IndeksIndeks  FAQFAQ  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 [NZ] Point of no return (3/?)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: [NZ] Point of no return (3/?)   Sro Lis 07, 2012 12:42 am

Tytuł: Point of no return
Pairing: A jak sądzicie? XDD Mimo wszystko tym razem nie będzie to takie proste, a nie chcę zdradzić za wiele, więc nie wypełniam pola.
Rodzaj: Telenowela, romans, komediodramat… XD
Części: 1/8355, I guess...
Słów: 4725 w tej części
Ostrzeżenia: Jeszcze nie wiem, póki co PG, ale może będzie nawet NC17. Zapobiegawczo daję w tym dziale, jeśli się rozmyślę to przeniosę.
Beta: Autobeta, więc proszę zgłaszać, co umknęło memu oku~
Komentarz: Jeszcze nigdy 'ankieta wstępna' nie była tak konkretna... XD" W każdym razie, w końcu robię drugie podejście do pisania telenoweli życia, która będzie miała części nie-wiem-ile-ale-dużo i w którą wkładam całe swe siły, by jak najbardziej skomplikować życie bohaterów~! Zaczęłam ją dawno (rok temu w lipcu?), nie skończyłam jeszcze nawet szkicu, ale liczę, że mimo publikowania w trakcie pracy, jakoś mi się to uda. Ktoś sugerował, żebym dzieliła na krótsze części, bo są podobno łatwiejsze do ogarnięcia i skomentowania (= zmotywowania mnie XD), więc próbuję, choć moja 'krótka część' to wciąż rzecz bardzo specyficzna. No, ale bardziej rozbić się tego już chyba nie da...
Uprzedzając pytania, nie wiem, kiedy będzie kolejna część. Postaram się, by była w niedalekiej przyszłości, choć jednocześnie zaczynam myśleć nad tradycyjnym fickiem bożonarodzeniowym (kocham je pisać, a okazja raz w roku...), a wykładów w tygodniu mam tak mało! Wykłady są idealne do pisania, choć muszę przyznać, że filologia polska szybko oddaje cios i skończył się dla mnie etap radosnego pisania, co mi długopis na kartkę przyniesie. Stała czujność i myśli w stylu 'czy to nie jest przypadkiem tautologia/pleonazm/kontaminacja/niepoprawny skrót składniowy? Czy takie zestawienie wyrazów w ogóle jest logiczne i na pewno poprawne, a to zdanie zrozumiałe? I żaden drobny błąd mi się tu nie wkradł?'... Tak, moi drodzy, zajęcia z kultury języka i podręcznik do owego przedmiotu po prawie dwudziestu latach życia wydobywają człowieka z ciemności, w jakiej żył! Pisanie to jak marsz po polu minowym, kiedy już wiesz, ile rzeczy tak naprawdę uznaje się za błędy XD A to dopiero początek…
No okej, już, koniec gadania na ten raz. Zapraszam do czytania i wyrażania opinii ^.^
~~

Minęło już parę lat, odkąd Kamijo pierwszy raz zobaczył Kayę. Miał z tego dosyć mgliste wspomnienie – jeden z wielu koncertów Moi dix Mois i Schwarz Stein jako support, ich wokalista nie zwrócił jakoś specjalnie jego uwagi. W słabym oświetleniu klubu jego drobna postać z burzą czarnych włosów i mocnym makijażem na twarzy nie była zbyt dobrze widoczna, a on nawet nie podjął wysiłku bliżej się jej przyglądać. Jedyne, co zapamiętał, to jego śpiew – miał cudowny głos, jeden z takich, które rzadko zdarzały się na tej scenie i których nie dało się pomylić z niczym innym, po prostu przepiękny. To właśnie ten głos był tym, co z tamtego występu najwyraźniej zapisało się w jego pamięci i co po upływie trzech czy czterech lat, gdy dowiedział się, że Kaya działa od niedawna solo, skłoniło go, by zaproponować mu współpracę.
Na pozytywną odpowiedź nie musiał czekać długo, wspólny koncert potwierdzili już w październiku. Jednak ponieważ Kamijo miał wówczas na głowie o wiele więcej niż leżało w zakresie tolerancji normalnego człowieka, zwłaszcza pod względem emocjonalnym - ciężko przeżywał rozpad swojego zespołu, a przy tym już zaczynał pracę nad nowym - zupełnie nie miał kiedy spotkać się z Kayą, by omówić szczegóły tego, jak owy występ miał wyglądać. Dopiero na początku grudnia, gdy stało się to sprawą już naprawdę naglącą, udało im się wreszcie umówić na coś w rodzaju małego spotkania zapoznawczo-organizacyjnego.
Był nieprzyjemny, wyjątkowo zimny i pochmurny dzień, wraz z towarzyszącym mu Hizakim byli umówieni z Kayą w jednej z dosyć popularnych kawiarni. Kamijo traktował to spotkanie właściwie czysto zawodowo; mieli tylko osobiście omówić to, co trzeba, nie powinno to zająć wiele czasu, tym bardziej, że czekało na niego jeszcze kilka innych spraw do załatwienia. Stojąc na czele wytwórni trochę ich w końcu miał i był niemal zirytowany tym, że tego i tak nerwowego dnia nie może uzgodnić wszystkiego z Kayą telefonicznie. Z jednej strony to spotkanie mogło być po prostu bardzo miłe – Juka zareklamował im młodszego wokalistę jako naprawdę uroczą osobę, której nie sposób było z miejsca nie polubić – ale akurat dzisiaj niespecjalnie był w nastroju na kawę i pogaduszki. Ani dzisiaj, ani zresztą w żaden inny dzień tego czy poprzedniego tygodnia, należało szczerze przyznać. Jak całe to półrocze nie należało do najlepszych, tak ostatnio już zupełnie nic nie szło po jego myśli, a na przypieczętowanie całej serii niepowodzeń rozstał się z dziewczyną. Co prawda była to znajomość od samego początku bardzo niestabilna i już kilkakrotnie poważnie się pokłócili, ale tym razem po raz pierwszy wyglądało na to, że kolejnej zgody i powrotu już nie będzie. Rozgoryczenie tym faktem gryzło go nieustannie, także teraz, kiedy ślizgając się po oblodzonym chodniku dotarli z Hizakim do wyznaczonej kawiarni, skutecznie zatruwając mu jakąkolwiek radość z tego spotkania… No, a przynajmniej tak w tamtej chwili myślał.
Lokal, jak zwykle o tej porze, był mocno zatłoczony, ale mimo to bez większego problemu wypatrzyli z Hizakim jedyny stolik, przy którym siedział ktoś bez żadnego towarzystwa. Pewnym krokiem ruszyli w tamtą stronę, klucząc między ludźmi, przy tym wymieniali jeszcze jakieś uwagi odnośnie wystroju wnętrza… I wtedy nadeszła ta chwila. Siedzący za stolikiem młody mężczyzna, który jeszcze chwilę wcześniej z policzkiem opartym na dłoni obserwował ulicę za oknem, dostrzegł wyraźnie, że zmierzają w jego kierunku – nie było to zresztą trudne, ze swoimi długimi ufarbowanymi na blond włosami obaj wyróżniali się z tłumu – i podniósł się, żeby wyjść im naprzeciw. Ich spojrzenia spotkały się i Kamijo wpół słowa głos uwiązł w gardle.
Był piękny. Nie wiedział, jakim cudem nie uderzyło to w niego, kiedy oglądał go na zdjęciach, może podszedł do tego bardzo niedbale, a może po prostu było to coś, czego zdjęcia nie były w stanie oddać – ale nie ulegało wątpliwościom, że miał przed sobą jedną z najpiękniejszych osób, jakie w życiu widział.
Musiał mieć nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Budowy był drobnej, szczupły i znacznie niższy od niego, jego zgrabną sylwetkę i wyjątkowo ładne nogi zaskakująco dobrze podkreślał nie sceniczny kostium, a zwykłe codzienne ubrania. Jasną, delikatną twarz otaczały czarne włosy, miękko spływające prawie do ramion, uwagę natychmiast przykuwały też nadzwyczajnie duże oczy, ciemne i lśniące, o spojrzeniu, pod którym nie dało się chyba w oszołomieniu nie zatrzymać wpół kroku. Pełne usta – być może naturalnie o tak ładnym malinowym kolorze, a może była to zasługa szminki – układały się w tej chwili w promienny uśmiech, prezentując idealnie białe i równe zęby. Piękny tym rodzajem piękna, które nie było zależne od płci i czarowało wszystkich, po prostu nie dało się przejść koło niego obojętnie czy nie zauważyć na tle reszty do bólu przy nim zwyczajnej kawiarni. Kamijo miał parę głupstw na koncie, ale jeszcze nigdy w życiu nie pożałował niczego tak błyskawicznie, jak swojego wcześniejszego podejścia do tego spotkania i samego Kayi, a jego zły nastrój… Zaraz, właściwie to jaki zły nastrój?
Na parę sekund zapomniał zupełnie, co jeszcze przed chwilą miał zrobić, jednak otrząsnął się wystarczająco szybko, by ratować pierwsze wrażenie – złego bardzo by w końcu żałował! Przyspieszył kroku, zostawiając Hizakiego w tyle i odwzajemniając uśmiech znajdującego się przed nim zjawiska w sposób o wiele bardziej entuzjastyczny, niż wymagała tego sytuacja. Na to ten rozpromienił się jeszcze bardziej i kiedy tylko stanęli naprzeciwko siebie, z rozbrajającą otwartością wyciągnął do niego rękę.
- Kaya – przedstawił się głosem zdumiewająco różnym od tego, którym śpiewał, słodkim i ciepłym, o niemal kobiecym brzmieniu.
- Kamijo. – Z umysłem nieskalanym w tej chwili żadną sensowną myślą, ujął jego dłoń, spontanicznie kłaniając się i unosząc ją do ust, żeby pocałować lekko gładką skórę. Na ten gest młodszy roześmiał się dźwięcznie, a jego śmiech ostatecznie stopił w mózgu Kamijo te części, które można było uznać za bezpieczniki. – Bardzo miło mi poznać – dodał, starając się nie zaniemówić znowu z wrażenia. Z bliska Kaya był jeszcze kilkakrotnie piękniejszy.
- Mi również – odpowiedział. W tej chwili dotarł do nich Hizaki, więc odwrócił się, żeby przywitać też z nim, ale zaraz wrócił spojrzeniem do Kamijo, posyłając mu jeszcze jeden uśmiech.
- No, to chodźcie! – rzekł następnie wesoło, gestem zapraszając ich do stolika. – Mamy szczęście, to jedyne wolne miejsce i było już paru chętnych na wasze krzesła. Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że już przyszliście – ściszył lekko głos. – Tamten facet w kącie już dwa razy próbował się do mnie przysiąść i cały czas się tu patrzy. – Wzdrygnął się lekko z niechęcią, ale zaraz potem uśmiech znowu rozjaśnił jego twarz, kiedy tylko usiedli naprzeciw siebie. Opierając się łokciami o blat stolika, z zainteresowaniem spoglądał to na jednego, to na drugiego. – Możemy zaczynać?
Kamijo pokochał go natychmiast.

Ciężko było nazwać to spotkanie zawodowym. Kayi humor wyraźnie dopisywał i musiał natychmiast zapałać do nich sympatią, bo pozwalał swoim myślom płynąć swobodnie i kiedy mówił, mówił po prostu o wszystkim, co tylko wpadło mu do głowy, nie dbając o to, czy było to związane z tematem czy nie. Kamijo natychmiast uznał to za rozbrajające i nie ośmielając się mu przerwać, w oczarowaniu słuchał każdego jego słowa, jak stwierdził później Hizaki, „uśmiechając się cały czas jak jakiś psychopata”. Nie mógł wyjść z zachwytu i nad jego ślicznym głosem, i piękną aparycją, i tym ciepłem i wdziękiem, które od niego płynęły. Jego uroczą mimikę mógłby obserwować chyba godzinami i zastanawiał się tylko nad jednym – gdzie do cholery podziewała się jego głowa te trzy lata temu, gdy pierwszy raz się widzieli? Był wtedy jakiś ślepy, może chory?... Zdecydowanie musiał spróbować sobie przypomnieć, co takiego się wtedy działo, a było widocznie jeszcze gorzej niż teraz, co na pewno stanowiło pewien wyczyn. Do tego postanowił wrócić jednak później, by nie marnować ani chwili z tych, które mógł spędzać, podziwiając to nadzwyczajne zjawisko przed sobą.
Tylko obecność Hizakiego jeszcze jakoś ratowała pierwotny cel ich spotkania, bo to on jako jedyny zawracał ich myśli z powrotem na właściwy tor i przypominał, po co właściwie się tutaj zebrali. Kiedy jednak próbował doprowadzić ich do jakiegokolwiek konkretnego postępu, Kamijo odkrywał nagle, że zupełnie nie pamięta, co miał powiedzieć, o co spytać, co ustalić i w ogóle nie wie, z której strony się za to wszystko zabrać. Był kompletnie rozkojarzony, a zebrania myśli wcale nie ułatwiały mu wyczekujące spojrzenie wielkich oczu Kayi, jego wciąż ułożone w uśmiech usta i zadbane dłonie, których ruchy bezwiednie śledził, gdy mieszał łyżeczką w resztce kawy lub nawijał na palce końcówki włosów. W ten sposób ustalili raczej mało, luki między słowami wypełniając za to niezliczoną ilością wymienionych uśmiechów i spojrzeń tak przeciągłych, że Hizaki wyraźnie ledwo powstrzymywał się, by nie zacząć machać im dłońmi przed oczami, gdy nagle zapominali nawet cokolwiek mówić.
Spotkanie skończyło się tym, że Kaya, spojrzawszy przypadkiem na wiszący na przeciwległej ścianie zegar poinformował ich o nieoczekiwanie późnej już godzinie – wszyscy byli prawie spóźnieni na kolejne tego dnia spotkania, a ponieważ wielu rzeczy wciąż nie udało im się ustalić, zgodnie stwierdzili, że muszą spotkać się w tym celu ponownie. Kaya pospiesznie zapisał im swój prywatny numer telefonu na serwetce, a Kamijo, chowając ją do bezpiecznego miejsca w portfelu, obiecał zadzwonić jeszcze tego samego wieczoru, by znaleźć dogodny dla nich wszystkich termin.
Tak też zrobił. Po krótkiej dyskusji okazało się, że ciężko znaleźć takie popołudnie, które obaj mieliby wolne prędzej niż za dwa tygodnie, więc Kamijo zaproponował, by, jeśli tylko Kayi także taka opcja odpowiadała, spotkali się wieczorem i gdzieś razem wyszli. Odpowiadała – młodszy przyjął to nawet z entuzjazmem, stwierdzając, że dobrze się składa, bo nie będą musieli tym razem nigdzie się śpieszyć. Wstępny termin ustalili na najbliższą sobotę, a zaraz po odwlekanym do niemożliwości końcu rozmowy Kamijo przypomniał sobie, że wypadałoby też zadzwonić w tej sprawie do Hizakiego i spytać, czy jemu też to pasuje. Gitarzysta początkowo zadeklarował swoją obecność, jednak nazajutrz niespodziewanie wycofał się, tłumacząc, że wypadło mu coś ważnego, ale nie widzi przeciwskazań ku temu, by Kamijo spotkał się z Kayą sam i sam wszystko z nim ustalił; jakby nie patrzeć, on i tak był z nimi głównie do towarzystwa. Kamijo musiał przyznać sam przed sobą, że ucieszył go taki obrót spraw – przez cały sobotni wieczór tylko on i młodszy wokalista. Powątpiewał tylko trochę w to, by powód, jaki podał Hizaki, był prawdziwy. Widocznie po przemyśleniu sytuacji gitarzysta doszedł do wniosku, że nie ma ochoty ani pakować się znowu między nich, ani ciągnąć znowu całej rozmowy tak, by udało im się ustalić cokolwiek. Sądząc po tym, jak rozbawiony był po ich spotkaniu z Kayą w kawiarni, całkiem serdecznie cieszył się też z tego, że po ostatnim ciężkim zawodzie przyjaciel znalazł sobie pocieszenie i skupił na czymś innym niż swoja krzywda i chronicznie zły humor. Tak czy inaczej, Kamijo był mu bardzo wdzięczny.
Dni do soboty dłużyły mu się w tym tygodniu niemiłosiernie, ale w końcu nadszedł ten oczekiwany wieczór. Kiedy spotkali się w umówionym miejscu, Kaya wyraził żal, że Hizaki nie mógł przyjść, ale potem chyba także szybko o tym zapomniał. Tego dnia wyglądał jeszcze śliczniej niż poprzednim razem, aż chyba każdemu zaparłoby dech w piersi na jego widok i Kamijo jeszcze ciężej było oderwać od niego wzrok. Nie, żeby musiał często to robić – ich spotkanie przybrało formę kolacji w jednej ze średnio obleganych, ale dosyć eleganckich restauracji, a ich rozmowa szybko zajęła o wiele bardziej niż jedzenie. Okazało się, że mieli naprawdę wiele wspólnego i kiedy zaczynali dyskutować, nie było nawet miejsca, gdzie mogłaby się wcisnąć trzecia osoba. Zresztą, o dziwo, tym razem obecność Hizakiego nie była już potrzebna – siedząc naprzeciwko siebie i popijając białe wino, całkiem entuzjastycznie omawiali zarówno plany swojej najbliższej współpracy, jak i dalsze pomysły i wizje. Co nie było dla Kamijo częste, Kaya nie tylko bardzo dobrze za nim nadążał, ale nawet raz za razem zaskakiwał go swoją błyskotliwością, własnym punktem widzenia na jakąś kwestię czy oryginalną ideą. Bez wątpienia był godnym rozmówcą, choć akurat tego dnia Kamijo zdecydowanie nie był w swojej szczytowej formie. Po drugiej lampce wina nie mógł nawet sam przed sobą udawać, że najbardziej interesujące spośród jego planów dotyczących Kayi miały tak wiele z muzyką wspólnego, a tłem jego niewątpliwie pięknych wizji była wciąż scena, a nie jego własna sypialnia. Jego romantyczna natura, która na ogół nie pozwalała mu na pierwszej randce (och, a to nie była nawet randka, zwykłe zawodowo-koleżeńskie spotkanie!) zapuszczać się tak daleko na tę sferę, teraz nie tyle nawet przycichła, co przystała na wszystko z pełną aprobatą, jeszcze dodając do jego wyobrażeń to i owo od siebie. Ciche ,,to trochę za wcześnie” ze strony rozsądku nie miało w tej sytuacji najmniejszej szansy, by się przebić.
To, co przeżywał, było niewątpliwie zaskakujące nawet dla niego samego. Owszem, miał w życiu kilka „epizodów” tego typu, przygód i fascynacji wartych uwzględnienia w biografii najwyżej w roli ciekawostki, zdarzyło się też raz lub dwa razy coś, co można byłoby nazwać miłością od pierwszego wejrzenia – jednak dopiero teraz te elementy się połączyły i całkiem poważnie zakochał się w mężczyźnie. Pożądanie to było dosyć zatrważające w swojej sile, a uczucie zupełnie niemożliwe do wytłumaczenia. Widział go drugi raz w życiu, a czuł, że mógłby pójść za nim wszędzie. Taki był piękny, emanujący blaskiem i życiem, z entuzjazmem mówił, wciąż uśmiechał się i żartował, a przy tym każdy jego gest wydawał się nową subtelną prowokacją, bez względu na to, czy odgarniał z twarzy włosy, w chwili namysłu przykładał palec do ust czy słuchając go, bezwiednie bawił się wstążeczką przy kołnierzu koszuli. Im dłużej to trwało, tym bardziej Kamijo nabierał przekonania, że tylko jedno spojrzenie jego pięknych oczu i jedno wypowiedziane melodyjnym głosem słowo wystarczyłyby, by bez namysłu spełnił każdą jego prośbę, nawet najbardziej absurdalną. Im dłużej to trwało, tym bardziej pewny był też, że los wreszcie się do niego uśmiechnął i to w nagrodzie za jego ostatnie cierpienia, problemy i zgryzoty wszelkiej maści postawił teraz na jego drodze tę w każdym względzie zachwycającą, anielsko piękną i zabójczo seksowną istotę. Musiał być to początek czegoś wspaniałego, czuł to. Ach, że też to wszystko nagle mogło znaleźć się tak blisko, na wyciągnięcie jego ręki… Zupełnie jak ta druga butelka wina, która właśnie stanęła na stole. Bo jak inaczej miałby ugasić ten ogień, który trawił go, gdy patrzył, jak Kaya z wdziękiem unosi kieliszek do ust, a w jego wciąż skupionym na nim oczach lśnią płomyki świec? On też zdecydowanie częściej sięgał teraz po swój kieliszek. I, co w sumie było do przewidzenia (i jak większość rzeczy do przewidzenia nie przyszłoby mu wcześniej do głowy), jego ciało nagle zaczęło wysyłać mu sygnały, że tempo, które narzucił, jest jednak zdecydowanie niewspółmierne do wytrzymałości jego głowy. Czuł się coraz bardziej jak oderwany od stałego podłoża i wsadzony na karuzelę, jednak co już wypił to jego i nawet odstawienie kieliszka nie mogło tego stanu odwrócić.
Całe szczęście, w tej wesołej chwili nie był już na karuzeli sam. Kaya widocznie nie dawał się zostawić w tyle ani w dyskusji, ani w opróżnianiu drugiej butelki i on też zrobił się jeszcze bardziej otwarty i wesoły niż na początku wieczoru. Mówił o wiele więcej i szybciej, wkładając w to bez porównania więcej emocji i gestykulując żywo, raz za razem wybuchał też głośnym śmiechem z błahego pozornie powodu. Obserwując go z fascynacją - by nie powiedzieć, pożerając wzrokiem już bez jakichkolwiek zahamowań – Kamijo nabrał stuprocentowej pewności, że Kaya jawnie go uwodzi. Nie miał problemów ze stwierdzeniem tego; w końcu wiele osób (głównie kobiet) zachowywało się w jego obecności dokładnie tak samo, jak on teraz. Jego kokieteryjne gesty, ton głosu, coraz bardziej bezpośrednie wyrażanie radości z tego, że będą razem pracować, przerywane śmiechem i przeciągłymi spojrzeniami… Oczywiście, ani trochę go to nie zaskoczyło. Od początku miał dziwną pewność, że Kayi kobiety raczej nie interesują, a on, jak musiał nieskromnie przyznać, był niezaprzeczalnie atrakcyjnym mężczyzną. Po co więc było przeciągać te podchody? Miał ochotę po prostu wstać, przechylić się nad stolikiem, złapać go za rękę i pocałować; te malinowe usta przecież od co najmniej dwóch godzin tylko o to błagały. I pewnie zrobiłby to, gdyby nie fakt, że po tylu kieliszkach wina nagłe ruszenie się z miejsca i wychylenie do przodu stało się pomysłem dosyć ryzykownym, a on był jeszcze wystarczająco trzeźwy, by wiedzieć przynajmniej, jak niewiele było trzeba, by taka akcja skończyła się walnięciem na stolik między zastawę a świece.
Niestety (a może na szczęście) butelka nie była bez dna i w końcu jej zawartość musiała się skończyć, przystopowując jego zapędy. Kaya także w tej chwili nieco przycichł. Bawił się przez chwilę pustym kieliszkiem, a potem z pretensją w głosie nagle oznajmił, że chce spać. Kamijo zmienił strategię; natychmiast poczuł się dżentelmenem i przywołał kelnera, zapłacił rachunek ze sporym napiwkiem, po czym wstał i – chyba tylko siłą woli utrzymując się w pionie bez zataczania – podszedł do Kayi, podając mu rękę (chciał nawet przyklęknąć, ale brzeg stolika byłby wtedy zdecydowanie za blisko jego głowy i zrezygnował), żeby i jemu pomóc wstać. W ten sposób, gdy już udało im się założyć z powrotem wierzchnią warstwę ubrań, poprowadził go do wyjścia.
Na parkingu stało kilka taksówek podstawionych najwidoczniej z myślą o klientach, więc zapakowali się obaj do najbliższej z nich. Wtedy Kamijo zorientował się, że nie zna adresu swego pięknego towarzysza, a Kaya był już widocznie zbyt pijany, by wyjawić mu tę cenną informację – wciąż uwieszony na jego ramieniu, chociaż obaj siedzieli, chichotał i mówił coś bez większego sensu o miękkim materiale jego szalika. W tej sytuacji, chcąc nie chcąc (choć raczej chcąc) kazał odwieźć ich do swojego mieszkania. I za ten kurs zapłacił taksówkarzowi z nadwyżką, po czym wywlókł młodszego wokalistę za sobą z samochodu. Nie, żeby się opierał, ale nogi jakby trochę odmawiały mu już posłuszeństwa. I to jednak nie przeszkodziło mu, by nie przylgnąć do Kamijo w przypływie czułości do całego świata, wciągając go w coś w rodzaju tańca po oblodzonej powierzchni parkingu (gdyby nie późna pora, jego sąsiedzi z pewnością mieliby spory powód do radości!). Starając się nie poddać przesadnie tej uroczej chwili, przy wtórze ich głośnych śmiechów starszy mężczyzna jakoś dociągnął go w końcu do klatki schodowej i nie mniej hałaśliwie, na górę po schodach, pod swoje drzwi. Kaya chyba nie całkiem zdawał sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje – spytał go o to kilka razy, wciąż chichocząc – ale bez najmniejszego protestu dawał się Kamijo prowadzić, dokąd ten tylko chciał. Jego łóżko widocznie też przypadło mu do gustu, a fakt, że nie był w nim sam, nie wprawił w zaniepokojenie. Co działo się później? To Kamijo raczej słabo pamiętał. Był pijany zdecydowanie bardziej, niż by sobie życzył, a doprowadzenie ich tu w jednym kawałku było wyczerpującym wyzwaniem. Zresztą także Kaya niezbyt nadawał się teraz do czegokolwiek innego niż śmiech i bicie go poduszką... Zdążył kilkakrotnie pocałować go w oba policzki i szyję – zasłaniane w celu tłumienia śmiechu usta były poza jego zasięgiem – a potem… Potem chyba musieli zasnąć. Nie pamiętał ani kiedy, ani kto pierwszy.
Ich przebudzenie następnego poranka mogłoby być całkiem zabawne samo w sobie – gdyby tylko nie ten potworny ból głowy, który wybuchnął zaraz po tym, jak Kamijo poruszył nią lekko po poduszce i spróbował otworzyć oczy. Wokół było jasno jak w niebie, wszystko wirowało dłuższą chwilę, jakby obraz uparcie próbował uciec mu z pola widzenia i byłby skłonny sięgnąć ręką do czoła, by sprawdzić, czy na pewno nie tkwi w nim jakiś tępy gwóźdź. Zamiast tego jednak obrócił się tylko na bok, żeby spojrzeć na Kayę. Wydawał się wciąż spać z głową ukrytą pod swoim ramieniem, ale wystarczyło lekko go trącić, by natychmiast drgnął, cichym jękiem wyrażając swój także nie najlepszy stan. Kamijo połaskotał go żartobliwie po ramieniu, na co w końcu dźwignął głowę, żeby na niego spojrzeć. I na ten widok starszy mimo bólu parsknął śmiechem; jego włosy sterczały na wszystkie strony z całkowitym pionem włącznie, na policzku odcisnął się róg poduszki, a niezmyty z twarzy makijaż rozmazał się malowniczo wokół jego oczu, upodabniając go do zdziwionej pandy. Zamrugał niezbyt przytomnie, patrząc na niego, ale widząc jego uśmiech – a może widząc go w bardzo podobnym stanie – uśmiechnął się także, choć nieco słabo. Obaj byli kompletnie ubrani (nie licząc może paru porozpinanych guzików, których to rozpinania momentu Kamijo już zupełnie nie pamiętał) i ogół sceny musiał wyglądać z boku co najmniej komicznie. Przez chwilę milczeli, próbując otrząsnąć się z resztek snu i jakoś przetrawić tę sytuację.
- Chyba trochę przesadziliśmy, co?... – spytał w końcu Kamijo lekko ochrypłym głosem, widząc, że Kaya zastanawia się nad czymś z dosyć poważną miną. Przesadzili, nie przesadzili… Pewnie gdyby wypili mniej, nie byliby teraz tutaj razem, a nie dało się ukryć, że to było warte nawet tego bólu głowy.
- Mniej więcej o drugą butelkę – stwierdził. Chciał usiąść, ale zaraz zrezygnował, krzywiąc się i z powrotem opadając na poduszkę. Westchnął. – Próbuję sobie przypomnieć, co głupiego powiedziałem lub zrobiłem tym razem… Ale nie pamiętam. To dobrze czy źle?
- Nie było niczego głupiego. A przynajmniej ja też tego nie pamiętam.
Na to uśmiechnął się, nieco rozluźniając.
- Ale chyba muszę podziękować ci za nocleg – stwierdził po kolejnej, tym razem krótszej chwili namysłu, rozglądając się po pokoju. – Bo to twoja sypialnia, prawda? Bardzo ładna.
- Dziękuję i nie ma za co. To był naprawdę bardzo miły wieczór.
- Ja też tak uważam – zaśmiał się. – Chociaż może powinienem się wytłumaczyć, ze nie robię tak na ogół… To znaczy, nie upijam się z każdym nowo poznanym kolegą aż tak, by nie być w stanie samemu wrócić do domu i raczej nie ląduję potem w jego sypialni. Trochę się zapomniałem z tego dobrego humoru.
- Och, nie musisz się tłumaczyć, nie wątpię w to. Znaczy, że się tak nie upijasz, nie wątpię. Ale uznajmy, że nasza znajomość jest warta hucznego początku… Boże, jak teraz boli mnie głowa!
Znowu się zaśmiał, przewracając na brzuch i z policzkiem ułożonym znowu na poduszce, spoglądając na niego z wyraźną sympatią. Kamijo mógłby przysiąc, że w tym momencie ból zelżał.
- Tylko jedno mnie fascynuje – rzekł po chwili, nie odrywając od niego wzroku. – Ktoś tak piękny jak ty… I naprawdę nie ma nikogo, kto byłby zły, że teraz tutaj jesteś?
Uśmiechnął się i wzruszył ramionami, rozkładając bezradnie ręce na tyle, na ile pozwalała mu pozycja.
- Może mógłbym cię spytać o to samo?
Wykonując w odpowiedzi podobny gest, Kamijo po raz pierwszy uznał, że zakończenie poprzedniego związku właśnie teraz było jednak szczęśliwym zrządzeniem losu.
Spędzili razem resztę poranka, mimo tego, że tak udany wieczór wciąż odbijał się na ich kondycji fizycznej wesoło kontynuując poprzednie rozmowy przy tostach i kawie, gdy już obaj doprowadzili się do względnego porządku. Kamijo najchętniej nie wypuszczałby Kayi ze swojego mieszkania, ale niestety i ten moment musiał nadejść. Pocieszał się tylko tym, że jeśli wszystko dalej będzie szło tak ładnie jak się zaczęło, nie będzie to ostatni poranek podobnie spędzony… Ba, kolejne mogły być pod wieloma względami o wiele ciekawsze. Znacznie pokrzepiony tą wizją i poczuciem jej rychłego urzeczywistnienia, odprowadził młodszego pod drzwi.
- Naprawdę cieszę się, że możemy razem pracować – powiedział nie wiadomo który raz.
- Ja również. Nawet, jeśli nie założymy razem zespołu, tak jak planowaliśmy wczoraj w połowie drugiego wina.
Znowu roześmiali się obaj.
- No dobrze – westchnął Kaya. – Na mnie już naprawdę pora. Będziemy w kontakcie, tak? Zatem do zobaczenia niedługo.
- Do zobaczenia.

I rzeczywiście – minął miesiąc i wszystko wciąż szło tak gładko, jak Kamijo sobie zamarzył. Po jednym wspólnym koncercie przyszła pora na kolejny, bez jego większego wysiłku czy specjalnych starań o to, a Kaya całkiem naturalnie zintegrował się z tą grupą jego znajomych, z którą obecnie najbliżej współpracował. Po niezbyt długim czasie znowu (i tym razem na trzeźwo) pojawił się pomysł wspólnego założenia zespołu – tylko sesyjnego, jako że nowy projekt Kamijo i Hizakiego powoli przechodził od planów do realizacji, ale będącego inicjatywą całkiem interesującą. Trzecim wokalistą został Juką i z zapałem zabrali się do planowania pierwszego teatralnego występu jako Node of Scherzo. Było to coś nowego i już samo w sobie zajmującego, a co dopiero w połączeniu z możliwością licznych i regularnych spotkań z Kayą…
Jego zamiary względem młodszego wokalisty bynajmniej nie uległy zmianie, a jedynie ich realizacja nabrała właściwego tempa. Jakby nie patrzeć, ten etap podchodów i stopniowego poznawania się nawzajem był zarówno przyjemny, jak i ważny jako podstawa związku, po co mieliby go pomijać przez przesadną niecierpliwość, skoro wszystko tak pomyślnie się układało. Nie wątpił przecież, że był zakochany i że nie było to jakieś gwałtowne, lecz przelotne zauroczenie, a sprawa całkiem poważna. Z tego powodu zdecydował się trzymać w ryzach i zachowywać odpowiedni dystans; w takich rzeczach należało być przede wszystkim delikatnym, nie chciał w końcu Kayi spłoszyć, a i miło byłoby, gdyby on też trochę o niego zabiegał. Póki co zatrzymali się na jakiś czas na etapie bliskiej, kwitnącej przyjaźni. Dużo rozmawiali, nie tylko o sprawach zawodowych, ale nawet w przeważającej części prywatnych, wychodzili na kawę (lub na coś mocniejszego w większym gronie i Kamijo mimo wszystko nieco ubolewał, że już nie zdarzyło się znowu, by pijany Kaya wylądował potem w jego łóżku), czasem po skończonej pracy odwiedzali się nawzajem w swoich mieszkaniach lub spacerowali po okolicy. Było tak miło, jakby znali się od lat. Tak dobrze się rozumieli i zawsze mieli o czym rozmawiać. Było bardzo, bardzo obiecująco.
Aż do pewnego pięknego, spokojnego popołudnia pod koniec lutego…
Związek Kayi i Juki został ogłoszony tak, jakby była to rzecz najjaśniejsza pod słońcem, oczywista dla wszystkich i oznajmiona im wyłącznie dla formalnego potwierdzenia czegoś od dawna wiszącego w powietrzu. Juka wspomniał o tym niemal od niechcenia, Kaya tylko się uśmiechnął, a Kamijo… Kamijo dłuższą chwilę milczał, czekając, aż któryś z nich krzyknie „Prima Aprilis!”, a on oznajmi, że wcale nie dał się nabrać. No bo to przecież niemożliwe! Absolutnie, pewnie, niezaprzeczalnie i oczywiście niemożliwe.
Że niby Kaya. Z Juką. W związku. No bardzo zabawne! Skoro chcieli sobie z nich zażartować, mogli wymyślić coś mniej niedorzecznego!
A jednak zaskakująco długo szli w zaparte. Nie wykrzyknęli tego oczekiwanego „Prima Aprilis”, tylko nadal się uśmiechali. I inni też się uśmiechali, rzucając ku nim z gratulacjami, zupełnie jakby… Jakby to była prawda. Czyżby z jakiejś przyczyny wszyscy próbowali Kamijo oszukać?
- Żartujecie sobie? – spytał w końcu nieco podejrzliwie.
- Och nie, nie! - zaśmiał się Juka. – Właściwie to już wcześniej chcieliśmy wam powiedzieć, ale nie było okazji.
- Jesteśmy razem prawie od miesiąca – dodał Kaya, spoglądając na srebrnowłosego z uśmiechem.
- Oficjalnie tak – przyznał ten, odwzajemniając uśmiech z czułością w oczach.
Wydawało się, że skupieni na sobie nawet nie zauważyli wzburzenia i niedowierzania na twarzy Kamijo. Ani oni, ani nikt inny z obecnych w sali muzyków, teraz zasypujących świeżo ujawnioną parę gratulacjami, życzeniami i pytaniami. Najstarszy z wokalistów w okamgnieniu stał się jedynym, który im nie gratulował, nie pytał o nic więcej ani nie składał życzeń. Z boku musiał wyglądać jak żałobnik, który zamiast na stypę omyłkowo wpadł na wesele i tak się też czuł. Co za tragedia go spotkała! To wszystko nie do końca jeszcze do niego docierało, ale na pewno żadne miłe słowa nie mogłyby mu teraz przejść przez gardło, bez względu na to, jak jego grobowa mina miałaby zostać odebrana. Przede wszystkim musiałby skłamać, bo wcale NIE ŻYCZYŁ im szczęścia. NIE ŻYCZYŁ powodzenia na wspólnej drodze i niegasnącej miłości. Szczerze mówiąc życzył im czegoś dokładnie odwrotnego, a całość najchętniej podsumowałby, wstając i wychodząc z sali, jak najgłośniej trzaskając przy tym drzwiami.
Och, oczywiście, że pewnie mógłby zacząć coś wcześniej przeczuwać, gdyby nie to, że miłość do Kayi położyła mu klapki na oczach. Dopiero teraz dotarło do niego, że zawsze byli z Juką blisko, zawsze widział ich razem, dyskutujących i śmiejących się – nieraz zresztą dołączał do nich wtedy, jak teraz stwierdził, może przerywając dosyć osobiste rozmowy. Juka znał Kayę najdłużej spośród ich grupy, to też musiało być istotne. Od początku miał nad nim tę przewagę, ich paroletnią przyjaźń, dziesiątki wspólnych wspomnień i żartów, które pozostali nie zawsze rozumieli. Przyjaźń, która była i miała zostać przyjaźnią, do jasnej bitej cholery! Nigdy nie przypuszczałby, że zmieni się w miłość, a jeśli miałby przewidzieć coś takiego jak konkurencja na drodze do Kayi, Juka byłby pewnie jedną z ostatnich osób, które traktowałby poważnie. Jakże się pomylił… Jednak słusznie mówią, że cicha woda brzegi rwie!
To wszystko było czymś, co rujnowało jego światopogląd z szybkością i mocą godną huraganu. Głęboko zraniony, miał ochotę zadać Kayi tylko jedno pytanie – dlaczego? Przecież byli już sobie tacy bliscy, przecież musiał wiedzieć o jego uczuciach… Od ich pierwszego spotkania! Co miały znaczyć te jego spojrzenia, uśmiechy, wszystkie słodkie gesty i miłe słowa? Chyba się nim nie bawił? Tamtego poranka Kamijo przecież od razu spytał, czy nikogo nie ma, a on zaprzeczył. Zaprzeczył, a może wcale nie zaprzeczył… No, przynajmniej nie potwierdził. Może wtedy nie było jeszcze czego potwierdzać? Ach, i na co się zdały jego takt i delikatność! Pozwolił, by Juka sprzątnął mu jego miłość sprzed nosa!
Miał mętlik w głowie, ale jedno było pewne – to nie był ten obrót spraw, którego się spodziewał.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Pią Mar 22, 2013 2:39 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Pon Lut 18, 2013 11:42 pm

Albo forum całkiem zdechło, albo nikt mnie już nie kocha, albo i to, i to... Ale że mam tu zebrane ficki z dłuższego okresu, to nie będę robić luk i mimo wszystko dodam. Niech leży...

Część: 2/?
Słów: 4662 w tej części
Komentarz: Moja motywacja leży na dnie zagrzebana pod sześcioma metrami mułu i obawiam się, że niedługo zacznie wiercić dziurę, żeby wbić się jeszcze niżej... No, ale miałam ferie i przepisałam to w końcu, tylko dla Agatki, w podzięce za próby wykopania owej motywacji (co w pojedynkę ciężko idzie) i w ramach rekompensaty za pocztówkę z Warszawy, którą kupiłam i zapomniałam wysłać TwwwT (Ale to też nadrobię!). Autobeta, więc pewnie są literówki, ale znam to już na pamięć, więc nie widzę - będę wdzięczna za wskazanie.
~~

- Jesteś zdenerwowany.
- Nie jestem zdenerwowany.
- Ręce ci się trzęsą i wypalasz szóstego papierosa w ciągu dwóch godzin, jesteś zdenerwowany.
- Nie jestem.
- Och, nie zachowuj się jak gówniarz!
Dopiero na te słowa Kamijo w końcu oderwał wzrok od okna i skierował go na Hizakiego. Gitarzysta stał obok z ramionami skrzyżowanymi na piersi – kto jak kto, ale on na pewno w tej chwili zdenerwowany był.
- Co jest znowu nie tak? – spytał, jakby było to jakieś przewinienie ze strony starszego. – Od wczoraj nie można się z tobą normalnie dogadać! Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy Miyako…
- Daj mi spokój, dobrze? To nie twój problem. Nie mogę mieć złego humoru?
- Możesz mieć, ale poza tym studiem. To nie palarnia, a ja nie jestem twoim workiem treningowym. – Kamijo nie odpowiedział na te słowa, więc po chwili dodał łagodniej, z troską – no, co się stało? Znowu ona? Przecież wiesz, że mi możesz powiedzieć.
- Jesteś upierdliwy jak mucha – mruknął Kamijo, po czym westchnął i dodał głośniej – nie, nie ona. Chodzi o… coś innego.
- Hm! - Hizaki wskoczył na parapet, o który starszy się opierał. – A zatem przypomnijmy sobie, co wydarzyło się w ciągu ostatniej doby – zaczął zastanawiać się głośno, siadając wygodnie i opierając się o szybę. – Skończyliśmy utwór, ale to chyba nie to. Ayumi Hamasaki wydała nowy album, ale to chyba też nie to. Juka i Kaya ogłosili swój związek, ale… – Umilkł nagle, a na jego twarzy można było niemal zobaczyć odbicie obracających się pod czaszką trybików. – No nie! – wykrzyknął po paru sekundach, zeskakując z parapetu i patrząc na Kamijo z takim oburzeniem, jakby ten przed chwilą dał przypadkowemu przechodniowi w twarz. – Po prostu nie wierzę!
- Takie to abstrakcyjne? – spytał wokalista ponuro, bądź co bądź zaskoczony tak emocjonalną reakcją.
Hizaki potrząsnął głową, przez chwilę widocznie nie mogąc wydusić słowa.
- Myślałem, że będziesz cieszyć się ich szczęściem! – wykrzyknął w końcu tak oskarżycielskim tonem, że Kamijo niemal naprawdę poczuł się winny. Niemal.
- O tak, to naprawdę cudowne, że ktoś, z kim chciałem być, związał się z kimś innym! Od wczoraj skaczę z radości! Nie widać?
- Zwariowałeś? Że niby ty… I Kaya?
Wokalista parsknął ze złością, wyciągając kolejnego papierosa z paczki i ciskając ją na parapet.
- A ty może jak zwykle będziesz udawał głupszego niż jesteś? Chciałem tego od pierwszego spotkania, wiedziałeś o tym! I wtedy cię to jakoś nie bulwersowało…
- No tak, ale to było wtedy! Wtedy był wolny. Teraz wszystko się zmieniło.
Kamijo w dosyć mało kulturalny sposób wyraził, jak bardzo go ten fakt obchodzi, ale że akurat umieszczał papierosa w ustach, nie było to zrozumiałe dla jego towarzysza.
- Miałeś swoją szansę – stwierdził gitarzysta, wzruszając ramionami. – Skoro nie wykorzystałeś jej wtedy…
- Pewnie, może miałem się na niego rzucić przy pierwszym spotkaniu! – Kamijo przemilczał, że z początku właśnie taki miał zamiar. – Zrobiłem tyle, na ile pozwalał mi wczesny etap naszej znajomości…
- No to widać Kaya woli Jukę i tyle! – żachnął się Hizaki. – A ty narobiłeś sobie nadziei na nie wiadomo co… To jest właśnie problem z tobą, wiesz? Od razu założyłeś, że skoro ty chcesz, to on też zechce i z miejsca na ciebie poleci! A gdybyś choć raz ściągnął na ziemię napompowany balon swojego ego, może pomyślałbyś, że on jednak może woleć kogoś innego, tak po prostu…
Była to szczera (choć w opinii Kamijo, niepotrzebnie tak złośliwie wyrażona) prawda, ale za nic by się do niej nie przyznał.
- Niczego nie zakładałem – zaprotestował. – Skoro jestem w nim zakochany, to chyba normalne, że miałem nadzieję na wzajemność, tak? On też od początku bardzo ciepło mnie traktował. Ty nie byłbyś zły, gdyby ktoś, na kim ci zależy, nagle związał się z innym twoim przyjacielem?
- Gdybym NAPRAWDĘ kochał tę osobę, byłbym szczęśliwy, że ona jest szczęśliwa! I mógłbym zadowolić się przyjaźnią, a nie…
- No kto by pomyślał, że jesteś taki szlachetny! – przerwał mu Kamijo, gniewnie dmuchając dymem za uchylone okno. – Niestety to tylko tak ładnie brzmi, a ja już na pewno do bycia męczennikiem nigdy powołania nie czułem…
- No to co zamierzasz z tym zrobić?
Wzruszył ramionami.
- Bo ja wiem… Może jeszcze o niego zawalczę?
I znowu gwałtowna reakcja. Hizaki aż walnął dłonią w parapet, niczym nauczyciel przywołujący do porządku ucznia, który na za wiele sobie pozwala.
- O nie! Tego nie zrobisz! Ja się nie zgadzam!
Kamijo uniósł głowę, zaskoczony, ale nie dał się przestraszyć na tyle, by nie odpowiedzieć ironicznie:
- Nie przypominam sobie, żebym wysyłał do ciebie petycję z prośbą o zgodę. To sprawa między mną a Kayą…
- Więc ja uprzedzę Jukę!
- Co…?
- To co słyszysz, zrobię to! – Hizaki był nadzwyczaj zdeterminowany. – On też jest stroną w tej sprawie, więc uprzedzę go, że przystawiasz się do Kayi. Wszystko mu powtórzę!
- To niesprawiedliwe. – Kamijo wyprostował się, a jego głos nagle stał się zimniejszy. – Dlaczego stajesz przeciwko mnie?
- Oni są szczęśliwi! Nie widzisz tego? – Hizaki prawie tupnął, cofając się o krok, by zaraz wrócić jednak znowu bliżej parapetu, niesiony wzburzeniem. – Kaya jest z nim szczęśliwy, a ty… Chcesz to po prostu zniszczyć dla własnych egoistycznych dążeń!
- Znalazł się obrońca miłości! – prychnął Kamijo ze złością. – Chciałem tylko dać mu alternatywę, przecież sam wybierze…
- Nie potrzebuje jej, skoro jest z nim! Dobrze ci radzę, zostaw ich obu w spokoju. Jeśli sami się rozstaną… Wtedy będziesz mógł spróbować, prawda? Ale na razie tylko byś ich zranił, a w takiej atmosferze nie da się nawet normalnie pracować. Ja mówię serio… Jeśli Kaya dowie się o twoich uczuciach, Juka też będzie wiedział, zrobię to dla dobra większości, nawet jeśli to coś wbrew naszej przyjaźni.
Kamijo milczał, ale nie ukrywał, jak bardzo był dotknięty.
- Po prostu wybij to sobie z głowy równie skutecznie, jak wybiłeś Miyako, sądząc po tej całej sytuacji – dodał jeszcze Hizaki, widząc, że nie ma co spodziewać się odpowiedzi od obrażonego wokalisty. I, jakby w nagłym przypływie złości, dodał – a tak w ogóle, to zakładasz teraz zespół, więc lepiej tym się wreszcie zajmij!
Oddawszy ten finałowy strzał, odepchnął się od parapetu i bez pożegnania wymaszerował z sali.
Kamijo bezsilnie stuknął głową w okiennicę.

Tak naprawdę wcale nie mówił poważnie o ewentualnych próbach odbicia Juce Kayi. Może była to jakaś złośliwa próba podrażnienia wyraźnie zirytowanego jego uczuciem Hizakiego (no przecież, jak on śmiał się zakochać!), a może, wypowiadając to głośno, chciał przekonać się, jak bardzo złe to było. Jego sumienie mimo wszystko mówiło głosem gitarzysty – nigdy nie byłby tak podły, by ingerować w związek pary przyjaciół. Gdyby to był jeszcze ktoś obcy i gdyby widział, że Kaya nie do końca jest tym stanem rzeczy usatysfakcjonowany... Ale wszyscy byli przyjaciółmi, a oni wyglądali na szczęśliwych. W tej sytuacji miał związane ręce. W końcu miał swoje zasady i honor. Tak – miał różne wady, ale czego jak czego, honoru nikt nie mógł mu odmówić.
A zatem, przełykając jakoś gorycz i ból, w milczeniu obserwował rozwój sytuacji.
Okazji do tego zdecydowanie mu teraz nie brakowało – na niewiele ponad dwa tygodnie przed występem Node of Scherzo to jedno przedsięwzięcie skupiało całe ich zainteresowanie, więc co drugi dzień spotykali się, by dopracować wszystkie najdrobniejsze szczegóły. Praca szła tak, jak zawsze, jednak w przerwach widać było, że po ogłoszeniu im swojego związku Juka i Kaya czuli się swobodniej niż wcześniej. Byli parą tak uroczą, że patrząc na nich wszyscy automatycznie się uśmiechali. No, prawie wszyscy – grymas na twarzy Kamijo ciężko było uznać za uśmiech nawet przy olbrzymich dawkach chęci i optymizmu. Wyrażał zarówno złość, żal i swego rodzaju kpinę, będącą chyba naturalną reakcją obronną jego organizmu, chroniącą go przed ciężką depresją. Nie śmiałby kpić z Kayi, ale jeśli chodziło o Jukę, nie miał żadnych dylematów moralnych, a złośliwość poświęcanych mu myśli zdumiewała momentami nawet jego samego. Na nim skoncentrował się teraz cały jego gniew, jakby odebrał mu coś, co przecież mu się należało i co już prawie zdobył. Wolę Kayi raczej pomijał milczeniem, bo chociaż z początku naprawdę próbował być zły też na niego, szybko okazało się to praktycznie niemożliwe. Na niego po prostu nie dało się gniewać. Słabość Kamijo do jego osoby pokonywała wszystko inne, ze świadomością własnej bolesnej bezsensowności włącznie.
Wciąż traktował go inaczej niż resztę grupy. Każdemu zdarzały się czasem mniejsze lub większe wybryki, a on, jako ten, który całe to towarzystwo zebrał i zmobilizował, czuł się odpowiedzialny także za trzymanie go w ryzach i w razie potrzeby, jeśli robiło się nieco zbyt wesoło i zaczynali wypadać z rytmu pracy, sprowadzanie z powrotem na ziemię. Kayi wybaczyłby chyba jednak dosłownie wszystko, wytykając mu błąd najwyżej w łagodnych żartach i uspokajając od razu, gdy tylko zaczynał go przepraszać – po prostu nie potrafił mieć mu czegokolwiek za złe. Nie zjawił się na umówionym sporo wcześniej, ważnym spotkaniu? Widocznie wypadło mu coś jeszcze ważniejszego, więc Kamijo zaciskał zęby i przekładał wszystko na inny termin. W dniu próby w klubie przyszedł do niego na ciężkim kacu? Komu innemu z pewnością nawrzucałby za to tak, że ten zapomniałby, jak się nazywa, lecz nad Kayą był w stanie najwyżej pokręcić z dezaprobatą głową i zasugerować mu powrót do domu. Nie miał serca pozwolić mu ćwiczyć w takim stanie – choć, oczywiście, komuś innemu postawiłby w nagrodę dwa razy wyższe wymagania. Zespół widział to wszystko i uznawał za wyjątkowo zabawne, jak Kaya bez najmniejszego wysiłku wchodził starszemu wokaliście na głowę. Nieco deprymujące były dla Kamijo ich chichoty za plecami i znaczące poszturchiwania. Juka uśmiechał się także, widocznie nie widząc w tym niczego podejrzanego i tylko Hizaki minę miał dosyć kwaśną. Zachowanie i jednego, i drugiego wywoływało u Kamijo taką samą reakcję – nagłe fale złości, nieraz ostatkiem sił w sobie tłumione. Jak powtarzał sobie w myślach, tłumione tylko ze względu na Kayę, którego jego zły humor wyraźnie smucił. Wyraz jego twarzy, gdy z jakiegoś powodu starszy podnosił głos, hamował go skuteczniej niż jakiekolwiek uspokajające słowa czy gesty pozostałych. Czasem wydawało mu się, że Kaya wręcz świadomie wykorzystuje jego słabość, w razie potrzeby wyciągając go ze studia, by „odetchnąć świeżym powietrzem” lub wyskoczyć po kawę do najbliższej kawiarni i rozładować w ten sposób napiętą atmosferę. Wiedział, że pójdzie za nim w każdej chwili, choćby w trakcie jego nieobecności studio miało spłonąć do samych fundamentów.
Jeśli nie była to miłość, w grę wchodziła już chyba tylko choroba psychiczna. Nieważne, co na ten temat do powiedzenia miałby Hizaki, Juka czy jakikolwiek inny reprezentant tej jakże okrutnej rzeczywistości, która wciąż tak stanowczo opowiadała się przeciwko niemu. Zastanawiał się, co na ten temat miałby do powiedzenia sam Kaya, ale widząc go z Juką, choćby wspinającego się na palce, by pocałować go w policzek, dochodził do wniosku, że wolałby nie poznać teraz odpowiedzi na to pytanie. Zawsze zostawała mu nadzieja, że się rozejdą – choć obserwując ich zachowanie, ciężko było wierzyć, że stanie się to niedługo. Tłukły się w nim sprzeczne wnioski, sprzeczne nadzieje i decyzje, sprzeczne uczucia od euforii, gdy Kaya w jakiejś sytuacji stawiał jego towarzystwo ponad towarzystwo Juki, po nowe poczucie zawodu i złość na samego siebie, gdy uświadamiał sobie, że to nic na dłuższą metę nie zmienia. Żałował, że nie może po prostu wyłączyć sobie myślenia. Pstryk, funkcja czasowo niedostępna. Spróbuj ponownie później.
W ten wątpliwie przyjemny sposób minęły dwa tygodnie, a stan rzeczy nie uległ nawet najmniejszej zmianie.
Prawie codziennie zastanawiał się, jak to możliwe, że Kaya wydaje się niczego nie podejrzewać. Nie miał zamiaru mówić mu wprost, ale gdyby tak sam na to wpadł... Nawet się przecież nie oszukiwał, że udawało mu się ukryć zdenerwowanie, kiedy Juka go obejmował albo zwracał się do niego per „kochanie”; natychmiast zaczynał wtedy przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu papierosa, odstawiał kubek z kawą na stół z takim hukiem, że połowa grupy podskakiwała na krzesłach, a pod jego spojrzeniem najbliższe osoby nagle przypominały sobie o ważnych zajęciach i oddalały się z jego zasięgu – nie wspominając nawet o gwałtownej degradacji jego humoru z poziomu „niezły” na „wymuszający szybkę ewakuację”. Hizaki też nie starał się udawać, że nie oburzają go takie jego reakcje i za każdym razem piorunował go wzrokiem, kopał pod stołem albo wyciągał z sali i wyprowadzał na odległy koniec korytarza na pogadankę, nieodmiennie sprowadzającą się mniej więcej do tego samego, co ich pierwsza rozmowa na ten temat - „przestań świrować, bo w końcu powiem Juce, do czego się przymierzasz, co ty sobie w ogóle wyobrażasz, miałeś wybić to sobie z głowy!”.
- Jeśli masz jakiś konkretny pomysł na to, jak mam się odkochać, to proszę, chętnie posłucham – warknął w końcu za którymś razem w odpowiedzi, od której, dla świętego spokoju, starał się na ogół z pełnym godności milczeniem powstrzymywać.
To chwilowo przystopowało Hizakiego, ale ciężko było powiedzieć, czy owego pomysłu mu zabrakło, czy to po prostu ze złości.
- W ogóle się nie starasz! - wyrzekł w końcu z pretensją. - Gdybyś tylko wbił sobie do głowy, że to bez sensu...
- Wyobraź sobie, że dla mnie to wszystko to też nie jest nic przyjemnego i gdybym mógł ot tak z tego zrezygnować, to bym to zrobił! A skoro tego nie zrobiłem, to jaki wniosek powinieneś wyciągnąć? Że tak się po prostu nie da! To w ogóle w ten sposób nie działa, więc uświadom to sobie wreszcie i przestań udzielać mi idiotycznych rad, nie mając o niczym pojęcia! - Niesiony wściekłością, Kamijo obrócił się na pięcie i ruszył przez korytarz z powrotem w stronę sali.
Hizaki znowu stał przez dwie czy trzy sekundy, niemy z oburzenia, i dopiero, gdy Kamijo był już w połowie drogi, pobiegł za nim.
- Ja nie mam pojęcia?! To ty zachowujesz się jak gówniarz, który pierwszy raz się zakochał i uważa się z tego powodu za pępek wszechświata! Podczas, gdy miłość to powinno być przede wszystkim pragnienie szczęścia tej drugiej osoby... - Urwał, kiedy wokalista obejrzał się na niego, jednym spojrzeniem odbierając mu chęć do kontynuacji. - Dobra – westchnął. - Po prostu... Jeśli coś zrobisz, to ja się o tym dowiem i wtedy pamiętaj, że nie zawaham się, by powiedzieć o wszystkim Juce.
Kamijo tylko z irytacją machnął na niego ręką, ale w głębi serca zaczynał podejrzewać, że Juka nie domyśliłby się, że ma potencjalną konkurencję, nawet gdyby spróbował pocałować Kayę na środku sceny. Tak rozkosznie niedomyślny, ze stoickim spokojem obserwował ich, gdy akurat rozmawiali na osobności czy razem wychodzili w jakimś celu z sali, z dobrotliwym uśmiechem czasem niemal popychał ukochanego w ramiona starszego wokalisty, nie wykazując ani krztyny zazdrości czy podejrzliwości. Nie zależało mu czy aż tak wierzył w Kayi nieskazitelność, w jego bezwarunkową wierność i uczucie? Nie to, że Kamijo podważał je, nie mając ku temu uzasadnionych podstaw... Ale i tak taka postawa wydawała mu się co najmniej nierozsądna. Zwłaszcza, że akurat styl bycia Kayi po prostu musiał czasem wprawiać jego partnerów w zaniepokojenie. Nawet, jeśli tylko niewinnie żartował, flirtując z kimś innym... To było nienaturalne przyjmować to tak lekko! Pierwszy raz Kamijo spotkał się z takim przypadkiem jak Juka. Oczywiście, jego powalające ostatnimi czasy szczęście nie mogło dopuścić, by stało się inaczej.
Nie, żeby czyjeś ataki złości sprawiały mu przyjemność i nie, żeby aż tak bardzo chciał z Juką wojny, ale z każdym dniem nabierał przekonania, że wolałby wszystko, niż obecny stan rzeczy. Gdyby cokolwiek się ruszyło, gdyby któryś z nich to zauważył... Sam im tego nie powie, ale gdyby wyczytali to z jego zachowania, nie byłaby to przecież jego wina, uczucia to uczucia, nie da się ich cały czas tłumić. Nawet, gdyby nie zmieniło to niczego między nimi, wolałby mieć stuprocentową pewność, na czym stoi. Nawet, gdyby musiał poświęcić ich przyjaźń dla tej słabej nadziei, że w końcu Kaya zmieni zdanie i będzie wtedy wiedział, że Kamijo na niego czeka... No, chyba że w międzyczasie Hizaki go zabije, co wcale nie było niemożliwe. Dostrzegając sposób, w jaki czasem na niego patrzył, dochodził do wniosku, że powstrzymuje go przed tym jedynie fakt, że byłby to dosyć tragiczny koniec dopiero co tworzącego się zespołu, gdyby wokalista zginął z rąk gitarzysty.
A miało być tak pięknie... Zupełnie jakby jakaś siła wyższa, zmęczona jego skargami z ostatniego półrocza, postanowiła pokazać mu, że wbrew jego opinii nie było wtedy tak źle, by nie mogło być jeszcze gorzej.

Ciekawe, co by się stało, gdyby naprawdę pocałował Kayę na scenie? Teoretycznie mógłby całkiem wygodnie zwalić to na fanservice, a z drugiej strony może to w końcu wywołałoby jakąś reakcję jego czy Juki. Tak, to całkiem sprytne – w ten sposób mógłby zorientować się w sytuacji, a gdyby ta obróciła się przeciwko niemu, zgrabnie wymigać niewinnym prowokowaniem fanów... Rozważając, czy nie udałoby mu się na jakiś czas zatrzasnąć Hizakiego w garderobie, przebrał się w swój sceniczny kostium. Nadszedł czternasty marca, dzień występu Node of Scherzo, a za kwadrans miała się rozpocząć próba generalna.
Na pamięć znał wszystko, co zaplanowali, ale takie małe, spontaniczne dodatki do scenariusza jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziły, a mogły tylko ożywić ich i publiczność. Taak, już on Kayę i Jukę ożywi... A jak nic to nie da, to może zrobi chociaż dobry uczynek i uświadomi w końcu temu idiocie, że Kaya wcale nie jest mu dany na zawsze ani tym bardziej nie jest chroniony przed zainteresowaniem innych mężczyzn samym faktem bycia w związku z nim, niczym kwiatek ścianami szklarni.
Jednak w połowie drogi do wyjścia na scenę, coś pokrzyżowało jego plany.
Na korytarzu było już pusto, wszyscy musieli udać się na salę, ale gdy mijał garderobę Kayi, z jej wnętrza dobiegły go jakieś hałasy i podniesione głosy. Natychmiast zatrzymał się pod ścianą, nasłuchując. Pokłócili się? Mimo woli poczuł iskierkę nadziei, a przed oczami błysnęła mu wizja, jak Kaya zrywa z Juką, a on pociesza go po tym rozstaniu. Bardzo intensywnie go pociesza... Po chwili zorientował się jednak, że głos, który słyszy, nie należy ani do Juki, ani do nikogo innego, kogo by znał. Wyglądało na to, że w środku był ktoś obcy. I choć zza drzwi nie dało się rozróżnić słów, jego ton nie był ani trochę przyjazny.
Zawahał się. Nie chciał ingerować w czyjeś prywatne sprawy i wprawiać Kayi w zakłopotanie, ale poważnie go to zaniepokoiło. Nie mógł po prostu przejść obok i udawać, że nic nie słyszał, zwłaszcza, że nie było tu nikogo prócz niego. Niemożliwe, by był to napad, bo bez ich zgody nikt nie miał prawa się tutaj dostać, ale kto wie, co w takim razie się tam działo? Ktoś, ktokolwiek to był, krzyczał właśnie na Kayę... A to samo w sobie było rzeczą niewybaczalną. Czując falę wściekłości, był gotów bez względu na sytuację wpaść zaraz do środka i uciszyć tego kogoś choćby własną pięścią.
Nim jednak zdążył wcielić ten plan w życie, spod drzwi dobiegł go jeszcze jeden huk i krótki hałas, po czym te otworzyły się gwałtownie od środka, a zza nich wypadł Kaya – także już w scenicznym stroju i w stanie wyraźnego wzburzenia, choć raczej z zamiarem ucieczki niż rzucenia się na kogoś z pięściami. Spostrzegłszy Kamijo, po ułamku sekundy wahania przyskoczył do niego i schował się za jego plecami dokładnie w chwili, gdy z pomieszczenia wybiegł drugi, nieznany mężczyzna. On z kolei na widok trzeciej osoby zdecydowanie stracił na pewności i zawahał się na chwilę, stając wpół kroku. Czując dłonie Kayi zaciskające się na swoich barkach, Kamijo obronnym gestem osłonił go ramieniem, nie spuszczając wzroku z intruza i jasno dając mu do zrozumienia, że nie ma zamiaru usunąć mu się z drogi. Przez kilka sekund tylko mierzyli się wyzywającymi spojrzeniami.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - spytał w końcu Kamijo zimnym, ale jeszcze spokojnym tonem.
- Nie twój interes. Rozmawiałem z nim.
- W miejscu, do którego nie masz wstępu. Wyjdziesz dobrowolnie, czy mam poprosić ochronę, żeby ci pomogła?
- On mnie tutaj wpuścił. To sprawa między nami, więc się w to nie...
- Ale ja już skończyłem – odezwał się Kaya zza pleców Kamijo. Jego palce wbijały się w ramiona starszego tak mocno, że aż bolało i chciał dać mu jakiś znak, że nie ma potrzeby, by trzymał go przed sobą siłą, ale ton jego głosu odwrócił jego uwagę. Brzmiał zaskakująco twardo, choć dało się też dosłyszeć w nim lekkie, mimowolne drżenie. - Nie mam ci nic więcej do powiedzenia.
W oczach nieznajomego błysnęła wściekłość, ale Kamijo nie dał mu już dojść do słowa.
- Słyszałeś? - spytał tym razem nieco niecierpliwie i bardziej osłaniając sobą Kayę, szarpnął głową w stronę końca korytarza. - Wyjdź. W tej chwili.
Mężczyzna nie miał wyboru. Tylko jeszcze raz spojrzał ponad ramieniem Kamijo na młodszego wokalistę, jakby starając się zawrzeć w tym spojrzeniu wszystko, czego nie mógł w tej chwili przekazać mu słownie, po czym odwrócił się i szybkim, naładowanym złością krokiem ruszył we wskazanym kierunku. Dopiero kiedy zniknął im z oczu, Kaya puścił ramiona Kamijo i odetchnął.
- Dziękuję – powiedział cicho.
- Nie ma za co. - Obrócił się w jego stronę, mimo wszystko wciąż patrząc na niego z zaniepokojeniem. Kaya był blady i wyraźnie roztrzęsiony, nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie. Podbródek drżał mu, jakby miał się za chwilę rozpłakać i chwiał się na nogach, kiedy Kamijo bez namysłu wziął go pod ramię i pociągnął lekko z powrotem do garderoby. - Chodź. No, chodź...
- Próba...
- Nie w tym stanie, najpierw musisz się uspokoić.
Krzesła w pomieszczeniu były poprzewracane, ale poza tym raczej nie dało się poznać, że wydarzyło się tu coś nieprzyjemnego. Kamijo bez słowa podniósł jedno z nich i znów pociągnął Kayę za rękę, żeby usiadł, co ten uczynił z wdzięcznością, opadając na nie tak, jakby ktoś podciął mu nogi. Starszy wokalista poustawiał też pozostałe i przekręcił w zamku klucz, na wypadek, gdyby ktoś nieproszony znowu zechciał wpaść do środka. Potem odwrócił się z powrotem do Kayi, siedzącego nieruchomo na swoim miejscu i patrząc nieco nieprzytomnie w swoje buty. Zauważył, że jedną dłoń nerwowo zaciskał na nadgarstku drugiej.
- Zrobił ci coś? - spytał cicho, podchodząc do niego i przyklękając obok. - Coś cię boli?
- Nie... Nie, to nic takiego. Trochę za mocno mnie pociągnął, kiedy chciałem wyjść i po prostu...
- Wykręcił ci nadgarstek? - wszedł mu w słowo, ujmując jego odzianą w białą rękawiczkę dłoń i badając lekko naciskiem, a epitet, który wyrwał mu się przy tym z ust, sprawił, że Kaya aż uniósł wzrok, patrząc na niego, wyraźnie pod wrażeniem; fakt faktem, takie słownictwo raczej nie pasowało do wizerunku arystokraty. - Jesteś pewny, że możesz trzymać mikrofon?
- Och, oczywiście! - żachnął się. - To naprawdę nic, już przestaje boleć.
Śliski materiał wysunął się spomiędzy palców Kamijo, ale pozwolił na to.
- Kto to był? - spytał z powagą.
Kaya nie od razu odpowiedział.
- Nikt znaczący. Przynajmniej nie dla mnie... Mówił, że chce tylko porozmawiać, nie sądziłem, że mógłby tak się zdenerwować.
- Nie powinieneś pozwolić mu tutaj wejść.
- Wiem – odparł krótko.
Milczeli przez kilka sekund, nim Kamijo zadał kolejne pytanie:
- Myślisz, że teraz da ci spokój? - A kiedy Kaya wzruszył ramionami, dodał – może powinieneś powiedzieć o tym Juce?
- Nie! To znaczy... - Zawahał się, widząc jego zaskoczenie tak ostrą reakcją. - Nie chcę go martwić, nie ma takiej potrzeby.
- Krzyczał na ciebie. I cię uderzył.
- Nie do końca, zresztą nic mi się nie stało.
- Teraz nie, ale może wrócić. Wyglądał, jakby nie powiedział jeszcze wszystkiego, co chciał.
Kaya przygryzł usta, nie patrząc na niego.
- Możesz podać mi wodę? - spytał w końcu, nie unosząc wzroku.
Kamijo chcąc nie chcąc zrezygnował z dalszych nacisków, skinął głową i wstał.
- Jeśli już wszystko w porządku, to chyba musimy iść na tę próbę – stwierdził, rozglądając się za butelką. Jednak kiedy znalazł ją na brzegu toaletki i odwrócił się znowu w stronę młodszego, zorientował się, że jego słowa były o kilka sekund zbyt wczesne. Jakby dopiero teraz zawalił się na Kayę cały ciężar tej sytuacji, skulił się na krześle i ukrył twarz w dłoniach – niemal zupełnie niknąc przy tym w obfitych welonach i bieli swojego kostiumu – a Kamijo z przerażeniem dostrzegł, jak drżą jego ramiona.
Odstawił butelkę i ruszył z powrotem w jego stronę. Jego łagodnie wypowiedziane imię nie wzbudziło w nim reakcji, a kiedy starszy, całkiem impulsywnie i nie myśląc, co robi, objął go i przygarnął do siebie, nie napotkał też oporu. Kaya pozwolił jego ramionom podnieść się prawie do pionu, opierając się na nim i tylko dłoni nadal nie chciał odsunąć od twarzy, zupełnie bez sensu ukrywając za nimi łzy. Kamijo starał się nie myśleć o tym, jak blisko jest, ale okazało się to naprawdę trudne. Czując jego ciepło, zapach perfum i niespokojny oddech, całkiem mocno go przytulił i oparł policzek o welon na jego włosach, a z jego uspokajających słów pewnie dałoby się wyczytać jego uczucia, gdyby ktoś teraz im się przysłuchiwał. Jednak Kaya chyba nie zauważył w nich niczego prócz pocieszenia, którego potrzebował. Przestał drżeć, pozwalając się przytulać, po chwili nawet opuścił ręce na jego ramiona, odpowiadając na uścisk... I właśnie wtedy ktoś zapukał do drzwi tak głośno i energicznie, że odruchowo obaj odskoczyli od siebie; Kamijo cofając się o krok, a Kaya z powrotem na krzesło, aż to przesunęło się kawałek po podłodze, obaj patrząc w stronę wejścia.
- Kaya-chan? - rozległ się za drzwiami głos Hizakiego i Kamijo naszło jeszcze silniejsze niż kiedykolwiek pragnienie, by odesłać go kopniakiem z powrotem tam, skąd przyszedł. Klamka poruszyła się kilka razy w górę i w dół; widocznie gitarzysta chciał sam sobie otworzyć i starszy poczuł przypływ satysfakcji, że zamknął garderobę na klucz. - Wszystko w porządku? Próba już się zaczęła, wszyscy czekają!
- Tak, tak! Już idę, daj mi minutę! - odkrzyknął Kaya, wstając z miejsca i pospiesznie wygładzając sukienkę i welon. Wciąż wyglądał na nieco rozbitego, a jego oczy były wilgotne i zaczerwienione.
- Na pewno już w porządku? - spytał szeptem Kamijo, który boleśnie odczuł tak nagłą rozłąkę i całą siłą woli powstrzymywał się, by nie przytulić go znowu, chociaż na chwilę. - Mogę go jakoś spławić.
- Nie, nie, w porządku. - Ostrożnie, żeby nie rozmazać makijażu ani nie naruszyć imponująco długich sztucznych rzęs, otarł oczy opuszkami palców. - Chodźmy, przecież czekają.
Starszy nie miał najmniejszej ochoty stawiać czoła czekającemu pod drzwiami Hizakiemu, ale westchnął tylko i chcąc nie chcąc ruszył za nim.
Kiedy otworzyli drzwi i wyszli razem z garderoby, twarz gitarzysty wyrażała taką zgrozę, jakby co najmniej przyłapał ich w schowku na miotły, stając się świadkiem nadzwyczaj obcesowej schadzki. Zmierzył wzrokiem Kayę – wciąż z zaczerwienionymi oczami i śladami łez na policzkach – po czym wbił w Kamijo spojrzenie wygłodniałego bazyliszka, pod którym ten powinien paść trupem w ułamku sekundy, a nie padł tylko dzięki świadomości swej niewinności i, bądź co bądź, komizmu tej sceny.
- Co się stało? - spytał gitarzysta tonem będącym w stanie zmienić szklankę wody w bryłkę lodu, z gniewnym spojrzeniem wciąż utkwionym w starszym z wokalistów. - Co mu zrobiłeś?...
Nim Kamijo zdążył odpowiedzieć, uprzedził go Kaya.
- Och, naprawdę nic się nie stało, Hii-chan! - Wyglądał na lekko zmieszanego zachowaniem gitarzysty, ale nie dało się po nim poznać, że coś jednak było nie tak. Jego głos brzmiał tak samo jak zawsze, a na ustach pojawił się uśmiech. - Tylko się trochę zagadaliśmy.
- Doprawdy?
- Nie mam pojęcia, czemu pomyślałeś inaczej – dodał Kamijo, dzielnie próbując nie parsknąć śmiechem, a zarazem wciąż mając ochotę wrzasnąć na gitarzystę, by wreszcie przestał wpychać nos w nie swoje sprawy.
- Jego oczy...
- To przez soczewki kontaktowe – wyjaśnił Kaya, a Kamijo poczuł kolejny przypływ podziwu, jak gładko i przekonująco potrafił kłamać. - Jakoś źle mi się dzisiaj układają, to się czasem zdarza, że cały czas uwierają... Muszę chyba zmienić je na nową parę. - Uśmiechnął się, bezradnie wzruszając ramionami. Potem spojrzał to na jednego, to na drugiego. - To co, idziemy? Nie każmy im dłużej czekać.
- Idziemy – zadecydował Kamijo i starając się nie patrzeć na w dalszym ciągu rozgniewanego Hizakiego, ruszył zaraz za młodszym wokalistą. Gitarzysta widocznie nie do końca Kayi uwierzył i nadal trwał w przekonaniu o jego winie, ale ponieważ nie mógł w tej chwili niczego konkretnego mu zarzucić, także poszedł za nimi bez słowa.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.


Ostatnio zmieniony przez Shadow dnia Czw Lut 28, 2013 1:36 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
pucchan
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 96
Join date : 07/08/2010
Age : 22
Skąd : Warszawa

PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Sro Lut 27, 2013 7:08 pm

Nie nie nie, ja tu jestem i czytam, potomni też będą D:
Powinnam się była wcześniej odezwać, ale w sumie tak mi jakoś głupio było na pustym forum. Cieszę się, że dodałaś drugą część, bo czekałam i zdarzało mi się nawet sprawdzać na forum wersalkowym, czy przypadkiem nie ograniczyłaś wydawania tekstów do tamtego miejsca xD
W każdym razie przeczytałam, podobało mi się, nawet znalazłam jedną literówkę ("zastanawiał się, jak to możliwie, że" i jestem ciekawa, co będzie dalej, zwłaszcza w związku z tajemniczym awanturnikiem z garderoby Kayi~ O wątku głównym nie mówię, bo to logiczne xD Mam nadzieję, że jeszcze się tam w tym ficku podzieje Cute
Btw. to smutne, że fanfickowy rynek tak podupadł i są ludzie, którzy umieją pisać, a nie ma kto tego czytać/komentować.

Ps. Zdaję sobie sprawę, że objętość mojego komentarza nijak ma się do tekstu, który dodałaś, ale mam wrażenie, że Twojego warsztatu już chwalić nie trzeba, to się przyjmuje za pewnik xP
Powrót do góry Go down
http://lastfm.pl/user/pucchans
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Czw Lut 28, 2013 1:34 am

Omg, komentarz! Co się dzieje! XD
Dziękuję, pucchan, myślałam, że będę tu gadać do siebie przez x kolejnych części ;___; <3
pucchan napisał:
Powinnam się była wcześniej odezwać, ale w sumie tak mi jakoś głupio było na pustym forum.
Jeśli już komentować jest tu głupio, wyobraź sobie, jak czuję się, wrzucając teksty do takiej pustki, bez odzewu x_x
Dziękuję za wskazanie literówki, zaraz poprawię ^ ^ I oczywiście dziękuję za miłe słowa! Cieszę się, że mimo wszystko wciąż ktoś tu zagląda i na moje teksty czeka, nieco podniosło mnie to na duchu, bo w porównaniu z nie tak jeszcze odległymi czasami czuję się z lekka zapomniana~ No ale miałam sporo przerw, a rynek się kręci... Nie wiem, czy podupadł, bo sama mało teraz czytam fanficków i słabo się orientuję w sytuacji, ale fakt faktem, komentarzy jest ostatnio deficyt i to 'nieco' demotywuje. Nawet nie skończyłam w tym roku ficka na święta i na walentynki...
Ale trzecia część tego jest w każdym razie na wykończeniu, więc postaram się wstawić ją niedługo Cute
pucchan napisał:
Ps. Zdaję sobie sprawę, że objętość mojego komentarza nijak ma się do tekstu, który dodałaś, ale mam wrażenie, że Twojego warsztatu już chwalić nie trzeba, to się przyjmuje za pewnik xP
Dziękuję, bardzo mi miło, że tak sądzisz! Staram się pracować nad warsztatem i na pewno już wyeliminowałam parę błędów, które uświadomiono mi na polonistyce, ale ostatnio mało pisałam, więc nie wiem, czy to się z kolei jakoś nie odbija na jakości tekstu XD

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Akari
W kolejce po bilety


Liczba postów : 10
Join date : 17/11/2011
Age : 26
Skąd : Rzeszów

PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Czw Lut 28, 2013 3:17 pm

Przeczytałam obie części i podoba mi się Very Happy
Ciekawi mnie bardzo jak poprowadzisz bohaterów i ich jakże zawiłe historie, ale ufam, że nie będę zawiedziona:)
Błędów nie zauważyłam.
Ciekawi mnie kim jest ten facet z garderoby i czego chciał od Kayi... A jak ładnie Kamijo poleciał ratować swoją księżniczkęVery Happy Oj, serio ciekawi mnie jak to wszystko się dalej potoczy.
I w sumie to dosyć zastanawiające jest zachowanie Hizakiego... No i Juka... Ślepy czy specjalnie nie widzi co się dzieje?
Oh, tak dużo pytań i tyle teksu jeszcze przede mną... Podoba mi się to <3

Weny życzę i nie zrażaj się ilością komentarzy, bo większość czyta, a mało kto komentuje:)
:*
Powrót do góry Go down
pucchan
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 96
Join date : 07/08/2010
Age : 22
Skąd : Warszawa

PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Czw Lut 28, 2013 8:11 pm

Shadow napisał:
Omg, komentarz! Co się dzieje! XD
Patrz, nawet drugi! ^ xD

Shadow napisał:
Nawet nie skończyłam w tym roku ficka na święta i na walentynki...
A zastanawiałam się, czy coś na walentynki będzie xD

Btw. nie martw się, ja pewnie, studiując polonistykę, zwątpiłabym w swoje pisanie xD Podziwiam cię, że znając tajniki tego wszystkiego nadal możesz pisać takie obszerne ficki, ja bym pewnie siedziała i po każdym słowie zastanawiała się, co teraz zrobić, żeby było poprawnie xP
Powrót do góry Go down
http://lastfm.pl/user/pucchans
kasiula
Stały gość na afterparty


Liczba postów : 120
Join date : 06/06/2011
Age : 26
Skąd : Kraków

PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Czw Lut 28, 2013 11:37 pm

Ja też czytałam obie części i bardzo mi się podobają. Czekam na cd i życzę weny bo moja mnie gdzieś opuściła i od kilku miesięcy nie chce powrócić;)
Powrót do góry Go down
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Pią Mar 01, 2013 1:33 am

Dziękuję, Akari! ^ ^ Cieszę się, że Ci się podoba i że potencjalny rozwój akcji rodzi tyle pytań XD Obiecuję, że jeszcze dużo będzie się działo do końca, a już w następnej części trochę się wyjaśni, a trochę znowu skomplikuje ^ ^
Akari napisał:
Weny życzę i nie zrażaj się ilością komentarzy, bo większość czyta, a mało kto komentuje:)
Staram się nie zrażać, ale bez komentarzy nawet nie mogę wiedzieć, czy ktoś czyta, raczej nie wygląda na to z mojej perspektywy... Zawsze miło dostać jednak jakiś feedback, skoro już poświęcam czas na przepisywanie tego z zeszytów (bo piszę ręcznie), poprawianie błędów itp. Tak bez komentarzy równie dobrze mogłabym pisać do szuflady i oszczędzić sobie wysiłku ^ ^" Tym bardziej, że to fick w częściach, więc jestem szczególnie ciekawa przemyśleń innych odnośnie tego, jak się akcja rozwija, jakichś wrażeń, domysłów, wątpliwości etc. Też chciałabym coś mieć z tej zabawy, pomijając prywatną radość z samego pisania XD
pucchan napisał:
A zastanawiałam się, czy coś na walentynki będzie xD
Miało być, ale tak samo jak przy ficku świątecznym, skończyło się na napisaniu 1/3 i zostawieniu .^.
pucchan napisał:
Btw. nie martw się, ja pewnie, studiując polonistykę, zwątpiłabym w swoje pisanie xD Podziwiam cię, że znając tajniki tego wszystkiego nadal możesz pisać takie obszerne ficki, ja bym pewnie siedziała i po każdym słowie zastanawiała się, co teraz zrobić, żeby było poprawnie xP
Mniej więcej to właśnie robię... XDDD Też się zastanawiam nad wieloma rzeczami, na które wcześniej nawet nie zwracałam uwagi i bywa to męczące, ale parę naprawdę przydatnych informacji też pobrałam i pod tym względem jest łatwiej XD Poszłam na polonistykę, chcąc się rozwijać pod względem pisania, może ciężej jest nie zwątpić w swoje możliwości w obliczu takich studiów, ale liczę też na inspirację. W ramach współczesnych zjawisk literackich mam mieć np. wykład o literaturze gender/queer i wyczekuję go z niecierpliwością XDD
Przy okazji, pucchan, forum podpowiada, że masz urodziny, więc wszystkiego najlepszego! ^___^ Chyba nie ma sensu odświeżać tamtego tematu, więc składam życzenia tutaj - sto lat i spełnienia marzeń <3

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
pucchan
Pogo napierdalacz


Liczba postów : 96
Join date : 07/08/2010
Age : 22
Skąd : Warszawa

PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Pią Mar 01, 2013 5:46 pm

Dziękuję! <3

Na taki wykład polonistyczny to bym poszła XD Ogólnie to tak naprawdę kiedyś lubiłam polski, dopóki w programie nauczania nie zaczęło stopniowo przeważać to okropne interpretowanie dzieł. Nie wiem, jak w innych szkołach, ale u mnie po gramatyce, którą naprawdę chętnie przerabiałam, nie został teraz ani ślad :| Pamiętam te wszystkie rozbiory zdań w gimnazjum, mogłam je robić jak krzyżówki XDD

Edit:
Dzisiaj za to twoje urodziny, więc ja również ci składam życzenia! xD Sto lat, weny, powodzenia na studiach i spełnienia marzeń! <3
Powrót do góry Go down
http://lastfm.pl/user/pucchans
Shadow
Edytor Pogrzebowy


Liczba postów : 679
Join date : 11/03/2010
Age : 23
Skąd : Chełm / Warszawa

PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Pią Mar 22, 2013 2:37 am

Przepraszam za zapłon z odpisywaniem"
pucchan napisał:
Ogólnie to tak naprawdę kiedyś lubiłam polski, dopóki w programie nauczania nie zaczęło stopniowo przeważać to okropne interpretowanie dzieł.
A potem przychodzisz na studia i pewien mądry facet mówi Ci, że to wszystko jest bez sensu, bo interpretacja zwłaszcza starszych dzieł jest uwarunkowana kulturowo i politycznie, różni ludzie w różnych okresach różne rzeczy widzieli, a my uczymy się wersji, która najbardziej odpowiada współczesnym i na którą wpadł jakiś badacz, żeby potem inni w kółko to powtarzali XD Co serio chciał powiedzieć autor, często stwierdzić się nie da, no ale cóż. Taka nasza edukacja XD
Za to gramatyka na studiach wraca, i to w wersji turbo! I nawet powiem Ci, że i mnie zaczęła bardziej przekonywać niż literatura, przynajmniej jeśli chodzi o przyszły praktyczny zawód XD Myślę nad zostaniem korektą czy kimś w tym stylu, bo strasznie wciągnęły mnie te wszystkie subtelności między tym, co zgodnie z wzorcem jest poprawne, a co nie, wychwytywanie najdrobniejszych błędów i w ogóle ^ ^
pucchan napisał:
Dzisiaj za to twoje urodziny, więc ja również ci składam życzenia! xD Sto lat, weny, powodzenia na studiach i spełnienia marzeń! <3
Dziękuję ślicznie! <3

To teraz fick!
Część: 3/?
Słów: 5086 w tej części
Komentarz: Wyjątkowo chyba nie mam nic do powiedzenia... O___o
Szykuję teraz małą odskocznię od tej telenoweli (czyli: kolejny raz nowy pomysł wpada mi do głowy w połowie realizacji większego projektu, wybijając z rytmu) i to głównie wokół niej krążą moje myśli. Powinna ukazać się niedługo, ale póki nad nią pracuję, dodaję kolejną część tego ^^v Miłego czytania życzę i proszę o zgłaszanie ew. błędów, bo to jeszcze wciąż autobeta.
~~

Kamijo do końca dnia nie udało się dowieść swojej niewinności. Hizaki wciąż był głęboko zbulwersowany tym, co zobaczył (lub co mu się wydawało, że zobaczył) i patrzył na niego jak na coś wyjątkowo obrzydliwego, czego towarzystwo był zmuszony z nieznanej przyczyny znosić... Ale i nie robił nic, by tego towarzystwa uniknąć. Przeciwnie, chodził za nim praktycznie krok w krok, jakby pilnował, by zostawiony sam znowu się na Kayę nie rzucił i go do łez nie doprowadził. Kamijo kilkakrotnie próbował wyjaśnić mu, że nie było to nic z tych rzeczy, o które go podejrzewał – daremnie. Gitarzysta tylko zaciskał zęby, przybierając jeszcze wścieklejszą minę (nieco kłócącą się z wizerunkiem ślicznej księżniczki) i kręcąc głową ze skrajną dezaprobatą. Kamijo nachodziły na zmianę to fale rezygnacji i bezsilności, to złości i chęci, by złapać go za ramiona i porządnie nim potrząsnąć, żeby w końcu przejrzał na oczy i przestał uznawać go wcielenie zła wszelakiego, nastające na czyjąś miłość. Takie traktowanie było dla niego szczególnie krzywdzące przy obecnej sytuacji, bo nie dość, że tym razem naprawdę nie miał sobie nic do zarzucenia, to zdarzenie w garderobie martwiło go już wystarczająco samo w sobie, a Hizaki bardzo utrudniał mu spokojne przemyślenie sprawy.
Kaya wrócił do towarzystwa Juki i jak zwykle był ucieleśnieniem uroku, słodyczy i wesołości. Mimo że Kamijo obserwował go jak najuważniej się dało, nie byłby w stanie dostrzec, że było coś, co go trapiło, gdyby wcześniej nie przekonał się o tym na własne oczy. Sposób, w jaki to ukrywał, był tak perfekcyjny, że sam mógłby niemal uwierzyć, że to, czego był świadkiem, było tylko jakimś dziwacznym snem na jawie. Wyjątkowo co prawda realnym i wyrazistym, bo nawet jego kostium pachniał jeszcze lekko jego perfumami i rad był, że Hizakiemu nie przyszło chociaż do głowy wokół niego węszyć.
Jeśli chodziło o inne skutki tamtego zajścia, był jeden znaczący. Zrezygnował ze swojego całkiem poważnego planu „małych zmian w scenariuszu” - bez względu na wszystko nie chciałby znowu oglądać łez Kayi, gdyby coś takiego miało je bezpośrednio lub ciągiem przyczynowo-skutkowym wywołać. Nigdy wcześniej nie widział, by coś doprowadziło go do płaczu, zburzyło jego spokój i zmazało z twarzy uśmiech. Miał też nadzieję, że nigdy już nie będzie musiał znowu tego zobaczyć.
Dosyć bolesny był ten krok do tyłu, ze sprecyzowanych planów i nadziei na jakikolwiek przełom, z powrotem na ścieżkę mglistych „co by było, gdyby” i bezowocnego oczekiwania... Ale w pewien sposób poczuł się też przez to nieco lepiej. Z jednej strony trochę ciążyła na nim ta tajemnica, fakt bycia związanym przez te łzy, których był świadkiem i niemożność, by zawieść teraz zaufanie jakimś swoim nieodpowiednim, a tak upragnionym krokiem – a z drugiej, przecież było to coś, o czym nie wiedział nawet Juka. Ba, było to coś, o czym widocznie, z jakiegoś nieznanego powodu, miał wcale się prędko nie dowiedzieć. To wreszcie dawało jakiś punkt na konto Kamijo, nawet, jeśli było wynikiem przypadku. Nowa więź zawiązała się między nimi.
Choć, oczywiście, w porównaniu ze znacznie silniejszymi więziami łączącymi Kayę z Juką, ta wciąż wypadała nieco biednie.
Świadomość tego nie opuszczała go przez cały koncert, wprawiając w nastrój raczej ponury. Uśmiechał się, bo długo czekał na ten dzień, cieszyły go entuzjazm fanów, płynąca od nich energia i uwielbienie, którego był obiektem, ale do pełni szczęścia, które mogłoby przynieść chociaż chwilowe zapomnienie, było mu bardzo daleko. Jego myśli wciąż uciekały z powrotem do wiadomego tematu i, dosyć desperacko, do drobnej postaci w bieli, śpiewającej kilka kroków na lewo od niego. Właściwie ten miłosny trójkąt, który był tematem ich przedstawienia, miał zaskakująco dobre odniesienie do rzeczywistości. Nie wiedział, czemu uderzyło to w niego tak wyraźnie dopiero teraz, chociaż w dużej mierze sam to wszystko wymyślił i zaplanował, a wszyscy tyle razy to ćwiczyli. Może podziałała obecność tłumu, może atmosfera, gra muzyki, świateł i kostiumów – nieważne. Nie potrzeba było z jego strony wiele gry aktorskiej, ba, może grał teraz nawet mniej niż ostatnio w swoim codziennym życiu. Wszystkie słowa, które wypowiadał i wyśpiewywał, były o wiele szczersze niż te poza sceną, a chwile, kiedy Kaya był blisko, wzbudzały w nim uczucia, które nie miały szans znaleźć ujścia, gdy byli sobą, a nie odgrywanymi postaciami. Młodszy wokalista wyglądał pięknie, olśniewająco jak zawsze i jak zawsze próżno było szukać znaku zrozumienia w jego oczach, choć momentami miał nadzieję, że właśnie teraz jakiś przebłysk sprawi, że odgadnie jego tajemnicę, że wreszcie coś zauważy. Ale przecież on chyba tylko grał... Był dobrym aktorem, operującym nie tylko głosem i gestami, lecz też uśmiechami i mimiką, których nie mogła dostrzec większość sali, ale które dodawały autentyzmu jego roli, aż nawet Kamijo przez kilka sekund prawie dałby się nabrać... Dlatego było to taką męką. Więź między nimi była za słaba, by mógł od razu poznać, co było grą, a co nie, za słaba też, by mogli porozumieć się bez słów. Nie odbierali sygnałów lub nie dostrzegali na nie odpowiedzi. Bez narzędzia w postaci mowy, umysł był zamkniętą twierdzą.
Tłum długo wiwatował, gdy zeszli ze sceny, atmosferę nasycała aura sukcesu. Nawet Hizaki uśmiechał się promiennie i na jakiś czas przestał palić Kamijo wzrokiem bazyliszka. Cóż, przynajmniej to wreszcie przyniosło mu ulgę. Udany występ jego też napełniał dumą i szczęściem, ale te szybko bladły, gdy stygły emocje i oddalały się głosy fanów.
Po godzinie spędzonej na omawianiu występu (i obserwowaniu wciąż uśmiechniętego Kayi, opierającego się o ramię Juki) marzył tylko o tym, by położyć się spać i chociaż na jakiś czas zrobić sobie przerwę od jakichkolwiek myśli.
To on zarządził, że pora się zbierać, a pozostali przystali na to raczej chętnie. Przebrali się z powrotem w normalne ubrania, usunęli z twarzy misterne makijaże. Kiedy spotkali się na schodach prowadzących do wyjścia, zbliżała się dwudziesta trzecia, ale część grupy i tak postanowiła świętować sukces w jakimś niedalekim klubie. Z gorzkim uśmiechem myśląc, że Kaya będzie pierwszym, który tam wpadnie, Kamijo oznajmił, że jest zbyt zmęczony, by im towarzyszyć, ale gdy już miał ruszyć w stronę swojego samochodu, zatrzymał go okrzyk Juki. Co prawda nie był skierowany do niego, bo w reakcji na dzwonek telefonu z kieszeni, ale wyrażający emocje wystarczająco silnie, by zainteresować wszystkich wokół.
- To moja matka... Zupełnie zapomniałem, że siostra miała na ten tydzień wyznaczony termin!
- Jaki termin...?
- Jak to jaki? Porodu! - wykrzyknął, nim odebrał, odchodząc na parę kroków, żegnany przez pomruk ogólnego zainteresowania i uznania... Czy też może raczej zaskoczenia, że o niczym im do tej pory nie wspomniał, podzielanego nawet przez Kayę. Nie zdążyli jednak sformułować w tej kwestii zarzutu, bo wrócił dosłownie po dwóch minutach.
- Zostałem wujkiem! - zawołał radośnie, machając telefonem. - Moja siostra urodziła syna, dosłownie pół godziny temu! - I nie czekając, aż choćby mu pogratulują, dodał, szybko wpychając telefon do kieszeni i na oślep szukając drugą ręką w płaszczu kluczyków – muszę natychmiast tam jechać! Muszę go zobaczyć i złożyć gratulacje... Myślicie, że znajdę jeszcze jakąś otwartą kwiaciarnię? Ach, co za szczęśliwy dzień! - W biegu uściskał Kayę. - Zobaczymy się jutro rano, dobrze? Wszystko wtedy opowiem!
I znowu nie trudząc się, żeby zaczekać na odpowiedź, tylko machając im na pożegnanie ręką, pognał w kierunku samochodu, jakby ktoś dorobił mu skrzydła.
- Biedactwo – westchnął Jasmine, a widząc ich pytające spojrzenie, sprecyzował – mam na myśli dziecko. O ile zakład, że będzie zapominał o każdych urodzinach?
I przy wtórach śmiechu wszyscy podjęli przerwaną drogę.
No, prawie wszyscy. Kaya z wyraźnym ociąganiem zrobił tylko kilka kroków i zatrzymał się, a Kamijo w ogóle się nie ruszył, teraz patrząc na niego w wyczekiwaniu. Obserwował go tak od paru chwil, a dokładniej od tej, kiedy przytulił go Juka. Obejmując go naturalnym gestem, ponad jego ramieniem Kaya spojrzał wprost na niego... I to spojrzenie tym razem w pełni wystarczyło za narzędzie komunikacji, w jednej sekundzie mówiąc mu więcej, niż mogłyby słowa, jak gdyby dopiero teraz impuls odnalazł właściwą drogę – drogę po tej więzi, którą nawiązali kilka godzin temu.
- Nie idziesz z nimi? - spytał teraz Kamijo, choć wiedział, że było to zbędne.
Kaya pokręcił krótko głową, odprowadzając wzrokiem niedużą grupkę, zbyt teraz zajętą śmiechem i dyskusją, by zauważyć, że ktoś został z tyłu. Kamijo szybkim spojrzeniem upewnił się, że widzi w samym środku długie blond włosy Hizakigo i odwrócił się znowu do Kayi.
- Co się stało?
Wahał się jeszcze chwilę, nim w końcu zdecydował się przemówić.
- Dzwonił do mnie. Parę razy, godzinę temu i wcześniej, kiedy byliśmy na scenie. - Kamijo nie musiał pytać, o kogo chodziło. - Wygląda na to, że nie da mi tak łatwo spokoju, a Juki dzisiaj nie będzie i ja...
- Myślisz, że będzie cię jeszcze dzisiaj szukać?
- Na pewno będzie – rzekł z rozpaczą. - Wie, gdzie mieszkam i dlatego chciałem dziś pojechać do Juki, ale nic z tego. – Ukrył twarz w dłoniach. - Boże, jak ja mogłem się w to wpakować...?
- Tylko się nie denerwuj. - Kamijo podszedł do niego i położył jedną dłoń na jego ramieniu. - Przecież cię z tym nie zostawię, zwłaszcza po tamtej próbce jego umiejętności... Sam odwiozę cię do domu, a na miejscu zorientujemy się w sytuacji.
Z mieszaniną przerażenia i szalonej radości poczuł, jak Kaya spontanicznie przytula się do niego mocno, obejmując go w pasie rękoma.
- Jesteś taki kochany.
- O, niewątpliwie – uśmiechnął się, mimo wszystko słuchając głosu rozsądku i odsuwając go lekko po chwili. Dla bezpieczeństwa ich obu, lepiej było zrobić to szybko. - To chodź, tylko prędko, zanim Hizaki zorientuje się, że zniknęliśmy razem i znowu się rozhisteryzuje.
Kaya ponownie się zmieszał.
- Nie powinienem cię odciągać...
- ...od niego? O, jestem ci za to bardzo wdzięczny! Zresztą, ja się z nimi nigdzie nie wybierałem, więc to tylko twój brak może ich zmartwić.
Pokiwał głową nieco niepewnie, ale ruszył za nim do jego samochodu.
- A co, jeśli mimo wszystko przyjdzie? - spytał po paru minutach, gdy wyjeżdżali na ulicę. - Wiesz, domofon ktoś może mu otworzyć i przyjdzie wtedy pod moje drzwi.
- Chętnie z tobą zostanę i poczekamy na niego razem.
- Mówiłeś, że jesteś zmęczony...
- Nie aż tak. - Uśmiechnął się.
- Ale co wtedy? Jeśli przyjdzie...
- To pożałuje, kiedy będzie musiał szukać własnych zębów na schodach.
- Kamijo! - wykrzyknął Kaya, ale roześmiał się, jakby nie mogąc się powstrzymać i nieświadomie zalewając w ten sposób swojego towarzysza falą ciepła. - Jesteś strasznym człowiekiem, nie podejrzewałem cię o to.
- Wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz – stwierdził, wciąż z uśmiechem. Co by nie mówić, wyglądało na to, że nie była to tak do końca beznadziejna noc.

Do mieszkania Kayi dotarli bez problemów, nie napotykając po drodze nikogo podejrzanego. Młodszy dłuższą chwilę stał potem przy kuchennym oknie, wypatrując kogoś na parkingu z drugiej strony bloku, ale widocznie i tym razem nie znalazł niczego niepokojącego, bo zaraz odwrócił się, opierając plecami o parapet i wzdychając ciężko.
- Jeszcze się okaże, że niepotrzebnie panikowałem i cię tutaj ściągałem – rzekł, dzielnie starając się uśmiechać.
- Nie ma problemu, poczekamy – oznajmił Kamijo z progu. - Nie wiem jak ty, ale ja i tak nie mam nic specjalnie ciekawego do roboty.
- No, to jakiś plus całej sytuacji – stwierdził Kaya, gdy przenieśli się do jego salonu. - Zawsze to przyjemniej posiedzieć wieczorem w miłym towarzystwie.
Mówił to z przekonaniem, ale wciąż wydawał się zmartwiony. Nerwowo spoglądał raz za razem na leżącą na stole komórkę, co też nie uszło uwadze starszego.
- Mimo wszystko, jak mawia nasz nowy perkusista, wyglądasz na kogoś, kto bardzo potrzebuje się napić – stwierdził.
Uśmiechnął się lekko.
- Mam otwarte wino w barku. Nie wiem, na ile to pomoże, a na ile może jeszcze pogorszyć sprawę, no ale...
- Może chociaż trochę się rozluźnisz. - Kamijo ruszył we wskazanym kierunku i po chwili bez problemu znalazł w barku wspomniane wino, ledwo nadpoczęte. Starając się nie zastanawiać nad tym, z kim Kaya pił je ostatnio i co tak szybko ich od butelki odciągnęło, zdjął z wyższej półki kieliszek i zawrócił z nim do młodszego.
- Nie napijesz się ze mną? - spytał ten. Wyglądał tak nieszczęśliwie, skulony na dużym fotelu z głową opartą o swoje kolana, że Kamijo z trudem powstrzymał się przed ponownym przytuleniem go. Zamiast tego wręczył mu wypełniony kieliszek.
- Jestem samochodem, chyba nie powinienem.
- Nawet lampki, tak do towarzystwa? Głupio pić samemu. Zawsze możesz też wziąć taksówkę, a po samochód wrócisz jutro.
- No, w sumie mogę – zgodził się w końcu, nawet nie mając serca mu odmówić. Nie dało się też ukryć, że i on odrobiny alkoholu potrzebował, chyba nie mniej niż jego towarzysz.
Zanim przeniósł butelkę na stół, wziął sobie drugi kieliszek i zdążył go napełnić, Kaya z powrotem podsunął mu swój, już opróżniony.
- Hej, zwolnij trochę, bo zaraz się po prostu upijesz! - roześmiał się. - Aż tak się chyba rozluźniać nie musisz?
- Przepraszam – westchnął, przecierając oczy dłońmi. - Mam już dosyć wszystkiego.
- Skoro już tu jesteśmy, to może zdradzisz mi chociaż, o co tak w ogóle chodzi? - spytał Kamijo, po chwili siadając z drugim kieliszkiem na kanapie obok jego fotela. - Skąd ty w ogóle wziąłeś tego faceta?
- Och, to nie jest nic znaczącego – stwierdził Kaya ponuro, wpatrując się w swój ponownie wypełniony kieliszek, jakby powstrzymywał się, by znowu nie opróżnić go tak szybko jak poprzednim razem. - Bardzo wielu takich spotykam, w klubach czy poprzez znajomych... Oczywiście, raczej wtedy, kiedy jestem wolny, kiedy BYŁEM wolny, nie teraz. W każdym razie, większość takich przypadkowych znajomości szybko się rozchodziło i myślałem, że tym razem też tak będzie, ale on... Nie wiem, co mu do głowy strzeliło! - zdenerwował się nagle i zaczął mówić szybciej – powiedział, że narobiłem mu nadziei, że go omotałem i zostawiłem, żeby zrobić z niego idiotę... A to przecież bzdura! Ja nic od niego nie chciałem ani nie zrobiłem nic, żeby mógł tak pomyśleć... No, dobrze, pocałowałem go RAZ. - Przewrócił z dezaprobatą oczami. - Tylko dlatego, że byłem trochę pijany, a on nalegał. Ale to było bez znaczenia! Tylko że on chyba widział to inaczej, bo wyciągnął kontakt do mnie od wspólnych znajomych i potem wciąż naciskał na spotkanie, a jak powiedziałem, że nie chcę z nim być, chyba w ogóle nie wziął tego na poważnie. Kazał mi tylko przestać zgrywać niedostępnego. - Skrzywił się z niesmakiem. - To było pod koniec zeszłego roku, na krótko przed tym, jak zacząłem być z Juką. Zbywałem go tak długo, jak mogłem, aż dzisiaj przyszedł pod klub i nalegał, żebym pozwolił mu wejść, bo chciałby mi coś powiedzieć. Nie chciałem robić zamieszania i roztrząsać takich spraw w naszej grupie, więc się zgodziłem, pod warunkiem, że pięć minut i sobie pójdzie. I powtórzyłem mu jeszcze raz to samo, że nie chcę z nim być, że nic do niego nie czuję, ba, nawet prawie go nie znam! I że mam już kogoś innego, więc niech lepiej da mi spokój... A on się po prostu wściekł. - Zawahał się na chwilę, rzucając mu niepewne spojrzenie, nim kontynuował nieco ciszej, znowu wbijając wzrok w kieliszek. - Popchnął mnie na ścianę i zaczął krzyczeć, że go oszukałem, ale on nie da zrobić z siebie idioty i jeszcze tego pożałuję. Powiedział parę okropnych rzeczy, o tym, co mógłby mi zrobić, to naprawdę brzmiało jak groźby. Wyglądał, jakby oszalał... I nazwałem go wariatem, ale to chyba jeszcze bardziej go zdenerwowało. Przewrócił kilka krzeseł, a ostatnie ja rzuciłem mu pod nogi i uciekłem. No, a dalej już wiesz, co było – westchnął ciężko. - Gdybym wiedział, że to się tak skończy, nawet nie dałbym go sobie przedstawić! Ale jak miałem się domyślić, że jest jakiś niezrównoważony, skoro przy pierwszym spotkaniu wyglądał normalnie?
Kamijo, który całej opowieści wysłuchał w milczeniu, pomyślał, że w pewien sposób – mimo fali wzburzenia i nienawiści do owego mężczyzny – jest w stanie zrozumieć jego zachowanie. Albo raczej nie samo zachowanie, a to, co go do niego doprowadziło. Kaya nie był widocznie do końca świadomy tego, jak silne wrażenie potrafił wywrzeć na innych, czy tego chciał czy nie, i że omotanie kogoś wcale nie musiało być z jego strony celowe. Więcej wysiłku musiałby pewnie włożyć w to, by tego nie robić, a i to mogłoby się okazać po prostu niemożliwe. O czym jak o czym, ale o tym Kamijo mógł powiedzieć dużo, bo jak uderzyło w niego teraz, najprawdopodobniej sam stał się jakiś czas temu po prostu jedną z jego nieuświadomionych ofiar. I jeśli do tej pory czuł się sytuacją sfrustrowany, to teraz, w nowym świetle, to wszystko było po prostu nie do zniesienia. Pomijając brak tak radykalnych kroków, nie różnił się specjalnie od tamtego mężczyzny – idiota, który dał się tak łatwo omotać, narobił sobie nadziei w oparciu o coś, co dla drugiej strony było bez znaczenia i nie przyjmował do wiadomości, że może być inaczej, niż sobie wyobraża. A wyglądało na to, że Kaya jednak od początku także od niego niczego nie chciał ani nic do niego nie czuł. Miał przecież Jukę.
Tego ostatniego imienia uczepił się teraz jak deski ratunkowej, żeby nie dać się całkiem utopić w tym kuble zimnej wody, który został wylany na jego głowę. Nie teraz, nie tutaj, musi zachować twarz, choć najchętniej po prostu by wyszedł, byle zostać teraz sam. Po co w ogóle tu przychodził?...
- No a Juka? - udało mu się w końcu wyrzec, gdy uspokoił się nieco dużym łykiem wina. - Naprawdę nic mu o nim nie powiedziałeś, przez cały ten czas?
- Och, coś mówiłem, na początku... Ale znasz Jukę. - Westchnął. - Czy cokolwiek byłoby w stanie wyprowadzić go z równowagi chociaż na pięć minut? Jak zawsze spokojnie, powołał się tylko na mój rozsądek, gdy go spytałem, co jego zdaniem powinienem z takim adoratorem zrobić. To znaczy, stwierdził, że nie powinienem się z nim spotykać. W końcu mu przejdzie i problem sam się rozwiąże.
- Juka jest największym osłem, jakiego znam. Przepraszam, wiem, że go kochasz i w ogóle, ale musiałem to powiedzieć.
Roześmiał się.
- W porządku, przynajmniej ja nie musiałem tego mówić... To znaczy, wcale nie uważam, że jest osłem! Jest bardzo dobry i odpowiedzialny, tylko czasem trochę...
- Oderwany od rzeczywistości?
Kaya przechylił głowę w lewo i w prawo, na znak, że mniej więcej o to mu chodziło.
- No, w każdym razie – podjął – skoro powiedział, że jego zdaniem nie powinienem się z tamtym spotykać, to nie mogłem mu się teraz poskarżyć, że mimo wszystko to zrobiłem.
- Przecież nie byłby zły. Nic nie jest w stanie wyprowadzić Juki z równowagi.
- Nie chodzi o to, że boję się jego złości... Czy nawet zawodu. - Nie patrzył na niego, obracając kieliszek w palcach. - Po prostu co więcej mógłby mi poradzić? Nie posłuchałem go. To moja wina.
- Nie, to absurdalne. - Kamijo pokręcił zdecydowanie głową. - Nie da się po prostu ignorować kogoś, kto cały czas wydzwania i cię nachodzi. Musiałbyś się chyba w bunkrze zamknąć, żeby przeczekać to tak, jak on ci sugeruje.
Kaya milczał przez chwilę, rozważając to.
- Sam już nie wiem. Po prostu chcę, żeby to się skończyło – stwierdził w końcu z rezygnacją.
- Mogę go zepchnąć ze schodów, kiedy tu przyjdzie – zaofiarował starszy. - Tylko potem zeznasz, że sam stracił równowagę, bo nie mam za wiele czasu na siedzenie w jakimś areszcie.
Znowu się roześmiał.
- Jesteś chyba jedynym człowiekiem na świecie, który jest w stanie mnie rozbawić w takiej chwili!
- Do usług. - Odwzajemnił uśmiech, uroczystym gestem wznosząc kieliszek. - Ale teraz musimy ustalić jakiś plan działania – podjął po tym toaście. - Poczekamy na niego jeszcze godzinę... Albo półtorej, jeśli zechcesz. Jeżeli nie przyjdzie do tej pory, rozstaniemy się, a ty zamkniesz drzwi od wewnątrz i spróbujesz pójść spać. Jeśli jednak przyjdzie później i będzie się dobijał, nic nie rób, nie prowokuj go, tylko zadzwoń do mnie, a ja wrócę jak najszybciej się da i serdecznie przywitam go na klatce schodowej... Oczywiście, mógłbyś po prostu zadzwonić na policję, ale wątpię, by dało się to załatwić bez dosadniejszych argumentów, a oni go najwyżej odprowadzą. Wiem, że ten plan ma sporo luk – dodał, widząc jego niepewną minę. - Ale lepszy taki niż żaden, prawda?
- Jeśli myślisz, że będę cię tu nie wiadomo ile razy zawracał...
- Och, zrobisz to. To jedyny wieczór, kiedy możemy załatwić to bez udziału Juki, który będzie ci kazał czekać pod drzwiami, aż tamtemu znudzą się próby ich wywalenia.
- Nie wiem, który z was jest gorszy – stwierdził Kaya, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu. I chcąc nie chcąc, w końcu zgodził się na ten plan.
Kieliszki jeszcze raz zostały wypełnione winem, a Kamijo zepchnął czarne myśli w najbardziej odległe zakątki swojego umysłu. Dopóki był potrzebny i miał coś do zrobienia, nie mógł poddawać się ich działaniu, przynajmniej tego był teraz pewny. Nawet jeśli był zmuszony przyjąć do wiadomości, że jego nadzieje były płonne i jeśli bolało go to o wiele bardziej, niż mógłby dać po sobie poznać, miał przynajmniej pocieszenie w tym, że przez jakieś swoje radykalne kroki – a te przecież poważnie rozważał – nie znajdował się teraz po drugiej stronie drzwi, a Kaya i Juka nie debatowali tutaj nad tym, jak się go pozbyć... Lub przynajmniej, uwzględniwszy ich przyjaźń i współpracę, jak wyjść z tej nieprzyjemnej sytuacji bez szkody dla siebie i grupy. Teraz chociaż spokój i przyjaźń pozostawały bezpieczne, a tym, co zrobić sam ze sobą, będzie martwić się później, bez świadków. Musiał wszystko jeszcze raz przemyśleć, nie poddając się emocjom.
I bez względu na wszystko, w towarzystwie Kayi nie było trudno nie myśleć o ciężkich sprawach, nawet jeśli bardzo bezpośrednio go dotyczyły. Wino stopniowo oddalało Kamijo od jego własnego samochodu w stronę taksówki i przymusowego powrotu na drugi dzień, ale to już zupełnie go w tej chwili nie obchodziło. Rzadko miewali okazję być tylko we dwóch, a jeśli już, praktycznie nigdy nie na dłużej, więc cieszył się każdą minutą towarzystwa Kayi, chwilami spokoju, wreszcie bez Hizakiego, Juki i reszty. Jeszcze raz omówili ze szczegółami dzisiejszy występ oraz przedyskutowali kilka innych spraw, śmiejąc się i żartując... A w miarę, jak bądź co bądź duża butelka stawała się coraz lżejsza, poprawiał im się humor, aż w końcu niemal zapomnieli, po co się tu znaleźli i na co czekali. W atmosferze znacznie luźniejszej niż na początku, przerzucali telewizyjne programy, a potem Kaya, zainspirowany jakąś migawką, znalazł na dnie szuflady talię kart, w które zaczęli grać na zasadach mieszanych – trochę normalnych, a trochę własnych, wypełniających luki w ich poprawnej znajomości. W ten sposób nieco więcej niż godzina upłynęło nie wiadomo kiedy.
- Sprowadzasz mnie na złą drogę – śmiał się Kamijo po trzeciej, przegranej zresztą, partii. - Alkohol i hazard.
- To prawda. Jestem dogłębnie zdemoralizowany, a ty szlachetny i czysty jak łza.
- To była ironia?
- Jakby się zastanowić, to prawda. - Uśmiechnął się lekko, tasując karty. - To ja włóczę się po klubach, całując przypadkowo poznanych mężczyzn, a ty wyciągasz mnie z kłopotów, niczym rycerz na białym koniu.
- Twój rycerz chyba nie byłby tymi słowami zachwycony.
- Mój rycerz woli spędzać wieczór ze swoim nowo narodzonym siostrzeńcem niż ze mną.
- Uważaj, bo zaraz powiesz coś, czego będziesz żałował, jak wytrzeźwiejesz – zaśmiał się Kamijo.
- Och, nie sądzę. To jest tylko obiektywne stwierdzenie...
Urwał, bo w tym momencie zadzwoniła jego komórka, wciąż leżąca gdzieś między nimi. Kamijo nie znał numeru, ale po jego minie natychmiast domyślił się, kto dzwoni; nie czekając, aż młodszy choćby wyciągnie rękę, chwycił jego telefon i odebrał.
- To znowu ty? - spytał bez powitania i nie dając czasu na odpowiedź, dodał – naprawdę jesteś tak głupi, że myślisz, że prześladowanie znanej osoby ujdzie ci na sucho? Już zgłosiliśmy to, gdzie trzeba. - Alkohol pomagał mu w improwizacji, więc nieco puścił wodzę fantazji. - Dostajesz oficjalne, ostatnie ostrzeżenie. Jeszcze jedna próba skontaktowania się z nim i tak cię załatwią, że własna rodzina cię nie pozna. - Tym razem odczekał kilka sekund, jednak po drugiej stronie wciąż panowała cisza. - Na przyszłość uważaj, z kim zadzierasz – rzucił jeszcze na pożegnanie i rozłączył się, uśmiechając z satysfakcją. - No, jak szybko poszło! Myślę, że tyle w zupełności wystarczy. Twój Juka powinien nauczyć się właściwego załatwiania pewnych spraw – podsumował, oddając telefon lekko oniemiałemu Kayi. - Rozdajesz jeszcze raz?...
Kaya milczał przez kilka sekund, zaskoczony, chyba nie mogąc nadążyć za tak szybkim rozwojem sytuacji. Ostatecznie jednak tylko uśmiechnął się i, wyraźnie rozluźniony, pokiwał głową, zaczynając kolejną partię.

- To było w sumie kłamstwo grubymi nićmi szyte – stwierdził młodszy wokalista dopiero pół godziny później, gdy wino się im skończyło, gra w karty znudziła, a oni obaj leżeli rozciągnięci na dywanie; nie byli aż tak pijani (choć nie byli też trzeźwi), ale gdy było już po wszystkim, alkohol dziwnie ich rozleniwił. - Ani my nie jesteśmy aż tak sławni, ani nikt poza tobą i mną o niczym nie wie...
- Ale on nie wie, że to kłamstwo – odparł Kamijo beztrosko. - To dobra metoda... Zresztą sam o tym wiesz, to nas właśnie łączy, a różni od Juki. Obaj potrafimy gładko i przekonująco kłamać.
- Nie mogę zaprzeczyć, choć to raczej nie jest powód do dumy – stwierdził Kaya, uśmiechając się. - A co by było, gdyby ci nie uwierzył? I trzeba byłoby zrobić coś więcej, trzymając się przy tym wersji, którą przedstawiłeś?
- Zadajesz za trudne pytania jak na to stężenie alkoholu we krwi... Nie wiem, razem coś byśmy na pewno wymyślili. Ale to raczej nie będzie potrzebne.
- To wszystko brzmiało, jakbyśmy mieli znajomości w mafii – dodał Kaya i roześmiał się na samą tę wizję. - Wyobrażasz to sobie? Jak myślisz, byłoby nam do twarzy z pistoletami? - Spojrzał na niego i znowu parsknął śmiechem, zasłaniając usta dłonią.
- Wiesz, co myślę? - Kamijo uniósł się na łokciu, spoglądając na niego z rozbawieniem. - Powinieneś iść już spać.
- Och, to faktycznie wymyśliłeś! - obruszył się, ale że akurat zbiegło się to z ziewnięciem, nie wypadło zbyt przekonująco. - Wcale nie mam ochoty...
- Dochodzi druga trzydzieści. A to był naprawdę długi dzień, nie uważasz?
- Tak trochę – przyznał, chcąc nie chcąc.
- A Juka chyba trochę się zdziwi, jeśli zastanie cię jutro na kacu, śpiącego do południa.
- Miałem iść do klubu ze wszystkimi...
- Nie chcę burzyć twojego światopoglądu, ale oni chyba jednak zauważyli, że cię z nimi nie było.
Roześmiał się.
- Och, no dobrze, w porządku! Pójdę spać, jeśli cię to ucieszy. I jeśli pomożesz mi teraz wstać. W ostateczności możesz zanieść mnie do łóżka.
- Może od razu przyciągnąć ci je tutaj? - spytał Kamijo żartem, choć jego wyobraźnia entuzjastycznie zareagowała na ostatnią, nieco dwuznaczną propozycję. Odepchnął od siebie tę wizję, świadomy, że Kaya jednak odrobinę za dużo wypił. Wstał i podał mu rękę, żeby pomóc dźwignąć się z podłogi.
- Jak wolisz. - Odwzajemnił uśmiech, biernie pozwalając postawić się na nogi, ale nie wkładając specjalnego wysiłku w to, by się na nich utrzymać i opierając się o niego ciężko. - Chyba jednak miałeś rację z tym snem – dodał z kolejnym ziewnięciem.
- No widzisz? To idziemy. - Pociągnął go za sobą, siłą zmuszając do stawiania kolejnych kroków, tak senny nagle się zrobił. - Coś mi się przypomniało. Wiesz, że jest jakieś zwierzę, nie pamiętam już jakie, które zasypia, jak się odwróci łapkami do góry? - spytał nagle Kamijo, gdy byli już w połowie korytarza.
- Taak?
- I tak sobie myślę, że ty chyba masz na odwrót... Zasypiasz po postawieniu do pionu. Aua! - krzyknął, gdy Kaya wybuchnął śmiechem, zataczając się na bok i ściągając go za sobą tak, że zderzyli się z szafką.
- Prze... Przepraszam – wydusił, wciąż chichocząc. - Po prostu... Och, nawet nie wiesz, jak cię uwielbiam!
- Też paru rzeczy nie wiesz, więc chyba jesteśmy kwita. - Kamijo uśmiechnął się blado, w końcu dowlekłszy go do progu sypialni. Pierwszy raz przekraczał jej próg i nie były to wymarzone ku temu okoliczności. Ciężko było mu dostrzec cokolwiek, bo ciemność rozpraszał tylko blask latarni nieopodal okna, ale może to i lepiej? Nie mógł przynajmniej dopatrzyć się żadnych rzeczy należących do Juki czy innych śladów jego obecności.
- Dlaczego nie wiem? - spytał tymczasem Kaya z pretensją, opadając ciężko na brzeg swego łóżka. - Lubię wiedzieć.
- Nie jesteś jeszcze wystarczająco pijany, żebym ci powiedział. Ja tym bardziej nie jestem.
- Dobrze. Będę wiedział, żeby cię upić i wypytać przy następnej okazji. - Z uśmiechem ułożył głowę na poduszce i zamknął oczy, ale zaraz znowu otworzył je, patrząc na niego z namysłem, gdy przyklęknął obok. - Nie wiesz, czemu mam teraz déjà vu...?
- Była już podobna sytuacja... Wtedy, gdy drugi raz się spotkaliśmy. Tylko że wtedy to była moja sypialnia i wypiliśmy jakieś pół butelki więcej, więc śmiałeś się już za bardzo, żeby cokolwiek powiedzieć.
- Ach, no tak! - zachichotał. - To było prawie cztery miesiące temu, prawda? Czas szybko leci.
Kamijo pokiwał głową, a Kaya w ciemności nie dostrzegł, że jego uśmiech znów był raczej gorzki.
- I chyba naprawdę masz rację z tym pionem i poziomem – kontynuował, jakby mówiąc do siebie. - A może to łóżko tak działa? Tobie też zawsze odechciewa się spać, kiedy już się położysz? - zainteresował się.
- Mam ci opowiedzieć bajkę, żebyś zasnął? Czy może wolisz kołysankę? - spytał starszy, podciągając się, żeby usiąść na brzegu materaca i pochylić się nad nim.
- Wolałbym... - zaczął, ale nie skończył, bo Kamijo sam już zdecydował, którą opcję z półki „na dobranoc” wybrać. Trzecią, tę niewypowiedzianą.
Może jednak trochę trudno było uznać, że jakiegoś wyboru dokonał świadomie, bo sam zorientował się, co robi, chyba w tej samej chwili, co Kaya. W jednej sekundzie widział jeszcze jego usta, gdy chciał odpowiedzieć, a w drugiej już czuł je pod własnymi i nawet, gdyby chciał, nie umiałby wyjaśnić, jak i kiedy doszło do tego, że właśnie go całował. Było to po prostu oderwanym od ciągu przyczynowo-skutkowego faktem.
Nie został odepchnięty. Dłonie Kayi nawet na centymetr nie drgnęły znad pościeli, a jedyne, co zrobił, to lekkie, niemal odruchowe uniesienie głowy i zamknięcie oczu. I chociaż ten pocałunek mógłby trwać o wiele dłużej – bynajmniej nie zachęcał do jego przerwania ciepły dotyk miękkich, lekko rozchylonych warg – właśnie ten brak oporu otrzeźwił Kamijo. Odsunął się po paru sekundach, ledwo zachowując równowagę i nie spadając z brzegu łóżka. Serce waliło mu jak oszalałe, jego spojrzenie tylko na moment skrzyżowało się ze spojrzeniem Kayi, który w tej chwili także otworzył oczy... Ale nie uchwycił ich wyrazu czy śladu jakichkolwiek emocji na jego twarzy.
- Dobranoc – rzucił głośnym szeptem i nie czekając na odpowiedź, szybko wstał i wyszedł z pokoju, zostawiając go, leżącego bez ruchu i bez słowa.
Jeśli dało się wytrzeźwieć całkowicie w ciągu paru sekund, z pewnością właśnie tego w tej chwili dokonał.

_________________

Tonight, in the darkness of twilight
I want to fall asleep in your arms
As a shivering, broken marionette

I, broken marionette,
Am laughing with a slight embarrassment
Because if you only wish me
To give up everything else for you, I'll do it

I do not want to know anything more
I do not need anything else
I do not need anything

Kaya - Marionette
.
Powrót do góry Go down
http://www.versailles.jun.pl
Sponsored content




PisanieTemat: Re: [NZ] Point of no return (3/?)   Today at 5:59 am

Powrót do góry Go down
 
[NZ] Point of no return (3/?)
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
J-slash :: FanFiction :: NC-18-
Skocz do: