrokiem. – Przynajmniej nie umyślnie, tak jak sugerujesz…
- Ach, rozumiem, więc to miało być tak… po przyjacielsku? Fajne sposoby spędzania wolnego czasu, może my też powinniśmy zacząć praktykować, tak w ramach integracji?
- Nie obrażaj mnie – warknął. – Tylko to w tej chwili robisz i jeśli myślisz…
- To nie zachowuj się, jakby cię ktoś z łańcucha spuścił po tych trzech latach!
I tym zdaniem posunął się o krok za daleko. Jasmine nabrał oddechu i już otwierał usta, ale Kamijo go uprzedził; z głośnym hukiem uderzył dłońmi o stół, aż wszyscy podskoczyli.
- Nie będę spowiadać się przed tobą ze swojego życia osobistego, a ty nie jesteś nie wiadomo kim, żeby mnie oceniać! – wrzasnął tak, że było go pewnie słychać na dwóch sąsiednich piętrach. – Więc albo skończysz w tej chwili tę nagonkę, albo szukaj sobie nowego wokalisty, bo ja nie będę tego dłużej tolerować!
- Zamknijcie się obaj! – krzyknął nagle Kaya nie ciszej niż on, podrywając się z miejsca, a było to tak niespodziewane, że wszyscy podskoczyli jeszcze wyżej, odwracając się w jego stronę ze strachem. W tym momencie stało się jasne, na co próbował zwrócić ich uwagę Jasmine – młodszy wokalista był blady jak ściana, dłonie trzęsły mu się ze zdenerwowania, kiedy patrzył na kłócących się przed chwilą muzyków, nigdy wcześniej nie widzieli go tak rozzłoszczonego. Kiedy zaraz przemówił, głos też drżał mu lekko, choć już nie krzyczał. – Hizaki, nie prosiłem cię, żebyś był moim adwokatem, więc z łaski swojej skończ ten cały cyrk. Kamijo… On ma rację i ty dobrze o tym wiesz, sprawy między tobą a mną nie powinny odbijać się na waszym zespole. – Umilkł na chwilę, milczeli też wszyscy inni. – Popełniłem błąd, że tyle czasu tu z wami siedziałem – oznajmił potem chłodno. – Ale nie będę dłużej tego kontynuował, już sobie idę i możecie być pewni, że prędko znowu nie przyjdę.
Zgodnie z zapowiedzią pozbierał szybko swoje rzeczy i energicznym krokiem ruszył do wieszaka z płaszczami.
- Ale Kaya, posłuchaj… - zaczął Jasmine.
- Nie! – uciął ostro, odwracając się do niego. – Nie mam nic do dodania i nie będę niczego więcej wysłuchiwać. Nie obchodzi mnie, czy się nawzajem pozabijacie czy nie, proszę, droga wolna, ale ja nie będę dłużej brać w tym udziału. Wesołych świąt – dodał lodowato, przewieszając płaszcz przez ramię i nie dodając nic więcej, opuścił pomieszczenie. Kiedy zamykał za sobą drzwi, nadal panowała za nimi głucha cisza.

Kilka kolejnych dni upłynęło im bez kontaktu, na pięć przed świętami zapowiadały się one kompletnie beznadziejne. Kaya nie miał zupełnie żadnych planów i w sumie nawet nie miał ochoty ich czynić, żeby na siłę umawiać się z kimś na ten wieczór. Trudno, Boże Narodzenie jest co roku, nie zawsze wypada szczęśliwie. Może następnym razem wszystko będzie inaczej i nadrobi jakoś te stracone święta – od nowego roku musi wziąć się za siebie i zacząć wszystko od nowa. Który to już raz… Ten rok w ostatecznym rozrachunku w wielu względach można było uznać za zmarnowany na złudzeniach. Z pewnym zaskoczeniem uświadomił sobie, że mniej więcej w tych dniach przypadał też rok, odkąd poznał Kamijo osobiście, a potem szybko zaprzyjaźnili się i zaczęli razem pracować. Dziesiątki różnych sytuacji z ostatnich dwunastu miesięcy przypominały mu się jedna za drugą. Od początku wiedział, że ma dziewczynę i że są ze sobą dosyć długo, ale mimo to w swoich uczuciach do niego zaszedł krok za daleko, nie dało się tego powstrzymać. Zresztą, Kamijo wcale mu tego nie ułatwiał, chociaż zawsze wiedział też, kiedy w ostatniej chwili się wycofać, jakby w ogóle nie wpadł na to, że Kaya przypadkiem może się w nim zakochać. Gdyby jeszcze nie wiedział o jego orientacji, byłoby to zrozumiałe, ale wiedział dobrze; widocznie wcale go to nie niepokoiło. Choćby nieświadomie, nadal dawał mu cień nadziei. Zwłaszcza po pijaku flirtowanie z nim zdawało się bardzo go bawić i bardzo był w tym aktywny. Szczególnie jedna sytuacja po którejś imprezie zapadła Kayi w pamięć.
- Gdybym nie miał dziewczyny – wyszeptał mu wtedy starszy do ucha, jednym ramieniem obejmując go w pasie, tuż przed samym wyjściem z klubu, który właśnie opuszczali – nie pozwoliłbym, żebyś wrócił dzisiaj do domu sam.
Kaya śmiał się wtedy, ale – choć on prawdopodobnie nawet tego na drugi dzień nie pamiętał – bardzo wziął to do siebie. Kilka miesięcy tkwiło mu to w sercu jak cierń - ,,Gdybym nie miał dziewczyny”.
Czy w tej sytuacji naprawdę dziwiło jego zachowanie, gdy ten warunek nieoczekiwanie został spełniony? Cień nadziei zmienił się w cały buchający ku górze płomień, a kiedy doszło między nimi do tego, do czego doszło, była to nawet silna wiara. Nie wymagał od Kamijo wiele po tym, przez co przeszedł, nie wymagał wielkich wyznań czy deklaracji, liczył po prostu, że go przy sobie zatrzyma, że on pozwoli mu być ze sobą tak, jak w czasie trasy. Reszta miała przyjść z czasem. Był cierpliwy, mógł poczekać. Może na święta, na nowy rok albo jeszcze później, choćby w walentynki, usłyszałby w końcu od niego to, na co tak bardzo liczył i czekał, coś, co przypieczętowałoby ich relacje. Najważniejsze było jednak to, by został z nim zamiast niej, to wystarczyłoby mu w zupełności na całkiem długi okres czasu.
Jak się jednak okazało, to, co obaj rozumieli przez tamte słowa z pamiętnej imprezy, było dosyć rozbieżne. Może on już wcielił w życie wszystko to, o czym mówił. Tylko pożądanie, nie było nic więcej. Za dużo sobie po nim obiecywał.
Miał nadzieję, że te święta, choć raczej nie szczęśliwe czy wesołe, będą przynajmniej spokojne, ale los miał dla niego jeszcze jedną niespodziankę. Trzy dni przed dwudziestym czwartym grudnia niespodziewanie zadzwonił do niego menadżer z informacją, że jakaś kobieta utrzymuje, że go zna i musi koniecznie z nim porozmawiać. Okazało się, że to Itsumi. Co więcej, była to Itsumi miła, przepraszająca za swoje poprzednie zachowanie i błagająca go o spotkanie, bo ,,ma sprawę nie na telefon”. Dosłownie błagająca – czy tego chciał czy nie, nie mógł się grzecznie nie zgodzić. W ten sposób umówił się z nią na następny dzień, w jakiejś wskazanej przez nią kawiarni… I jeszcze nazajutrz, siedząc w taksówce, nie mógł pojąć, co to ma znaczyć i co sam wyprawia, że na to idzie. Była jedną z ostatnich osób, z którą prywatne spotkanie, zwłaszcza po tej całej awanturze w siedzibie Sherow, kiedykolwiek przewidywał, o choćby znikomej ochocie na takowe nawet nie wspominając.
Kiedy przybył, Itsumi była już na miejscu. Czekała na niego przy drzwiach, chowając się przed sypiącym śniegiem pod markizą, jakby pilnowała, by nie wycofał się w ostatniej chwili. Poczuł ulgę, widząc, że tym razem była w spodniach. Po sztywnym przywitaniu weszli do środka, a ona od razu poprowadziła go do stolika w kącie sali, zaliczając jeszcze po drodze wieszak na płaszcze. Ledwo udało im się je powiesić, taki był załadowany, jak zresztą całe wnętrze kawiarni. Nieduże, przytulnie urządzone pomieszczenie wypełniały pary, rozmawiające wesoło wśród różowych choinkowych lampek i tego samego koloru bombek, przetykanych gałązkami jemioły lub srebrnymi łańcuchami. Itsumi musiała często tutaj bywać, bo kiedy tylko usiedli za wolnym stolikiem, natychmiast podeszła do nich krótko ścięta kelnerka i, zmierzywszy Kayę ciekawskim spojrzeniem przy podawaniu karty, przywitała dziewczynę po imieniu.
- Dawno cię tutaj nie widziałam! – powiedziała, gdy Itsumi odpowiedziała tak samo. – Już pomyślałam, że znaleźliście sobie inny lokal i miałam się obrazić, a tu proszę, zjawiasz się znowu, tylko towarzystwo masz jakieś inne! – Kolejne ciekawskie spojrzenie.
Kaya uśmiechnął się sztucznie, czując, jak podnosi mu się ciśnienie i z nadmiernym zainteresowaniem utkwił wzrok w karcie.
Itsumi zaśmiała się, choć zabrzmiało to nieco wymuszenie.
- Och, wybacz mi, skarbie, wiem, że się nie odzywałam, ale to był taki nerwowy okres… Spotkajmy się po świętach, to ci poopowiadam. Teraz trochę nam się z kolegą śpieszy.
Kelnerka wyglądała tak, jakby ktoś obiecał jej wymarzony prezent, a zarazem zapowiedział, że chociaż już go ma, ona dostanie go dopiero za miesiąc. Chcąc nie chcąc musiała jednak przystać na to rozwiązanie. Odeszła, zebrawszy od nich zamówienia – Itsumi wzięła jakąś wymyślną, słodką jak nieszczęście kawę, a Kaya zwykłe espresso. Nie lubił go, ale stwierdził, że najlepiej oddawało jego dzisiejszy nastrój – czarne i gorzkie.
- Maiko to moja koleżanka ze studiów – wyjaśniła Itsumi, przerywając niezręczną ciszę, która zapadła, kiedy kelnerka odeszła. – To kawiarnia jej rodziców. Zawsze przychodziliśmy tutaj z Yuujim…
- Rozumiem. – Jak dla Kayi było to objaśnienie zbędne. Już bez tego wszystko wokół dawało mu do zrozumienia, jak bardzo był tutaj nieproszony, obcy i nie na miejscu. Czy specjalnie wzięła go akurat tutaj? Tak czy inaczej, nie dawała tego po sobie poznać.
- Chciałam cię jeszcze raz przeprosić – powiedziała. – Zachowałam się okropnie. Strasznie mi za to wstyd, naprawdę nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło. Ale tak strasznie mnie zdenerwował… Nawet nie chciał ze mną porozmawiać. Po tym, ile nas łączyło przez te trzy lata, mógł zrobić chociaż tyle – stwierdziła z goryczą, ponurym wzrokiem obserwując sąsiednie stoliki. Ogarnięte świąteczną atmosferą pary w różnym wieku stanowiły zdecydowaną większość gości, tylko dwa miejsca dalej siedziały trzy rozchichotane koleżanki, a po przeciwnej stronie sali samotnie i z powagą popijał kawę jakiś mężczyzna wyglądający na urzędnika. Kaya poczuł lekką grozę na myśl, że on i Itsumi pewnie też wyglądają teraz z boku jak para.
Kobieta milczała przez chwilę, jedną dłonią bezmyślnie gładząc koniec luźnego warkocza, w który zaplotła dzisiaj swoje długie włosy. Tylko kilka kosmyków wymykało się z niego, opadając jej na twarz i łagodną falą stanowiąc tło dla jej jasnego profilu. Była taka ładna. Cóż, musiała być – w innym wypadku kompleksy by ją przy Kamijo zjadły. I chociaż Kaya wiedział, że i dla niego natura była w kwestii urody dość łaskawa, poczuł ukłucie na myśl, jak śliczne musiałyby być ich dzieci, gdyby się ich doczekali.
- Spotkałaś się ze mną specjalnie po to, żeby osobiście mnie przeprosić? – spytał w końcu. – Przez telefon powiedziałem, że nic się nie stało.
- No, nie do końca – przyznała, ale zaraz umilkła. Przyszła Maiko, niosąc na tacy ich kawy. Powoli ustawiła je na stoliku przed nimi, wyrównując niemal jak od linijki i wyraźnie nadstawiając ucha (Kayi przeszło przez myśl, że pewnie po to tak krótko obcięła włosy – żeby nic jej odbioru nie zakłócało). Itsumi przywołała na twarz uśmiech, podziękowała i dopiero, kiedy po chwili nieco ociągając się odeszła, podjęła, profilaktycznie wciąż cicho, patrząc mu w oczy z powagą – nie myśl, że jestem bezczelna, naprawdę wiem, jak to wygląda, ale musiałam się z tobą spotkać. Domyślam się, że twoje zdanie na mój temat nie jest zbyt pochlebne… Ale ja naprawdę nie jestem taka, jak sądzisz. Chyba nie uważasz, że on byłby ze mną tak długo, gdybym była jakaś zła. Ale jestem tylko zwykłym człowiekiem i jak każdy popełniam błędy. Każdy czasem się gubi… Bardzo żałuję tego, co zrobiłam i gdybym mogła cofnąć czas, to na pewno nigdy by się nie stało. Pewnie mi nie wierzysz, ale ja naprawdę go kocham.
- Ach, rozumiem. Chcesz wiedzieć, do czego między nami doszło.
Wyglądała na lekko zmieszaną tym, jak szybko zostały wykryte jej prawdziwe intencje, ale treść jego wypowiedzi obeszła ją chyba bardziej. Spochmurniała.
- A zatem miałam rację, że do czegoś doszło – stwierdziła bezbarwnym tonem.
- Brawo. Jak to zauważyłaś? – zainteresował się Kaya całkiem szczerze.
Wzruszyła lekko ramionami, zaczynając mieszać kawę długą łyżeczką.
- Intuicja. My, kobiety, potrafimy wyczuć takie rzeczy, a przynajmniej ja zawsze je wyczuwam. Wiem, kiedy ktoś może stanowić zagrożenie. Od dawna obserwowałam wasze wspólne występy. A kiedy potem on kazał mi wyjść i spotkaliśmy się na korytarzu… Tylko spojrzałam i od razu wszystko wiedziałam.
- Prawie bezbłędnie, bo akurat nie szedłem wtedy do niego. No, ale i tak wyrazy uznania. – Zamyślił się na chwilę i dodał jakby do siebie – szkoda, że Kamijo nie ma takiej intuicji, to ułatwiłoby wam życie.
Itsumi nie skomentowała tej uwagi.
- Zawsze zwracacie się do siebie po pseudonimach? – spytała zamiast tego dziwnie ponuro. – Nawet prywatnie?
- No tak, zazwyczaj – przyznał. – To takie przyzwyczajenie, może faktycznie trochę głupie. Widzisz, nie jesteśmy nieznanymi ludźmi, a nasze prawdziwe imiona zazwyczaj nie są podawane do publicznej informacji. Na forum zwracamy się do siebie tak, jak znają nas fani, potem jakoś naturalnie ta granica się zaciera i przechodzi to też na prywatny grunt. Ale jeśli cię to interesuje – dodał jakby od niechcenia, tknięty złośliwym impulsem – to w ramach ciekawostki powiem ci, że tak, w sytuacjach prywatnych do tego stopnia, jak się ostatnimi czasy zdarzało, Kamijo mówił do mnie po imieniu.
Warto było powiedzieć to tylko po to, by zobaczyć jej minę. Koniec warkocza wysunął jej się z zaciśniętej dłoni, gdy ta opadła na blat stolika.
- Cóż, on był wtedy - i z tego, co wiem, nadal jest - wolny – podsumował Kaya niewinnie, upijając łyk kawy.
Itsumi swojej nadal nie tknęła.
- Więc jest wolny? – spytała i jakby trochę rozluźniła się na krześle.
Popatrzył na nią z politowaniem.
- A zdawało ci się, że nie jest?
- Powiedziałeś…
- Nie sprecyzowałaś, o co mnie pytasz. To, że ze mną spał, nie znaczy, że jesteśmy razem. – Uznał, że musi to powiedzieć, jakkolwiek wcale nie był ku temu chętny. Oparł się na łokciach na blacie, splatając palce obu dłoni obok swojej filiżanki. – Szczerze? Teraz między nami nic nie ma – oświadczył patrząc jej w oczy. – On najprawdopodobniej nic do mnie nie czuje. To było tylko pocieszenie po rozstaniu z tobą. Tak przeżywał to, co zrobiłaś, że chyba się zapomniał.
Itsumi milczała przez chwilę, wyglądała na lekko oszołomioną.
- Nie wiedziałam – powiedziała cicho. Po jej minie nie wyglądało jednak na to, by krytyka w ostatnim zdaniu do niej dotarła, nawet uśmiechnęła się lekko, nim spytała – a tobie na nim zależy?
- Tak. Mnie na nim zależy.
Ta odpowiedź nieco mniej przypadła jej do gustu. Krótki cień przeszedł jej przez twarz.
- Powiedział ci, że nic do ciebie nie czuje? – zadała jednak kolejne pytanie, tym samym tonem kogoś, kto wie, że jest wścibski, ale nie może nic na to poradzić.
Kaya prychnął, zirytowany słyszalną w jej głosie nadzieją.
- Spędziłaś z nim trzy lata i nie wiesz, że nigdy by tego nie zrobił? Nie musiał, ja już bez tego wiem to, co powinienem wiedzieć. – W przeciwieństwie do ciebie, dodał w myślach.
Pokiwała głową, przetrawiając tę informację.
- Słuchaj, czy w tych waszych zespołach naprawdę nie ma żadnych dziewczyn? – spytała nagle.
- Zdarzają się, ale rzadko. W naszym bezpośrednim otoczeniu żadna nie przychodzi mi do głowy…
- Rozumiem. No, to wiele wyjaśnia – podsumowała, ale zaraz zreflektowała się widocznie, jak źle to zabrzmiało (albo zauważyła minę Kayi, który w tej chwili poczuł do niej zdecydowaną antypatię) i dodała łagodniej – oczywiście nie myśl, że nie jestem tolerancyjna! Jestem, naprawdę, nie mam nic do ciebie ani twoich wyborów, to prywatna sprawa…
- Jesteś tolerancyjna, dopóki on nie jest w to zamieszany – stwierdził Kaya.
Wypiła wreszcie łyk kawy, żeby ukryć zmieszanie.
- Nie… Nie całkiem – mruknęła, ocierając usta dłonią. – Z drugiej strony wcale nie uważam, że byłoby dla mnie lepiej, gdybyś był kobietą. Może to nie ma znaczenia… Po prostu nie do końca mi to do niego pasowało, ale ja to ja. Przepraszam, jeśli uraziłam, nie miałam nic złego na myśli. Może zostawmy ten temat.
Skinął krótko głową, także unosząc swoją filiżankę do ust. Marzył już tylko o skończeniu tego cholerstwa i wyjściu, ale jak na złość, małe espresso wcale nie dawało się wypić łatwo.
- Tak czy inaczej, skoro jest tak, jak mówisz… To ja już nie wiem, o co mu chodzi – westchnęła Itsumi po chwili. – Jeśli nie ma nikogo nowego, dlaczego nie chciał ze mną porozmawiać?
- Hmm, poczekaj, niech się zastanowię… O, wiem! Może dlatego, że go, na przykład, zdradziłaś?...
- Ale ja wcale tego nie chciałam! – zaprotestowała gwałtownie, potrząsając głową, aż warkocz spadł jej z ramienia. – Właśnie o to chodzi, on mi nawet nie dał się wytłumaczyć! Może trochę za ostro wtedy zareagowałam, kiedy to się wydało – przyznała ze skruchą i lekkim zażenowaniem – ale to dlatego, że się przestraszyłam… Potem tak źle się to dalej potoczyło, jest mi tak przykro… Ale przecież tamten facet nic dla mnie nie znaczył! Mówiąc szczerze, nawet współczuję jego żonie. Nie zrobiłam tego dlatego, że czegoś mi brakowało w TYCH kwestiach… Po prostu długo go nie było i byłam taka samotna… A tamten przecież nawet nie może się z nim równać.
- Och, wierzę, wierzę! – roześmiał się Kaya, nie mogąc powstrzymać kolejnego złośliwego impulsu. – Akurat jeśli o to chodzi, nie muszę przecież polegać tylko na twoich opowieściach.
To zdecydowanie ją zdeprymowało. Urwała na chwilę, patrząc na niego wielkimi oczami. Potem nagle błysnęły w nich łzy.
- Co wyście mu nagadali, że mnie stamtąd wyrzucił? – spytała cicho, z pretensją w głosie. – Że zachowywał się tak obco?...
Kaya przewrócił oczami; męczyło go to i irytowało coraz bardziej. Co za głupia, rozchwiana emocjonalnie kobieta!...
- Nic mu nie nagadaliśmy. To nie jest typ człowieka, na którego można tak wpłynąć – odparł chłodno. Czy naprawdę znał go lepiej niż ona, że musiał jej takie rzeczy tłumaczyć, czy to ona nie myślała już, co wygaduje? – Jeśli znowu chcesz szczerej odpowiedzi, sama sobie na to zapracowałaś. Zdrada to zdrada, kogo obchodzi, czy ci na tamtym zależało czy nie, albo że czułaś się samotna? Ty byś mu wybaczyła, gdyby ci się tak tłumaczył? Śmiem wątpić. Dlaczego w takim razie dziwi cię, że nie chciał rozmawiać? Ja z nim byłem przez ten cały czas i może tylko ja wiem, jak cierpiał, ale nie jest to nic, czego nie dało się przewidzieć. Zdradzając go, uderzyłaś w jego uczucia, w jego oddanie i zaufanie, w końcu w jego dumę… I masz teraz efekty. Użyj jeszcze raz swojej kobiecej intuicji, zamiast pytać jego znajomych, czemu nie chce się z tobą widzieć i zwalać na nich winę.
Itsumi znowu zaczęła kręcić głową, podbródek drżał jej lekko.
- Wy nic nie wiecie. Niczego nie rozumiecie. Wszyscy wstawiacie się za nim, użalacie się nad nim, a mnie nikt nie chce wysłuchać, o odrobinie zrozumienia nawet nie mówiąc. A ja? Nic, tylko wiecznie na niego czekam, on wciąż wyjeżdża, zostawia mnie na całe tygodnie, czasem w ogóle nie wiem, na czym stoję. Ja bym tak chciała mieć rodzinę, dzieci… Mam prawie dwadzieścia dziewięć lat, on trzydzieści dwa, a obchodzi go tylko muzyka. Mówi, że mnie kocha, a zamiast pomyśleć o naszej przyszłości, zakłada nowy zespół. Myślałam, że jak poprzedni się rozpadnie, to trochę zmieni swoje priorytety i sposób myślenia, ale jest jeszcze gorzej! Od pół roku nie mówi o niczym innym, tylko tym się przejmuje… Czasem zachowuje się jak dziecko.
Kaya westchnął, przewracając z dezaprobatą oczami.
- Ty po prostu nigdy nie zrozumiesz artystów, stąd się bierze twój problem – stwierdził. – Nigdy go tak naprawdę nie rozumiałaś.
- Och, co ty możesz o tym wiedzieć! - zdenerwowała się. – I co z tego, że ty go niby rozumiesz, skoro był ze mną? Byliśmy razem przez trzy lata! Fakty mówią same za siebie… I byliśmy szczęśliwi, ja wiedziałam, że chcę z nim spędzić resztę życia. Ale w jego zachowaniu brakowało mi konkretów, nie tylko czułych słów, ale działań… To już nie jest ten etap, gdzie wystarcza ci ,,kiedyś”! Chciałam żyć tutaj i teraz. Ale on nic… Bo zespół to, zespół tamto. A przecież gdyby mi się oświadczył, zgodziłabym się bez chwili wahania! Nie wiecie, w jakiej jestem sytuacji, nikt nie wie, jak się czuję. Wszystkie moje koleżanki już powychodziły za mąż, rodzą śliczne dzieci, a ja stoję w miejscu, rodzina na mnie naciska, wypytuje, kiedy zamierzamy się w końcu ustatkować, nawet ta dalsza w żartach wciąż napomina o ślubie. A ja co, świecę oczami i powtarzam, że nie wiem, jeszcze o tym nie rozmawialiśmy, ale może niedługo, może… Boże, dlaczego? – wyszeptała nagle łamiącym się głosem, zasłaniając twarz dłońmi. Potem zatopiła palce we włosach, pochylając głowę nad stolikiem. – Przecież nigdy nie kazałam mu wybierać, nie mówiłam, jak bardzo mam tego wszystkiego dosyć. Byłam taka cierpliwa… A przecież to nie może być kwestia muzyki i ciągłych wyjazdów! Muzycy też mają rodziny.
- Więc siedziałabyś dalej sama tak, jak siedzisz, tylko z obrączką na palcu i dzieckiem na ręku – rzekł Kaya melodyjnie, jakby ta wizja była jakaś bardzo poetycka. – Też sporo frustracji, żeby kogoś zdradzać. Skoro nie zadowala cię życie z nim, jakie on ma ci do zaoferowania, po co aż tak długo się męczyłaś?
- Ale ja go kocham. Nie mam prawa niczego od niego wymagać? On się realizuje i jest szczęśliwy, ja też chciałabym zrealizować swoje marzenia.
Kaya powstrzymał śmiech, rozkładając bezradnie ręce.
- Bawi cię to? – spytała ostro, widząc jego uśmiech.
- Nie, po prostu zacząłem się zastanawiać, czemu żeby mu to przekazać wybrałaś zdradę, a nie poważną rozmowę.
To był strzał w dziesiątkę. Itsumi oblała się rumieńcem, a on kontynuował:
- Ile razy to zrobiłaś, przez te parę miesięcy, kiedy on był ci wierny jak pies, bez względu na to, gdzie był i co robił? Bo wiesz, ja na przykład jestem w stanie wybaczyć jednorazowy incydent komuś, na kim mi zależy, jeśli ten ktoś był, chociażby, pijany, w związku był kryzys i go po prostu poniosło, ale przyznał się do winy, przeprosił i żałował. Ale gdyby ktoś za moimi plecami przez parę miesięcy regularnie sypiał z kimś innym, a nakryty zrobił mi awanturę, nie miałby szans na wybaczenie. Intencje i waga tej zdrady w aspekcie uczuć danej osoby nie mają w tej chwili znaczenia. Szczerość i wierność to podstawa udanego związku, jeśli tego nie ma, wiązanie się na całe życie to głupota i wcale się Kamijo nie dziwię. Ty po prostu nie masz pojęcia o miłości. Wymyśliłaś sobie, że jak najszybciej chcesz mieć męża i dzieci, jakby to był cel twojej egzystencji, tłumaczysz się presją rodziny, a nawet nie interesuje cię, czemu on z taką decyzją czekał! Masz daleko gdzieś jego podejście do życia, jego plany, wątpliwości czy dylematy, irytują cię jego pasje, w ogóle go w nich nie wspierasz. Zdradzałaś go, bo sądziłaś, że wtedy domyśli się, że czegoś ci brakuje i przyleci z pierścionkiem? Ile ty masz lat, szesnaście? Marnujesz życie i sobie, i jemu.
Itsumi nie odpowiedziała. Zamiast tego niespodziewanie pochyliła głowę, przycisnęła białą dłoń do ust i rozpłakała się. I nie był to wcale cichy szloch – zaczęła płakać tak, że przy sąsiednich stolikach zapadła cisza, wiele osób zaczęło odwracać się w ich stronę, wyraźnie skonsternowani. Kaya zaklął w duchu, a jego czoło mimowolnie spotkało się z dłonią; no tak, kobieca odpowiedź na wszystko! Gdzie brakowało argumentów, tam wymuszało się co trzeba łzami! Nie wiedział, czy powinien to zignorować, czy ją pocieszać, nie było mu jej żal, cała sytuacja była taka żenująca, że najchętniej zapadłby się pod ziemię. I jeszcze ci ludzie! W końcu, zdenerwowany krzywymi spojrzeniami utkwionymi nie w niej, a w nim, przechylił się nad stolikiem i syknął:
- Uspokój się! Wszyscy na nas patrzą, a twoja Maiko zaraz wypadnie zza lady, tak wyciąga szyję.
Itsumi tylko potrząsnęła głową, spazmatycznie chwytając oddech, łzy nadal wypływały jej spod rzęs, rozmazując tusz i nie mogła wykrztusić słowa. Zrezygnowany Kaya w końcu podał jej chusteczkę – przyjęła ją i schowała za nią twarz – i potrząsnąwszy z dezaprobatą głową, usiadł z powrotem na swoim miejscu, ze skrzyżowanymi rękoma czekając, aż się uspokoi i starając się nie słyszeć przy tym szeptów wokół, dotyczących zapewne tego, jakim złym był partnerem. Tylko jedną dziewczynę, kręcącą głową potępiająco, jakby co najmniej Itsumi uderzył, zabił wzrokiem, przesyłając mentalne ,,nie wtrącaj się”. Podziałało; urażona skupiła się z powrotem na swoim chłopaku.
W końcu Itsumi uspokoiła się. Dokładnie wytarła chusteczką nos i kąciki oczu, stłumiła czkawkę dużym łykiem kawy.
- Przepraszam – wychrypiała. – Po prostu mam już dosyć tego wszystkiego… Szkoda, że nie poznałam lepiej jego znajomych, może ktoś by się za mną wstawił i wytłumaczył Yuujiemu mój punkt widzenia – stwierdziła z żalem. – Ty masz, jak widzę, własny i masz do niego prawo, chociaż nie wiem, jak możesz oceniać mnie tak po jednej rozmowie. Nie wydaje mi się to fair, ja nie oceniałam ciebie, choć też mogłabym parę słów powiedzieć. A w ogóle to ile masz lat, że mnie pouczasz o dojrzałości? Dwadzieścia cztery, pięć? No właśnie. A zresztą nieważne, po co to drążyć, skoro się i tak nie dogadamy. W każdym razie nie myśl, że odpuszczę! On po prostu nie może przekreślić tego, co między nami było, te trzy lata to i jego, i mój najdłuższy związek. Musi mi wybaczyć.
- Próbuj. – Kaya uznał, że dyskusje z nią nie mają najmniejszego sensu. – Życzę ci powodzenia.
Jakby tylko czekała na te słowa; nagle przechyliła się nad stolikiem i chwyciła go za obie dłonie, unieruchamiając je w żelaznym uścisku swoich zaskakująco zimnych, a zarazem delikatnych w dotyku palców.
- Dlatego mam do ciebie tylko jedną prośbę – oznajmiła, ignorując jego zaskoczenie i dosłownie wwiercając się wzrokiem w jego oczy. – Nie będziesz ze mną o niego walczyć? Obiecasz, że nie będziesz próbował stanąć między nami? Wiem, że i dla ciebie on jest ważny, ale chyba nie miałbyś serca ze mną konkurować? Owszem, popełniłam błąd, ale nie może tak szybko się we mnie odkochać. Nie chodzi teraz o mnie, mnie możesz mieć gdzieś i pewnie masz, ale chodzi o niego. On mnie kocha, a chyba nie powiesz, że on też nie ma pojęcia o miłości? Może i jestem idiotką, ale on był ze mną szczęśliwy przez całe trzy lata. Kiedy przypomnisz sobie, co z całą pewnością o mnie mówił, zrozumiesz, że mówię prawdę.
Oczywiście, było wiele takich rzeczy, które mógł sobie w tej chwili przypomnieć, nie mógł się tego wyprzeć. Jej oczy płonęły niezdrowym blaskiem i pod wpływem zarówno nich, jak i tego, co nadzwyczaj trafnie mu teraz przypomniała, Kaya prawie poddał się i faktycznie obiecał to, o co go prosiła. Ogarnęło go poczucie bezsilności, ale w ostatniej chwili je przezwyciężył.
- Nie mam w zwyczaju walczyć o kogokolwiek na siłę – rzekł zamiast tego, z trudem uwalniając dłonie od jej rąk. – On wie, co czuję i wie, co czujesz ty, reszta zależy wyłącznie od niego. To nie jest przedmiot, który można sobie wyrywać jak łopatkę w piaskownicy.
Ta krytyka chyba nie bardzo do niej dotarła; z miną, jakby osiągnęła wszystko, co zamierzała, z irytującym, triumfalnym, źle skrywanym uśmieszkiem, wróciła z powrotem na swoje krzesło.
- Żałuję tylko, że chyba nic już nie wskóram przed świętami – powiedziała melancholijnie, kiedy Maiko przyniosła im rachunek. – Nasze wspólne święta zawsze były wspaniałe… Tak samo urodziny i inne okazje. Zawsze coś wtedy dla mnie pisał, może nie tak złożonego, jak utwory dla zespołu, ale było ładne i od serca. Wtedy najbardziej byłam dumna i szczęśliwa, że ma taki zawód i umiejętności, uwielbiam jego głos. Ty też masz naprawdę piękny – dodała wspaniałomyślnie, jakby postanowiła powiedzieć na koniec cokolwiek miłego pod jego adresem. – Bardzo mi się podoba i myślę, że naprawdę masz talent.
- Dziękuję – odparł Kaya. Głowa zaczynała go boleć, cieszył się, że to spotkanie w końcu dobiegło końca i niedługo wróci do domu.
Itsumi uśmiechnęła się promiennie. Jak wszystko inne, uśmiech też miała piękny. I jakkolwiek przez większość rozmowy Kaya miał poczucie, że nad nią dominuje, teraz czuł, że schodzi z pola bitwy jako kompletnie przegrany.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Czw Gru 29, 2011 10:38 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Czw Gru 29, 2011 10:26 pm

I w końcu nadszedł dwudziesty czwarty grudnia. Wieczorem wszędzie leżały grube warstwy śniegu, na bezchmurnym niebie słabo lśniły niemal w Tokio niewidoczne gwiazdy. O wiele większym blaskiem biły za to ulice, zalane przez bardzo liczne, barwne i wymyślne dekoracje. Świąteczną atmosferę dało się wyczuć wszędzie, nawet w samym mroźnym powietrzu.
Budynek małej, niezależnej wytwórni całkowicie opustoszał. Było to zrozumiałe, w końcu każdy, kto tylko mógł, wziął dzisiaj wolny dzień i spędzał wieczór w niewątpliwie milszy sposób. Tylko w jednym pokoju paliło się światło. Nie było tam żadnych dekoracji, Kaya siedział sam za biurkiem tyłem do okna i starał się zapomnieć o dzisiejszej dacie. Tutaj było to łatwiejsze niż w domu, dlatego miał zamiar wrócić dopiero, kiedy zechce mu się spać. Póki co siedział, pochylony nad klawiaturą laptopa, starając się skończyć jakoś wyjątkowo opornie idący tekst i osładzając sobie życie dużym kubkiem gorącej czekolady.
Chociaż wieczór był jeszcze dosyć wczesny, wokół było cicho jak w środku nocy. Denerwująca, świąteczna cisza świąt, które chyba po raz pierwszy w życiu najchętniej wykreśliłby z kalendarza. Ale dzięki tej ciszy słyszał każdy najmniejszy hałas wokół i o ile nie zwrócił większej uwagi na silnik parkującego pod oknem samochodu, tak kroki w budynku wytwórni, na korytarzu za jego drzwiami, już skłoniły go do podniesienia głowy. Zdjął dłonie z klawiatury i nasłuchiwał, gdy rozbrzmiewały coraz bliżej, aż w końcu ktoś głośno zapukał do drzwi, by, nie czekając na odpowiedź, od razu wpaść do środka. Postać intruza tonęła w ogromnym futrze, ale twarz była znajoma i mimo zaskoczenia, Kaya uśmiechnął się.
- Jasmine! Co tutaj robisz? O tej porze?
- Wesołych świąt! – odwzajemnił uśmiech basista Versailles. – W końcu cię znalazłem, a już się przestraszyłem, że mi się nie uda, kiedy nie zastałem cię w domu! Pracujesz w święta?
- Nie mam nic lepszego do roboty…
- To się świetnie składa, bo właśnie cię porywam. – Jasmine bez ceregieli zamknął jego laptopa i dopił resztkę czekolady. – Musisz jechać ze mną, chyba że chcesz, żeby doszło dzisiaj do morderstwa – oznajmił, kiedy ją przełknął.
- Gdzie? – spytał Kaya, oszołomiony.
- No jak to gdzie? Do nas, do wytwórni! Wszyscy tam są…
- A ja już powiedziałem, że nie przyjdę – przerwał mu zdecydowanie. – I nie przypominam sobie, żebym zmienił zdanie… Zwłaszcza dzisiaj.
- Och, nie wygłupiaj się! Musisz wrócić, nie wyobrażasz sobie, co się tam dzieje. Atmosfera jest koszmarna, mogę się założyć, że nigdy nie przeżyłeś równie przykrych świąt. Każdy ma ochotę wyjść, ale to jak wyjść z rodzinnej kolacji wigilijnej, jaka by nie była, nie ma rady i swoje trzeba wysiedzieć… Ja się teraz wyrwałem, żeby pojechać po wino, na trzeźwo nikt dłużej tego nie zdzierży – westchnął, opierając się o biurko. – Od paru dni to trwa, to znaczy, odkąd odszedłeś ze studia. Nie wiem, czy sądziłeś, że to coś zmieni, ale jest jeszcze gorzej. Kamijo i Hizaki obwiniają się o to nawzajem… A teraz już w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Kiedy próbowaliśmy zmienić temat i wrócić do pracy, przez trzy dni siedzieli po przeciwnych stronach stołu, lekceważąc nawzajem swoją obecność i jeden drugiemu przekazując wiadomości tylko na zasadzie ,,spytaj Hizakiego, czy widzimy się jutro”, ,,przekaż Kamijo, że tak, o zwykłej porze”. To idiotyczne, ale zaparli się jak dzieci! Próbowaliśmy jakoś rozładować atmosferę, ale też nic z tego nie wyszło, ani żarty nie skutkują, ani próby zwrócenia ich uwagi na coś innego… W końcu postanowiliśmy zrobić sobie przerwę do świąt. Mieliśmy nadzieję, że jak dzisiaj się spotkamy, będzie lepiej.
- Ale nie jest? – spytał Kaya, mimo woli słuchając tej relacji z uwagą.
Jasmine uśmiechnął się niewyraźnie, kręcąc głową.
- Gorzej. To znaczy, było nieźle, dopóki nie przyszło do składania życzeń. Kiedy Hizaki powiedział Kamijo, że szczęścia w miłości mu nie życzy, bo jej widać nie potrzebuje, w jednej chwili wszystko się sypnęło.
- O Boże! – Kaya aż wstał z fotela. – To naprawdę okropne, jak mógł mu powiedzieć coś takiego? Biedny Kamijo, przecież to zupełnie nie w tym rzecz… Hizaki nie powinien go tak traktować.
- Dlatego musiałem przyjść i cię tam ściągnąć. Zrób cokolwiek, porozmawiaj z nim, powiedz, że mu wybaczasz… Bo Hizaki naprawdę mu nie odpuszcza i nie daje się do tego w żaden sposób namówić, a on i tak jest w strasznym stanie. Przychodzi na próby i spełnia wszystkie inne obowiązki, ale kompletnie nic go nie interesuje, zero chęci do życia. To już nawet nie chodzi o zespół, ale to się źle skończy, jeśli ktoś tego nie przerwie.
- Jadę z tobą – oznajmił Kaya zdecydowanie, nie czekając już na ewentualny ciąg dalszy i wychodząc zza biurka, by, wyminąwszy Jasmine, ruszyć do drzwi.
Basista uśmiechnął się z ulgą, ruszając za nim.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! No to szybko, nie ma mnie już dosyć długo, aż strach pomyśleć, ile się tam wydarzyło do tej pory…
Kaya zarzucił płaszcz na ramiona i obaj dosłownie wybiegli na zewnątrz, na parking i do samochodu. Dopiero w środku wokalista pozapinał guziki i obwiązał szyję szalikiem, w międzyczasie Jasmine już przekręcał kluczyk w stacyjce. W radiu grały kolędy, dekoracje za zaparowaną szybą zlewały się w barwne plamy i smugi, gdy wyjechali na wyjątkowo opustoszałą ulicę.
- Dlaczego właściwie Hizaki tak strasznie wtrąca się w życie uczuciowe Kamijo? – spytał Kaya po chwili milczenia, spoglądając na basistę. – Przyjaźń przyjaźnią, ale żeby tak bezwzględnie karać go za błędy i próbować zmieniać jego decyzje?
Jasmine zaśmiał się cicho.
- Nie wiem, czy powinienem ci to mówić… Ale co mi już szkodzi w tym stanie rzeczy! Ujmę to może tak, że zazdrość Itsumi o ich spotkania nie była w stu procentach nieuzasadniona. I że gdyby wiedziała o wszystkim, co ich kiedyś łączyło, pewnie nigdy by się na to nie zgodziła, oj nie. – Pokręcił z rozbawieniem głową, a widząc kątem oka zaskoczenie towarzysza, dodał – ale to było naprawdę bardzo dawno, wiesz, oni się znają dłużej niż my wszyscy, będzie już z siedem lat i teraz mogę cię zapewnić, że są tylko przyjaciółmi. Też mnie ciekawiło, czemu Hizaki tak wziął sobie to wszystko do serca, tylko dlatego mi to zdradził. Nie, że to tajemnica, ale po prostu nic znaczącego i obaj twierdzili, że nie ma sensu nikomu o tym rozpowiadać, to by mogło tworzyć tylko jakieś dziwne sytuacje w zespole… Nie wiem, jak to przebiegało i dlaczego się skończyło, ale pewnie stąd bierze się to wszystko. Może Hizaki czuje się za niego odpowiedzialny i nie chce, żeby zniszczył życie sobie i innym… Niektóre rzeczy zostają na zawsze, kiedy raz się kogoś pokocha.
Młodszy pokiwał głową, rozważając w duchu te słowa. Resztę drogi już nie rozmawiali, słuchając radia. Jasmine w pewnym momencie zaczął podśpiewywać cicho, ale Kaya wyjątkowo jak na niego milczał.

- Nie słyszę krzyków, to chyba dobrze wróży – stwierdził pogodnie Jasmine, beztrosko wymachując trzymaną za szyjkę butelką wina, kiedy zbliżali się do drzwi zwyczajowo zajmowanej przez nich sali. – Mam nadzieję, że to nie dlatego, że któryś już zginął.
Kaya zaśmiał się krótko. Jak na spotkanie z dobrymi znajomymi był dziwnie zestresowany. Może przyczyną było to, w jaki sposób ostatnio się rozstali, a może cała opowieść basisty. Tak czy inaczej, nie zamierzał się wycofać i wszedł za przyjacielem do środka.
Sala była udekorowana tak, jak sami ją do tej pory ozdobili. Wszędzie paliły się lampki, ich światła odbijały się w bombkach, a w rogu lśniła mała choinka - nieco już sypiąca się z kolców, ale wciąż całkiem efektowna. Ktoś puścił z odtwarzacza świąteczne utwory w wykonaniu rodzimych gwiazd, a stół, zazwyczaj zawalony kartkami nut i kubkami po kawie, prezentował się nadzwyczaj uroczyście pod białym obrusem, stało na nim kilka potraw i napoi. Oprócz członków Versailles było tu też trochę innych osób z wytwórni, jednych Kaya znał, innych tylko kojarzył z widzenia. Kiedy weszli, Hizaki, Yuki i Teru siedzieli za stołem, dwóch ostatnich po obu stronach pierwszego coś mu tłumaczyło, a ten milczał ze skrzyżowanymi ramionami i niezadowoloną miną, najwyraźniej mocno zirytowany. Na widok nowoprzybyłych wszyscy trzej wstali, zaskoczeni, ale na ich twarzach odmalowało się też coś na kształt ulgi.
- Patrzcie, kogo spotkałem po drodze! – rzekł wesoło Jasmine, ciągnąc Kayę w ich stronę. – A to niespodzianka, prawda?
- Kaya! - Hizaki wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć, był jakby lekko zmieszany; pewnie wciąż miał w pamięci ostatnią awanturę i to, co młodszy wokalista powiedział im na odchodnym. – Nie spodziewaliśmy się ciebie, bardzo się cieszę, że jednak przyszedłeś!
- Mam nadzieję, że za bardzo się nie spóźniłem – uśmiechnął się młodszy. – Życzę wam wszystkiego najlepszego! Wesołych świąt.
- Na pewno zaraz staną się wesołe – rzekł Yuki, z chciwością w oczach patrząc na owiniętą w papier butelkę w dłoniach Jasmine. – Bo do tej pory było…
Hizaki szturchnął go, posyłając ostrzegawcze spojrzenie.
- …trzeźwo – zakończył nieco niezgrabnie perkusista.
- Beznadziejnie – sprostował Teru grobowym tonem, jakby nie docierały do niego znaki od drugiego gitarzysty. – Ten wieczór to jeden wielki koszmar.
- You-kun trochę mi opowiadał – powiedział Kaya, rozglądając się po sali. W końcu znalazł to, czego szukał. – Pozwolicie…? – Pożegnał ich jeszcze jednym uśmiechem, odchodząc we wskazanym kierunku.
Jasmine pokiwał głową, mrugając do niego porozumiewawczo; wokalista usłyszał jeszcze, jak za jego plecami mówi szeptem do Hizakiego:
- No daj im porozmawiać w spokoju…
Przechodząc między ludźmi i witając wszystkich znajomych krótkim ,,wesołych świąt” – nie mógł przystanąć z nimi na dłużej, by nie zabrakło mu odwagi – Kaya dotarł do okien. Kamijo siedział na parapecie ostatniego, w samym kącie sali, z trzymanym w dłoni całkiem pełnym kieliszkiem czegoś, co wyglądało jak szampan; obserwował młodszego od jego przybycia, gdy rozmawiał z resztą Versailles. Widząc, że zmierza w jego kierunku, zszedł z parapetu i odstawił kieliszek na bok.
- Myślałem, że już naprawdę nie przyjdziesz - powiedział cicho, kiedy w końcu stanęli naprzeciwko siebie. – Bardzo się cieszę, że jednak cię widzę…
Ton jego głosu jakby nie nadążał za słowami. Tak jak mówił Jasmine, wyglądał naprawdę źle. Obaj zresztą musieli wyglądać jak po ciężkich przejściach, z boku mogłoby to być nawet nieco zabawne. Kaya uśmiechnął się bohatersko.
- Chciałem ci złożyć życzenia – powiedział łagodnym tonem. – I chyba przeprosić. Ostatnio byłem dla ciebie zbyt okrutny. Teraz z całego serca życzę ci wszystkiego najlepszego, szczęścia w miłości także.
Wyglądał na zaskoczonego tymi słowami, ale milczał. Kaya zawahał się na chwilę, ale potem dodał:
- Święta to dobry czas na przebaczenie i danie drugiej szansy, prawda? Zastanów się nad tym wszystkim jeszcze raz. Itsumi mogła wtedy skłamać, ale powiedziała ci prawdę. Powinieneś docenić jej odwagę, chyba nie każdy potrafi zdobyć się na całkowitą szczerość w takiej sytuacji. Może to też świadczy o jej uczuciu, a ja… Nie chcę, żebyś był nieszczęśliwy. – Zrobił krok w jego stronę i przytulił go szybko i krótko, wycofując się zaraz, jakby ten dotyk palił go dłużej niż przez sekundę. Tylko w tym dało się wyczuć jego zdenerwowanie. – Nie przekreślaj wam całego życia przez jeden jej błąd, przy dobrej woli to wszystko na pewno da się jeszcze jakoś posklejać – dodał odważnie mimo to.
- Poczekaj. – Kamijo jakby nie bardzo wiedział, co się dzieje. – Namawiasz mnie, żebym do niej wrócił? Po tym wszystkim?...
- Nie chcę, żebyś był nieszczęśliwy – powtórzył. – Ona na pewno na ciebie czeka, idź więc do niej. Jakoś spacyfikuję Hizakiego… Za bardzo namieszałem, to przeze mnie teraz cię dręczy.
- Zasłużenie. – Pokręcił głową. – W stu procentach zasłużenie i to najbardziej mnie boli, że ma rację we wszystkim, co powiedział.
- Ja tak nie uważam…
- A powinieneś – westchnął ze smutkiem. Zamilkł na chwilę i rozejrzał się po sali, po czym spytał nagle, patrząc mu w oczy – pójdziesz ze mną na górę? Chodź, proszę. Nie chcę siedzieć tutaj ani minuty dłużej.
- Oczywiście, że pójdę – odparł Kaya cicho. – Pójdę wszędzie, gdzie chcesz.
Na te słowa uśmiechnął się do niego, po czym złapał go za rękę i przeprowadzając między ludźmi, pociągnął przez całą salę ku wyjściu. Kaya trafiłby całkiem dobrze sam, ale mimo to zacisnął palce na jego dłoni, prawie nie dostrzegał niczego wokół. Nikt ich nie zatrzymał, wyszli, popychając drzwi, żeby zamknęły się za nimi i jeszcze przyspieszając kroku, ruszyli do schodów. Na górze zaczęli biec, przez całą długość korytarza, wciąż trzymając się za ręce. Wokół było pusto, ich kroki rozbrzmiewały echem.
I znowu ten sam gabinet. Kamijo otworzył drzwi, dopiero wtedy puszczając jego dłoń, prawie jednocześnie przekroczyli próg. Młodszy odruchowo zamknął oczy, jeszcze sekundę wcześniej, nim został pochwycony w pasie, a ciepłe wargi przywarły do jego ust. Usłyszał jeszcze ciszy szczęk zamykanych drzwi, prawie tak samo jak wtedy, w garderobie, choć cała reszta była zupełnie inna. Zero nachalności, tylko obustronna żarliwość i tęsknota. Czuł, jak starszy mocno go obejmuje, zatapiając dłonie w jego swetrze i całując długo, całkiem inaczej, niż kiedykolwiek do tej pory. Musiał wziąć głęboki oddech przez targające nim emocje, ale mimo to odwzajemnił mu się tak samo, robiąc jeszcze krok bliżej i wtulając się w jego ramiona, w pełni poddał się tej chwili – długo wyczekiwanej, a jeszcze kwadrans wcześniej zupełnie w jego pojęciu nierealnej.
- To ma być w ramach świątecznego prezentu? – spytał na wydechu, kiedy w końcu odsunęli się od siebie na kilkanaście centymetrów. Głos mu drżał i nie czekając na odpowiedź przysunął się z powrotem, opierając głowę na jego ramieniu i zamykając oczy, żeby się uspokoić.
- Bardziej wstęp, jeśli mamy tak to nazwać – odpowiedział Kamijo, przytulając policzek do jego włosów i zsuwając obie dłonie na jego talię. Młodszy wokalista poczuł to wyraźnie mimo grubego swetra; dopiero po dłuższej chwili wycofał się lekko, nieco już pewniejszy swego samoopanowania i pozwolił wziąć się za ręce. W pokoju było ciemno, paliły się tylko choinkowe lampki na karniszu, ale w półmroku dobrze widział jego uśmiech, gdy splotły się ich palce. – Jeśli święta to czas na przebaczenie i danie drugiej szansy, to czy ty mi wybaczysz? – spytał. – Że tyle cię dręczyłem, że kazałem ci tak długo czekać i że jednak chciałbym tę drugą szansę?...
Zawahał się lekko.
- Mówisz poważnie?
- W stu procentach. To trochę trwało, ale wszystko przemyślałem. Sam, bez większego wpływu kogoś z zewnątrz i to nie jest żaden impuls, bo impulsywnie pewnie zrobiłbym to dawno – dodał, jakby czytał mu w myślach. – Wtedy mówiłem, że to było za wcześnie… Bo to faktycznie duża zmiana i może wciąż to wszystko szybko się dzieje, ale nawet, jeśli dwa miesiące temu nawet bym o tym nie myślał, co z tego, skoro teraz myślę cały czas. Nie mogę też dłużej siedzieć i patrzyć, jak przeze mnie cierpisz. Po co nam to wszystko… Chciałbym już zacząć wszystko od początku. Z tobą. – Pochylił się tak, że prawie stykali się nosami i oparł czoło o jego czoło. – Chcę w to uwierzyć i zaufać, jeśli tylko ty możesz mi jeszcze zaufać.
- I bez względu na to, co Itsumi powie albo zrobi… Nie zostawisz mnie?
W odpowiedzi pocałował go jeszcze raz.
- Nie wróciłbym do niej – oświadczył potem zdecydowanie. – Gdybym to zrobił, to tylko z głupiej samotności, z obojętności i braku innej drogi, gdybym nie mógł mieć ciebie, ale to też nie miałoby sensu i na pewno szybko bym to zrozumiał. Naprawdę wszystko to przemyślałem.
- Nie wybaczyłbyś jej? Nigdy?...
Kamijo spojrzał mu w oczy z lekką konsternacją, jakby niezbyt pewny, czy mówi poważnie.
- Co ona ci zrobiła, że nagle zacząłeś się nią tak przejmować? – spytał, kładąc dłoń na jego policzku. – Coś się stało?...
- Nie, nie! Nic… - mruknął, spuszczając wzrok i wzruszając lekko ramionami, ale raczej nie wypadło to zbyt przekonująco, więc zaraz poddał się, wzdychając z rezygnacją. – Spotkałem się z nią – wyznał, przytulając się do niego. – Zadzwoniła i poprosiła mnie o to, nie mogłem się nie zgodzić.
- Chciała się spotkać z tobą? – Kamijo był wyraźnie zaskoczony. – Czego od ciebie chciała?
Kaya znowu się zawahał. Na to starszy delikatnie odsunął go od siebie, przytrzymując za ramiona, żeby znowu spojrzeć mu w oczy.
- Posłuchaj, to kompletnie bez znaczenia, dla mnie nic nie zmienia. Nie obchodzi mnie, co ona teraz kombinuje, po prostu chcę wiedzieć, co ci powiedziała, że tak wziąłeś to sobie do serca, żeby próbować przekonać mnie do powrotu do niej.
- Chodziło mi o ciebie, nie o nią. To nie jest argument, że jej cały czas zależy, bo przecież mi też… Ale tak długo ze sobą byliście i tak przeżywałeś to rozstanie…
- Usiądźmy i porozmawiajmy spokojnie, bez tego chyba dalej nie ruszymy – westchnął starszy. Pociągnął go za rękę w stronę parapetu – tylko tam było miejsce dla dwóch osób – i dopiero tam, w jaśniejszym świetle wiszących nad nimi lampek, kontynuował, nie puszczając jego dłoni i z powagą patrząc mu w oczy – to był długi związek, to prawda. Ale miał swój czas, który się skończył, po którym nasze drogi po prostu musiały się rozejść. To stało się nagle i było mi ciężko to przeżyć, bo naprawdę byłem do niej przywiązany i nawet tamta zdrada nie była w stanie od razu wszystkich więzi zerwać, ale gdyby teraz do tego nie doszło, na pewno wszystko rozpadłoby się inaczej. Może trwałoby to dłużej, może umierałoby powoli i oboje dłużej byśmy się męczyli, ale to było nieuniknione i dlatego lepiej, że stało się teraz. To nie chodzi o to, czy jej wybaczyłem czy nie, ostatecznie to nawet nie ma znaczenia. Nie bylibyśmy w stanie stworzyć nic więcej ponad to, co do tej pory. Mamy całkiem inne oczekiwania na dalsze życie, niektórych rzeczy po prostu nie da się pogodzić. Ona też to zrozumie, kiedy minie trochę czasu, kiedy znajdzie kogoś bardziej dla siebie odpowiedniego, kto ma podobne plany i marzenia, pójdzie z nim dalej tam, gdzie ja nie mogłem jej zabrać. Wierzę, że sobie poradzi, nic więcej nie mogę dla niej zrobić, żeby nie robić niczego wbrew sobie. Przez jakiś czas myślałem, że mógłbym do niej wrócić, ale kiedy przyszła prosić mnie wtedy o wybaczenie, wszystko stało się jasne. To byłby tylko bezsensowny powrót do ruin, w których i tak nie dałoby się żyć. Rozumiem, że może za dużo czasu zajęło mi, żeby to zrozumieć i że ty stałeś się tego ofiarą, że długo nie wiedziałem, co jest prawdziwe, a co tylko mi się wydaje, ale od tamtej pory już na pewno wiem. Tamta tęsknota za nią to było tylko echo po miłości, wystarczyło przecież, żeby do mnie przyszła, żebym przekonał się, że już nic więcej od niej nie chcę i to nie jest tylko kwestia urazy. Chodziło też o ciebie… Może musiałem się z nią rozstać, żeby nasza relacja mogła się rozwinąć, ale wszystko tak nieszczęśliwie zbiegło się w czasie, że nie wyszło od razu tak, jak powinno. Dlatego po prostu nie dbaj o to, co ci powiedziała, cokolwiek to było. Komu ufasz, jej czy mnie?
- Tobie – odpowiedział Kaya bez wahania, przytulając policzek do jego szyi. – Oczywiście, że wierzę tobie.
- I ufasz mi nadal?
Uśmiechnął się lekko.
- Przecież powiedziałem, że wszędzie z tobą pójdę. Możesz to przyjąć też w szerszym znaczeniu.
Odwzajemnił uśmiech, ujmując jego twarz w dłonie i pocałował go kolejno w czoło, czubek nosa i usta.
- Przepraszam za wszystko – dodał po chwili z powagą.
- Ja też przepraszam, że nie wierzyłem w twoje tłumaczenia. Albo raczej, że nie chciałem ich przyjąć, bo przecież naprawdę nie uważałem, że masz złą wolę…
Przyciągnął go bliżej siebie, opierając czoło na jego ramieniu i wtulając nos w jego sweter.
- I tak byłeś dla mnie za dobry – stwierdził. – Ale teraz wszystko będzie inaczej, obiecuję.
- Ona będzie chciała o ciebie walczyć – rzekł Kaya po chwili, jedną dłonią gładząc lekko jego włosy. – Kazała mi przysiąc, że nie stanę jej na drodze. Wygląda na to, że nie dotrzymałem obietnicy…
- Jakże mi przykro – mruknął, nie podnosząc głowy.
- Chciałem to podsumować tak samo.
Obaj roześmieli się głośno.
- Kiedy z tobą rozmawiała? – Kamijo po chwili jednak uniósł się, żeby spojrzeć na niego z zainteresowaniem. – Nie wiedziałem o niczym.
- Dwa dni temu. Zadzwoniła dzień wcześniej i umówiła się ze mną w kawiarni, którą chyba znasz…
- No nie! Zabrała cię tam? – Pokręcił z niedowierzaniem głową. – I co, pewnie obsługiwała was ta wścibska kelnerka?
- Jakbyś zgadł – uśmiechnął się Kaya.
- Zawsze mnie wkurzała, ale jak powiedziałem to Itsumi i zaproponowałem zmianę lokalu, nie odzywała się do mnie przez trzy dni – powiedział, kiedy usiedli wygodniej, nadal objęci, opierając się za szybę za sobą. – Jak ona się nazywała, Maiko? Cały czas mi powtarzała, że jeżeli WRESZCIE postanowię się oświadczyć, niech nie śmiem zrobić tego gdzie indziej, niż tam. Nawet to chciała obserwować, jakby wypytywanie o wszystko za każdym razem przy składaniu zamówienia jej nie wystarczało! I myślałem, że jeśli kiedyś faktycznie postanowiłbym się oświadczyć, zrobiłbym to w najdalszym punkcie Tokio… - Pokręcił głową, a Kaya zachichotał. – Całe szczęście, nigdy w tym względzie nie uległem, bo dopiero miałbym teraz problem.
- Chyba mieliście trochę inne wizje przyszłości.
- No tak, to był właśnie punkt zapalny od jakiegoś czasu – westchnął. – Ale im bardziej na mnie naciskała ciągłymi sugestiami, tym bardziej odpychające mi się to zdawało. Teraz zastanawiam się, czy w ogóle ją kochałem… Kiedyś na pewno byłem o tym przekonany, ale w takim razie kiedy przestałem? I że tak późno zauważyłem, ile rzeczy było na nie… A zresztą, to już przecież przeszłość! Nie muszę nad tym myśleć.
- Ze mną nie będziesz mieć takich problemów – stwierdził Kaya pogodnie. – Ślubu nikt nam nie udzieli, na dzieci szanse są jeszcze mniejsze…
Kamijo roześmiał się.
- Wspaniale. Ale dlaczego cały czas rozmawiamy o niej? – Zwrócił się w jego stronę. – Ty nawet słowem nie wspominasz o poprzednich związkach.
- O większości wolałbym raczej zapomnieć. Ale jeśli chcesz, to wszystko ci opowiem, może przy jakiejś innej okazji, bo dzisiaj szkoda byłoby psuć atmosferę.
Skinął głową.
- Nie masz wyjścia. Chcę wiedzieć o tobie wszystko, od początku do końca.
- Mam nadzieję, że się nie przestraszysz.
- Nie ma obaw – stwierdził, pochylając się nad nim.
Pukanie do drzwi przerwało im kolejny dłuższy pocałunek.
- Udajemy, że nas nie ma? – spytał Kamijo szeptem. – Opanowałem to do perfekcji…
Kaya stłumił śmiech, w czym starszy znowu skutecznie mu pomógł. Jednak kiedy pukanie powtórzyło się, w końcu postanowili odpuścić i zeszli z parapetu, żeby otworzyć.
Był to Jasmine. Na ich widok rozpromienił się.
- Ja tylko na chwilę, przyniosłem wam płaszcze – oznajmił, unosząc ramię, na którym je niósł. – Byłoby wam ciężej wrócić teraz do sali, nie zwracając niczyjej uwagi, niż mi na chwilę wyjść, a chyba nie zamierzacie spędzić tu całej nocy... Bo im się już do domu nie śpieszy, kiedy dostali wino.
- Jesteś niezastąpiony. – Obaj wokaliści byli pod wrażeniem.
- Wygrałem zakład. Że złamiesz się jeszcze w tym roku. – Uśmiechnął się do Kamijo szeroko. – Teraz to oni muszą mi stawiać, po kolei przez najbliższy miesiąc.
- Świetnie – stwierdził starszy z rozbawieniem. – Dobrze się bawiliście?
- Dopiero na pewnym etapie. – Poklepał go po ramieniu i mrugnął do Kayi porozumiewawczo. – Gratulacje i miłej nocy. Nie wymagamy od Kamijo, żeby się jutro stawił... Powiedziałbym nawet, że odetchniemy… Więc nie zmarnujcie jej.
- Och, o to akurat nie musisz się martwić!
Wzięli od niego płaszcze i pożegnali się, jeszcze raz życząc sobie wesołych świąt. Basista wrócił na dół, a oni jeszcze na chwilę zostali w gabinecie – choć już głównie po to, żeby się ubrać.
- Możemy jechać do mnie – powiedział Kamijo. – Nigdy jeszcze u mnie nie byłeś, prawda?
- No nie – zaśmiał się Kaya. – To było jej terytorium.
- Mam całkiem porządną choinkę, Yuki mi też załatwił ,,na poprawę humoru”, a że nie miałem innych rzeczy do roboty… Teraz się przyda. Po drodze kupimy najdroższe wino, jakie mają w sklepie i wypijemy je, leżąc w łóżku, przy świetle lampek. – Uśmiechnął się z satysfakcją, wyraźnie zadowolony ze swojej wizji. – Romantyzm po prostu powala, jak na taki wieczór przystało. I ani słowa więcej o Itsumi! Będziemy mówić tylko o nas i tylko sobą się zajmować.
- Nic dodać, nic ująć – podsumował Kaya. – Ale jak chcesz tam pojechać? Nic nie wypiłeś?
Pokręcił głową.
- Nie miałem raczej za co wznosić toastów, dopóki nie przyszedłeś.
Wyszli na korytarz i pod rękę ruszyli w stronę schodów.
- Mogę jednak powiedzieć jeszcze jedno zdanie o niej? – spytał Kaya w ich połowie.
- Dobrze, póki jesteśmy tutaj.
- Tak mnie to jakoś zaintrygowało… Na koniec rozmowy opowiedziała mi o waszej tradycji, że pisałeś dla niej piosenki na święta albo urodziny.
- Było tak – potwierdził.
Obaj przystanęli na chwilę, a młodszy oparł się o barierkę.
- Przyjmujesz wyzwanie? – spytał, przechylając głowę w bok i patrząc na niego spod rzęs.
Uśmiechnął się.
- Oczywiście, że przyjmuję! Zanim dojedziemy na miejsce, chyba coś zdąży mi wpaść do głowy. Ale ty nie będziesz mieć tak łatwo, jak ona! – Wyciągnął do niego rękę, a Kaya ujął ją, kiedy ruszyli dalej. – Inna kategoria, ty musisz zaśpiewać ze mną.
- Po tym winie nawet więcej, niż byś chciał! – roześmiał się. – Ale dobrze, zgadzam się na ten warunek. Uwielbiam z tobą śpiewać.
Dotarli pod drzwi sali prób, więc umilkli, nie chcąc zwrócić niczyjej uwagi. Nie wyglądało jednak na to, by w środku ktokolwiek ich oczekiwał – dobiegały stamtąd wesołe odgłosy rozkręcającej się zabawy.
- Wystarczyło, że wyszedłem, naprawdę miło z ich strony – mruknął Kamijo, a Kaya znowu stłumił śmiech. Pociągnął go za sobą, by przyspieszyli kroku, prawie biegiem ruszyli prosto do wyjścia.
Na zewnątrz znowu rozpadał się śnieg, wszędzie wirowały duże, białe płatki, rozwiewane przez wiatr na wszystkie strony. Niewzruszeni wyszli na plac, przez który prowadziła droga na parking. Kaya myślał, że może tym razem w końcu uda im się dotrzeć już prosto do samochodu, nie zatrzymując się znowu, ale kiedy byli na środku, Kamijo niespodziewanie złapał go za ramię.
- Żadnych bitew na śnieżki ani niczego w tym stylu, dzisiaj nie mam dostatecznie dużo cierpliwości, a ty i tak ze mną przegrasz – zastrzegł, odwracając się do niego.
- Nie, nie! – roześmiał się starszy. – O tym, czy przegram przekonamy się innym razem, teraz po prostu przyszło mi do głowy… Że pocałunek w deszczu to już nieco przereklamowana scena, jest w tylu książkach czy filmach, prawda? Natomiast sypiący jak jasna cholera śnieg to już nieco mniej oklepana opcja. Nie wiem, czy się kiedyś spotkałeś…
Kaya uśmiechnął się, zamiast odpowiedzi wspinając się na palce i zatopiwszy ręce w jego szaliku i włosach, w oczekiwaniu zamknął oczy. Nie musiał czekać długo, nim jego usta ogrzał ciepły oddech, a dłonie w rękawiczkach w czułym geście przesunęły się po policzkach. Potem starszy wokalista pocałował go, któryś z kolei tego wieczora raz, ale tym razem tak, że aż zaparło mu dech. Śnieg sypał jakby jeszcze mocniej, ale zupełnie przestając go dostrzegać, trwali tak przez kilka minut.
- Kocham cię – powiedział Kamijo, kiedy w końcu odsunęli się od siebie.
- Ja ciebie też – odpowiedział Kaya bez wahania, uśmiechając się i oplatając go ramionami, wtulił twarz w jego porządnie obsypany już śniegiem szalik. Mimo mrozu wokół, te oczekiwane od dawna słowa wywołały rozlewającą się po całym ciele fale ciepła, serce biło mu mocno. Białe płatki leciały mu prosto w oczy i przyklejały się do włosów, ale pomyślał, że mógłby zostać tak na zawsze.
- Mamy publiczność – zauważył cicho po kolejnych paru minutach, nie unosząc twarzy znad jego ramienia.
Kamijo obrócił się z nim w miejscu, żeby spojrzeć w stronę okien wytwórni.
Pozostali członkowie Versailles nawet nie udawali, że ich nie obserwują; widząc, że zostali zauważeni, wszyscy czterej zaczęli tylko szaleńczo do nich machać – Yuki potrząsając przy okazji trzymaną w dłoni butelką.
- Dom wariatów – stwierdził starszy z rozbawieniem.
Przy oknie powstało małe zamieszanie, a potem nagle otworzyło się ono na oścież. Przez parapet wychylił się Hizaki.
- Za następną taką akcję was zabiję! Obu! Powoli i ze szczególnym okrucieństwem!
- Wierzymy! – odkrzyknął Kamijo. – I chyba nie chcemy się o tym przekonać, prawda? – zwrócił się do Kayi, otrzepując mu włosy i ramiona ze śniegu i pochylając się, żeby pocałować go w czoło.
Młodszy pokiwał głową, łapiąc go pod ramię i drugą ręką machając do gitarzysty. Ten pokazał im jeszcze uniesiony w górę kciuk, po czym zamknął okno – przy tym wietrze śnieg musiał padać im prosto do sali.
- Chodź, zanim nas zasypie. Już i tak będziemy ciekawie wyglądać, kiedy to wszystko na nas stopnieje – stwierdził Kamijo.
- Rozgrzejemy się w domu.
Skinął głową z uśmiechem.
- Chyba jeszcze nie złożyłem ci porządnych świątecznych życzeń – zauważył po chwili, kiedy szli w stronę samochodu. – Ale to też już na miejscu. Twoje dla mnie już się spełniły – dodał, patrząc na niego z czułością.
- Moje własne też – powiedział Kaya, przytulając się do jego ramienia. – To dla siebie. I w tej chwili chyba nie mam już nic do dodania.
Jeszcze raz wymienili uśmiechy i przyspieszając lekko kroku, przez sypiący śnieg i lśniące wśród białych płatków dekoracje ruszyli w dalszą drogę. Mroźne powietrze było świąteczne jak nigdy wcześniej – lecz w tym roku ta atmosfera w końcu nie była w najmniejszym stopniu zależna ani od śniegu, ani od dekoracji.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
BonBon
W kolejce po bilety


Liczba postów : 3
Join date : 28/11/2011

PisanieTemat: Re: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Pon Sty 02, 2012 5:51 pm

Dziękujemy i również wszystkiego najlepszego w Nowym Roku Słonko, dużo ficzków, komentarzy oraz siły do przepisywania, motywacji no i coż, z mojej strony dużo weny, ale to masz jak w banku >D…Dziękuję też za całą radość, jaką sprawiasz mi swoją twórczością, za momenty, kiedy zaglądam i widzę nowego ficka, przynoszę sobie kawę ale i tak o niej zapominam z wrażenia, a potem pół dnia rozmyślam nad treścią, żeby na wieczór przeczytać go kolejny raz, już na spokojniej, za uśmiechy i łzy wzruszenia. No i nasze boskie dyskusje Autora z czytelnikiem z użyciem armaty, przy następnym wierzę, że nam również Yuki zaproponuje przyniesienie noży XDDD

Gratulacje, że chciało Ci się tyle przepisywać i nad tym siedzieć, również brawa dla Hiro za wytrwałość w ogarnianiu tak długiego tekstu <3 (Do Hiro: Prywatnie Ci powiem, jeśli przypadkiem to przeczytasz, że możesz iść na pielgrzymkę do Częstochowy, że dostajesz tekst napisany na kompie a nie ręcznie, to dopiero jest zabawa, w życzeniach przeczytałam np., że życzy mi radości z posiadania starej firany XDDD Chociaż osobiście tak bardzo skupiam się na treści i wydarzeniach, że ewentualne błędy zupełnie mnie nie rozpraszają, ale oczywiście bardzo doceniam Twoją pracę ^ ^)

Przestań też przepraszać za długość *pac*, jak ktoś nie ma siły na raz, to poczyta sobie po kawałku przez parę dni, im więcej tym lepiej przecież i łatwiej się czeka na następnego ficzka ^ ^ Wracając do poprzednich komentarzy, to myślałam, że może oficjalnie wiadomo o tym gabinecie xp, o zeszyt naprawdę się nie martw, bo scenka z pacjentem będzie dobranocką dla dzieci w porównaniu z resztą i dobrze, że publicznie ujawniłaś prawdę o sobie, im bardziej kogoś lubisz tym bardziej się znęcasz, haha, uznam to za komplement roku, ale ja chyba też tak mam >D

Przejdźmy wreszcie do drugiej części, mam nadzieję, że nie zostanę wyrzucona, bo mam „trochę” do powiedzenia, postaram się nie rozciągać za bardzo xp W życiu NIE spodziewałam się czegoś takiego, przede wszystkim myślałam, że będzie dużo krótsza i łatwiejsza, jakoś tam się dogadają, trochę popłaczą i zaczną się całować, zespół odetchnie po odpałach Kamijo i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Tzn nie chcę sprowadzać tego do banału, bo wiadomo, że zawsze bardzo ciekawie rozwiązujesz ich problemy, ale to, co zobaczyłam spowodowało mój totalny opad szczęki, jeszcze czegoś takiego nie było. Czekaj, czekaj, tamta reakcja idealnie tutaj pasuje: o__O…O___O…O__________O i tak dalej, taki był wyraz mojej twarzy mniej więcej, a że się znów śmiałam, kiedy nie trzeba było to chyba jasne, bez lakieru też dają radę X DDD

Cieszę się, że nie pomyliłam się co do Itsumi i druga część utwierdziła mnie w wielu sprawach, ale szczegóły za chwilę, pamiętajmy, że recenzja to nie mowa obronna na jej temat, tak >DDD? Brawa na stojąco za rolę Hizakiego, wreszcie jeden odważny ^o^ Ogłaszam też, że wychodzę z Yukiego i pragnę być jego prywatną krową, kocham tego faceta, będziemy pić, wygłupiać się i znowu pić na jego farmie X333 Yuki jest tak cudowny, że cokolwiek powie lub zrobi od razu mi się mordka cieszy, daj mu większe role, proszę <3 Również wspaniały był Jaśminek, zawsze miły i ciepły <3 Jego porady są mądre i życiowe, taki przyjaciel to skarb i bez niego KK pogodziliby się pewnie dopiero na emeryturze xp Wspaniałe było, jak wspierał Kayę i tłumaczył Kamijo, to jeden z moich ulubionych fragmentów, tylko się do niego przytulić ^ ^…Inny to z pewnością foch roku Kamijo, to się nazywa profesjonalne obrażenie się na cały świat XDDD Strasznie się z tego śmiałam, i z tego skończonego gówniarza i castingu na nowego wokalistę >DDD Ja bym się już zaczęła obawiać, że może coś mu się stało z sercem z nerwów, wezwała karetkę i straż pożarną do wyważenia drzwi, ale ta grupa sadystów tylko go obgaduje i każe mu się pocałować, ech >DDD

Końcowy wątek Hiziak+Kamijo to dopiero niespodzianka, dodało to jeszcze bardziej pikanterii całej sytuacji, zwłaszcza, kiedy czytałam drugi raz już o tym wiedząc, super!! Padałam już wtedy z nadmiaru wrażeń, trzeba chłopakom pogratulować takiej relacji po zakończeniu związku, przeważnie jest…mniej miła’’’(krzyżyk na drogę i utop się jak najszybciej =w=). Fajnie byłoby, gdyby ktoś przypadkiem nagrał próby Versalek z Kayą jako zastępczym wokalistą i wrzucił na yt, tak sobie wyobraziłam, co w ogóle Kaya musiał czuć śpiewając jego teksty xp

Awantura Kayi z Itsumi jest cudowna, szczególnie to urozmaicenie pożycia, no właśnie, właśnie, na co komu nuda w związku (>D’’’) W tej części trójkąt zrobił się zdecydowanie bardziej zamknięty *zaciera łapki* i wszystko jest takie fajne, bo każdy ma swoje racje, które tworzą razem piękną wybuchową mieszankę, tylko im zapaloną zapałkę wrzucić. Ale kłócący się Hizaki i Kamijo pobili wszystkich, sprawiłaś mi tym orgazmiczną przyjemność *_____* Mogę to czytać i czytać godzinami, a przy całym darciu to, że Kamijo nazwał go Hii-chan jest takie..takie..*rozpływa się do końca* Nikt nie musi mnie rozumieć, ale dla mnie tam było coś w rodzaju napięcia erotycznego, właściwie wszystko co ich dwóch dotyczyło od początku do końca, mrau =^ ^= Hizaki wykrzyczał się chyba za wszystkie ficki, Kamijo też jest świetny jak się broni i wali w stół, taaaaaaaaaak X3 Potem też, jak się obrazili i komunikowali przez innych, no i też życzenia, pfffffff, a kciuk Hiziaka i to co powiedział było wręcz idealnym zakończeniem <3

Spotkanie Kayi z Itsumi w kawiarni można wałkować bez końca, mistrzostwo świata po każdym względem, nawet pomyślałaś o wścibskiej kelnerce o krótkich włosach XDDD Wspominałam sobie naszą rozmowę o mówieniu pseudonimami, no właśnie, ja też sobie tego nie wyobrażam w związku ^ ^’ Tzn w żartach czy coś to jasne, a już wiadomo, że każda para ma własny słownik (no, przeważnie ma, bo niektórzy lubią Janie czy inny Grzegorzu do siebie mówić całe życie, żadnych podtekstów XD’’’), ale uważam, że dla całej reszty świata można być np. Kamijo, ale dla tej jednej osoby jest się Yuujim i to jest piękne <3 Złośliwości Kayi zasługują na specjalną nagrodę, Itsumi fajnie wypytuje go jak na przesłuchaniu, ale nie daje się i jego odpowiedzi są bardzo inteligentne mimo niezręczności sytuacji i jego stosunku do niej. No i ten wątek o tolerancji, haha, ale wreszcie, bo od dawna na niego czekałam :3 A teraz dlaczego rozumiem Itsumi i chciałam za nią wybiec z pytaniem, czy zostaniemy przyjaciółkami. Uważam, że nie zawsze jej zachowanie jest rozsądne, popełniła parę błędów i nagadała trochę głupot, ale z drugiej strony kto z nas jest idealny i święty ręka do góry, zwłaszcza w miłości. Bo to nawet nie chodzi o presję rodziny, życie tu i teraz itd., choć to też jest bardzo ważne, tylko głównie o to, co się w głowie takiej kobiety ok. trzydziestki dzieje, kiedy naprawdę się nią poczuje i chce korzystać ze wszystkich praw, jakie z racji wieku jej przysługują. Słowo „kiedyś” zdecydowanie przestaje wystarczać, podobnie jak określenie „dziewczyna”, po prostu przychodzi etap, kiedy chce się przejść na hmm, powiedzmy wyższy poziom i za nic nie da się tego oszukać. Fajnie było nią być wcześniej, ale pragnienie zostania „żoną” jest coraz głośniejsze, z całą dumą i przywilejami, jakie z tego wynikają. Do tego mnóstwo innych spraw, chce się zachwytu w oczach mamy i przyjaciółek, kiedy pierwszy raz przymierza się suknię ślubną, czerwonego dywanu, zostania na jeden dzień księżniczką i łez wzruszenia przy wypowiadaniu przysięgi, kiedy obiecuje się komuś miłość w obliczu Boga lub urzędnika, wreszcie zamiany pierścionka zaręczynowego na złotą obrączkę, która jest przypieczętowaniem wszystkich pięknych i trudnych momentów, jakie się razem z wybrankiem przeżyło. A jeszcze potem lub równolegle taka kobieta zaczyna zaglądać innym kobietom do wózków i tak to przeważnie wcześniej lub później ze wszystkimi bywa. Dlatego uważam, że Itsumi miała pełne prawo oczekiwać tego wszystkiego w swoim życiu po trzech latach związku z Kamijo, a on wcale do końca elegancko się wobec niej nie zachował, wierność naprawdę wszystkiego nie załatwia. Może trochę trafiły do mnie jego końcowe tłumaczenia, ale przede wszystkim zabrakło im poważnej rozmowy o konkretnych oczekiwaniach, jako facet powinien jasno postawić sprawę, że nie czuje się gotowy na zakładanie rodziny, a nie wbijać ją w kolejne lata, to o oświadczynach było wręcz niegrzeczne, musiał widzieć, jaka to dla niej ważna sprawa, niby tak ją bardzo kochał, no i co? Jest też coś takiego jak zegar biologiczny, kiedy ona miała rodzić to dziecko, za dwadzieścia lat, jak już uzna, że może trochę przystopować ze swoją karierą? Komentarz Kayi o obrączce i dziecku na ręku jest strasznie bezczelny, no przepraszam, to, że jest to fick o miłości KK nie znaczy, że mam być wobec nich bezkrytyczna, nie licz na to >D’ A jej główny błąd to ten sąsiad, zupełnie bez sensu, powinna po prostu odejść dla swojego dobra, a nie kurczowo trzymać się tego, że Kamijo jest piękny, zajebisty i go kocha, chociaż dramatycznie rozmijają się w najważniejszej kwestii więc coś tu nie gra jednak, przecierpieć rozstanie i znaleźć nowego mężczyznę, który spełni jej przyziemne marzenia. No i koniecznie nie artystę, bo akurat z tym się zgodzę, że to trochę inna grupa ludzi. Zdrada to był taki trochę krzyk rozpaczy i cholera, nikt mnie nie zmusi, żebym ją za to potępiła, amen X D.

Ta recenzja mnie wykończy, serio X3

No i zupełnie rozczulająca końcówka, przy której wreszcie wszyscy odetchnęli, światełka, wino, piosenka i jeszcze śnieg spadł…<333 Ładnie, że Kaya mimo wszystko nad swoje szczęście stawiał Kamijo, cała rozmowa jest bardzo wzruszająca, tyle się nakłócili, a ostatecznie pogodzili się w parę minut, prawdziwy dom wariatów, ale jak się fajnie czyta <3

Zdecydownie jest to mało tradycyjny świąteczny ficzek, ale za to jaki, Skarbie, zakończyłaś 2011 naprawdę w wielkim stylu!!! Druga część wywarła na mnie ogromne wrażenie, tyle nowych tematów i poruszania dotąd nieco przemilczanych spraw, gdzie te wianki ze stokrotek, to jest dopiero prawdziwe życie ^__~ Wielkie, wielkie brawa i gratulacje, to piękny poświąteczny prezent i fajnie nim również zaczynać Nowy Rok. Powodzenia w pisaniu kolejnego dzieła, czekamy!!! :***
Powrót do góry Go down
Hiroki
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 72
Join date : 26/06/2011
Skąd : Kyoto

PisanieTemat: Re: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Wto Sty 03, 2012 10:07 am

To ja tak zanim zapomnę, ważna, monumentalna sprawa: Jakim cudem Kaya zdążył się wykąpać tak, że zostały mu jeszcze pończochy ze stroju scenicznego? xDD

Ogółem to Shadow Skarbie pieprznąłem Ci na forum Versailles taki ładny komentarz, ale oczywiście komunikacik i tak dalej i nic z tego nie wyszło, szczególnie że ten debil *pokazuje palcem na siebie* nie zapisał go. No ale ten, może to ogarnę, napiszę jakże ładny i stonowany komentarz i nie będzie widać że miał być jakiś inny >:

Tak by się człowiek odniósł do wcześniejszych komentarzy, ale Aga się bardzo postarała by nie było możliwe odnalezienie się w nich już po przeczytaniu XDD Więc poradzę sobie sam *dumny Hiro już-nie-muszący-się-odnosić-do-innych*

Przede wszystkim mam nadzieję że sezon fików z pokrzywdzonym Kayą i tłumaczącym się Kamijo będzie wkrótce zamknięty, no żal mi naszego pięknego wokalisty (AHAHAHAHA, to nie było do Kamijo, to nie było do Kamijo, Kamijo będzie zazdrosny!.... przepraszam.), taki jest biedny, kochany i musi sobie z tyloma rzeczami radzić, normalnie mnie by na jego miejscu nerwy wysiadły >: Chociaż nie powiem, jest to okazja do ukazania jego jakże intrygującego charakterku, tak, tak >D Tak naprawdę z całych fików najbardziej lubię te sceny kiedy jest już tak słodko, milutko, a jednocześnie nie ma jeszcze tego "hapi endo", więc najbardziej za takie punktuję, choćby nie wiadomo ile było rozmów które docenię i fabuły, która będzie interesująca~ No i tutaj ta scena była taka że omg, naprawdę chciało mi się pod wtedy tą kołdrą rozpłynąć i to bynajmniej nie z gorąca *Cute*

To jak się namemliłem nad postacią Kayi i słit scenami troszku, to teraz Kamijo! Nie cierpię go, nie cierpię go tutaj, a jednocześnie uwielbiam. Ja nie wiem co w nim jest ale ja Ci mówiłem, kogo on mi przypomina: znam z autopsji to samo męskie niezdecydowanie, ta nieumiejętność wytłumaczenia wszystkiego dokładnie, ta zmienność bo zrobił coś "dla dobra" a później "nie, nie, wybacz, źle zrobiłem" i powtórka tego samego nieraz, wymęczyć na takiej osobie jasne wyjaśnienia czy decyzje to jest po prostu męka! Cieszę się, że nie mogą mieć dzieci XDDD Przynajmniej jednak znać po nim uczuciowość i pewne zastanowienie nad sobą, żal za to co robi źle i świadomość tego, gdzie ja to widzialem"""""

Z tego co wiem w części 2.6 była literówka, niestety, mam nadzieję że ją poprawiłaś i mnie z roboty nie wyrzucisz za to że szukam pierdół typu podwójne spacje a nie dostrzegam tak rażących pomyłek >>>: Czuję się złą betą, naprawdę, ale mam tylko pół roku doświadczenia
To tak o Itsumi w ramach pomieszania tego postu. Ja powiem że mnie się ona bardzo podobała, miała tylko jedną wadę: była kobietą XDDD No bo i jak, wszystko co niefajnego zrobiła to cechy kobiece, nie można się tego wyprzeć w żaden sposób: uparta chęć ustatkowania się, przebiegłość, plotkowanie o wszyściutkim z kelnerką (swoją drogą nareszcie jakaś nieskomplikowana postać XD), czy ten płacz na całą salę, wszystko to wzdraga przed niejedną współczesną kobietą, choć oczywiście nie każdą XD Rozumiem ją całkiem dobrze & I wish her luck! Byleby tylko nie załamywała się za bardzo patrząc na zdjęcia z Tokyo Decadance i nie wypłakiwała na tumblrach......*Hiro siedzi już cicho*

Cóż, na razie nie mam nic do dodania, jak sobie przypomnę, to dopiszę " <3

Co do rękopisu a pisania na komputerze, bitch please! XDDD Nie doceniacie Hirokiego! Mogę się z Wami założyć, że cały rękopis przepisałbym tak, jak jest, albowiem zbyt wiele już odczytałem by czegoś nie móc, trzeba by to chyba pisać w innym alfabecie XD Tak więc droga Shadow, zapraszam zapraszam, swe rękopisy możesz mi przesłać a już zobaczysz jak ładnie odczytane zostaną >D Twoje pismo na życzeniach widziałem i jest bardzo zgrabne, ja nie wiem czego chcieć od niego, więc i mniej staranne nie będzie problemem :f
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [Z] The Christmas Waltz [2/2]   Today at 4:56 am

Powrót do góry Go down
 
[Z] The Christmas Waltz [2/2]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
J-slash :: FanFiction :: PG-15-
Skocz do: